Krzysztof Kąkolewski
Dziennik tematów - cz. 1
Harun al Raszyd. Gigantyczny biurowiec ministerstwa, wykładany Piaskowcem. W środku marmur. Gabinet dyrektora departamentu. Puste biurko. Dyrektor nastał od roku. Ciągle w podróży. Jest przezorny, bierze delegację "na cały kraj". Nie ufa kierowcy i jeździ pociągami.
Jego resort cierpiał na brak
kadr na Śląsku. Dyrektor, przebrany w waciak, beret i gumiaki, zgłosił się
w okienku działu zatrudnienia. Urzędniczka piłowała paznokcie. Przerwał
jej, rozzłościła się: "Brak formularzy!" - krzyknęła na niego. "Kiedy będą?" - spytał.
"Niech pan się dowiaduje". Zamieszkał
w hotelu. Codziennie rano przebierał się i szedł do działu zatrudnienia. Złożył
formularze, przeszedł badania lekarskie, rozmowę z przedstawicielem wydziału
kadr, który nie żądał dowodu osobistego, wystarczył mu świstek, który
dyrektor wypisał sobie sam na maszynie. Po tygodniu znalazł się w środku.
Tydzień czekał na przydział zajęcia. Gdy upominał się, kierownik placu, któremu
podlegali nowo przyjęci, powiedział mu: "Długo go tu nie zagrzejesz
miejsca". "Dlaczego pan mi to mówi?" "Bo ty mi mówisz
pan" - odrzekł kierownik.
Nie dawano mu pracy i szydzono
z niego. Pewien poufny współpracownik ochrony przechodząc poszturchiwał
go. Zgłosił się do dyrekcji w dzień przyjęć. Sekretarka radziła mu złożyć
zażalenie na piśmie. "Mam tu kolejkę przyjęć. Na pana wypada za sześć
tygodni". Nazajutrz strażnik zatrzymał go w portierni. Przyszło kilku
ludzi: z zatrudnienia, placowy, komendanci straży. Kazali mu oddać klucze od
szafki, pismo zatrudniające go i oddalił mu jego zaświadczenie. "Nigdy tu
nie pracowałeś" - powiedzieli. Dyrektor wrócił do hotelu zapasowymi
schodami, przebrał się opuścił go, zwalniając pokój. Wróciwszy do
ministerstwa cały dzień pisał raport.
Na fabryki podległe
ministerstwu padło przerażenie. Zostały wzmocnione kontrole, badano tożsamość
osób zgłaszających się do pracy itp. Sekretarka dyrektora departamentu
otrzymała propozycję drugiej tajnej pensji za informowanie o poruszeniach i
planach dyrektora, na którą składałyby się zakłady podległe
ministerstwu. Dyrektor wyjeżdża w nieznane. Dostaje się jako walet do hotelu
robotniczego w Szczecinie. Zbiera dane od robotników, którzy tam mieszkają.
Trzecią podróż odbywa jako zaopatrzeniowiec, usiłując w zakładach
swojego resortu zakupić części zamienne i podzespoły.
Dyrektor wyraził zgodę, by w
następnej podróży towarzyszył mu reporter. W dziesięć dni potem został
przeniesiony na stanowisko dyrektora resortowego instytutu badań.
Przekucie. Dlaczego nagrobek z
marmuru, tak wspaniały, ma to brzydkie zdjęcie? -
pytam grabarza w Zielonej Górze, Kazimierza Gaćwińskieg w
1963 roku.
- Ale kobieta ładna?
- Ładna.
- Panie, to było w 1950 roku.
Człowiek wysoko stojący u władzy zabrał żonę innemu. Tamten chodził za
kochankiem żony, groził mu. Kochanek wsadził go. Żona zaczęła mieć
wyrzuty sumienia. Raz jechała do niego z dzieckiem do więzienia. Dziecko wyrwało
się i wbiegło na szyny, przed pociąg. Matka rzuciła się za nim, zepchnęła
z toru. Lokomotywa rozbiła ją na miazgę. Dygnitarz postawił jej ten grób.
Skąd taki marmur? Taki ogrom? Ludzie go nienawidzili. Odjęli płat marmuru.
Odkryli nazwiska tych, którym grób zabrano. Niech pan sprawdzi.
Odchylił płytę, na odwrocie
nazwisko wypisane gotykiem. Ten pomnik ukradziono z cmentarza we Wrocławiu.
Poszły listy, donosy, przyszedł rok 1955. Dygnitarza usunięto, mąż wyszedł
z więzienia i teraz dba o grób i dał tę fotografię. Przychodzi codziennie z
dzieckiem, które ona ocaliła.
P. Ołubicka r. 1965: - Chcę
opowiedzieć panu swoje życie. Urodziłam się w grudniu 1944 roku, w ostatniej
chwili wojny. Gdybym urodziła się dwadzieścia lat wcześniej, walczyłabym.
Walczyłabym nawet dziś, szukałabym zbrodniarzy. Byłabym nie łączniczką,
ale w partyzantce. Znam wojnę, wydaje mi się, że ją przeżyłam, tyle razy
śniłam o niej. Dokładnie. Poproszę o paszport na fałszywe nazwisko i broń.
Będę wykonywała wyroki na zbrodniarzach hitlerowskich, którzy uciekli i
nigdy nie zostali ukarani, przejdę szkolenie komandosa, w strzelaniu,
tropieniu, zdążę to nadrobić, bo sprawa jest nie rozstrzygnięta, walka musi
trwać dalej.
Rok 1965, luty: - Na tej kartce
napisałam nazwisko gestapowca, który przesłuchiwał mnie. Podobno żyje,
widziano go. Niech pan go odnajdzie. Chyba był hamburczykiem. Może pamięta,
kto mnie wydał? Niech pan zdobędzie tę wiadomość.
Spotkanie dwu ludzi: tego, którego
dokumentów aryjskich używał Ludwik B, i samego Ludwika B. występującego
jako Jan K. Jan K. był w armii na zachodzie. Żona dała ZWZ-owi wszystkie
papiery męża i Ludwikowi B. wyrobiono kenkartę. Jan K. przyjechał do Polski
z Londynu, żartował: "Gdyby mnie wzięli do niewoli, byłbym zaskoczony, że
jest mój sobowtór, a Gestapo miałoby łamigłówkę".
- Dziękuję panu - mówi Ludwik B.
- Nie ma za co - odpowiada Jan K.
Na szosie E-7. Ta szosa to
wielki temat. W maju Józef O. z. miejscowości W. jechał z jednego kawałka
swojego pola na drugi. Międzynarodowa
Członek
Werwolfu, który jako pomocnik archiwisty,
coś w rodzaju woźnego, wyniósł i zniszczył wszystkie dokumenty stanowiące
o polskości tego obszaru. Wyszedł z więzienia, mówi, że uważa się dalej
za członka Werwolfu.
Spółdzielnia:
wyższy oficer WP, statystyk, matematyk i
historyk nauk technicznych założyli spółdzielnię gry w totolotka. Naukowe
hipotezy, dyskusje, potem wykresy, badania latami. Wielka praca. Znajdują reguły
w braku reguł. Od mitu szczęścia współczesnego, mitologicznej ślepoty
losu, wielkiej szansy, przeszli do badań matematycznych. Stracili nadzieję,
grają, by badać grę. Historia matematyczna totolotka. "Stary i nowy
testament" - wielkie księgi. Teoria parzystych i nieparzystych trafień.
Najszczęśliwsze
miasto świata: Byczyna - według "Nowin
Raciborskich" jest to polskie Carcassone. W XIX wieku przez 24 lata nie
trzeba było płacić tam podatków komunalnych, miasto miało wszystko, co
potrzeba nikt nie umarł i nie wydarzyło się przez ten czas nieszczęście
ani kradzież. Pierwszy wypadek nadania siebie na bagaż w skrzyni i wysłania
za granicę 25 stycznia 1890 roku zdarzył się tu właśnie.
Umarła
żyje daleko? - zniknięcie z dnia na dzień
kobiety. Uciekła od męża, zostawiając dziecko, czy on ją zamordował?
Przekopano ogródek, piwnicę, odbył się proces, dwie rewizje nadzwyczajne,
dziecko dorosło, broni ojca, twierdzi, że matka żyje, szukają
jej. Zaaranżowała wtedy kłótnię, by upozorować morderstwo na sobie, by
uciec i zemścić się? - Sprawa trwa dwadzieścia dwa lata i nie znalazła rozwiązania.
Skazany
- na dwadzieścia lat więzienia pisze
rewizję we własnej sprawie, prosząc o zmianę wyroku na karę śmierci.
Umowa
- dwaj skazani na śmierć umawiają się,
że jeden zabije drugiego, by ten miał nowy proces i tak przedłużył sobie życie.
Jeden z nich prosi o śmierć, bo nie może znieść czekania na wykonanie
wyroku.
