Marcin Wieczorek*
BruLion.
Instrukcja obsługi - 2
Korporacja Ha!art
Kraków 2005
III. RECEPCJA "BRULIONU". MIĘDZY
POTĘPIENIEM A ENTUZJAZMEM KRYTYKÓW
Na losach
pisma w ogromnym stopniu zaważyły reakcje, z którymi spotkał się periodyk. Dzieje
recepcji układają się niemalże w osobną historię, biegnącą jednak paralelnie do
etapów, w które układają się dzieje "bruLionu". Jego przypadek stał się
charakterystyczny, gdyż z tym pismem wiązało się medialne (choć nie tylko
telewizyjne) zaistnienie nowego pokolenia twórców. Ustalał się w ten sposób
najbardziej ogólny obraz młodych twórców, podstawowa wizja obiegu
młodoliterackiego i jego uczestników.
Co
charakterystyczne "bruLionowi" niemal od samego początku towarzyszyło
zainteresowanie krytyków, wtedy jeszcze z drugiego obiegu. Już w końcu lat 80.
pomysły redaktorów wystarczyły, by wzbudzić pozytywne reakcje komentatorów
obiegu podziemnego. Z niego też pochodzą pierwsze teksty o kwartalniku. Jest
ich niewiele, bo i warunki dla powstawania takich tekstów nie były sprzyjające
- niezbyt sprawne funkcjonowanie podziemnego systemu kolportażu nie pozwalało
na bieżące komentarze, dotyczące życia literackiego. Oczywiście był on
wystarczająco sprawny, by w drugoobiegowym "Tygodniku Mazowsze" ukazała się
jedna z pierwszych notek o "bruLionie". Materiał z 1988 roku nosił tytuł Co
kwartał 5000 stron...21 i prezentował rynek
czasopiśmienniczy drugiego obiegu. Po szczegółowej charakterystyce periodyków
kulturalnych następował fragment zatytułowany Moi faworyci:
Nie będę
mnożył pochwał pod adresem najpoczytniejszych periodyków i przedstawię moich
faworytów z drugiej ligi. Krakowski "bruLion" wychodzi zaledwie od roku,
właśnie pojawił się nr 4 (zima 87-88). Mini-wywiady o problemach podziemnych
pism literackich, krytyczny rejestr czasopiśmiennictwa emigracyjnego, recenzje
zagranicznych rozgłośni, ankieta "Czy czuje się Pan obywatelem PRL?",
pierwszy chyba systematyczny przegląd fononowości, nieustający konkurs na
napis na murze (zwyciężył węgiel z ul. Poselskiej "Strzelaj albo emigruj")
- z pomysłem i ciekawie redagowany, próbuje "bruLion" zerwać z tak charakterystyczną w podziemiu
formułą antologii. [podkreśl.
M. W.]
[...] "bruLion"
nie unika debiutów poetyckich, tego postrachu pism literackich, dając przy tym
ich krótkie analizy i eseiki o twórczości młodych poetów. Zjadliwe recenzje
nie oszczędzają ani pierwszego, ani drugiego obiegu. [...] Z rzeczy, których nie znajdzie
się gdzie indziej: kawałki kabaretowe i satyryczne, współczesne i sprzed lat, do
tego przypomnienie fenomenu "Salonu niezależnych " i "Bim-Bomu ".
Na łamach
"bruLionu" redaktor konkurencyjnej "Arki" przyznaje, że robią ją
"wściekli starcy", zaś po "bruLionie" widać, że to pismo młodych22.
Dla
początkującego kwartalnika taki głos, pochodzący z jednego z poczytniejszych
pism drugiego obiegu, był ważny. Klincz pozytywnie oceniał te elementy pisma,
które dla redaktorów są najważniejsze - nowy styl redagowania, odmienną, świeżą
tematykę i dobór debiutujących autorów. Z perspektywy dalszych losów
czasopisma nie sprawiają one może tak wyraźnie wrażenia nowości, niemniej w
ówczesnym stanie drugiego obiegu, pogrążonego w opozycyjnej rutynie, mogły
budzić zainteresowanie ze względu na odmienność spojrzenia, które
reprezentowali bruLionowcy. Niewątpliwie bowiem od początku redaktorzy
pokazali, że nieobca im jest wrażliwość na problemy szczególnie nurtujące ich
rówieśników, co ostatecznie pozwoliło im stworzyć wokół pisma prężne
środowisko.
Wtedy jednak
tego jeszcze nie dostrzeżono; dlatego w artykule z "Tygodnika Mazowsze"
Jan Klincz narzekał na coś zupełnie innego:
Jednak po
przeczytaniu trzeciego z rzędu felietonu z wybrzydzaniem na "salon",
uznałem, że moi ulubieńcy przesadzają: po pierwsze salonu już nie ma, a po
drugie - z czasem i tak się tam znajdą, redaktorzy dobrych pism zawsze mieli na
salonach wzięcie.
Kwartalnik
został dobrze przyjęty za to, czym był - nie nowatorskim wystąpieniem
"barbarzyńców, co przyszli"23, lecz udanym połączeniem kilku nowych
nazwisk i pomysłów oraz autorów, którzy w środowiskach solidarnościowych byli
powszechnie uznawanymi sławami; żadne tabu środowiskowe nie zostało tu
naruszone - to zaś, co przeszkadzało publicyście "Tygodnika Mazowsze",
łatwo uznał za młodzieńczą buńczuczność, z której przy pobłażliwym traktowaniu
można z pewnością młodych ludzi wyleczyć... I tu mylił się w swej ocenie, gdyż
właśnie atakowaniu dokonań, posunięć, gustów "salonu" "bruLion" coraz
bardziej się poświęcał. Początkowo określenie to dotyczyło intelektualistów
powiązanych z środowiskiem krakowskim; stąd tak wielkie znaczenie dla
zaznaczenia swego stosunku do elit krakowskich miała polemika z takim
autorytetem jak prof. Jan Błoński. Następnym już szerszym kręgiem
intelektualnym, którego przedstawicieli chcieli bruLionowcy sprowokować był
cały drugi obieg.
CZAS PROWOKACJI. REAKCJE KRYTYKÓW I PISARZY
Drugoobiegowe
prowokacje miały bardzo ograniczoną formę i znaczenie i nie spotkały się ze
znaczącym odzewem profesjonalistów. Dopiero numer dziewiąty rozpoczął okres, w
którym o "bruLionie" pisano często, zwykle przyjmując skrajne postawy:
akceptacji albo odrzucenia. W wypadku tego numeru zauważony został przede
wszystkim prowokacyjny charakter wystąpienia, bo podziemne przecież pismo
poświęciło prawie cały numer sferze seksualnej, co już oznaczało transgresję.
Zapewne naruszenie tabu obyczajowego było ważne, niepomiernie jednak ważniejsze
stało się to, że sfera ta pozostawała w wyraźnej sprzeczności ze specyfiką
drugiego obiegu, w którym twórcy pozostawali obojętni na wiele aspektów życia
społecznego, niepowiązanego bezpośrednio - jak np. działalność subkultur - z
życiem literackim. Właśnie w tej perspektywie należy umieścić reakcję Esa
(pseudonim nie rozwiązany), która ukazała się w dwutygodniku "Świat".
Pismo środowiska krakowskiej "Arki" wydrukowało bardzo negatywną
recenzję kwartalnika, w której pojawiły się określenia i zarzuty często
powtarzające się przy omówieniach "bruLionu".
Przerażający
bełkot francuskiego szaleńca, w którym nekrofilia, gwałt połączony z
morderstwem księdza, profanacja ołtarza i hostii, odrażające okrucieństwo i
fascynacja fekaliami łączą się w monstrualnych opisach, z których nie sposób
zacytować choćby niewielkiego fragmentu. Jeśli istnieje pornografia pornografii,
to tekst Georgesa Bataille'a (w przekładzie Tadeusza Komendanta) należy
właśnie do tego gatunku. A zaraz obok mozolny wywód, w którym Jan Paweł II jako
przywódca "obozu represyjnego" przyrównywany jest do Chomeiniego, Mao Tse
Tunga, Castro i Hitlera. A potem - zapewne okropnie śmieszny - fragment podręcznika
dla spowiedników. A jeszcze dalej zwierzenia szczególnie skierowane do
młodzieży: "Jednostronne oświetlanie brania (narkotyków), ukazanie tylko
ciemnych stron narkomanii jest z punktu widzenia wolnej jednostki szkodliwe.
Ogranicza jej swobodny wybór. (...) Sam biorę (narkotyki) od dziesięciu lat i
mimo to jestem osobą twórczą, szanowaną i z punktu widzenia zbiorowości,
pożyteczną. Narkotyki to piękna sprawa.[...]
To wszystko
i wiele innych atrakcji czeka na czytelnika "niezależnego" kwartalnika
"bruLion". Pisma, którego dziewiąty numer pracowicie wypełnia kilku raczej
nieznanych, ale zapewne bardzo odważnych młodzieńców. Poprzednio już zwrócili
na siebie uwagę arogancją i programowym nihilizmem, teraz jednak przekroczyli
granice, w których mogą być tolerowane nieodpowiedzialne wybryki. Ich
kilkusetstronicowych produkcji nie podjęło się firmować żadne z niezależnych
wydawnictw. Swoje utwory powierzali im jednak znani i cenieni autorzy. W tym samym
numerze z obrazą uczuć religijnych, pornografią i reklamą heroiny sąsiadują
teksty Wiktora Woroszylskiego, Jarosława Marka Rymkiewicza, Adama
Czerniawskiego, a także Magdaleny Lubelskiej, Mariana Stali oraz wywiady,
których udzielili Jadwiga Staniszkis i Antoni Macierewicz. W następnych
zeszytach redakcja zapowiada utwory Jana Józefa Szczepańskiego, Ewy Lipskiej,
Artura Międzyrzeckiego i znowu J. M. Rymkiewicza i W. Woroszylskiego.
Moje pytanie
brzmi następująco: czy autorzy czytają pismo, w którym publikują lub mają
zamiar publikować swoje teksty? Jeśli nie - powinni poświęcić trochę czasu na
lekturę. Jeśli zaś pismo znają i dokonali świadomego wyboru tych, a nie innych
łamów, oznaczać to może, iż w umysłach części elity intelektualnej dokonał się
zasadniczy przełom. Zespół podstawowych dla naszej kultury wartości
estetycznych, ideowych i moralnych został odrzucony na rzecz, najdelikatniej
mówiąc, totalnej wolności artysty. Koncepcje tego typu znane są nie od dziś,
znane są także niebezpieczeństwa z nimi związane. Wiem, że przez wyzwalających
się z kolejnych (tym razem chyba ostatnich) ograniczeń artystów uznany będę za
dławiciela wolności. Sam mam wątpliwości, czy nie użyłem zbyt wielkich słów,
bo w gruncie rzeczy jest to sprawa smaku.
Krytyka, z
którą się spotkało pismo, dotyczyła przede wszystkim przekroczenia ogólnie
przyjętych zasad stawiania problemów czy inicjowania dyskusji w życiu
kulturalnym - tak prowokacyjny ich charakter w nim się nie mieścił. To, co
szczególnie ważne, dałoby się sprowadzić do zarzutu o infantylizm działań
redaktorów, którzy wykazując się brakiem dojrzałości, nie potrafili
dobrowolnie przyjąć odpowiedzialności za słowo i zaakceptować tego, co stanowi
nienaruszalne tabu w kulturze polskiej (zwłaszcza w sferze religii).
