GAZETA WYBORCZA - 2
wybór artykułów
REPORTAŻ
*** WŁODZIMIERZ NOWAK, ANGELIKA KUŹNIAK - Mój warszawski szał
Gazeta Wyborcza - 23/08/2004
...Polacy ciągle nas ostrzeliwali. Następnego dnia pod wieczór przyszła na pomoc piechota, ale nie posunęliśmy się naprzód. Potem nadciągnął oddział SS. Dziwnie wyglądali, nie nosili dystynkcji, cuchnęli wódką. Zaatakowali z marszu, "Hurraa!" i ginęli tuzinami. Ich dowódca w czarnym skórzanym płaszczu szalał z tyłu, pędząc następnych do ataku. Przyjechał czołg. Pobiegliśmy za nim z esesmanami. Kilka metrów przed budynkami czołg został trafiony. Wybuchł, czapka żołnierza poleciała wysoko w powietrze. Znowu uciekliśmy. Drugi czołg wahał się. My osłanialiśmy przód, a esesmani wypędzali z okolicznych domów cywilów i obstawiali nimi czołg, kazali siadać na pancerzu. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Pędzili Polkę w długim płaszczu; tuliła małą dziewczynkę. Ludzie ściśnięci na czołgu pomagali jej wejść. Ktoś wziął dziewczynkę. Kiedy oddawał ją matce, czołg ruszył. Mała wysunęła się matce z rąk. Spadła pod gąsienice. Kobieta krzyczała. Jeden z esesmanów skrzywił się i strzelił jej w głowę. Pojechali dalej. Tych, co próbowali uciekać, esesmani zabijali.
*** PIOTR LIPIŃSKI - Greenhorn w imperium
Gazeta Wyborcza - 22/05/2003
...Ojciec zaczął opowiadać, co się z nim działo przez te 11 lat. Po aresztowaniu najpierw kilka dni trzymali go w Kaliszu. Potem przewieźli do Poznania. Nigdy nie dowiedział się, za co został uwięziony. Transport z więźniami krążył gdzieś po Polsce, aż wreszcie dotarł do Związku Radzieckiego. Wielu więźniów po drodze zmarło. Była zima, niektórzy tylko w garniturach, płaszczach. Po jakimś czasie transport dojechał na miejsce - pod Workutę. Łagier, baraki, żadnej nazwy. Do jedzenia dostawali kromkę chleba i miskę zupy: trochę kapusty, woda, a jak się trafił ziemniak, to było szczęście. Zwolniono ich na początku lat 50., skierowano do karczowania tajgi. Wtedy tata trafił do miejscowości Noszul-Baza. Kiedy uruchamiano piekarnię, ojciec zgłosił, że jest piekarzem.
*** MARIUSZ SZCZYGIEŁ - Zapisz choćby nic
Gazeta Wyborcza - 28/04/1995
...- Kiedy nagle pojawia się wizja spadku, a więc łatwego pieniądza, ludzie wpadają w szczurzy wyścig. Dlaczego brat ma być lepszy ode mnie i dostać więcej? Z bogaczami, których nie znam i są gdzieś daleko, nie będę się ścigał. Ale brata znam. Zawsze był głupszy i mniej pracowity. Amerykański pisarz - prześmiewca, Kurt Vonnegut, mawia: "Większość ludzi do niczego w życiu nie dojdzie". To podstawowa prawda o człowieku - mówi psycholog społeczny Anna Titkow. - Przy perspektywie spadku, to właśnie zbytnia bliskość pieniądza powoduje, że ludzie stają się kimś innym.