Komnaty
Zamku Królewskiego - reportaż o Zamku
przed odbudową, przejście amfiladą sal. Zamek bez ścian, jest tylko planem,
rzutem budynku. Same obcięte ściany tworzą labirynt, wysypany jasnym żwirem,
wędrówka przez komnaty nie istniejące. Myśl o tym, co się działo, plafony
z prawdziwych gwiazd. Materiał dla wyobraźni. Układanka. Tragizm. Nie istniejące
plafony, stiuki. Latające nad tym gołębie. Dalej jedyny na świecie cmentarz
kamieni z Zamku.
268967
- ten telefon należy obecnie do kogo innego. Przed szesnastu laty
zatelefonowano z niego w nocy do mnie. - Czytałam pana książkę przed chwilą.
Ciekawa byłam, czy usłyszę głos autora. I czy zaciekawi pana, co robię i
skąd dzwonię? - Tak. W tej chwili leżę na prześcieradle, poduszce, pod kołdrą
na dwu zestawionych biurkach. Od trzech lat, odkąd przyjechałam do Warszawy,
mieszkam w moim biurze, i nie wydaje mi się, by dyrektor, nawet we śnie
przypuszczał, że leżę w jego sekretariacie. Bieliznę pościelową mam w
biurku. Trochę boję się, trochę marznę i trochę telefonuję. Sama w
wielkim gmachu. Wie o mnie tylko portier. Czasem schodzę do niego na herbatę,
ale to mężczyzna, więc zamykam sekretariat na klucz. Rano w szlafroczku idę
korytarzem biura do toalety, gdzie się myję w umywalce od stóp do głów.
Nieraz muszę uciekać przed nadgorliwcami, którzy przychodzą wcześniej.
Wychodzę z biura ze wszystkimi, a wracam o zmierzchu.
Muller
- czyli każdy. "W czasie wojny u mojej
babki na kwaterze był żołnierz Wehrmachtu, niejaki Muller. W tym czasie
wykonano wyrok śmierci na konfidencie Gestapo, który mieszkał w domu
naprzeciw. Muller przeraził się. Babka zapewniała go, że nic mu nie grozi,
przysięgała mu, a w końcu obiecała, że bierze jego życie na swoją
odpowiedzialność. Przywiązał się bardzo do mojej babki. Przysyłał ze
wschodniego frontu, a nawet z trasy odwrotu karty i listy. Czyni to po dziś
dzień, nie zapominając o żadnych świętach i imieninach babki, mimo że minęło
dwadzieścia lat od końca wojny. Babcia ma osiemdziesiąt lat, on przysyła jej
lekarstwa. J. S. Kraków".
Lekarz wojskowy opowiada: - Na komisji poborowej rekrut upiera się, by skierować go do jednostki rakietowej. Wypytujemy go. W końcu mówi: "Chcę być tym, który naciśnie guzik, by ode mnie zaczęła się nowa wojna światowa".
Donosiciel
i jego ofiara. Tajemniczy anonimowy
donosiciel. Wymyśla na swoją ofiarę fantastyczne potwarze. Oskarża, że
zamordował żonę, że nadaje informacje szpiegowskie, że dokonał napadu na
bank, że jako dziecko w czasie wojny należał do Hitlerjugend, że dosypuje
cyjanku potasu do jeziorka, skąd mieszkańcy biorą wodę, że okradł fabrykę,
w której pracuje na pół miliona. Wszczynano siedem dochodzeń.
Polska
ziemia - umierając w Londynie stryj prosił,
by do grobu wsypano mu ziemi polskiej. Skąd ją wziąć, zastanawiali się
przed wyjazdem. Mieli zamiar wziąć ją z cmentarza, z grobu drugiego stryja.
Ale było za późno. Weszli do jakiegoś ogródka na Śmiałej na Żoliborzu.
Dom był ciemny. Spod jabłonki wykopali łyżką kilka kęsów ziemi, wsypali
do plastykowej torebki. To też była ziemia polska.
Pod
Kielcami mieszka człowiek, który zaszczepia gruszki na wierzbie.
Prywatny
przedsiębiorca budowlany - częściej, niż
by się przypuszczało, spotyka się z pytaniem: ile by kosztował schron
przeciwatomowy?
Czerczil.
Znający lepiej historię
wyjaśniają, że powinien mieć nazwę Czemberlen, bo to on nie rozstawał
się z parasolem, a Czerczil z cygarem, ale przylgnęło Czerczil i jest
Czerczil. Kiedyś go spytano, dlaczego chodzi zawsze
z parasolem. Wyjaśnił, że deszcze zawierają płyny radioaktywne. Czuje
strach, gdy nawet kropla spadnie na niego.
Wydawca
gazetki konspiracyjnej. Pewien mieszkaniec
południowej Polski, który w czasie okupacji zajmował się szmuglem, sfałszował
ankietę i podał, że walczył w podziemiu. Nie dla korzyści, ponieważ wybrał
AK. Dopytywano o szczegóły. W 1966 roku dotarł do powielacza, zdobył papier
z okresu okupacji, stworzył, przepisał na matrycach i wydrukował pięć numerów gazetki okupacyjnej. W każdej był opis jakiegoś niezwykłego jego
wyczynu. Siedem lat żył w aureoli sławy i bohaterstwa. Jego oddział wyginął
cały, pisano w gazetce. Przytoczono list gończy Gestapo z ogromną ceną,
przez co ujawnione było jego nazwisko.
Jeden z egzemplarzy trafił do rąk badaczy, których zaintrygował ten
tajemniczy oddział straceńców. Wykryli fałszerstwo i odebrali bohaterską
przeszłość temu człowiekowi, który podobno niedługo potem umarł.
Ojciec
i syn - w 1939 roku poszedł na wojnę,
nie wrócił do rodziny. Twierdził, że Niemcy ją wymordowali, ale rodzina
przez te wszystkie lata czekała. Syn odnalazł go po latach. Ojciec odpowiedział:
"Mój syn nie żyje. Pan się podszywa".
Znaleźne.
Człowiek idący przez las znalazł plecak
z 4 milionami złotych. Zakopał je, bo bał się iść z nimi, gdy wrócił,
nie mógł znaleźć drzewa. W tym czasie złapano bandytę, który porzucił
pieniądze w czasie pościgu. Pokazał, gdzie to było, i tak trafiono na człowieka,
który przyjechał zabrać pieniądze. Nigdy nie udało się ich odnaleźć,
mimo że kopano pod wszystkimi drzewami w dużym lesie. Albo znowu ktoś je
znalazł, albo są tam do dziś.
Psychiatra
opowiada o dwu chorych. Jeden uważa się
za Hitlera, drugi za Stalina. Jeden jest przekonany o tożsamości drugiego. Kłócą
się, kto jest genialniejszy, czasem biją się, ciągle rozmawiają. Są
przekonani, że ich żołnierze toczą. wojnę. Przebiega ona inaczej niż ta w
latach 1941-45.
Niemiecki
żołnierz zrabował figurę rzeźbioną
przez Michała Anioła i miał ją w plecaku w czasie kampanii wschodniej, by
wykupić się nią Rosjanom, gdyby go wzięli do niewoli.
Lucynka
- urodziła się 22 lipca 1945 roku na
Ziemiach Zachodnich. Nie znała ojca, który zginął. Była jako dziecko na
drugim ślubie matki. "Uwielbiam ojczyma" - mówi. Gdy miała dwadzieścia
lat, ciotka, siostra ojca, powiedziała jej w tajemnicy, że jej ojciec żyje
pod przybranym nazwiskiem na wschodzie Białostocczyzny. Dała jej nazwisko, którego
prawdopodobnie używa ojciec. "Więc matka, nie wiedząc o tym, popełniła
bigamię. Czy ojciec wie o moim istnieniu? Czy kiedyś mnie widział? Mógł być
w tajemnicy koło naszego domu" - Lucyna postanawia jechać, szukać ojca.
Boi się: czy nie dozna zawodu? Czy ten pan nie wyprze się wszystkiego?
Chciałaby jechać ze świadkiem. Czy pan Kąkolewski pojechałby z nią?
Kilkakrotnie odwołuje podróż, aż wreszcie przysyła telegram: "Rezygnuję.
Do widzenia panu".
Do
śmierci zostanę w ukryciu
-
tak o sobie
myśli Jan K. Jan K. był członkiem organizacji
podziemnej w podwarszawskiej miejscowości. Całą grupę aresztowano w dniu, gdy spóźnił
się do pracy. Gestapo go nie szukało. Po wojnie znaleziono listę wydanych,
skojarzono z jego spóźnieniem. Nikt z zasypanych przez tego agenta nie zginął,
bo wybuchło powstanie i najpierw wzięto ich do pracy przy torach, a potem
uciekli. Ten człowiek po wojnie nigdy nie był nawet w Warszawie ani w okolicy.
Ukrywa się. Prawdopodobnie nie wie, jakie były losy aresztowanych. Od
dwudziestu pięciu lat żyje w strachu.
Ktoś,
kto zna sprawę, proponuje, bym pojechał do niego i powiedział mu, że jego
adres jest znany, koledzy wiedzą, że się ukrywa, i uwolnił go od lęku.