ROZSTANIA Z WSPÓŁPRACOWNIKAMI Z OKRESU
DRUGOOBIEGOWEGO
Prowokacje
"bruLionu" zachwiały przede wszystkim, wynikającymi z okresu
drugoobiegowego zaangażowanego pisma, związkami z autorytetami środowisk
drugiego obiegu. Jednym z pierwszych obrażonych był, drukujący w kwartalniku
parokrotnie, Jarosław M. Rymkiewicz, który w swym liście przesłanym do redakcji
"Tygodnika Literackiego" reagował na publikację "bruLionu":
Drukowanie,
i to bez żadnego komentarza, antysemickiego tekstu Céline'a - dziś, tutaj, w Polsce, kiedy na murach ukazują się
antysemickie hasła - uważam za rzecz niedopuszczalną i godną potępienia.
Przyjmuję, z najlepszą wolą, że redaktorzy "bruLionu" nie są antysemitami.
Jeśli, drukując tekst Céline'a, uważają,
że zapewniają w ten sposób swemu pismu poczytność, to chcę im powiedzieć, że
jest to sposób wstrętny. Drukowałem kilkakrotnie w "bruLionie". Jego
redaktorzy powinni się teraz zastanowić nad tym, czyje teksty chcą publikować w
swoim piśmie. Co do mnie, to nie widzę powodu, dla którego miałbym drukować
moje wiersze w bliskim sąsiedztwie antysemickich bredni24.
Dla
Rymkiewicza teksty drukowane w "bruLionie" nie pozostawiały cienia
wątpliwości, intencje pisma były negatywne - tani skandal, który kreowali, nie
znajdował według pisarza żadnego usprawiedliwienia. W tej interpretacji pismo
jawiło się jako brukowiec dla niedouczonych intelektualistów, pozbawionych
zmysłu moralnego.
Publikacje
"bruLionu" inaczej interpretował Jan Błoński. Występował on z koncepcją,
którą nazwał "posiadaniem syndromu wolności":
Wymyśl się
sam - mówi młodym wielbicielom Muza. - Ciesz się, że nikt ci nie będzie
przeszkadzać - dodaje, ale w jej oku igrają szydercze błyski. Bo ona dobrze
wie, jakie to trudne.
Dlatego
Błoński określa wystąpienia pisma mianem "frustracyjnych agresji" i,
ironizując na temat metod kwartalnika, pisze:
[...] - nie
da się nikogo rozzłościć? Zaraz, zaraz... toż są jeszcze Żydzi! Żydzi - święte
krowy europejskich intelektualistów! Opluwanie Żydów nie może przejść bez echa.
Tę samą
agresję widział w atakach na Michnika (cały artykuł był właściwie polemiką z
takim stylem zachowań):
Aby być
dostatecznie głośnym atak musi mieć aspekt polityczny. Michnik! Michnik!
Wszędzie obecny, przez wszystkich podziwiany! Michnikomachia nie może przejść
bez echa25.
Błoński kończył
stwierdzeniem o niedojrzałości redaktorów i pokolenia ich równolatków, którym
radził, aby podnosząc poprzeczkę sporu z poprzednikami, wyszedł poza
wyrażanie młodzieńczej agresji i frustracji.
"bruLion"
budził też większe emocje niż tylko pobłażliwe uwagi, jakie wygłaszał np.
profesor Błoński; kilkakrotnie wystąpił przeciw pismu i dał wyraz swej niechęci
wobec niego Leszek Szaruga, którego zdaniem pismo obniżyło loty i jednocześnie
zmieniło obiekt ataku. Zamiast kpić sobie z napuszoności postaw niektórych
osobistości drugiego obiegu, zajęło się propagowaniem "infantylizmu połączonego
z wtórnością". Krytykowi chodziło o dwa "symptomatyczne dowcipasy" z
numeru szesnastego - Zbigniewa Sajnoga Flupy z pizdy i rysunek
uśmiechniętego słoneczka z podpisem "odpierdol się", które uznał za
ewidentny wyraz infantylizmu redaktorów. Dla Szarugi postawa pisma nie była
ani nowa, ani poważna, dlatego uznawał, że nie potrafi ono stworzyć ważnych dla
życia kulturalnego w RP propozycji, zwłaszcza po zaprzestaniu dyskusji z środowiskami
wywodzącymi się z drugiego obiegu26.
POLEMIKI WOKÓŁ "BRULIONU". DWA
STANOWISKA
Z postawą
Szarugi polemizował w "Dekadzie Literackiej" w artykule pt. Zabawa w
starych i młodych Maciej Urbanowski27, wskazując przede
wszystkim na korzenie i przyczyny bruLionowych postaw, które dostrzegał w
kryzysie literatury i klęsce intelektualistów w latach 80. oraz w braku wizji
dotyczących kultury po przełomie. Swój artykuł kończy Urbanowski:
Patrząc na
kulturę bez zobowiązań, udając, że posiada jej wizję, z której wyżyn dziś
krytykuje "młodych ", pisarz oszukuje siebie i czytelnika. Postawa
intelektualistów wobec przemian ostatnich lat pokazuje, że także w ich sercach
mieszka bezradność i chaos. Dlatego "bruLion" ze swą "młodzieńczą"
naiwnością, radykalizmem, otwartością jest prawdziwy i uczciwy w swych
poszukiwaniach intelektualnych, nawet jeśli trącą myszką czy naiwnością
odgrzewanych awangard. Odrzucając pewną tradycję, obiecują bowiem więcej niż
zdaje się zapowiadać to artykuł Szarugi. Bunt nie jest wartością samą w sobie,
niemniej jest koniecznym warunkiem budowania nowych wartości, których przecież
pragniemy. Pisarz zachwycony sobą, pogodzony ze światem rzadko tworzy
literaturę inną niż epigońska. Pisarz zbuntowany ma przynajmniej szansę.
W głosie tym
została wyrażona opinia, że sens działań pisma sprowadza się do szukania
postaw adekwatnych do zmieniającego się statusu warstwy inteligenckiej. Według
Urbanowskiego "bruLion", choć nieco na oślep, próbował znaleźć nowe
miejsce dla literatury w życiu społecznym.
Nikt nie stał
się jednak takim entuzjastą "bruLionu" jak Zbigniew Bieńkowski, który
akceptował go właściwie bez zastrzeżeń.
Swój rozwój,
jeśli można w ogóle mówić o rozwoju, ludzkość zawdzięcza młodości. Swój
rozwój, jeśli wypada mówić o rozwoju, kultura, sztuka, literatura zawdzięczają
młodości. To dwudziesto- i dwudziestokilkuletni młodzieńcy tworzyli prądy,
nurty, programy, szkoły; które znamy pod imieniem romantyzmu, modernizmu,
konstruktywizmu, nadrealizmu, kubizmu i wszystkich świętych awangard. To
młodzieńcom zawdzięczają wiekowi uczeni i wiekowe uczone tematy studiów, prac
doktorskich i głębinowych zamyśleń. I dalej: Czytam więc "bruLion", najbardziej miarodajne i
reprezentacyjne zarazem czasopismo literackie dnia dzisiejszego. [...]
A
"bruLion" już samym tytułem odrzuca wszelką normatywność, wszelką aluzję
nawet do ładu, reguły, doskonałości - pisał dalej, wskazując na najważniejszą tendencję w rozwoju pisma,
jak również ważny aspekt współczesnych wizji kultury. - Zakłada szkicowość,
niedookreśloność, niegotowość, brulionowość właśnie. Realizuje gombrowiczowski
program niedojrzałości. Niedojrzałości siebie w niedojrzałym, niegotowym do
życia świecie. Ferdydurkizm na całego. Szamotanina, kawaleryjskość jako reguła
stylu i myślenia. Awanturnicza prześmiewczość i skandal jako racja bytu. Brawo,
czegoś takiego dawno, a może nigdy na taką skalę nie było. [...]
Estetyka
śmietnika. Nie tyle same teksty się liczą, co szok, efekt powstały z ich
zderzenia, z ich (zaplanowanej? przypadkowej?) nieprzystawalności. A co za
krytyka! Rewolwerowa. I co za spostrzegawczość! Wyczuwalność zjawisk z pobocza
kultury i obyczaju. [...]
Ten felieton nie jest płatną reklamą periodyka. To krzyk zachwyconej duszy. ("Życie
Warszawy", 1991)
Bieńkowski,
który omawiał twórczość poetów na łamach "bruLionu", dostrzegał w piśmie
obraz współczesności w pełni adekwatny. Dla niego różnorodność podejmowanych
problemów, buntowniczość miały znamiona właśnie - rozpoznania sytuacji kultury
polskiej.
FLUIDY RESENTYMENTU
Ale też budził
"bruLion" w tym czasie zupełnie innego typu reakcje. Szesnasty numer pisma
sprowokował Pawła Śpiewaka do napisania tekstu Fluidy resentymentu, w
którym przedstawił odmienną interpretację działalności kwartalnika. Po
wyliczeniu zawartości pisma, która mu nie odpowiadała, autor zaczął od ogólnego
stwierdzenia, że podstawą wszelkiej aktywności społecznej - czy to politycznej,
czy kulturalnej - stało się mówienie: "nie". Wszystkim i wszystkiemu. W
ten sposób kwartalnik wpisywał się w zauważalną tendencję w Polsce. I nie ma w
tym, jak sądził Śpiewak, żadnej propozycji konstruktywnej, myśli i celu - jest
za to destrukcja, która nie pociąga za sobą tworzenia nowej, alternatywnej
wartości.
Ale owo
"nie " rzucone w twarz świętoszkowatym moralistom, zarozumiałym klerykom
pewnym, że złapali Pana Boga za nogi, purytańskim ciotkom, bywa niestety tylko
inną postacią resentymentu. Owo "nie" wynika z tego, że jego autor jest
niepewny swej wartości, nie dość jest zakorzeniony w tym, co lubi i ceni, bo
sam przecież nie wie, kim jest. Reaguje, odpowiada nie dlatego, że po prostu
lubi dowcip, zgrywę, obsceniczność, ale dlatego, że brak mu siebie. Potrzebuje
przeciwnika, żeby zaistnieć, żeby mieć cokolwiek do powiedzenia. [...] Bo to resentymentowe "nie",
za którym brak jest niezależnego widzenia rzeczy, ma ukrytego w sobie, czasem
nieźle zamaskowanego, demona zwanego potocznie lękiem. A lęk wyznacza
przyszłość polskiej demokracji. [...]
Mają na
tyle sił, by wykrzyczeć "nie". Za mało, by pomilczeć, by być i robić swoje
bez porównań, bez zazdrości i rywalizacji - dodawał28.
Był to głos
poważny, bowiem wykraczał poza środowiskowe polemiki. Rozpoznanie, które formułował
Śpiewak, również dotyczyło poważnego problemu - na ile "bruLion",
występujący przeciw "resentymentom" dawnych twórców drugoobiegowych, sam
nie nosił takiego piętna, a bunt i prowokacja były jedynie inną formą
kombatanctwa.