*** Mariusz SZCZYGIEŁ - EROS I KWAS SOLNY
Gazeta Wyborcza - 28/01/1994
...Wystawa "Wenus" organizowana jest co roku. W roku 1972 cenzura zakazuje druku zaproszeń, prasa nie może opublikować wyników obrad jury. W ciągu 22 lat z wystaw ukradziono 1200 fotogramów. W roku 1974 - duże włamanie: złodzieje z wielkim artystycznym smakiem wybierają najlepsze zdjęcia. Milicja odnajduje je po roku na ścianach pijackiej meliny. Ukradli: mechanik, elektryk i absolwent wyższej uczelni. Mówią w sądzie, że takich prac nie mogli w Polsce kupić, a chcieli na nie ciągle patrzeć. W 1975 roku pewnego wieczoru na wystawie trwa wykład o światowej sztuce erotycznej, 200 osób zapatrzonych w prelegenta nie zauważa, że do galerii wchodzi elegancka dama w trenczu. Idzie do ostatniej sali, z której za chwilę dochodzi przeraźliwy smród. Kobieta oblewa prace mieszanką kwasu solnego i lizolu. Płyty paździerzowe, na których umieszczono zdjęcia - palą się, szkło się topi. Kobieta zauważa Władysława Klimczaka; "Zaraz ci wypalę ślipki" - krzyczy. Mieszanką spala biurko, publiczność ucieka. Wzywa się wojska chemiczne. Sprawczyni dostaje półtora roku z zawieszeniem, jest bowiem matką małego dziecka.
*** MARIUSZ SZCZYGIEŁ - Bunt Masława
Gazeta Wyborcza - 17/05/1996
...- Pan Bóg i Świętowid to jest to samo. Bóg jest jeden na świecie, tylko ma wiele imion, ja wybrałem Świętowida - szepcze Masław. - Mój syn też ma rozdwojenie. Jest ateistą, a był organistą w kościele.
- A dlaczego przybrał Pan imię Masław?
- U Kraszewskiego często Masław występował. Masław to ten, co ma sławę. A ja kocham Kraszewskiego. Ale żona mówi na mnie "Misiek" - żali się Masław II.
*** Mariusz SZCZYGIEŁ - ONANIZM POLSKI
Gazeta Wyborcza - 17/07/1993
...W wolnych chwilach Polskę przemierza 23-letni mężczyzna - Artur "Cezar" Krasicki, który kolportuje "Manifest Onanistyczny WAL, PÓKIŚ MŁODY": "Niech wokół walenia konia zacznie się wreszcie dziać głośno. To naturalna sprawa, tak samo jak jedzenie i spanie. (...) Jeśli zaczniemy mówić o masturbacji zupełnie swobodnie, niejeden i niejedna z nas nie będzie wpadać w niepotrzebne kompleksy. Stąd też potrzeba takiej organizacji jak >>Wal, pókiś młody<<.(...) >>Wolne ręce i nic więcej<< - to główne hasło onanistów. (...) Kochając siebie, możemy kochać innych. Nie szkodzimy nikomu. W czasach walki z AIDS to właśnie trzepanie kapucyna jest najbezpieczniejszą formą seksu. Poza tym masturbacja jest najzdrowszą ucieczką przed światem. Nie alkohol, nie marihuana, lecz właśnie machanie rączkami. Tak więc walmy. Póki młodość w nas. Cezar".
*** Mariusz Szczygieł - REALITY
Gazeta Wyborcza - 21.07.2001
...Od wojny mieszkała w tym samym XIX-wiecznym dwupiętrowym domu w Krakowie, na Parkowej 6. Najpierw z mężem i dziećmi, potem z mężem, a potem przez trzydzieści lat sama. Na parterze miała trzy okna wychodzące na ulicę. Wychylając się z nich, po lewej widziała Rynek Podgórski z kościołem, po prawej - park. To był jej mikrokosmos. Ważni byli ci, którzy przechodzili w zasięgu jej wzroku. „Osoby widziane mimochodem” to osoby, które znała osobiście lub z widzenia, widziała je na ulicy, ale nie zamieniła z nimi ani słowa. Nie należy ich mylić z „Osobami widzianymi przypadkiem”. Do tej grupy kwalifikowała tych, z którymi zamieniła słowo lub ukłon. Łącznie ujrzała mimochodem obok swego domu 84 523 znajome osoby.