Napad
szaleństwa - trzech mężczyzn o dobrej
opinii, normalnych, przeciętnych, po wesołej zabawie doznało dziwnego ataku:
schwytali Jerzego M. okradli go,
obdarli z
ubrania do
naga, zaciągnęli
na cmentarz,
kazali bezcześcić groby, potem przyłożyli nóż do gardła i kazali
popełnić samobójstwo: "Powieś się, bo cię zabijemy". Wykorzystując
chwilę nieuwagi, uciekł im. Złapali go powtórnie i zaczęli przepraszać, całowali
po rękach, trzy godziny przekonywali, by się "nie mścił".
Skandal
w W. - uwięzienie prokuratora, który
oskarżał w głośnych procesach. Wplątany w aferę łapówkową, nie związaną
z jego wystąpieniami w sądzie. To odwraca uwagę od faktu, że dwoje oskarżonych
przez niego w dwu procesach przed zaczęciem przewodu sądowego
popełniło samobójstwo.
Zaczynam badać sprawy. Piszę dwa oddzielne reportaże.
["Ostatnie lato pokoju. Jak pamiętamy, było piękne" i "Mieszczanin
wrocławski" w: "17 historii, które napisała wojna", Warszawa 1971].
Profesor
bał się procesu. Kilka dni przed jego rozpoczęciem zażył silną
Druga
sprawa: młoda kobieta, pochodząca ze zniemczonej śląskiej rodziny, pod wpływem
miłości do młodego Polaka, poznanego wiosną 1945 roku, uczy się polskiego,
odcina się od społeczności niemieckiej przygotowującej się do repatriacji.
Pobierają się, ona kończy medycynę. Z niewoli rosyjskiej wraca teść.
Zaczyna walkę o odzyskanie córki. Żona p. M. wraca do niemczyzny. Nie uczy
ich dziecka polskiego, z mężem rozmawia po niemiecku. Byli dwoma abstrakcjami:
ona ucieleśnieniem nazizmu, on - piastowskiej polskości. Pewnego wieczora jej
mąż został odwieziony do szpitala z objawami silnego zatrucia. W aptece
znaleziona zostaje recepta wystawiona przez panią M. na silny roztwór
atropiny. Panią M. aresztowano. Po kilku tygodniach umiera w więzieniu,
otruwszy się tą samą trucizną.
W
obu sprawach śledztwo prowadził ten sam prokurator, niezmiernie ambitny. W obu
przypadkach oskarżenie opierało się na poszlakach. Oskarżeni byli znani w
mieście, przerażeni publicznym procesem. Prokurator straszył ich tym, chcąc
wymusić przyznanie się. Widząc, że nie przyznają się i że może sprawę
przegrać, na ich błagania, występuje jako dobroczyńca, dostarcza im samobójczego
środka. Umierali z wdzięcznością dla niego. Ich śmierć stała się
potwierdzeniem, że byli winni, powiększeniem legendy prokuratora.
Matka
w podróży. Piętnastoletnia córka jest
na "gigancie", trzydziestosześcioletnia matka też opuściła dom i jeździ
od pół roku po całej Polsce, szukając córki. Poznaje grupy młodzieży,
prowadzi podobny tryb życia przenosząc się z miejsca na miejsce autostopem
i wszędzie pytając o "Baby" - ksywa jej córki. Ten tryb życia zaczyna
się jej podobać. Teraz szuka jej mąż i wzywa do powrotu.
Maniak
z Ż. - uszył sobie sutannę i podróżował
po Polsce, siadając w konfesjonale i "podsłuchując spowiedzi", jak
określił to. Przyłapany padł na klęczki, przyznał się do grzechu i błagał
o spowiedź.
Psychodrama
w szpitalu w L. "Nagrobki", "Próchna",
czyli starzy pijacy, przeciw "Gównom", "Jajom", czyli młodym
narkomanom. Otwarta straszna walka pokoleń przez walkę nałogów. Wyleczeni
leczą następnych.
Pani
inżynier rolnik - skierowana do majątku
PGR, który należał do jej ojca. Czasem słyszy swoje nazwisko, w dziwnych,
nieoczekiwanych kontekstach.
Monografia
najpiękniejszego miasteczka w Polsce.
Oficjalnie jest wsią, ma strukturę bardziej miejską niż Warszawa. Miejscowy
Achilles: stracił piętę w czasie, gdy był tu przyczółek wojsk radzieckich.
Grób w ścianie. Nieboszczyk wmurowany. Plaga min, zostawionych przez Niemców.
Ciągle jeszcze wybuchają. W 1945 roku szesnastoletni chłopiec, Czesław S.,
okazuje się geniuszem rozbrajania min. Przenika je, jakby były żywymi, myślącymi
istotami i unicestwia. Sam rozminował miasteczko. Wzywany do domów, na pola.
Kult chłopca. W końcu ginie rozerwany. Tylko kilogram jego ciała udało się
uzbierać do pudełka po butach. Najwięcej ocalało włosów.
Niemiec
ranny w czasie odwrotu. Nie mieli odwagi go dobić, przygnietli głazem i tak
dogorywał.
Historyk
miasta: "Mam poczucie, że jesteśmy sercem Polski, jej istotą".
Samobójstwo
- gdy sekwestrator zabrał mu majątek za nie spłacony kredyt, rolnik wyciągnął
ukrywany, przez siebie od 39 roku karabin i zastrzelił się.
Najpiękniejsza
dziewczyna wyjechała. Gdzie jest, nikt nie wie, nawet dziadek, którego kochała.
Oddawała się łatwo, kto poprosił, ale zła opinia ją tak zmiażdżyła, że
musiała wyjechać.
Za
grzech, że sfałszowano w połowie szesnastego wieku przywileje królewskie,
miasteczko upadło. Ostateczny
upadek po przeniesieniu siedziby sądu. Upadły gorzelnie i knajpy, gdzie pito
po rozprawach, ci, co wygrywali, ci, co przegrywali, ławnicy i woźni.
Reportaż z dwu najdalszych miejsc - wysuniętego na zachód Osinowa Dolnego k/Cedyni i Zosina k/ Horodła na wschód. Opis dwu wiosek z dwoma rzekami: Odrą i Bugiem. Co oznacza podobieństwo nazw? Może ktoś przesiedlił się z Zosina do Osinowa? Czy coś wynikałoby z tego dla wiedzy o Polsce?
Poste
restante na Poczcie Głównej -
opowiadania pracownic obsługujących to okienko: jak wyglądają listy, jakie
hasła. Jak długo czekają?
Lekcja
polskiego II - Volksdeutsch, agent
gestapo, udający, że nie zna polskiego ze snobizmu, a także po to, by podsłuchiwać,
złapany przez partyzantów przechodzi lekcję polskiego w lesie. Przed
rozstrzelaniem recytuje "Odę do młodości".
Wendetta
w tym rejonie pod Opatowem nazywa się WROŻDA - do
Leszek
B. - odzyskał wzrok po trzydziestu latach
ślepoty. Jego rozczarowanie światem, za którym tęsknił. Oddalenie się,
szyba przezroczysta. Dawniej świat był ciemny, twardy, bliski.
Do
monografii Wrocławia: produkt wędrówki
ludów, hybryda: forma zachodnia, treść wschodnia. Notatki: jedyny zegar
uliczny, który chodzi punktualnie: na więzieniu. Powiedzenia pijackie: "Najpierw Bach, potem Szopen", picie na krawat: gdy drżą ręce, rozwiązać
krawat i zrobić temblak. Melina złodziejaszków: w czołgu będącym częścią
pomnika. Ostrów: miejsce topionych w 1945 r. Miasto mostów.
Śmieci
wysypane z ciężarówki nad rzeką w
lesie około Otwocka. "Corrida. Cukierek". Skład. Wytwórnia
"Bałtyk". Puszka: karp po żydowsku. "Ingrediencje". Wycinek gazety: "Użyteczne społecznie".
Zaadresowana koperta. Rozbite
lusterko. Żyletki "Polsilver",
około stu. "Wiśnia. Cukierek". Różaniec. Zmiażdżone krzesło.
Kalosz, rozdarty, z lewej nogi. Para trampek dziecięcych. "Fotopan 17 din. Chroń
przed światłem". Butelka. "Rubin. Wino owocowe". "Sezamki
Jaffa. Skład: ziarno sezamowe". "Katarzynki popularne, Kopernik, Toruń".
"Wódka czysta. 40° ". Żyletka "Silver". Garnek bez dna.
Patelnia. Łatki "Rapid" do wulkanizowania na gorąco.
"Pieklik. Sód sodowa kwasu dwuchlorofenyloctowego" selektywny
środek pielenia chwastu. Nr. rej. Min. Zdr. 63/Tr. Szczegółowy przepis użycia
wewnątrz. Trzymać w opakowaniu zamkniętym z dala od środków spożywczych".
Drzwi do baraku z wybitą szybą. Napisy na drzwiach: "Ty suko". "Wziąłem
1/2. Oddam jutro". "Zamknięte. Co jest? Kiedy będziecie?" Opiłki.