Przykładem
innej strategii krytycznej, charakterystycznej dla krytyków pokoleniowych,
towarzyszących, były artykuły Jarosława Klejnockiego ("Polityka-Kultura",
1/1992; "Odra", 11/1992), który nie wyrażał protestu wobec publikacji
kwartalnika:
Prawdziwą
sławę przyniosło [...] "bruLionowi" posługiwanie się, nie
stosowaną zazwyczaj przez pisma literackie, "poetyką skandalu", polegającą
na zderzaniu ze sobą tekstów przeciwstawnych, obrazoburczych, na pograniczu
dobrego smaku. Pismo odrzuca bowiem wszelkie autorytety, stawiając na dialog
równorzędnych partnerów: autora i czytelnika. Tkwi w tym zamierzeniu zarówno
tęsknota do prawdziwej niezależności, jak i niechęć do mentorskiego tonu
intelektualisty, który wie lepiej [...].
Nigdzie
indziej w Polsce nie przeczytamy wiersza Zbigniewa Sajnoga Flupy z pizdy, wywiadów ze
skinheadami, polskimi prostytutkami, robiącymi kariery w zachodnim
porno-biznesie, rozmów z autorem graffiti i anarchistami. Sąsiadują one z
wierszami Jarosława Seiferta, poematami Williama Blake'a, kazaniami Himmlera -
a to znowu z antysemickimi wynurzeniami Ezry Pounda, tekstami odrzuconymi z
innych czasopism (specjalny dział: od "Nie " do "Tygodnika
Powszechnego"). Tu też odnajdziemy gwałtowne głosy antykościelne29.
Tekst krytyka,
związanego z obiegiem młodoliterackim, w sposób wyraźny odbiegał od
polemicznych głosów przedstawicieli poprzednich pokoleń. Kładł on bowiem nacisk
na odmienność pisma na tle ówczesnej czasopiśmienniczej sztampowości. Wiązał
się z tym ponawiany często entuzjazm wobec nowatorskich pomysłów periodyku.
Jednak nawet
dla krytyków towarzyszących, związanych z pokoleniem, "bruLion"
przekraczał czasem miarę w swych prowokatorskich zapędach. Największy odzew
wywołała publikacja pt. Sypiąc. Donos na komandosów, o której tak pisał
w "Kresach" (16/1993), poruszony tą publikacją, Jerzy Sosnowski:
Trzecim
wreszcie obszarem skandalizowania ["bruLionu" - przyp. M. W.] stała się polityka i tu wypada
przypomnieć publikację zeznań studenta, aresztowanego w 1968 roku, które
obciążyły "komandosów". Tym razem zrobiono naprawdę coś złego, bo
zaatakowano nie grupę środowiskową [...],
ideę czy bodaj zespół wartości, ale pojedynczego człowieka. Ów przed 25. laty
został już przez swoje środowisko osądzony. Dlatego myślę, że wyciąganie tej
sprawy było - bez względu na cel [...] - zwykłym draństwem (str.
166).
Publikacjom
towarzyszyły więc wyraźnie krytyczne głosy, oznaczające intelektualne
rozstania z pismem osób wspierających je do tej pory30. Piotr
Bratkowski pisał:
I oto - czy
nie odkąd "bruLion" zaczął się ukazywać legalnie i z kolorową okładką -
coś się zaczęło sypać. [...]
pismo w coraz większej mierze zaczęło przypominać śmietnik poglądów,
ekstremizmów, dziwactw i marginaliów intelektualnych, które łączy to jedynie,
że są one poza bardzo szeroko pojętym nurtem kultury oficjalnej. Himmler i
graffiti, lesbijki i sadomasochizm, kompletna grafomania i teksty nie chciane
na innych łamach. Tak jakby "bruLion" sam zastygł w geście, wykreowanym
przed laty, nie zauważając, że świat się zmienił. [...] Nagle pismo,
kontestujące polską rzeczywistość polityczną, powiela najgorsze obyczaje w tej
rzeczywistości wykreowane. Nagle przekracza niewidzialną granicę, po której
alternatywny fanzin zmienia się w brukowiec dla sfrustrowanych półinteligentów31.
Podobne zarzuty
Bratkowski powtarzał w artykule prawie rok późniejszym Terrorysta w
piaskownicy32. Wystąpił w nim przeciw unifikacji
osobowości poetyckich, jak odczytał sposób wydania pierwszej serii poetyckiej
"bruLionu", zwanej "fioletową". Na okładkach widniał tylko niewielki
napis "bruLion" oraz fragment twarzy z oczami autorów, co uznał za zgodę
na unifikację, mimo odmienności poetyk. Stwierdzał więc, że pismo nadużywało
pokoleniowego (środowiskowego) wizerunku w celach "promocyjnych".
Stawiając na "grupowość" wystąpienia poetów, redakcja "bruLionu"
zaprzeczała jego zdaniem indywidualności autorów, wśród których dostrzegał
ważne osobowości twórcze, ale i zupełnie miernych autorów.
Sprzeciw
krytyka wzbudziło także spalenie przez Pawła Filasa, jednego z autorów
kwartalnika, swojej książki pod Pałacem Kultury, który to happening sfilmowali
i pokazali dziennikarze z telewizyjnych Wiadomości - autor Terrorystów... wskazywał
na fakt, iż "w naszej kulturze palenie książek jest powszechnie przestrzeganym
tabu. Dotyczy to nawet książek najgorszych". Zarzuty te pozwoliły
Bratkowskiemu sformułować takie oto zakończenie swego artykułu:
"bruLion"
ma bardzo krytyczną - często nie bez racji - wizję współczesnej,
"dorosłej" kultury polskiej. Ale to przecież wykreowani przez pismo poeci
należą do tych, którzy w najbliższym czasie powinni wziąć za tę kulturę
odpowiedzialność, zmieniać jej oblicze. [...] Może miało to pokazać jej
prawdziwe oblicze, udowodnić, że ta kultura jest niereformowalna, impregnowana
na nowe prądy? Pozostając poza obrębem kultury nie trzeba podejmować żadnych
wyzwań. Można żerować na jej słabościach, wyśmiewać napuszoną stagnację. I z
czystym sumieniem okopywać się w enklawie wiecznie młodzieńczej subkultury. Z
zewnątrz okopów nie będzie widać, że ta zbuntowana enklawa to wielka
piaskownica. A broń rebeliantów to plastikowe grabki, łopatki, foremki... (str.
7).
Zawartość
omawianych numerów rzeczywiście prowokowała do zajęcia jednoznacznego
stanowiska, ostrej reakcji: czy to zachwytu, czy niesmaku - trudno było
zachować chłodne, obiektywne spojrzenie. Ciekawe przy tym, że
czytelnicy-komentatorzy musieli się deklarować światopoglądowo. Aby dyskutować
z "bruLionem", trzeba było bowiem podejmować się interpretacji intencji
pisma, co możliwe było tylko przy określeniu własnego systemu wartości.
Dlatego tak charakterystycznym głosem wydaje się artykuł publicysty
kulturalnego "Polityki" Zdzisława Pietrasika pt. Nieskazitelni
nadchodzą ("Polityka", 14/1991):
[Młodzi
intelektualiści - przypis. M. W.] nie chcą wiedzieć, że bez kompromisów nie
byłoby dzisiejszej wolności, którą dostali w prezencie. Zapewne dlatego, że to
prezent, tak podejrzliwie się tej nowej Polsce przyglądają. [...]
Nieskazitelni
[tzn. młodzi
intelektualiści - przypis. M. W.] skarżą się na mamę i tatę, że zostali źle
wychowani i teraz na salonach świata wyglądają jak parweniusze. Skarżąc innych
dają popis swej bezradności wobec współczesnego świata. Niedojrzałość jest
bezpieczną ucieczką przed odpowiedzialnością. [...]
Młodzi
kontestatorzy wpuszczeni na łamy prasy, zachowują się jak rewolwerowcy w
westernach, których pewnie nie oglądali - strzelają pierwsi, nie zważając, czy
pojedynek odbywa się w zgodzie z regułami kowbojskiego fair-play. Zaatakowany w
ten sposób rywal i tak ma niewielkie szanse na rewanż.
Kończył też
swój wywód takim ostrzeżeniem: Urodzeni przed 4 czerwca 1989 roku miejcie
się na baczności - nieskazitelni nadchodzą... (str. 1 i 8)
KRYTYCZNY GŁOS PO ROZSTANIU Z PISMEM
Inaczej widział
to Andrzej Horubała, młody krytyk współpracujący z "bruLionem". Artykuł "bruLionu"
przygoda z wolnością ("Znak" 4/1993, str. 51-59) opisywał dzieje
kwartalnika do łączonego numeru siedemnastego i osiemnastego włącznie, a więc
sytuację, w której znalazł się "bruLion" w 1992 roku. Horubała pisał o
sukcesie kwartalnika, który przemawiając innym głosem niż pozostałe periodyki
podziemne i występując bez wyrazistego programu, wskazał nowe obszary, warte
artystycznej penetracji, którego animatorzy zwrócili na siebie uwagę także
prezentacją nowych artystów. Pokazywał stopniowy wzrost natężenia ataków
kwartalnika oraz systematyczną radykalizację poglądów tego środowiska.
Działania "bruLionu" widział jako sprzeciw wobec poprzedniego pokolenia i
wobec hierarchii wartości intelektualistów drugoobiegowych, stąd miały wynikać
prowokacje i styl polemiki, którymi zwrócili na siebie uwagę bruLionowcy i
"jednocześnie zrazili dużą część elit".
[Działania
pisma - przyp. M. W.] okazały się trafną
metodą określania granic tak zwanej niezależnej kultury, pełnej obszarów tabu
i świętych krów [podkreślenia pochodzą od A. Horubały - przyp. M.
W.].
Po okresie
rozprawy z drugim obiegiem przyszedł dla "bruLionu" czas zasadniczej
kampanii, na rzecz rodzącej się w piśmie koncepcji nowej kultury, co wiązało
się z pojawieniem się w numerze dziewiątym prowokacji. Doprowadziło to do
sformułowania przez bruLionowców - jako konsekwencji przyjętych założeń - wizji
kultury opartej na stwierdzeniu, które tak odtwarza Horubała:
[...] świat jest znacznie bogatszy od ideologicznych
schematów. W imię wierności rzeczywistości nie wolno sobie i innym nakładać
końskich okularów. Trwanie w getcie wysokich wartości nie zmieni faktu,
że wśród nas rodzi się inna realność, inna kultura, alternatywna wobec
wyniosłych, lecz pustych gestów. Ona potrafi powiedzieć więcej i ciekawiej o
nas samych niż dogmatyczne nudziarstwo.
Związana z
tym: Programowa rezygnacja z interpretacji i wartościowania zamieszczanych
tekstów pozwoliła na zarejestrowanie duchowego przełomu dokonującego się w
ostatnich latach, na ukazanie kryzysu hierarchicznej kultury i zarysowanie
różnych propozycji, stymulacji, sugestii, jakie towarzyszą światu, w którym
zwietrzały autorytety.
[...] Kreatorzy
"bruLionu" deklarowali chęć uszanowania czytelnika i pozostawienia mu
trudu i radości interpretacji. Program ten realizowano w sposób wielce
przewrotny. [...] O ile w pierwszych numerach cytaty opatrywane były
czasem komentarzami, później zaniechano tej praktyki. Częstokroć rezygnowano
nawet ze wskazówki w postaci tytułu-sugestii. Terapia szokowa, atakowanie
czytelniczych przyzwyczajeń i negowanie pytań typu: "jakie jest w poruszanej
kwestii stanowisko redakcji?'", "komu to służy?" - budować miało nową
podmiotowość czytelnika.
Ale
prowokacyjna działalność miała wedle Horubały ważkie konsekwencje:
Kreatorzy
"bruLionu" powtarzając Bataille'owskie bluźnierstwo dokonali czynności w
pewnym sensie magicznej. Bo skoro Bataille, to czemu nie Céline? Dlaczego nie zacytować - bluźnierczego
wobec słów mszalnej liturgii - napisu podpatrzonego na murze? Przecież słowa nic nie ważą albo może
"zrezygnowaliśmy z lansowania jakiegokolwiek sposobu życia i
myślenia".
Zarówno Céline jak i graffiti to przecież
fragmenty rzeczywistości.
Jak twierdził
Horubała wszystkie te wybory - od numeru dziewiątego poczynając - doprowadziły
do dwóch ważnych, powiązanych ze sobą problemów. Pierwszego: "bruLion"
poczuł się zwolniony "z odpowiedzialności za istotny wymiar drukowanego
słowa" oraz drugiego: w związku z tym została osłabiona dyskursywność
przekazu, co wykluczało sensowną polemikę czy dyskusję, co wiązało się z
niekorzystnymi konsekwencjami dla statusu pisma, które samo pozbawiło się
możliwości tworzenia programu, a zbyt duża waga przywiązywana do prowokacji
doprowadziła do niemożności zachowania powagi w jakiejkolwiek wypowiedzi.
PYTANIE O MIEJSCE "BRULIONU". ODPOWIEDZI
KRYTYKÓW I PISARZY
Kiedy w
połowie lat 90. rozpoczynała się pierwsza poważna dyskusja nad pokoleniem
debiutantów, "bruLion" nie dostarczał już pretekstów do protestów. Dlatego
też największa dyskusja o piśmie, publikowana przede wszystkim w "Tygodniku
Powszechnym" (od stycznia 1995 roku) nie dotyczyła już pojedynczych
tekstów, lecz dorobku pisma, ale też całej młodej literatury, której w sposób
oczywisty dla wielu dyskutantów periodyk krakowsko-warszawski był
najważniejszym przedstawicielem. Jej zakres wyznaczyły trzy podstawowe tematy:
"bruLion" jako pismo kulturalne, poeci "bruLionu" i pokolenie
"bruLionu".
Dyskusja
została sprowokowana przez tekst Grzegorza Musiała Wielki Impresariat, czyli
o pokoleniu trzydziestolatków, czterdziestolatków i jeszcze trochę ("Tygodnik
Powszechny" 1/1995). Jej temperatura nie wynikła z siły zarzutów
postawionych przez bydgoskiego poetę, ile raczej z formy, jaką przybrały. W
swym artykule posłużył się pamfletowym stylem, czyniąc aluzje do pojedynczych
osób z pokolenia trzydziestolatków.
Była
jedenasta wieczór i z radosnym spokojem, potwierdzającym tę tezę, patrzyłem jak
za guru "młodej" literatury - nieciekawym indywiduum z Poznania [chodzi o Rafała Grupińskiego, redaktora
naczelnego "Czasu Kultury" - przyp. M. W.] - niósł walizkę idol
"młodego" buntu. Jakkolwiek by przez ranki i wieczory ten akt skruchy
potwierdzające,
zaćpany
pijany
pogardliwie
rzucając spojrzenia spod siwiejących kędziorów i prowadząc się z jak on
pijaną
zaćpaną
pogardliwie rzucającą spojrzenia feministką z Hamburga [chodzi o Nataszę Goerke, autorkę Fraktali
- przyp. M. W.], nie wykrzykiwał "ja! ja!", na innych zaś (którzy
dziesięć lat wcześniej w tym samym miejscu - pompa imienia Walentego Badylaka -
i o tej samej porze - dwunasta szesnaście w nocy - tak samo porykiwali),
lekceważąco prychał:
- Tamci już
się skończyli. (str. 8)
W jego
sprawozdaniu-wizji z pobytu w Krakowie owi trzydziestolatkowie zostali pokazani
jako nihiliści, specjaliści od skandali, autopromocji i lekceważenia
tradycyjnych wartości, którzy jeszcze dodatkowo sami nie są ani twórczy, ani
odkrywczy. A zainteresowanie ich pokoleniem jest dziennikarską pomyłką -
sezonowym zachwytem.
To, co wyraził
Grzegorz Musiał, opisał, już w dyskursywny i krytycznoliteracki sposób, Julian
Kornhauser w artykule Barbarzyńcy i wypełniacze ("Tygodnik
Powszechny", 3/1995), w którym po raz pierwszy tak dokładnie i w jasny
sposób określono, co dla poprzedniego pokolenia jest skazą "bruLionu" i
jego środowiska.
To wszystko
było ciekawe, ale i zabawne. Ciekawe, bo nagle, w sposób naprawdę
niespodziewany, pojawiły się utwory programowo anarchistyczne i nihilistyczne,
burzące potoczne wyobrażenia o powinnościach pisarza i jego intelektualnym
przesłaniu. Utwory agresywne językowo i nieprawdopodobnie śmiałe od strony
obyczajowej. Runęły dotychczasowe granice, dawnym wartościom odmówiono racji
bytu. Epokę wolności młodzi barbarzyńcy przywitali ogłuszającym wrzaskiem.
Takim wrzaskiem chcieli zamanifestować, tak jak zrozumiałem wówczas, swoją niezgodę
na dotychczasowy system wartości, na rzeczywistość przesiąknięta fałszywymi
postawami i pewnego rodzaju sztucznością. [...]
Okazało się
jednak wbrew oczekiwaniom, że młodzi nie chcieli fetować zburzenia muru
berlińskiego śmiałymi projektami społecznymi. Wystarczyło im totalne
zanegowanie świata polityki, co w ich mniemaniu było równoznaczne z odrzuceniem
dominującego w ostatnim dwudziestoleciu modelu literatury. [...]
Na chaos
odpowiedziano chaosem. Przypuszczono gwałtowny szturm na stare, humanistyczne
treści, jakimi karmiła się sztuka. W zamian zaproponowano, no właśnie, co? Z
jednej strony, przede wszystkim w prozie i to głównie feministycznej kpiarską,
radosną zabawę z konwencjami i konwenansami, w której świat jawi się jako
nieustający kabaret. Z drugiej, przede wszystkim w poezji, egocentryczne
wynurzenia na temat własnego nieprzystosowania. [...]
Stworzono
poezję szybkiej obsługi (jeden z autorów wydał właśnie 16 tomik wierszy [chodzi o Jacka Podsiadłę - przyp. M. W.]),
założono serie i biblioteki. Powstał cały biznes pod nazwą "młoda
literatura". [...]
Dziennikarze
przejęli role krytyków literackich, którzy nagle zniknęli z powierzchni ziemi.
Dzięki zapobiegliwości z dnia na dzień wykreowano gwiazdy literackie. Wszystko
przypominało zawody sportowe: na mecie czekało podium z wypisanymi miejscami
dla zwycięzców. [...] Obraz
literatury został wykreowany, a tym samym zafałszowany, przez dziennikarzy,
zresztą najczęściej z tego samego pokolenia. [...]
Kultura za
sprawą młodych pisarzy oraz ich sprytnych promotorów, przy biernym najczęściej
milczeniu innych twórców, staje się powoli zbiorowiskiem najprzeróżniejszych
chorób społecznych i pokrętnych idei (jeśli pewne drażliwe tematy nazwiemy
ideami). [...]
Okazało
się, że sztuka "barbarzyńców" (przypominam numery "bruLionu"
propagujące, tak właśnie, propagujące faszyzm, antysemityzm, pornografię, satanizm
i narkotyki) nie tylko ma za zadanie odnowić kult prymitywu i dać kopa
wszystkim "starym", ale i sprowadzić twórczość do poziomu rynsztoka, a w
najlepszym razie "życia inaczej", to znaczy na przekór, na opak, bez
zobowiązań, byle głośno i na własny rachunek. Narkotyczne wizje,
przekształcające realną rzeczywistość ze wszystkimi tak odrzucanymi etykami i
odpowiedzialnością, wyborami i prawdami, w świat fantastycznej witkacjady,
wcale nie są ratunkiem przed obowiązkiem mówienia rzeczy doniosłych (str. 1 i 13).
Artykuł
Kornhausera spotkał się z wieloma, także polemicznymi, głosami.
Krzysztof
Varga w "Gazecie o Książkach" w artykule Spisek barbarzyńskich
przedszkolaków uznał za najważniejszy wątek artykułu Kornhausera (i
pośrednio Musiała) rolę masmediów. Otóż jego zdaniem obydwaj autorzy zwrócili
uwagę na kreacyjno-promocyjne możliwości mediów. W tym upatrywał zresztą
wartości tych wypowiedzi. Choć Varga zgadzał się, że działalność dziennikarzy
wiązała się często z niebezpieczeństwem uproszczeń i przekłamań, wskazywał na
zupełnie odrębną świadomość młodych twórców i ich całkowicie odmienne
podejście do mediów. Jego zdaniem tacy twórcy jak Świetlicki i Gretkowska
doskonale wiedzą, że ilość występów w telewizji (szerzej: w mediach) wpływa na
wysokość nakładów i liczbę sprzedanych egzemplarzy książek oraz daje możliwość
zawierania korzystniejszych umów z wydawcami. Wskazywał też na bardzo istotną
sprawę, że dla środowiska "bruLionu" nie ma sprzeczności między
niezależnością twórczą a występowaniem w telewizji.
Nie można
jednak zarzucać mediom zainteresowania młodą literaturą, choć przyznać trzeba,
że często zbyt pochopnie beatyfikuje się nowe zjawiska. Przecież dzięki tej
kampanii reklamowej młodzi czytelnicy, rówieśnicy "barbarzyńców",
zaczynają sięgać po polską współczesną literaturę, odstawiając powoli Ludlumy!
Tego nie można lekceważyć.
Kinga Dunin
("ExLibris", 69/1995, str. 4-5) polemizowała z tezą o braku wartości, a
zatem marginalności pisma i jego twórców:
Wbrew temu
bowiem, co twierdzi Kornhauser, uniwersalizacja młodej literatury dokonać się
może nie przez sięganie do skarbonki ze starymi liczmanami, jak by sobie tego
życzył, ale właśnie dzięki zaistnieniu w mediach, ustaleniu pewnych
interpretacji, uwspólnieniu znaczeń. Inna sprawa, czy krytyka literacka w tym
pomaga udomowionym i nieźle zadomowionym już w polskiej kulturze "przeszłym
barbarzyńcom" czy
też za wszelką cenę próbuje widzieć w nich zastępy swawolnych Dyziów.
Racji krytyków
i publicystów, którzy zajmowali się "bruLionem" bronił także Jerzy
Sosnowski:
Nikt nie
rozpieszcza "młodych"; staramy się tylko wszyscy uświadomić tym
nielicznym rodakom, którzy wciąż jeszcze czytają, że pojawiła się nowa, zresztą
bardzo zróżnicowana, formacja, mająca coś do powiedzenia o dziwnej rzeczywistości
wokół nas (Jerzy
Sosnowski, Grześ wśród Rastignaców, "Tygodnik Powszechny" 4/1995,
str. 12).