Bilet wstępu do kina. Cena. Godzina. Trzcina i tynk odwalony ze ściany. "Szampon do delikatnych włosów. Wzmacnia".
"Dodoni. Orange juice. Made in Grece". "Olej do silników z zapłonem dwusuwowym.
Zawiera dodatki
przeciw utlenianiu". Siatka do włosów. Błotnik od samochodu marki "Warszawa", przerdzewiały. Bateria do latarki kieszonkowej
"Centra". Koszula męska, gnijąca. Pojemnik na 24 jaja. Puszka po
politurze. Krem Nivea. Plastykowa okładka do dowodu osobistego. List podarty w
strzępy: "... tak nie można,
bo jeśli..." Opona. "Sok jabłkowy, klarowany". Półmisek w
zielone róże, utłuczony. "Skrzat, płyn do mycia". "Pasta do zębów".
Noga lalki. Tygodnik "Kulisy" - zszywka z całego roku. Gumowa piłka bez
powietrza. Słoik. Dżem malinowy, skład..." "Grzybowa w proszku. Sposób...".
"W odpowiedzi na pana pismo...". Różaniec i list, w którym są
nazwiska, adresy.
W
Zielonogórskiem jako turysta co rok
przyjeżdża do dawnego gospodarstwa Niemiec. Mówi: teraz to wasze, ale nie ścinajcie
drzew. Mówi, jak ratować sad, przysyła z Niemiec środki owadobójcze.
Pewnego dnia nadchodzi list: "Wytnij cały sad, wszystkie świerki. Zostaw
jesion, na którym się powieszę".
Z
piętnem na czole: dalszy ciąg reportażu
opublikowanego w maju 1956 roku. Do redakcji przysłano kopertę z fotografią.
Po drugiej stronie była dedykacja: "Choć na obrazku zobaczycie sobie bandytę
z piętnem na czole. C. W." W 1950 roku C. W. jako uczeń gimnazjum z grupą
kolegów w wąwozie strzelał z pistoletu maszynowego. Jeden z nich chciał być
lotnikiem. Marzyli, że wywiezie ich do Ameryki. Tam zorganizują bunt czarnych
przeciw plantatorom i stworzą nowe państwo, raj na ziemi. Kiedyś C. W., gdy
wrócił na stancję, zobaczył nieznajomego młodego człowieka, który krzyknął
do niego: "Ręce do góry". Wyszedł z więzienia. Nigdzie nie mógł
dostać pracy. Wzięto go do wojska. Korespondencyjnie przygotowywał się do
matury. Po wyjściu z wojska znów nie mógł dostać pracy. Rzuciła go
dziewczyna. Zaciągnął się do kopalni. Myślał o samobójstwie. W tym
miejscu kończył się reportaż.
Po
trzynastu latach na ulicy kłania mi się zakonnik. Pokręciłem głową: "Pomyłka". Zakonnik zatrzymał mnie.
"To o mnie pan pisał. Chciałem
się zabić. Wiele skłamałem. Pan w to uwierzył. Na ziemi nie wolno mi było
mówić, czego pragnę. Tylko Bóg mnie zrozumiał". Nie powiedział, w
jaki sposób mnie okłamał. Powiedział, że spotyka mnie, gdy znów przeżywa
wielką rozterkę. "Chcę być po stronie grzechu" - powiedział
zagadkowo.
Minęło
dziesięć lat. Meldowałem się w pewnym hotelu na Wybrzeżu.
Andrzej
H. - odwiedził w Wiedniu gestapowca, który
mu podlegał w wywiadzie AK.
Babij
- nie pseudonim, ale nazwisko dowódcy
partyzanckiego oddziału ukraińskiego. Nie tylko nie zabijał Polaków i Żydów,
ale przyjmował ich do oddziału. Działał na terenie pow. Dolina w woj. stanisławowskim
w latach 1943-44. Watażka, wyzywał Niemców. Zapowiadał swoje wizyty w
starostwie, udział we mszy w kościele czy cerkwi. Zbierał kontyngenty,
rozdawał ludności. Wielkie obławy, bywało, że rozmawiał z żołnierzami z
obławy. Nie przypominał partyzanta, wyglądał na rzeźnika. Ujawnił się,
konwojował transporty Polaków na zachód, osiedlił się w Żarach. Dawni
mieszkańcy okolicy, gdzie działał, żyją jeszcze w okolicy Oławy, Brzegu,
Opola. Odwiedzał ich, w tym dawną sympatię. Zmarł przed dziesięciu laty w
Żarach.
Milionerzy:
prowadzili nielegalne interesy. Bali się
korzystać z bogactw. Ukrywali je przed dziećmi, jeździli "Syrenką".
Zginęli w niej w wypadku samochodowym. Dzieci nie miały na pogrzeb. Wspólnik
przyjechał i nie wprost powiedział im, by szukały. Domyślał się niejasno,
że majątek zamurowany był w fundamencie domu, na który oni niby ciułali i
ciągle dobudowywali ganki, oficyny. Dzieci nie uwierzyły i nie szukały, o własnych
siłach pokończyły studia. Majątek jest tam dalej.
Nieprawdopodobna
historia - zaczęła się w 1943 roku.
Pewna piękna dziewczyna dotarła do gestapowca, by wręczyć mu łapówkę, za
którą - miała nadzieję - zwolni jej rodziców. Gestapowiec zakochał się w
dziewczynie.
"Bliźnięta
wojny" - Byłam w siódmym miesiącu
ciąży, gdy wezwano mnie na przesłuchanie w gestapo na Szucha w sprawie męża.
Niemiec zobaczywszy mnie, speszył się czy przestraszył. "Pani mąż będzie
wolny" - powiedział, a potem dodał, "moja żona też oczekuje dziecka
i chyba w tym samym czasie co pani". Na drugi dzień wrócił mój mąż. Nie wiem, jak nazywał się ten
gestapowiec, jakie dał imię swojemu dziecku i gdzie szukać tego dziecka. Już
dorosłego, które mam nadzieję, urodziło się szczęśliwie, podobnie jak mój
syn, Witold, który przyszedł w dwa miesiące potem na świat i zobaczył na nim
ojca dzięki temu swojemu bliźniakowi niemieckiemu.
Powoływano
się na wróżbitę meksykańskiego, który
przepowiedział, że trzecia wojna światowa wybuchnie 1 października 1966 r.
Łatwo wykryć, że wróż wyliczył tę datę z odległości między pierwszą
a drugą wojną światową. Jednak niektórzy mówili: "Za długo nie mamy
wojny". Obie pierwsze wojny zaczęły się wcześnie rano. 30 września
1966 roku grupa osób zebrała się w mieszkaniu w śródmieściu Warszawy. Część
z nich przyszła z "zapasami" na wojnę i to był pretekst, by spędzić
dzień, uciekłszy od obowiązków. Niektórzy trochę się bali. Ci, co pamiętali
o ranku pierwszego września. Nie było wśród nich nikogo, kto pamiętał
wybuch pierwszej wojny. Słuchano wiadomości na różnych falach. Ze świata bił
spokój. Przełączono radio na magnetofon. Zaczęło się picie wina, tańce.
Ktoś jeszcze mówił: "Jeśli wybuchnie wojna, popełnię samobójstwo".
Zagłada nie nadeszła. Po dwunastu godzinach zabawy wszyscy położyli się
pokotem na dywanie i zasnęli.
Telefon
z Katowic: grupa przestępcza dokonała
napadu, wyrywając kasjerowi teczkę z pieniędzmi. Działali według książki
Kąkolewskiego "Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię". Przestudiowali ją
metodą seminaryjną, analizując technikę napadu, a potem ćwiczyli na sobie.
Winien jest autor, on powinien zasiąść na ławie oskarżonych. Suma była
trzy razy mniejsza niż w powieści. Odpowiadam: oskarżę o plagiat, że drugi
raz ukradli zbrodnię.
Krótkie
historie wojenne: "Wrzesień 1939,
siedziałam na dworcu, pisałam kartki do rodzin odjeżdżającym na front żołnierzom,
którzy nie umieli
Lato
1942 r. Do części polskiej podzielonego tramwaju warszawskiego wchodzi
ostentacyjnie Niemiec, zajmuje miejsce. Manifestuje, że nie uznaje podziału.
Najpierw podnosi się jedna osoba, potem druga, trzecia, wokół niego powstaje
pustka, zostaje sam.
Październik
1944: "Gdy opuszczaliśmy Warszawę, pod Pruszkowem rzuciłam na ziemię
klucze od mieszkania. Po co je niosłam dotąd? Przecież nasz dom jest
wypalony, otwarty ze wszystkich stron".
Styczeń
1945: od cofającej się armii niemieckiej odłączyło się trzech dezerterów.
Uciekali ku wsi na uboczu pod lasem. Nie wiedzieli, że rok temu żandarmi
rozstrzelali tu dwadzieścia kobiet, mężczyzn, dzieci. Wpadają do chaty na końcu
wsi, pokazują, że są bezbronni. Stara kobieta widzi, że umierają ze zmęczenia,
każe im się schować w piwnicy. Żywi ich, przeczekują nawałnicę, potem
daje im stare łachy i mówi, którędy mają iść na zachód.