Warto zwrócić
też uwagę na to, co pisał Jarosław Klejnocki w 70 numerze "ExLibrisu"
(str. 12), w tekście zatytułowanym Brulionizacja?:
Niejednolite
przecież, ale jakoś trzymające się razem i popierające, środowisko
"bruLionu" niepostrzeżenie stało się [...] częścią establishmentu kulturalnego, uzyskało - być
może tylko pośredni, ale wszak niepodważalny - wpływ na to, co się we
współczesnej kulturze dzieje.
Dyskusję
podsumował Jerzy Jarzębski w tekście Nowy turniej pokoleń ("Tygodnik
Powszechny" 10/1995, l i 8). Jak wskazuje sam tytuł, krytyk wystąpił z
tezą o kolejnym starciu między autorami (środowiskami) z różnych generacji:
Starcie
"czterdziestolatków" z "trzydziestolatkami" jest pierwszą od wielu
lat dysputą pokoleniową w polskiej literaturze. Dysputa trwająca już od
dłuższego czasu, mniej jednak dotychczas widoczna, raz bowiem przesłaniana
innymi, politycznymi motywacjami, innym razem toczącą się w niskonakładowej
prasie literackiej i w tonacji buffo - gdyż jedna strona zaczepia
złośliwością, prowokuje błazeństwem, druga zaś milczy nadąsana, powtarzając
sobie cichutko przysłowie o psach i karawanie, która - a jakże - jedzie dalej.
Jak długo jednak można chować pod siebie pokąsane łydki? Grzegorz Musiał nie
wytrzymał w końcu - wykrzyczał obraźliwe "nie!" - wykrzyczał obraźliwie i
nie zawsze zgodnie z prawdą, ale złóżmy to na karb krakowskiego powietrza, w
którym łatwo - naśladując bronowickiego Wieszcza - stanąć w framudze drzwi i
przypatrując się niewinnym weselnym hołubcom, wysnuwać z nich od razu dramat
narodowy. [...]
"brulionowi"
od początku udzielili kredytu opozycyjni twórcy ze starszych pokoleń - chyba w
przekonaniu, że rośnie oto kolejne młode pokolenie, z którym porozumieją się
łatwo co do podstawowych wartości. Redaktorzy pisma poczęli jednak coraz
częściej przykro zaskakiwać swoich popleczników - to przepuszczając wściekłe
ataki na skądinąd bardzo zacne (jak "Odra") czasopisma, to wydrwiwając bez
litości różnych czcigodnych ludzi opozycji na równi z najgorszego autoramentu
komuchami, to znów przekraczając obyczajowe granice przyzwoitości. Kamieniem
obrazy była publikacja bez słowa dystansującego komentarza antysemickich
tekstów Céline'a, "bruLion"
wyszedłszy z podziemia, oderwał się od starszych sojuszników i stał się pismem
zdecydowanie pokoleniowym, pomawianym o rozmaite "dziecinne choroby" -
obrazoburstwo, gust do prowokacji, pornografii, bluźnierstw itd. [...]
"bruLion"
nie obsługiwał żadnej idei politycznej, której na wstępie przysięgaliby
wierność - głosił raczej nieograniczoną wolność wszelkiego rodzaju wypowiedzi.
[...]
[...] demontaż
tradycyjnego języka i wartości odbywa się bez wyrazistego programu, nie
przyświeca mu - jak przed dwudziestu laty - żaden Bereza ze swą "rewolucją
artystyczną". [...]
Trzydziestolatków
na pozór nic nie łączy [...].
Wystartowali bez wspólnej, zwierzchniej ideologii, bez przyjętego, ustalonego
przez krytykę kierunku, który można by przeciwstawić nowofalowym czy innym
regułom twórczości i jej wartościowania. Łączy ich zaledwie pewien wspólny gest
i może wspólna fobia: odrzucenie "moralności", która zatraciła swój wymiar
praktyczny, przestała cokolwiek kosztować, stając się czymś w rodzaju
kotylionu, wyróżnika lokującego pisarza w społecznym stadzie, w domyśle
też: decydującego o jego pozycji i układach. Tej "moralności''
przeciwstawia się zatem swoistą dezynwolturę, sarkazm, brak "odpowiedzialności
za słowo". [...]
Krzyk
ogromny panuje dzisiaj w świecie literatury. Krzyczy się - aby pognębić innych
i, aby przytapiając oponentów, wynurzyć na chwilę głowę z wody, powtarzając
swe nazwisko, wyryć je innym w pamięci, aby, biorąc się publicznie za bary,
dostarczyć widzom rozrywki i przykuć ich uwagę. [...] Spójrzmy na niektóre głosy w
"Tygodnikowej" dyskusji: dominuje w nich atmosfera turnieju piękności. [...]
Teksty te
wytworzyły nową perspektywę recepcji pisma. Kwartalnik, który już nie
dostarczał tematów do polemik, gdyż numery ukazujące się po 1995 roku spotkały
się z chłodnym przyjęciem i minimalnym odzewem. Przykładem, który tego
dowodził, były dyskusja i odpowiedzi na ankietę, wydrukowane w lubelskim kwartalniku
"Kresy" (21/1995). Dyskusja dotyczyła miejsca i znaczenia "bruLionu"
i całej młodej literatury we współczesnym życiu literackim. Fakt, że będą one
istotne, wydawał się większości dyskutantów oczywisty. Problem sprowadzał się
do tego, że dla wielu z nich efekty działania "bruLionu" były
jednoznacznie negatywne.
WNIOSKI Z HISTORII RECEPCJI
Odbiór
profesjonalnych komentatorów życia literackiego, z jakim spotkał się
"bruLion", w znacznym stopniu zaważył na dziejach pisma oraz wskazał
znaczenie periodyku po 1989 r. Krytycy dostrzegli bowiem w piśmie głównego
przedstawiciela młodej literatury i uznali, że wystąpienia jego twórców są
pierwszą manifestację owego pokolenia. Ukazali również, że podstawową jego
strategią była strategia prowokacji, wpisując ją na stałe do najbardziej
podstawowego obrazu periodyku. Dlatego też częstym kluczem interpretacyjnym
stała się analogia, którą dostrzeżono między wystąpieniem "bruLionu" a
pierwszymi manifestacjami skamandrytów.
Dyskusja
między entuzjastami "młodości jako programu", który krytycy wspierający
środowisko młodych przypisywali pismu, a strażnikami estetyki i moralności,
wychodzącymi z założenia o konieczności kontynuowania programu literatury
zaangażowanej prowadziła także do umieszczenia periodyku w opozycji do wizji
literatury w tradycyjny sposób związanej z problematyką inteligencką. Wszak
dlatego, że nie realizowali oni tej wizji - autorytet krytyczny - prof. Jan
Błoński, widząc w wystąpieniach "bruLionu" wyraz młodzieńczej frustracji
i agresji, radził młodym redaktorom, by wyżej podnieśli poprzeczkę sporu z
poprzednikami.
Jednak
prowokacje "bruLionu", jego niechęć do takiej wizji literatury,
prowadziła do zerwania dialogu z poprzednikami. I właśnie to prowadziło do
autonomii literatury obiegu młodoliterackiego w obiegu literatury
współczesnej. Krytyczna wizja pisma, przedstawiana przez część odbiorców
profesjonalnych (zwłaszcza poprzedników, autorytetów kulturalnych i
"starszych"), w której pomawiano je o niedojrzałość, prowadziła zatem do
sytuacji, w której nabierało ono przede wszystkim znaczenia dla młodego
pokolenia. To właśnie ufundowana przez "strażników moralności" negacja
wartości sprawiała, że wzrosło jego znaczenie dla odbiorców z nowego pokolenia.
Znakiem tego było pojawienie się przychylnej w większości wypadków krytyki
pokoleniowej, towarzyszącej (do jej grona należeli m.in. Sosnowski, Klejnocki,
Varga), która podjęła się ukazania, np. w książkach poświeconych pismu, w
innych niż tylko prowokacyjnych kontekstach. Dla tych odbiorców zresztą
podstawowe znaczenie periodyku wiązało się z jego rolą we wprowadzeniu do
obiegu literackiego głównych poetów i prozaików nowego pokolenia
(Świetlickiego, Gretkowskiej, Podsiadły, Stasiuka i in.).
Miał więc sposób
interpretacji znaczenia działalności "bruLionu" znaczny, formotwórczy
wpływ także na pismo, a przez to na kształt modelu czasopisma
młodoliterackiego, a w konsekwencji - obiegu młodoliterackiego. W reakcjach na
nieprzychylne głosy, w oparciu o wypowiedzi wspierające młodych, w interakcjach
komunikacji literackiej (kontakty z odbiorcami i ich reakcjami), zmieniał się
kształt tej instytucji kultury literackiej debiutantów, a jednocześnie - przez
fakt uznania "bruLionu" za reprezentatywne środowisko młodego pokolenia -
obieg młodoliteracki, z którym wiązało się coraz więcej czasopism kulturalnych,
zaczynał stanowić autonomiczny, a przez to także odrębny fragment współczesnego
życia literackiego, "bruLion" zaś stawał się ważnym w nim punktem
odniesienia.
Str. 42-56
Przypisy:
21 Jan Klincz, Co kwartał 5000 stron..., "Tygodnik
Mazowsze" 245/1988, str. 1 i 4.
22 Warto zwrócić uwagę, że ocena wyrażona przez Jana Klincza (pod tym
pseudonimem pisało kilka osób: Joanna Szczęsna, Anna Bikont, Piotr Pacewicz),
publicystę jednego z istotnych tytułów prasy podziemnej, była ze wszech miar
dla pisma łaskawa.
23 Jest to nawiązanie do tytułu pierwszej ważnej antologii, w której
pojawiły się nazwiska poetów "bruLionu". Tom przyszli barbarzyńcy wydała
Oficyna Literacka (również wydawca "bruLionu") w 1991 r. w Krakowie.
24 J. M. Rymkiewicz, List, "Tygodnik Literacki",
10/1990, str. 2.
25 J. Błoński, Michnikomachia, "Tygodnik Literacki",
20/1991, str. 1 i 15.
26 L. Szaruga, Bunt w
butonierce, "Kultura" paryska, 6/1991, str. 143.
27 M. Urbanowski, Zabawa w
starych i młodych, "Dekada Literacka", 1/1992, str. 4.
28 P. Śpiewak, Fluidy
resentymentu, "Tygodnik Literacki", 25/1991, str. 12.
29 "Polityka-Kultura" (1/1998), str. 17-18. Jak widać nie ma tu
ocen pisma i narzekań na jego bezmyślne występy. Podobnie skonstruowany był
prezentacyjny tekst Klejnockiego, Czas prywatnych obowiązków, "Odra",
11/1992
30 Przy tej okazji trzeba jednak zaznaczyć, że "rezygnacja ze
współpracy" odbywała się stopniowo. W tym sensie twórcy o rodowodzie
drugoobiegowym przestawali akceptować "bruLion" z powodu różnych tekstów i
w niejednakowym czasie. I tak po wydrukowaniu w numerze dziewiątym Historii
oka zareagowało oburzeniem środowisko krakowskiej "Arki", a dalej
współpracowali z pismem tacy autorzy jak Rymkiewicz i Międzyrzecki (ich utwory
ukazały się w numerze jedenastym i dwunastym [łączonym], co wyklucza sytuację,
w której by nie zdążyli wycofać swych wierszy). Rymkiewicz zerwał z
kwartalnikiem znacznie później po wydrukowaniu Céline'a. W wypadku numeru dziewiętnastego A i B zareagowali
protestem także młodzi krytycy, którzy dużo zrobili dla wypromowania pisma (np.
J. Sosnowski i P. Bratkowski).
31 P. Bratkowskł, Anarchia przeszła w sklerozę, "Obserwator
Codzienny" z dn. 5 maja 1992 r., str. 5.
32 P. Bratkowski, Terrorysta w piaskownicy, "Gazeta o
Książkach" 4/1993, z dnia 14 kwietnia 1993 r., str. 7.
QUASI-PROGRAMOWE WYPOWIEDZI REDAKCJI
"BRULIONU"
WPROWADZENIE
W historii
"bruLionu" można znaleźć przynajmniej cztery wypowiedzi, które dotycząc
zarzutów postawionych pismu można odczytywać jako quasi-programowe, gdyż
wyjaśniają powody, dla których redakcja kwartalnika sięgnęła po określone
teksty, a także określają i wyjaśniają postawy polityczne i intelektualne, z
których punktu widzenia występowała. Oczywiście, nie są to teksty programowe sensu
stricte, dlatego, że stanowią reakcje w dialogu między czasopismami
literackimi, kulturalnymi lub - jak w przypadku odpowiedzi na list J.M. Rymkiewicza
do redakcji "Tygodnika Literackiego" - osobistościami kultury.
Odpowiedź
na artykuł Esa opublikowany w dwutygodniku "Świat"
WOBEC PROWOKACJI ("BRULION" 10/1989)
W pierwszym
numerze niezależnego dwutygodnika "Świat" wydawanego w Krakowie przez
środowisko "Arki" ukazał się tekst pt. Literackie śmietnisko czy
rewolucja kulturalna, będący zastanawiająco napastliwym atakiem na nasz
kwartalnik. Niezwykłe pozamerytoryczne zacietrzewienie Autora oraz charakter i
forma tego ataku (anonimowy donos spreparowany wedle klasycznie stalinowskich
reguł) zwalnia nas z obowiązku odpowiedzi. Jeśli jednak postanowiliśmy
zareagować na inwektywy Esa (tak podpisał się ich Autor), to ze względu
na naszych Czytelników, dzisiejszych i przyszłych - być może nie znających
wszystkich zeszytów "bruLionu" - których mogłyby wprowadzić w błąd
kłamstwa i pomówienia skierowane pod adresem pisma. Także ze względu na
naszych Autorów, równie bezwzględnie potraktowanych przez publicystę
"Świata".
Oto wspomniany
tekst w całości:
Przerażający
bełkot francuskiego szaleńca, w którym nekrofilia, gwałt połączony z
morderstwem księdza, profanacja ołtarza i hostii, odrażające okrucieństwo i
fascynacja fekaliami łączą się w monstrualnych opisach, z których nie sposób
zacytować choćby niewielkiego fragmentu. Jeśli istnieje pornografia
pornografii, to tekst Georgesa Bataille'a (w przekładzie Tadeusza Komendanta)
należy właśnie do tego gatunku. A zaraz obok mozolny wywód, w którym Jan Paweł
II jako przywódca "obozu represyjnego" przyrównywany jest do Chomeiniego,
Mao Tse Tunga, Castro i Hitlera. A potem - zapewne okropnie śmieszny - fragment
podręcznika dla spowiedników. A jeszcze dalej zwierzenia szczególnie skierowane
do młodzieży: "Jednostronne oświetlanie brania (narkotyków), ukazanie tylko
ciemnych stron narkomanii jest z punktu widzenia wolnej jednostki szkodliwe.
Ogranicza jej swobodny wybór. (...) Sam biorę (narkotyki) od dziesięciu lat i
mimo to jestem osobą twórczą, szanowaną i z punktu widzenia zbiorowości, pożyteczną.
Narkotyki to piękna sprawa. (...) Brak akceptacji dla narkotyków bierze się głównie z
niewiedzy. Z lęku przed nieznanym". Itd.
To wszystko
i wiele innych atrakcji czeka na czytelnika "niezależnego" kwartalnika
"bruLion". Pisma, którego dziewiąty numer pracowicie wypełnia kilku raczej
nieznanych, ale zapewne bardzo odważnych młodzieńców. Poprzednio już zwrócili
na siebie uwagę arogancją i programowym nihilizmem, teraz jednak przekroczyli
granice, w których mogą być tolerowane nieodpowiedzialne wybryki. Ich
kilkusetstronicowych produkcji nie podjęło się firmować żadne z niezależnych
wydawnictw. Swoje utwory powierzali im jednak znani i cenieni autorzy. W tym
samym numerze z obrazą uczuć religijnych, pornografią i reklamą heroiny sąsiadują
teksty Wiktora Woroszylskiego, Jarosława Marka Rymkiewicza, Adama
Czerniawskiego, a także Magdaleny Lubelskiej, Mariana Stali oraz wywiady,
których udzielili Jadwiga Staniszkis i Antoni Macierewicz. W następnych
zeszytach redakcja zapowiada utwory Jana Józefa Szczepańskiego, Ewy Lipskiej,
Artura Międzyrzeckiego i znowu J. M. Rymkiewicza i W. Woroszylskiego.
Moje pytanie
brzmi następująco: czy autorzy czytają pismo, w którym publikują lub mają
zamiar publikować swoje teksty? Jeśli nie - powinni poświęcić trochę czasu na
lekturę. Jeśli zaś pismo znają i dokonali świadomego wyboru tych, a nie innych
łamów, oznaczać to może, iż w umysłach części elity intelektualnej dokonał się
zasadniczy przełom. Zespół podstawowych dla naszej kultury wartości
estetycznych, ideowych i moralnych został odrzucony na rzecz, najdelikatniej
mówiąc, totalnej wolności artysty. Koncepcje tego typu znane są nie od dziś,
znane są także niebezpieczeństwa z nimi związane. Wiem, że przez wyzwalających
się z kolejnych (tym razem chyba ostatnich) ograniczeń artystów uznany będę za
dławiciela wolności. Sam mam wątpliwości, czy nie użyłem zbyt wielkich słów,
bo w gruncie rzeczy jest to sprawa smaku.
Przyjrzyjmy
się po kolei wszystkim punktom oskarżenia:
1.
Pornografia. Opowiadanie G. Bataille'a Historia oka - istotnie bulwersujące
- opatrzone zostało notą tłumacza T. Komendanta, odsyłającą do źródeł wyjaśniających historyczno-literacki i
filozoficzny kontekst niegdyś skandalizującego - pochodzącego z 1928 r. -
utworu, notabene dziś otwierającego "Dzieła zebrane" Bataille'a, wydane
przez szacowną oficynę Gallimarda. Udający, iż nie zna tego kontekstu, Es
potraktował opowiadanie Bataille'a - jednego z najwybitniejszych współczesnych
pisarzy i myślicieli francuskich - nie jako filozoficzną i artystyczną
prowokację, charakterystyczną dla czasów powstania Historii oka, lecz
jako czystą pornografię. Jeśli by przyjąć taką optykę - polegającą na mechanicznym
liczeniu drastycznych opisów i słów, bez żadnej próby zrozumienia ich
motywacji i artystycznego sensu - należałoby zniszczyć ogromną część światowej
literatury: dzieło Joyce'a i Musila, Prousta i Geneta, Millera i Grassa,
Mailera i Rotha, Hellera i Vonneguta, Witkacego i Zegadłowicza i wielu, wielu
innych... Zauważmy na marginesie, że inwektywy, jakimi Es obrzuca Bataille'a są
wiernym powtórzeniem stylistyki, jakiej wobec pisarzy europejskich i
amerykańskich używała komunistyczna propaganda w czasach stalinowskich.
1 - co może tu
najważniejsze - opowiadanie Bataille'a publikujemy jako część (obok utworów
Geneta, Lély, Vonneguta i artykułów
Trznadla, Pauverta) całego bloku tematycznego, który, od tytułu jednego z
artykułów, można by nazwać: Gdy pisarz przekracza normy. Bloku, w którym
przedstawiamy historię i uwarunkowania oraz rozmaite stanowiska wobec
libertynizmu potraktowanego z całą powaga jako filozoficzny i artystyczny
problem. Es nie wspominając ani słowem o tym kontekście, przedstawiając
opowiadanie Bataille'a jako wyizolowaną, zamieszczoną wyłącznie w celu
zaszokowania czytelnika, ohydną historyjkę - dokonuje świadomie nierzetelnej
manipulacji.
2. Obraza uczuć religijnych. Podobnie postępuje
Es imputując nam chęć obrazy Ojca Świętego. Sformułowanie o postawie
"represyjnej" dotyczy bowiem wyłącznie stosunku do współczesnej rewolucji
seksualnej, a ponadto zostało przez Esa wypreparowane z tekstu Przyzwolenie
konta tabu? będącego opracowaniem (zostało to wyraźnie zaznaczone) eseju
Jean-Jacquesa Pauverta, pomieszczonego jako wstęp do Anthologie des lectures
erotique. Eseju przedstawiającego historię rewolucji seksualnej i jej
odbicie w literaturze uczestników sporu, jaki wokół niej rozgorzał (m.in.
Camusa, Bretona, de Rougemonta, Cocteau). Es wypreparowuje jedne z poglądów
przytoczonych w eseju Pauverta i traktując opracowanie tego eseju jako
odredakcyjny artykuł oskarża nas o obrazę uczuć religijnych. To już nie tylko
demagogia, to zwykłe pomówienie. A jest też i kłamstwo: nigdzie, w całym
tekście Pauverta nie nazywa się Jana Pawła II "przywódcą obozu
represyjnego".
3. Narkotyki.
W dziale korespondencji zamieściliśmy list Czytelnika, wyrażający wyłącznie
jego własne poglądy na temat narkotyków. List ten został opublikowany, ponieważ
zawierał ciekawą, choć dyskusyjną propozycję walki z narkomanią, którą to
propozycję można streścić następująco: Skoro dotychczasowa jednostronna
antypropaganda jest bezsilna i co dziesiąty młody człowiek sięga po narkotyk,
to może próbować innych sposobów perswazji: Jeśli już wziąłeś, wiedz, że
narkotyk nie musi być silniejszy od ciebie. List ten - znów - przedstawia
Es jako odredakcyjny artykuł. Jeśli na podstawie listu czytelnika oskarża
redakcję o reklamowanie heroiny, jest to nie tylko prymitywne - bo łatwe do
zweryfikowania - oszustwo, ale coś więcej: próba zdyskredytowania moralnego
redakcji przez imputowanie jej czynu nieetycznego, a nawet przestępczego. Jest
to krótko mówiąc donos.
4. Zarzut "arogancji" i "nihilizmu" -
rozciągnięty na wszystkie, nie tylko dziewiąty, numery "bruLionu" -
przedstawiony bez jakichkolwiek prób uzasadnienia i argumentacji, staje się
zwyczajną obelgą. I znów warto zwrócić uwagę na kształt stylistyczny tej
inwektywy; dokładnie tak samo prasa partyjna domagała się kary dla sprawców nieodpowiedzialnych
wybryków, przekraczających granice tolerancji w roku 1968, 1976, 1982...
5. Zarzut, iż
"bruLion" wypełnia kilku nieznanych młodzieńców. Oto tylko niektórzy z
nich - Autorzy, których nazwiska znaleźć można w "bruLionie": I. Bachmann,
J. Błoński, J. Brodski (tł. S. Barańczaka, R. Gorczyńskiej, A. Mietkowskiego,
R. Przybylskiego; Brodskiemu poświęciliśmy specjalny, liczący 350 stron,
podwójny zeszyt 5-6/1988), A. Drawicz, J. Fedorowicz, P. Huelle, E. Ionesco, J.