Maj
1945 - dzień zwycięstwa, przez głośniki komunikat, że wojna skończona.
Szary, smutny tłumek na ulicy podwarszawskiej miejscowości. Jedzie żołnierz
radziecki na rowerze, rzuca rower, krzyczy: "Ludzie, wojna skończona!"
Wszyscy milczą, nikt nie odpowiada. "Ludzie, wy nie rozumiecie? Wojna skończona?"
Oni milczą. Żołnierz posmutniał, bierze rower, wsiada,
Sierpień
1945, Łódź: Nagłe poruszenie wśród jeńców niemieckich, zrywają się na
ciężarówce, którą są wiezieni do pracy przy odgruzowaniu. Konwojent
podnosi pepeszę. Niemcy krzyczą głośno, jak nieprzytomni, nie wierząc
oczom: kolumna Wehrmachtu w pełnym uzbrojeniu idzie środkiem ulicy. Kręcą
jeden z pierwszych po wojnie filmów.
Karol
G: Ci prawdziwi Niemcy zostają, by
trzymać straż. Karol G. nie opuścił swojego - jak uważa - miasta w północnej
Polsce. Jego dom jest bastionem niemieckości, "terenem niemieckim". Córeczki
chodziły ubrane
"w stylu członkiń BDM", rysowały swastyki na ścianach, zaocznie kończyły
germanistykę. Wnuk, chowany jest przez dziadka w pruskiej dyscyplinie
wojskowej. Zbiera dokumentację, fotografie burzonych domów. W jego mieszkaniu
zatrzymują się Niemcy, dawni obywatele miasta, gdy tu przyjeżdżają.
Kieruje z ukrycia zanikającą społecznością niemiecką. Jeden, gdy ciężko
zachorował, nie dał się zabrać do szpitala. Okazało się, że miał
pod pachą tatuaż SS.
Nauczyciel
niemieckiego wzięty przymusowo na tłumacza
w 1940. Minął rok i on nie wiadomo kiedy znalazł się po stronie tych,
którym tłumaczył. Pokazał uciekającego polem człowieka, którego gestapo
nie zauważyło. W 1945 roku chłopi chcieli go zabić widłami. Wrócił z
oflagu jego dawny przyjaciel - nauczyciel polskiego. Potępił go, zerwali ze
sobą. W sprawie uciekającego człowieka świadkowie wycofali się. Podobno
nauczyciel niemieckiego ich straszył. Innych wyraźnych dowodów jego winy nie
było. Tylko nienawiść między dwoma nauczycielami przetrwała, nawet teraz,
gdy są na emeryturze.
Zburzenie Targówka. Zniknięcie świata oddzielnego, nie lubianego, podziwianego. Tak zamkniętego, że gdy odwiedzało się kogoś na Targówku,
on odprowadzał do jedynego postoju taksówek.
-
Świat skończył się na Pradze - opowiada znany muzyk jazzowy, wyrosły na
Targówku. Bazar Różyckiego jest krańcem, południową granicą.
Pięć lokali pod rząd: "Krańcowa", "Wisełka", "Węglarz",
"Grabarz". Teraz prawa Targówka upadły, Targówek skazany na śmierć.
Ruiny Targówka. Ostatni mohikanie, partyzanci kryją się w ruinach. Są dzicy
lokatorzy, już po wysiedleniu. Rozparzeńcy, gitowcy zniszczyli Targówek
jeszcze przed zburzeniem, mimo że snobowali się na honorowość tych ludzi.
Ci, co mieli za co siedzieć, nigdy się nie przechwalają. Sprawy seksu - dość
pruderyjni. Lalka w bieliźnie na wystawie sklepu gorszyła ich. Nigdy nie biją
"frajerów". "Piosenka", "Harem" - śmietanka Annopola,
Targówka. Tam najwięksi kozacy się mierzyli. To nie były smarówki
frajerskie. Sami swoi tam bywali. Zajmowali się grami w trzy karty, w lusterka.
Jeździli z tym na wieś, ale teraz frajerzy, jak za dużo przegrają, otaczają
i odbierają. Zawsze paru lewych graczy do wygrania jeździło, najlepiej piękna
lala. Inny był tu slang. Milicjant nazywa się "zeks". "Kto ma oczy z
korka, dopłaca z worka". Zakłady kamieniarskie, grabarze, gołębie,
największe święto umarłych na Św. Wincentego, pełny odpust, domki ze szkła
posypane szkłem. Zdobywanie cudzych gołębi. Zdobywcy noszą najmądrzejsze gołębie
pod marynarką.
Na
żydowskim cmentarzu, gdzie był pochowany Szmul, właściciel Szmulowizny,
jest teraz górka, góra nazywa się Górą Szmula. Piją tam ci, co pamiętają
zawodzenie płaczek. A przecież i na katolickim Brodnic było coś w rodzaju płaczek,
śpiewaczki zawodzące, co wszystkich znały i na każdy pogrzeb chodziły.
Najwęższą
uliczką chodził tramwaj. To była dwójka. Zakręcał pod cmentarzem i to był
koniec Warszawy. Zaraz była knajpa "Krańcowa". Kelnerka, pani Basia,
przebijała się pięścią przez wesołków. Picie odchodziło w bamboszach pod
budkami z piwem, było swojsko - klub. Osobny świat kobiet. Jedna, jak ją mąż
zbił, z ambicji wbiła sobie nóż w brzuch. Kurwi dołek spalił
się, klienci skakali z okien. Władza nie wzywana straży, czekała, aż się
dopali. Światło było tam odcięte, lampa naftowa się przewróciła. Były
tam trzy kurwy upadłe z Pragi.
Łapacz
psów. Miał na tym dawną dniówkę, czyli 100 złotych. Łapał psa, obcinał
ogon i uszy, jeszcze kąpał, pucował psa i sprzedawał: "Jaki rasowy, mówił,
wzruszający piesek". Wyłapali wszystkie psy. Pili wszystko, z wyjątkiem
smoły i lepiku.
Kibel
był dla kilku domów, jeden z kilkoma kabinami, ale bez drzwi, bo zrobiono z
nich piękny gołębnik. Wszyscy załatwiali się na oczach innych.
Najpiękniejszy
gołębnik był z wieżą gotycką, miał półtora piętra, właściciel spadł
z niego i zabił się.
"Kaju",
czyli Kazik N., umarł od połyków pięć lat temu. Przestało mu zależeć.
Czuł! Pierwszy przeczuł, choć na momenty - dzień, dwa - wychodził na wolność.
Umierał od pogardy. "Nieludzko męczę się na wolności. Nie mogę patrzeć
na frajerstwo". Na wieść, że wyszedł, zbiegali się. "Rozejść się,
bo was opluję". Nikt go nie tknął. Był ich świętym, zniszczonym przez
więzienie, ale "wolnością" gardził.
"Sępostwo
się zleciało. Schować się w ludzi, bądź miły i daj się lubić".
Umrze tyle pięknych powiedzeń, zostaje tęsknota, nostalgia.
Grabarz:
"Odkryć?" - do wdowy, osobna zapłata za odkrycie wieka przed
spuszczeniem w dół. Grabarze siedzieli w "Krańcowej", ostatni
przystanek "dwójki", i pili, dopiero jak wpadał facet z blachą z
nazwiskiem, krzyczeli: "Nasz leci!" i biegli zakopywać grób.
Szli
od gołębnika do gołębnika. Poszukiwania, rokowania, wymiana, odkupywanie,
pod wieczór odbieranie gołębi, pertraktacje, bójki, najazdy, zajazdy. Czasem
urywali łby ukochanym, wspanialcom, tym najmądrzejszym. Porywanie,
wypuszczanie gołębi, straszenie ptaków. Rzucenie w górę swojego gołębia
łowcy i chmurę dumnych gołębi łowca sprowadza w dół. Albo podsypanie
grochem, a potem nakrycie.
Romans
z archiwum - w czasie badania sprawy "Gestapowskiego śniegu" szukam
w archiwach akt, w których w jakikolwiek sposób przewijał się Paul Werner,
szef jednego z wydziałów warszawskiego Gestapo. Akta Urzędu Szefa Okręgowego
Dowódcy SS i Policji przyciągają swymi tytułami: "Charlotte
Berchtenbreiter oskarżona o romans z belgijskim jeńcem. SS-man pod zarzutem
starań o zwolnienie z obozu w Dachau Tadeusza Wiernickiego. Sprawa o zabieranie i przywłaszczanie przedmiotów w czasie rewizji. Kradzież sreber na
przyjęciu u gub. Fischera w związku z wizytą gen. gub. Franka. Obraza Fuhrera przez użycie o nim słowa: diabeł".
Paul
Werner występuje dwa razy, w dwu pozornie nie związanych ze sobą sprawach.
Ktoś był zainteresowany w tym, by je rozdzielić i prowadzić osobno.