Jarzębski, T. Jastrun, I. Klima (tł. J. Anderman), J. Korwin-Mikke, R. Kunze
(tł. R. Krynicki), M.Kundera, J. Kosiński, E. Lipska, N. Mandelsztam, T.
Nyczek, T. Nowakowski, J. Pilch, A. Pawlak, I. Ratuszyńska, A. Sołżenicyn, J. Škvorecký,
J.M. Rymkiewicz, J. Szpotański, M. Stala, J. Trznadel, B. Toruńczyk (wywiad),
T. Venclova, K. Vonnegut, W. Woroszylski.
A obok nich,
owszem, licznie pojawiają się w "bruLionie" debiutanci - dla wyjaśnienia Esowi; debiutant to z reguły
ktoś "raczej nieznany" - bowiem pragniemy i będziemy poszukiwać i promować
debiutantów, gdyż zgadzamy się z J. Błońskim, że "literatura bez debiutów
jest przyszłą pustynią", również literatura niezależna.
6. Zarzut najpoważniejszy - i najbardziej
perfidny: jakoby "bruLionu" nie wydawało żadne niezależne wydawnictwo.
Środowisko "Arki" doskonale wie, kto jest naszym wydawcą (temu,
jednemu z najpoważniejszych wydawnictw niezależnych także i środowisko
"Arki" sporo zawdzięcza...), ale wie także, i na zarzut ten nie
będziemy mogli publicznie odpowiedzieć, bowiem byłaby to dekonspiracja naszego
wydawcy. (Notabene "Arka", jak zresztą większość pism podziemnych, również
nie podaje swego wydawcy). Powyższe sformułowanie oraz sugestia, że nasz
kwartalnik udaje tylko pismo niezależne (wzięcie w cudzysłów określenia
"niezależny" w odniesieniu do "bruLionu"), niedwuznacznie usiłują
stworzyć wrażenie, i "bL" jest "fałszywką" ...To już nawet nie
skrajna nieuczciwość - środowisko "Arki" zna przecież prawdę - to,
nazywając rzecz po imieniu, prowokacja.
Postawiwszy
"bruLionowi" najcięższe zarzuty, Es próbuje zastraszyć naszych Autorów, aby
już nigdy nie odważyli się publikować w "bL". Szantaż i aroganckie
zruganie pisarzy tej miary co Lipska, Międzyrzecki, Rymkiewicz, Stala,
Szczepański - przez anonimowego Esa, pozostawmy bez komentarza.
8. Pod sam
koniec Es przyznaje, że można go nazwać "dławicielem wolności". Skwapliwie
przyznaje się do jednej przewiny, by odwrócić uwagę od innych, równie
poważnych. Owszem Es jest wrogiem wolności słowa i myśli, ale nie tylko - jego
broń to także: demagogia, kłamstwo, donos, prowokacja.
9. W finale swego
tekstu Es odwołuje się - ponury paradoks - do wprowadzonej przez Z. Herberta
kategorii smaku, w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia. Tak
właśnie: sumienia. A paradoks i na tym polega, że gdyby Es zrozumiał ten
wiersz, odnalazłby w nim portret totalitarnego politruka, swój własny portret:
samogonny
Mefisto w leninowskiej kurtce; znalazłby także przenikliwą i precyzyjną
analizę swej stalinowskiej metody polemicznej i stylu: retoryka a nazbyt
parciana.../ łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy/ dialektyka oprawców
żadnej dystynkcji w rozumowaniu...
Tyle - w
odpowiedzi na sam tekst Esa. Zapytajmy teraz, o co tak naprawdę chodzi? Skąd
takie metody, nieopanowana tonacja emocjonalna, nie maskowana chęć całkowitego
wdeptania "bruLionu" w ziemię? Bo w tekście Esa idzie przecie o samo
istnienie naszego pisma. Z nieuczciwie spreparowanej oceny fragmentów
dziewiątego numeru wyprowadza on ocenę wszystkich zeszytów "bL" - nawet
tych jeszcze nie istniejących, przyszłych, w których zabrania drukować strofowanym
przez siebie pisarzom. Nr 9 to tylko pretekst, Es chciałby kasacji pisma w
ogóle. Dlaczego?
Es mówi jako
reprezentant środowiska "Arki". Jego tekst ukazał się w "Świecie"
(zapewne chwyt taktyczny: dać pozory "powszechnej opinii" i nie mieszać
"Arki" w bezpośredni spór), ale nie przypadkiem zapewne właśnie pod
tekstem Esa znajduje się nota informująca, iż "Świat" jest pismem
środowiska "Arki". Czyżby zatem chęć zniszczenia konkurencji? Ale przecież
"bruLion", jako pismo literackie, nie stanowi żadnego zagrożenia dla
"Arki", która od dość dawna już przekształciła się w dogmatyczny i
fundamentalistyczny magazyn polityczny o wąskiej - i coraz bardziej się
zawężającej - perspektywie. (Znamiennym dla tego kierunku wydaje się krwawy
serial prowojenny, ciągnący się przez kilka już ostatnich numerów, głównie w
ponurych, ciężkich artykułach Ł. Plesnara).
Być może zatem
atak tego środowiska jest reakcją na kilka materiałów polemicznych - w rozmaity
sposób - względem "Arki", jakie znalazły się w "bruLionie". Było
ich doprawdy niewiele: (1.) Wywiad, jakiego - w czwartym numerze - udzielił nam
jeden z redaktorów Arki, w którym powiedział on m.in.: "Arka" stanowi
klasyczny przykład pisma robionego przez wściekłych starców. Wściekłość
objawia się w bezwzględności formułowanych sądów... Nic ująć; dodajmy od
siebie: nietolerancję, dogmatyzm, zadufane przeświadczenie o posiadaniu
absolutnego monopolu na prawdę i słuszność. Zabawne, że te totalitarne cechy
stanowią istotę pisma głośno deklarującego antykomunizm... (2.) Również w
czwartym zeszycie "bL" - recenzja z tomu Drzewa J. Polkowskiego, sztandarowego
poety środowiska "Arki". Recenzja krytyczna - bo pisana przez poetę innej,
nowej formacji artystycznej, i z jego punktu widzenia - ale bynajmniej nie
złośliwa, rzeczowa i pełna rewerencji, co łatwo można sprawdzić. Czy mogła aż
tak urazić ambicję i miłość własną autora Drzew? (3.) I - co wydawało
się nam zupełnie niewinnym żartem - sparodiowanie napuszonej Rady Patronackiej
"Arki" oraz felieton Chruszczyka (zeszyt 7-8) żartujący z głównego
ideologa tego pisma, R. Legutki (który zresztą w ostatniej "Arce"
pryncypialnie i ex cathedra beszta jak uczniaka nie umiejącego myśleć
logicznie... Jerzego Turowicza).
Okazało się
jednak, że nadęta pycha, wygórowane ambicje, pryncypialny dogmatyzm niczego
tak się nie boją - i niczego tak nie nienawidzą - jak właśnie uśmiechu, żartu.
Stąd - mściwa, histeryczna wręcz reakcja, stąd nienawiść zaślepiająca do tego
stopnia, że środowisko "Arki" - piórem Esa - nie wahało się uderzyć w sposób
tak brutalny, a jednocześnie toporny - łatwy do zdemaskowania. Reprezentant
"Arki" stroi się w szaty obrońcy kultury i moralności,
zagrożonych rzekomo przez samo istnienie "bruLionu". Jego motywy i metody
polemiki są właśnie zaprzeczeniem wszelkiej kultury i moralności.
Przeciwko tym
metodom - totalitarnym z ducha, przeciwko nietolerancji, demagogii i kłamstwu
- stanowczo protestujemy.
redakcja
"bruLionu"
Odpowiedź
na ankietę ogłoszoną przez redakcję "Polityki" (tekst opublikowany m. in.
przez "bruLion" w 21-22 zeszycie pisma)
REDAKCJA "POLITYKI" - "KULTURY"
Odmawiamy
wzięcia udziału w ankiecie organizowanej przez wasze pismo, gdyż nie mamy
ochoty pojawić się na jego łamach - obojętnie w negatywnym czy pozytywnych
kontekście. Tygodnik "Polityka" we wszystkich swoich politycznych
odmianach - popaździernikowej (zastępującej zlikwidowane przez Gomułkę "Po
Prostu"), gierkowskiej, jaruzelskiej i neokomunistycznej ("oświecona
neolewica") jest dla nas jednym z najobrzydliwszych osiągnięć komunistów w
tym kraju. Fakt, że wielu obywateli PRL uważało "Politykę" za pismo
"wiarygodne" wynikał z niekwestionowanego zwycięstwa komunizmu w Polsce.
Ta ideologia zatriumfowała tutaj przynajmniej na dwa pokolenia. Nas to już nie
dotyczy. Są wśród nas ideologiczni fanatycy i zwykli prywatni skurwiele, ale
nie ma już komunistów - a tym bardziej cynicznych polkomunistów w stylu
"Polityki" (jak choćby Passent, Koźniewski czy Toeplitz - intelektualiści
uprawiający odważne polemiki w cieniu ZOMOwskich pałek).
Rozumiemy, że
niepokoi was spadający nakład i znikoma wiarygodność pisma (17% w 1991 roku
według Ośrodka Badań Prasoznawczych przy UJ). Wasi czytelnicy wymierają. Nasza
obecność na łamach "Polityki" to udzielanie wam nowej wiarygodności, na
którą nie zasługujecie. Wystarczy, że łasi się do was solidarnościowy
establishment od prezydenta Wałęsy po Michnika, ale w końcu oni wiele wam
zawdzięczają. Było nie było podzieliliście się z nimi władzą nad tym krajem.
Kiedy w latach
80. wasze pismo krytykowało fundamentalistów z "S" i chwaliło mądre
reformy Jaruzelskiego, nas pałowano na milicyjnych komisariatach (to nie było
męczeństwo, to było upokorzenie). Będziemy z wami rozmawiać,
kiedy Koźniewski, Passent, Toeplitz zgodzą się zostać publicznie spałowani po
tyłkach. Ale to mało. Będziemy mogli z wami rozmawiać po komunistycznej
Norymberdze.
redakcja
kwartalnika "bruLion" R. Tekieli, K. Koehler, M. Spychalski i C. Michalski
Ponieważ w waszych
zwyczajach nie mieści się drukowanie tego typu tekstów, rozsyłamy ten list do
wszystkich dzienników, tygodników i miesięczników, które mógłby on
zainteresować.
Odpowiedź
na list do redakcji "Tygodnika Literackiego" Jarosława M. Rymkiewicza
opublikowany w "T. L." (nr 10 z 25 listopada 1990 roku) zamieszczona w
"Tygodniku Literackim" (nr 12 z 9 grudnia 1990 roku)
DWA INTELEKTUALIZMY
Zamieszczenie
w naszym kwartalniku tekstu Louisa F. Céline'a
pod tytułem Hollywood miało, między innymi, charakter prowokacji, podobnie
jak wielu innych tekstów i artykułów prezentowanych dotąd w "bruLionie".
Jednym z naszych zamierzeń od początku istnienia tego pisma jest bowiem
przełamanie panującego w Polsce modelu kultury intelektualnej.
***
Na użytek tego
tekstu przez intelektualistów rozumiemy ludzi myślących i wypowiadających się
nie tylko w obrębie swych profesorskich, literackich czy politycznych karier,
ale również na tematy publiczne.
Intelektualiści
na literę M to Mickiewicz, Marks, Miłosz, Malreaux. Intelektualiści byli w
Grecji w V wieku p.n.e., w Rzymie Cezarów, na dworze Karola Wielkiego, są
również w dzisiejszej Polsce.
W ostatnich
czasach wielu intelektualistów wypowiada z satysfakcją pogląd, że
intelektualiści to bardzo niebezpieczna i zdemoralizowana kasta społeczna. Jest
w tym wiele prawdy.
Jako ludzie,
intelektualiści nie różnią się zbytnio od nieintelektualistów. W swoim
działaniu kierują się równie egoistycznymi pobudkami, podobnie jak innym zależy
im na zdobyciu jak największego wpływu na rzeczywistość. Intelektualistów
powołuje do życia powszechna potrzeba orientacji światopoglądowej. Stwarza ona
bardzo wygodne alibi, dzięki któremu mogą działać w interesie innych. Działając
w cudzym interesie intelektualiści posuwali się wielokrotnie do legitymowania
najordynarniejszych kłamstw i najbardziej ponurych zbrodni. Swoją inwencją
przyczynili się do powstania najbardziej drakońskich porządków społecznych na
świecie. Gdy intelektualiści nie mogą, ze względu na okoliczności, operować
ideologiami, tak jak ma to miejsce obecnie w Polsce, to starają się
sproblematyzować świat w taki sposób, żeby im właśnie przypadła rola autorytetu
rozstrzygającego owe problemy. Na szczęście posiadanie kontroli nad dyskusją o
rzeczywistości nie oznacza kontroli rozwoju rzeczywistości samej.
***
Bywają smutne
czasy dla pewnych profesji. W XVIII wieku przestał istnieć zawód kochanka
Katarzyny II. Dla intelektualistów polskich złe czasy przyszły w XIX wieku.
Zmrożone i spłaszczone stosunki społeczne przerobiły intelektualistów na
humanistycznych moralizatorów (moralistycznych humanistów). Zamiast silnego
państwa gwarantującego przez nieingerencję wolność ludzkich zachowań, mieliśmy
przez ostatnie dwieście lat nadmiar jawnych i niejawnych kodeksów moralnych,
rytuałów, z których wiele za dziesięć lat zawiśnie w Muzeum Nadwiślańskich
Osobliwości. Takie są źródła nadwrażliwości etycznej polskich intelektualistów.
System ten
utrzymuje się niestety do dzisiaj. Instrumentem wygodnego porządkowania
rzeczywistości jest w dalszym ciągu humanistyczny moralizm.
Nadal ludzie,
którzy prywatnie są często, według własnych deklarowanych kryteriów, na
przykład cynicznymi salonowcami, usiłują przy każdej publicznej okazji pouczać
innych, powołując się na uniwersalne wartości etyczne. Nadal dokonuje
się to przy tuszowaniu własnego przed-refleksyjnego uwarunkowania
światopoglądowego, którego źródłem jest na przykład tradycja powiatu, czyli
pamiętne porady stryja. A uniwersalność tak się ma do porad stryja jak
Warszawiak do Nowego Jorku.
***
Dawna i
bliska
tematów
lista
choć
wypierana
to
rzeczywista.
Których
nie ruszy
bubu
noblista
i polski
intelektualista
(bo
humanista
i
moralista);
Erotyczne
stosunki z carskim dragonem.
Stosunki
hrabianki z koniem (pirogiem) ułana.
Akceptacja
durnoty polskiego chłopa.
Mikołaj
II jako znakomity polityk.
Literatura
antykomunistyczna jako chała większa od nieautentycznej prozy Andrzejewskiego.
Ojciec
rodziny jako system niesprawiedliwych przywilejów.
Ojciec Kolbe
jako antysemita.
Skuteczność
jako moralność polityka.
Niezależność
wobec polityków jako moralność prasy.
Antypolonizm
Żydów.
Chrystus
jako wątpliwa osoba boska.
Rosjanin
jako elegant sprytniejszy od Polaka.
Analiza
budżetu Rzeczpospolitej.
***
W naszym
przekonaniu dochodzimy obecnie do nowego etapu w rozwoju stosunków między
ludźmi (wolne społeczeństwa osiągnęły go znacznie wcześniej) do etapu
wyznaczającego konieczność rezygnacji z pompowania w dusze moralności opartej
o kodeks. Człowiek we własnych oczach okazał się istotą zbyt skomplikowaną, a
jego sfera moralnych odniesień zbyt subtelna, żeby wszelka próba kodyfikacji
zachowań względem osi dobre-złe obróciła się przeciwko intencjom, które
podyktowały ten sposób porządkowania. Stosowanie kodeksowego myślenia prowadzi
w tego typu sytuacji do powstawania coraz bardziej wyrafinowanych form działań
niemoralnych. Pojawia się niemoralność w białych rękawiczkach, która nie
kradnie, ale wykrada i nie kłamie, ale przekłamuje.
Jakie
konsekwencje ma zastosowanie myślenia kodeksami do dziedziny poznania świata?
Element
aktualnie lansowanego kodeksu stryja mówiący, że antysemityzm jest zły,
prowadzi na przykład do eliminacji z pola widzenia opinii publicznej
antysemickiego tekstu Céline'a. Czytelnik
traci tym samym możliwość bezpośredniego zapoznania się z dziwnym, choć bynajmniej
nie odosobnionym w nowożytnej Europie fenomenem, w którym wyrafinowana
wrażliwość splata się w jednolitą całość z prymitywną ideologią, tworząc
swoistą poetykę wszechnegacji.
Jeśli kodeks
stryja nie eliminuje tekstu Céline'a, to
przynajmniej żąda opakowania go w komentarz uprzedzający, że Celinę był podłym
antysemitą. Ten komentarz wyjaśniałby także, jakie nieszczęścia osobiste doprowadziły
go do tego obłędu. Taki punkt widzenia jest dla nas w równym stopniu wątpliwy
jak opisany chwilę wcześniej (a prowadzący do eliminacji niektórych tekstów z
pola widzenia czytającej publiczności). Dlatego kontakt z tekstem zaopatrzonym
w zarys kontekstu historyczno-biograficznego miałby mieć wyższą wartość
poznawczą niż kontemplacja świadectwa w stanie czystym, na przykład kwadratury
obłędu albo sublimacji popędów tantrycznych? O tym, co może znaczyć tekst Céline'a, łatwo jest zapomnieć na wiadomość, że
ów biedny człowiek został wycyckany przez hollywoodzkich producentów filmowych,
że miał srebrną płytkę w głowie oraz nie podobał mu się Związek Radziecki.
***
Nie istnieją
więc specjalne powody, aby opłakiwać kodeks stryja. Co więcej, ma on już swoich
ewidentnych następców. Na poziomie indywidualnym jest to zwykła intuicja
moralna, na poziomie zbiorowym prawo pojęte jako realizacja umowy społecznej
motywowanej przetargiem interesów jednostek i grup społecznych a nie
moralistycznym pryncypializmem.
Model
intelektualizmu, który opiera się o tego typu rozpoznanie, (a który niewiele ma
wspólnego z "humanistycznym moralizmem") od początku towarzyszy rozwojowi
nowożytnego państwa, w którym to państwie pielęgnuje się swobody obywatelskie.
Intelektualizm tego typu ufundowany jest na zasadach wolności skojarzeń,
wolności artykulacji i na swobodzie w wyznaczaniu sobie celów.
Od początku
istnienia "bruLionu" zrezygnowaliśmy z lansowania jakiegokolwiek sposobu
życia i myślenia. Z własnej nieprzymuszonej woli (i we własnym interesie)
staramy się prezentować najtrudniejsze do zdefiniowania postawy, ponieważ to
właśnie w konfrontacji ekstremalnych zachowań złożoność relacji człowiek-świat
objawia się w sposób najbardziej wyrazisty. Chodzi tu szczególnie o postawy
nowe, jeszcze nie opisane lub z jakichś względów dotąd pomijane, a ujawniające
w sposób żywy, swoisty i aktualny nieoczywiste wymiary rzeczywistości.
Ponadto nie
uważamy, żeby nasza interpretacja zamieszczonych w "bruLionie" tekstów
była ciekawsza, wnikliwsza czy ważniejsza niż interpretacja kogoś, kto te
teksty czyta nie redagując "bruLionu". Traktowanie czytelnika jak idioty
jest domeną pozostałych polskich żurnali. Człowiek nie rodzi się idiotą, lecz
nim zostaje, kiedy pozwala się traktować jak idiota.
Normalnym
sposobem uzyskiwania poczytności przez polskie pisma jest podsuwanie
dydaktycznego komentarza osadzonego w aktualnych i specyficznie naświetlonych
realiach politycznych. Naszym sposobem zdobywania poczytności jest unikanie
komentarza i ignorowanie tych realiów.
Nie mamy i nie
chcemy mieć w tej dziedzinie nic do wygrania, nie wiąże nas z nią żadna
lojalność. Wybieramy prywatną tożsamość.
Z tych właśnie
względów nie można traktować tekstu Céline'a
jako precedensu. Wystarczy sięgnąć do wcześniejszych numerów "bruLionu",
aby znaleźć tam nieopatrzone żadnym komentarzem niezbyt zgodne z kodeksem
moralnym teksty Bataille'a, Mazowieckiego, Wałęsy, Glempa, Giertycha. Na
opublikowanie tych ostatnich nikt nie zareagował oburzeniem. Stawia to
"zagniewanych" Célinem w dość
niezręcznej sytuacji. I na tym polega cały dowcip.
***
Gdyby w Polsce
istniała wolna prasa, to pozwoliłaby ona na demistyfikację politycznych gier
Moczara w 1968 roku. Pozwoliłaby na demistyfikację gier w 1989 i 1990 roku. W
roku 1968 ssaliśmy lizaki, w roku 1944 nikt o nas nawet nie śnił. My wracamy do
XVI wieku i wstępujemy w wiek XXI. Większość polskich intelektualistów tkwi w
wieku XIX. My mamy lat pięćset, a oni dwieście.
Czyżby
konflikt pokoleniowy?
Jarosław
Baran, Wojciech Bockenheim, Krzysztof Koehler, Robert Tekieli
Kraków, 19 X
1990
Cele
Fundacji "bruLionu", ogłoszenie wewnętrzne "bL" z numeru 28
(zachowano oryginalną pisownię)
FUNDACJA "BRULIONU"
CELE FUNDACJI:
1. niwelowanie
przepaści pomiędzy słowem publicznym i prywatnym,
2.
uczestniczenie w próbie powołania do życia nowego modelu kultury
intelektualnej. Modelu opartego na zasadach wolności skojarzeń, wolności
artykulacji i swobodzie w wyznaczaniu sobie celów,
3. przeciwdziałanie procesowi zatracania statusu
ontycznego przez wszelkie elementy struktury rzeczywistości,
4. popieranie i promocja różnych dziedzin
twórczości,
5. promocja
młodego pokolenia twórców w kraju i za granicą.
Str. 97-106
Marcin
Wieczorek (1971) - poeta, opublikował m.in. tom "Otwarcie" (2003).
Pracownik naukowy na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka w Warszawie.