3
maja 1940 roku dwóch niemieckich oficerów: kapitan Wehrmachtu i SS-Fiihrer
nawiązało rozmowę w pociągu jadąc w jednym przedziale, z Rzeszy do
Warszawy. Kapitan Artur von Auerswald mówi koledze, że pewien kapitan SS żyje
z żydowską aktorką Johanną Epstein. Z miesięcznym opóźnieniem, które nie
wiadomo z czego wynikło, rozmówca Auerswalda, SS-Fiihrer Plickert składa do
dowództwa SS w Warszawie meldunek o tej rozmowie.
Auerswald
ani Plickert nie wymienili nazwiska owego kapitana SS, ale Werner wiedział i
natychmiast złożył kontrmeldunek na temat "niesamowitego oskarżenia i kłamstwa,
którego padł ofiarą jako celowej, podziemnej roboty wroga mającej na celu
powaśnienie, rozbicie i prześladowanie dowódców SS".
"Od
przyjazdu do Warszawy - pisał Werner - prowadzę referat szpiegowski Abwehry i
jest niewykluczone, że służba szpiegowska przeciwnika ma interes, żeby
przeszkodzić mi w pracy. Proszę, by wszczęto kontrdochodzenie przeciw
donosicielowi i z powodów wywiadowczych o pozwolenie, abym je przeprowadził
osobiście". Sprawa zostaje otwarta. Na aktach nie jest napisane, kto ją
prowadził, więc prawdopodobnie był to sam Werner. Teczka zawiera zeznania
Johanny Epstein i... Paula Wernera. Według ich oświadczeń, rozbieżnych tylko
w dwu miejscach, Paul Werner na początku grudnia 1939 roku wszedł do domu przy
ul. Poznańskiej 12, by znaleźć pracującą dla polskiego wywiadu Lenę B.
Johanna Epstein podaje, że służąca pani Leny B.,
W
wyniku tej wizyty Johanna Epstein - jak zeznała - wykonywała "małe
poleconka dla Wernera, za które płacono złotymi". Werner był dla niej
nieprzyjemny, więc przestała chodzić do jego biura. Werner podaje, że
wykonywała zlecenia dla Abwehry: "Przynosiła mało wiadomości, ale zawsze
chciała mieć pieniądze. Daliśmy sobie z nią spokój".
Wychodzi
na jaw, że Johanna w czasie burzliwych przygód życiowych była aktorką,
modelką, komiwojażerką, korepetytorką z niemieckiego. Mieszkała w Berlinie,
Paryżu, Budapeszcie, Bukareszcie, Wiedniu, Warszawie i Łodzi.. Spotkała
bogatego Żyda Epsteina i poślubiła go.
"O
tym, że otrzymałam rozwód w 1936 roku, dowiedziałam się w listopadzie 1939
roku. Nie jestem więc żoną Żyda" - zeznaje niejasno. Rozwód uzyskał
Epstein zaocznie, nie mogąc odnaleźć zbiegłej żony? Poszukiwana do następnego
przesłuchania Johanna Epstein znika i urzędnik Gestapo nie może jej odnaleźć.
Werner ukrył ją czy kazał zamordować?
Wtedy
wszczyna dwa dochodzenia przeciw von Auerswaldowi. Auerswald był na kolacji w
hotelu "Europejskim" ze znajomą, ale czując się przedstawicielem
komendy miasta interweniował w następującej sprawie: grupa pijanych gestapowców
zaczepiała Polaków i Polki, potem zmusiła ich, by usiedli z nimi przy jednym
stoliku, bratając się z nimi, pijąc, a potem śpiewając nieprzyzwoite
piosenki. Jedna miała refren: "Chcemy z powrotem cesarza Wilhelma" i cały
chór przy stoliku śpiewał: "A gówno, a gówno". Potem tańczono, łamiąc
zakaz wynikający z żałoby narodowej.
Ale
wydźwięk refrenu śpiewanego przez gestapowców uznano za godzien najwyżej
pochwały, odrzucano w niej bowiem myśl
o powrocie cesarza. Interwencja von Auerswalda nabrała w tym świetle dwuznacznego
i niebezpiecznego dla niego sensu. W dodatku zgłosiła się - jak podano
- dobrowolnie telefonistka, Emilia Bergholz. W długim i zawiłym zeznaniu
opisuje, jak von Auerswald zobaczył jej siostrę Elżbietę i "pod płaszczykiem
sprawy służbowej" nawiązał z nią rozmowę. "Zaczął się z nami
umawiać, co nie zawsze mu się udawało. Można było zauważyć, że zależy
mu przede wszystkim na tym, by mieć do czynienia z moją siostrą". Nie
umie ukryć zazdrości. Opisuje sprawę, która ją oburza: gdy spytała, czy mógłby
załatwić jej szybko kenkartę, odpowiedział: "Tak, ale nie za darmo" -
i dodał, że nic chce pieniędzy. Było jasne, że jako wzajemnej usługi żąda
stosunków cielesnych. Albo panna Emilia
Sprawozdanie
z rozprawy sądu wojennego Wehrmachtu nad Auerswaldem zawdzięczamy specjalnemu
agentowi Gestapo, który siedząc wśród publiczności inwigilował oskarżonych,
świadków i sędziów.
"Sala
źle pobielona. Flagi wojennej Rzeszy nie ma". Charakterystyka obrońcy von
Auerswalda: "Eitnger, adwokat z Warszawy, treuhander majątku żydowskiego.
Jest członkiem partii. Jak może bronić von Auerswalda?" - notuje agent. "Awanturnicy z hotelu 'Europejskiego'" w ogniu pytań wypadają źle.
Jednym z zeznających, zamieszanych w sprawę, jest niejaki Roeder. Roeder
udaje, że nie rozumie pytań, odpowiada bez sensu, zachowuje się obraźliwie.
Winę zwalał na Polkę, która rzekomo zaczepiła go, ale wszyscy świadkowie
jednogłośnie zeznali, że wielokrotnie chciała wyjść z lokalu. Na zakończenie
wyszło na jaw, że Roeder odesłał Polaków służbowym samochodem, pod
pozorem, że ich przepustka skończyła się. Przerażony Roeder powołuje się
na to, że miał na celu porwanie Polki i próbował ją odkupić od jej
znajomego.
Proces
przybrał nieoczekiwany dla Wernera obrót, aczkolwiek jest zeznanie świadka,
który widział, jak von Auerswald umówił się na przystanku z Elżbietą
Bergholz, a potem wsiadł razem z nią do tramwaju, ale nie potwierdza się,
jakoby to ona była w czasie awantury w restauracji hotelu "Europejskiego". Towarzyszką von Auerswalda okazuje się młoda
businessmenka, przedstawicielka firmy Mercedes Benz na Generalną Gubernię,
należąca podobnie jak Auerswald do arystokratycznej rodziny pruskiej mającej
ogromne wpływy w Berlinie. Jej zeznanie obala akt oskarżenia. Młoda dama wyraża
obrzydzenie dla prostactwa, rozpasania ludzi, którym Auerswald zwrócił uwagę
w restauracji hotelu "Europejskiego". Uważa, że ta uwaga była na
miejscu. Jeszcze za bardziej oburzające uważa tańce, w podbitym mieście, w
obecności Polaków, z Polkami, gdy na frontach giną Niemcy. To zeznanie
pozwala przewodniczącemu sądu, generałowi Wehrmachtu, uniewinnić niższego
rangą kolegę, kapitana, von Auerswalda.
"Oskarżony
Auerswald zwrócił uwagę na plotkę na temat kapitana, którego nazwiska
nawet nie znał, po to, by Plickert jako piastujący funkcję SS-Fuhrera podjął
kroki w celu jej zbadania gruntownie. Miał przede wszystkim na celu interesy
i obrazę opinii SS, której chciał przeciwdziałać, bronić SS przed dalszymi
szkodami. Po wyjaśnieniu jej - dzięki meldunkowi Plickerta, okazało się, że
plotka jest bezpodstawna i powiadomiono o tym Wehrmacht - a więc
Grupa
tortur. Dzisiaj ci chłopcy mają po pięćdziesiąt
trzy lata. Są rówieśnikami, przeżyli wojnę wszyscy, może ocalili się
sami? Ich grupa formalnie należała do Szarych Szeregów, ale ta organizacja
wydawała im się dziecinna. Dowódca na pierwszej zbiórce powiedział: "Miarą
wartości żołnierza konspiracji jest jego zdolność do utrzymania tajemnicy.
My jesteśmy prawie dziećmi, wychowanymi w dobrych warunkach. Musimy siebie
sprawdzić. Czy wytrzymamy na wypadek aresztowania?"
Torturowali
się wzajemnie, by wypróbować wytrzymałość na ból i przesłuchiwali jak w
Gestapo. Chodzili potem z obandażowanymi dłońmi, bo rany pod paznokciami, ślady
od przypalań by ich zdradziły. Jeden z nich ma do dziś zdeformowane palce. Żaden
nie powiedział słowa.
Ballada
więzienna. Prokurator w B. domagał się
kary pięciu lat dla mężczyzny, który napadnięty - zabił chuligana. Masa
grypsów i pukania w ścianę po więzieniach Polski, aż powstała pieśń do
akompaniamentu gitary:
Panie
prokuratorze
Gdy
nikt nie może
.
Jedyny
pan
rozumie
że chuligan
Nie
chce zabijać
Lecz
bić
Chce
rozrabiać
i
chce żyć .
Gdy
frajer i ciamajda
Jebany
niedorajda
Niedorobiony
ciul
Zestraszył
się
i
zamiast dyla
na
wylot przebija
serce
chłopaka.
Odtąd
nazwisko pana jest znane
i
w sercu chojraka zapisane
(tu
następuje w pełnym brzmieniu).
Powrót
z Dachau. Więźniowie jak największy
skarb dźwigali z Niemiec na własnych plecach akta obozu. Nie nieśli zdobyczy,
byli obdarci i wyczerpani.
W
1969 zgłosiła się do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich pewna
kobieta. Czasem jej mąż wchodził na strych i długo tam siedział. Po jego śmierci
żona znalazła ewidencję więźniów. Ukrywał ją, bo nie mógł rozstać się
z najcenniejszą pamiątką. Tam było nazwisko jego i pomordowanych kolegów,
czytał je w kółko wraz z setkami tysięcy nieznajomych nazwisk.
Mistrzyni
ceremonii. Ma zajęte terminy na rok. W środę
wieczór wprowadza się do domu weselnego, pobiera sumę do rozliczenia, zaczyna
zakupy, w piątek przyjeżdża jej pomocnica. Przygotowują,
ucztę weselną, ustawiają stoły, nakrywają, pieką torty. W chwili powrotu z kościoła otwiera szampany i aż
do rana w niedzielę ani na sekundę nie odpoczywa. Rodzice panny młodej
nie martwią się o nic: ona układa
przebieg ceremonii, wyznacza kolejność
wydarzeń. Gdy raz jeden z gości zaprotestował, obraziła się, zabrała
pomocnicę i odjechała. W poniedziałek w południe przedstawia rachunki, pobiera
honorarium w sumie 10 tysięcy złotych, wsadza asystentkę do samochodu i odjeżdża.
W notesie ma na środę następny adres wraz z planem dojazdu.
Zaproszenie.
"Nie chcę, żeby po mojej śmierci pamiątki,
listy, fotografie poniewierały się na śmietniku. Niech pan przyjdzie na
niszczenie. Ostatni raz rzucę okiem na to, co pisała do mnie czterdzieści lat
temu matka, na jej fotografie. Zostawię sobie jedną. Panu dam trochę do
poczytania".
Na
stole stała butelka "White Horse", dwie szklanki, lód i woda. Na ziemi
poukładane systematycznie paczki z listami, dyplomami, albumy, pudła z
fotografiami. Do świtu czytała starsza pani i podawała mi listy, a potem ja
je zwracałem i ona darła je na strzępy, ale nie wszystko było przejrzane.
Pojechałem do domu przespać się i wieczorem byłem znów. Drugą noc wgłębiałem
się w labirynt stosunków między trzema pięknymi siostrami zaraz po pierwszej
wojnie. Drugiego ranka wsiedliśrny z panią Ł. do samochodu i pojechaliśmy Wałem
Miedzeszyńskim. Wybrała miejsce, gdzie skręcić. Był tu zdziczały sad nad
rzeką, ślad po domu, krzak pnącej róży wlokącej się po ziemi. Czyżby
kiedyś tu była? A może mieszkała? Miała małą banieczkę z denaturatem.
Oblała wszystko, cały stos, aż nasiąkł, przyłożyła zapałkę. Buchnął
ogień. Uśmiechała się. W kieszeni miałem jedyną rzecz, jaka się
zachowała: jej zdjęcie z czasów, gdy miała osiemnaście lat. Moda była
podobna, zdjęcie nie zblakłe. Gdybym był młodszy, pokazałbym kolegom, że
mam nową dziewczynę.
Papiery
po umarłych II. Trzy komplety papierów po
umarłych, przekazane mi w latach 1970-80, zablokowały moją szafę.
W ostatnich, po moim wuju Józefie Marusieńskim, tom małych kartek przypominających
fiszki; gęsto zapisanych na maszynie bez interlinii. Jedna karteczka nosi tytuł:
Paczka.
"Jechałem kupić gospodarstwo z hodowlą
i plantacją w województwie rzeszowskim, za dorobek całego życia. Sprzedający
chciał gotówkę, pół w dolarach, pół w złotych. Jeszcze nie było tysiączłotówek.
W przeliczaniu na kurs złotówki z 1960 raku było tam pięć milionów. Zrobiła
się paka tak "wielka, że nie zmieściła się do teczki. Pomyślałem: "Może to znak?" Zapakowałem pieniądze w gazety, kilka warstw, i w
sznurek. Teczka obok. Tak jechałem. Trzeba było przesiadać się, czekać całą
noc na pociąg. Poszedłem do bufetu. Zabrakło mi pieniędzy. Bufetowa ulitowała
się i dała bułkę na kredyt. Wszedłem do ustępu, naddarłem paczkę, wyjąłem
pięćsetkę, przyniosłem bufetowej, a ona: "Nie miał pan pięciu złotych i
już ma pan pięćset?" Przeraziłem się, że wezwie milicję. Porwałem
tylko paczkę, teczkę z rzeczami
zostawiłem w zdenerwowaniu. Zgubiłem się w ulicach na dworcu. Bałem się wrócić
na stację, choć miałem bilet. Poszedłem przez miasto, na rogatkach złapałem
okazję. Kierowca przyglądał mi się. Miałem tylko postrzępioną paczkę,
musiałem mieć dziwny wzrok, byłem spocony. Bałem się kierowcy, ale chyba i
on mnie się bał. Wszystko skończyło się szczęśliwie. Nazajutrz w południe
u rejenta pozbyłem się paczki".
Przypomniało
mi się, jak znajomy kasjer przed wojną w podobnej sytuacji, w obcym mieście,
zgłosił się na komisariat i nocował w pustyni areszcie.
Guide.
W Gdańsku, w okolicach Dworu Arthusa, gdy
zjawia się grupa osób rozmawiających po niemiecku, podchodzi do nich mężczyzna
z wieku około sześćdziesięciu pięciu lat i w tym języku proponuje, że
oprowadzi ich po "niemieckim Gdańsku". Tych, którym zaufa, prowadzi do
mieszkań dotąd mieszkających w Gdańsku Niemców.
Rybacy.
Zginęli na morzu w czasie sztormu. Wraz z
nimi poszedł na dno ogromny połów. Mówili o nim precz radio, radośni, chwilę
przed katastrofą. Wdowy po rybakach nigdy nie otrzymały należności, bo
przedsiębiorstwo twierdziło, że "ryby zatonęły, a może nawet uciekły z
sieci i ożyły".
Odcięty.
Człowiek zbudował dom. Sąsiedzi
dopiero, gdy dom stanął w stanie surowym, pojawili się i zamknęli drogi.
Okazało się, że działka, którą kupił, zewsząd otoczona jest innymi
posiadłościami. Człowiek, który oszukał, sprzedając odciętą parcelę,
znikł. Nie mieszkał tu.
W nocy nowy właściciel przedostał się do domu, ale rano nie dali mu wyjść, przyjmowali groźną postawę. Dopiero z nastaniem nocy uciekł. Nie wiedział, do czego zmierzają. Odwiedził ich, proponował wykupienie pasa ziemi na drogę. Oferował dwa razy wyższą cenę, potem dziesięciokrotną. Odmówili. "Jeśliby nawet pan się wprowadził do nie ukończonego domu, dzieci nie wydostaną się do szkoły, nie wpuścimy listonosza, nawet karetki pogotowia ani straży pożarnej". To była aluzja do podpalenia. Z rozpaczą opuścił swój dom. Myślał o samobójstwie. Kilka dni nie zjawiał się tam. Myślał zostawić dom, niech nie zbudowany jeszcze stanie się ruiną - jakby karał tym sąsiadów. Ale po kilku dniach zjawił się u niego człowiek, który sam siebie nazwał "osobą upoważnioną". Zaproponował kupno parceli ze "zrębem", jak się wyraził, "po cenie kosztu" i zaproponował jedną dziesiątą wartości. Prosił, żeby szybko się zastanawiać, bo to dobrodziejstwo, są jedynymi kupcami. Kim byli reflektanci, nie powiedział. Prawdopodobnie jest nim ten, który sprzedał parcelę, teraz odkupi ją wraz z domem za tę samą cenę.
Emerytowany
prokurator oddaje introligatorowi do
oprawy zbiór wszystkich aktów oskarżenia z całego życia. To po nim
zostanie.
Nieprawdopodobna
plotka krążąca w szpitalu w X - że na
oddziale reanimacyjnym pozwala się chorym umierać, gdy potrzebny jest narząd
do przeszczepu.
List.
"Szanowny Panie, komunikuję, że Martin
Bormann żyje i mieszka w Polsce pod fałszywym nazwiskiem Marcin Borowicz, na
Śląsku. Mało do kogo się odzywa. Mówi z silnym akcentem po polsku. Ma
emeryturę. Dostaje paczki, przekazy z RFN. Nawet listonosza nie wpuszcza do
mieszkania. Jego adres..."
Plotki
wokół Goeringa - że siostra Goeringa
mieszka w Łodzi, jako żona marynarza, przechowywana przez niego po 1945 roku.
Inna wersja: stryjeczny brat Goeringa mieszkał pod Warszawą. Odmówił
podpisania volkslisty, rozstrzelany. Potem wdowa po nim, jako żona Niemca,
wyrzucona z domu przez rodzinę.
Lwom
na pożarcie. W zoo w polskim mieście w
P. w czasie okupacji krążą plotki o libacjach w klatkach dla dzikich
zwierząt, orgiach SS-manów z dzikimi zwierzętami, nawet drapieżcami i
zabijanie ich potem. W każdym razie słyszano stamtąd strzały. Straszne myślistwo:
strzelanie do zwierząt w klatkach. Potem były uczty, próbowano mięsa
dzikich zwierząt. Mięso bizona sprzedano do restauracji na miasto, wiedzieli o
tym polscy kelnerzy. Zoo stało się obozem koncentracyjnym dla zwierząt.
Zaangażowano Gruppenfuehrera SA Karola S. z Drezna. Był z zawodu pogromcą
zwierząt, pracował w cyrku Staniewskich. Podwojono stawkę. Pogromca prowokawał
zwierzęta, drażnił, doprowadzał do wściekłości, judził, podniecał, by
rzucały się na ludzi. Głodzono lwy...
Wtedy
właśnie przywieziono z więzienia wybitnego Polaka B., przesłuchiwanego
bezskutecznie wiele tygodni, którego Gestapo podejrzewało, że jest ważną
osobą rządu londyńskiego. Wrzucono go do klatki lwów. Głodne lwy rozszarpały
go w ciągu kilku sekund. "Śmierć straszna, straszniejsza niż za
Nerona" - mówił podoficer G. Austriak z Bozen, naoczny świadek,
Ekipa
geodezyjna terroryzuje miasteczko. Oderwani
od rodzin, swoich miast, przyzwyczajeni do ciągłego przenoszenia się z
miejsca na miejsce, wysoko płatni, młodzi, silni, czują się poza prawem.
Pewnego wieczoru kierownik i szef naukowy wyjeżdżają. Dwóch milicjantów na
dyżurze nocnym barykaduje się. Ich jest dziewiętnastu. Stanowią siłę, której
nikt nie może się przeciwstawić. Opanowują restaurację, każą sobie stawiać,
wymuszają datki pieniężne, zaczepiają kobiety, grożą im i każą przyjść
o wyznaczonej porze do barakowozów, napadają na domy, budzą śpiących, żądają
wódki, bawią się przerażeniem ofiar.
Zrozpaczona
matka pisze,
że po pogrzebie jej młodszego syna starszy powiedział: "Brat został
zamordowany. Ja wykryję sprawców". Po roku znaleziono go przy drodze potrąconego przez samochód, którego
kierowca zbiegł. Matka, nic wiedząc nic - bo synowie jej nic powiedzieli - nie
umiała dostarczyć żadnej poszlaki w sprawie. "To jej wymysł, obaj za dużo
pili i musieli tak skończyć" - powiedziano w miasteczku. A matka
twierdzi, że tę wersję rozpowszechniają mordercy jej synów.
Pokuta
ofiar. Wieś najokrutniej spacyfikowana ze
wszystkich w Polsce. Na 260 mieszkańców - 212 wystrzelanych i spalonych żywcem.
Niemowlęta dopiero narodzone, bez imienia, zabite serią pistoletu maszynowego.
Pewna kobieta, leżąc ranna w zbożu, czuła, jak uchodzi z niej krew, wolała
tak umrzeć. Inna zagrzebała męża w gnoju, sądziła, że będą zabijać
tylko mężczyzn. Zginęła, on ocalał. Czternastoletni chłopiec z innej wsi
przyszedł zapytać się o zdrowie dziadka, został zabity. W jednym miejscu w
polu krew długo trwała jak żywa i nie dawała się zaorać. Po wojnie domy
odbudowano na tych samych fundamentach. Nic jest tak, jak było. Niektóre
rodziny zostały wybite doszczętnie. Ich pasy ziemi zostały puste. Inni zakładali
nowe rodziny. Młoda dziewczyna mówi: "rodzina tatusia" - o swoim
przyrodnim rodzeństwie i pierwszej żonie ojca, zabitych wtedy. Drugi raz ożenił
się i miał ją, jej siostry i braci, by ratować się przed rozpaczą, znaleźć
pocieszenie. Dziwnym trafem jest ich tyle co tamtych.
Pewnego
dnia targnęło nimi straszne wspomnienie. Obcy mężczyźni w średnim wieku
zaczęli odwiedzać wieś. Podchodzili do domów ofiar, mówili,
że szykuje się trzecia pacyfikacja niemiecka, że ci, co palili i mordowali,
przyjdą napawać się swoim dziełem. Nadjechały budy z milicją, karetki
pogotowia, funkcjonariusze ZOMO zaczęli wysypywać się z wozów i obstawiać
drogę. Większość mieszkańców wiedziała: znowu nadchodzili Niemcy. Skąd
się tu wzięli? Pewna wdowa w Niemczech dowiedziała się, że jej mąż zginął
w walce z polskimi partyzantami w 1943 roku na Kielecczyźnie. Zwróciła się
do swojego biskupa, by przez polskich księży znaleźć grób. Polski ksiądz
odnalazł grób, zrobił fotografię. Będąc w Niemczech osobiście dostarczył
zdjęcie. Wywiązała się rozmowa, opowiedział o pacyfikacji polskich wsi. "Coś, czego w waszym życiu nie było" - skończył opowieść ksiądz.
Wdowa po zabitym przez Polaków Niemcu zrozumiała wszystko i była inicjatorką
pokuty w M. "Żaden z nas nie jest godzien tu być" - powiedział jeden z
pokutników.
Mieszkańcy
wsi, którzy wylegli z domów, znali nawzajem swoje krzywdy: czy wytrzyma M., na
którego oczach wszystkich wybito, a on, bezsilny, nie rzucił się na Niemców,
by zabili go razem z nimi? Albo ta, która urodziła się po wojnie i co roku
oblicza, ile miałaby jej starsza siostrzyczka? Ktoś powiedział luźną myśl
wczoraj wieczorem: "A gdyby ich wpędzić do stodoły, jak zrobili żandarmi,
zabić odrzwia i podpalić?" Nie stało się nic. Niemcy ocaleli i mieszkańcy
wsi oraz dzieci zmieszali się razem i wysłuchali mszy polowej. Niemcy dziwili
się, że tu i ówdzie, w polach, w ogrodach i na podwórkach palą się świeczki
nagrobkowe Nie śmieli pytać, co to za obyczaj.
"To
nie ich pokuta, ale nasza - powiedział jeden ze starszych ludzi - za nasze
nieszczęście. Wszystko nam przypomnieli, rozdrapali rany i uzyskali spokój,
ale to dobrze, będą nam przyjaźniejsi".
Szlak krzyżowy, podwójna męczeńska
droga. Pięć kilometrów. Przeszła tędy kolumna Żydów pędzonych z getta w
Bodzentynie. Uciekali, chronili się w domach wsi. Wielu zginęło. Na początku
i na końcu kapliczka. Pierwsza, XIX-wieczna, ma cztery obrazy: Ducha Świętego,
Jezusa, Matki Boskiej i świętej Anny - matki Matki Bożej, na cztery strony świata,
na pieńku, na jakim wycinano Światowida. Rok potem droga stała się czerwona
od krwi mieszkańców wsi.
Tajemnica
spowiedzi. Żyje ksiądz, który spowiadał
Niemca śmiertelnie rannego w walce z partyzantami pod S. na Kielecczyźnie. Był
katolikiem, żądał polskiego księdza, by wyspowiadać się z całego życia. "Zasłużyłem na karę, grzeszyłem jako Niemiec, katolik, wszystko, co tu
robiłem, było zbrodnią, za którą żałuję. Poniesiemy straszliwą klęskę
i to jest sprawiedliwe" - spowiadał się na głos, publicznie przed całą salą szpitalną, Niemiec. Dlatego księdza nie obowiązuje
tajemnica spowiedzi i powtarza te słowa jako przestrogę przed złem, zaślepieniem,
pogardą dla tych, którzy wydają się słabsi, a na pewno zwyciężą.
Pokutnik
z zawodu. Wśród braci pokutniczej z
Niemiec w Oświęcimiu znany jest student, który przyjeżdża co roku do
Polski. Zaczyna od Oświęcimia. Pracuje w różnych miejscach. Jego
pobyty się przedłużają. Mniej przebywa w Niemczech, a więcej w
Polsce.