*** Mariusz Szczygieł - KARTKA
Gazeta Wyborcza - 04/01/2003
...Długopis spadł mi ze stolika w kawiarni Nowy Świat. Schyliłem się i zobaczyłem, że na podłodze leżą dwie rzeczy: oprócz długopisu w szczelinie między nogą stołu a ścianą leży kartka. Pożółkła i zapisana. Nie była to kartka z zeszytu, raczej z notesu. Po obu stronach ktoś wypisał osoby, ich roczniki (lata trzydzieste) i adresy. Już miałem zwrócić spis kelnerowi (taka kartka pewnie jest dla kogoś ważna), gdyby nie fakt, że wszystkie zapisane osoby są kobietami, a jedną z nich znam. Kobiet jest dwadzieścia jeden. Kartka jest stara, ale nie pognieciona, wygląda, jakby nikt jej nie używał, nie składał, nie rozkładał. Nazwiska wypisane są równo, piórem, i zrobiła to ręka wprawna w pisaniu. Kobiety łączy tylko to, że urodziły się mniej więcej w tym samym czasie.
*** MARIUSZ SZCZYGIEŁ - BATA SZEWC ŚWIATA
Gazeta Wyborcza - 13/06/2002
...Jedzie do Wiednia na sławny czeski bal, jest już znanym szewcem, wysyła swoje buty na Bałkany i do Azji Mniejszej. Ma nadzieję, że na balu pozna przyszłą żonę. Podoba mu się Mania Menczikova, córka kustosza cesarskiej biblioteki. Dziewczyna gra na pianinie, mówi trzema językami. Tomasz wie, że na wszystko trzeba mieć spisaną umowę. Wysyła przyjaciela, by spytał pannę, czy podpisze taką oto umowę: w razie gdyby nie mogła urodzić dziecka, rozwiodą się.
- A czegóż dobrego od niego mogę żądać, gdybym nie spełniła jego nadziei - odpowiada przyszła Maria Batova. (Maria po dwóch latach bezowocnych starań o dziecko kupi potajemnie butelkę z trucizną).
Niezwykła droga jaką przeszedł Mariusz Szczygieł dowodzi, że cuda zdarzają się nawet w kapitalizmie. Najpierw, w latach 90-ych pisał reportaże w stylistyce opatentowanej przez Barbarę Łopieńską. Niestety były trochę gorsze od oryginału, w dodatku Szczygieł mocniej przyciskał pedał groteski, tak że poszło to w końcu w stronę Gogola. Reportaże były nader zabawne, z przymrużeniem oka przedstawiały przemiany obyczajowe lat 90-ych. Ale w istocie ukazywały tzw. zwykłych ludzi jako śmiesznych ludzików zasługujących nie na sympatię, ale co najwyżej na litość.
Potem był makabryczny talk-show w disco-polowym Polsacie. Była to kabaretowo-żałosna parada dziwolągów, prowincjonalnych cudotwórców, panów z jednym jądrem, pań słyszących namiętny głos szatana. Wydawało się, że Szczygieł jest na najlepszej drodze by stać się kolejnym Krzysztofem Ibiszem.
Powrócił jednak w znakomitym stylu na początku nowej dekady, by uwieńczyć dzieło publikacją absolutnie genialnego zbioru reportaży czeskich "Gottland". Reportaży pisanych nie w duchu Haska i Hrabala, co teraz modne, tylko mocno kafkowskich, łamiących stereotyp poczciwego Pepika. Książka otarła się o nagrodę "Nike". Tylko otarła, bo możliwe, że kulturalny establiszment nigdy nie wybaczy Szczygłowi jego telewizyjnych popisów.
*** JOLANTA KRYSOWATA, MARCIN FABJAŃSKI - Postawiłem na stwórcę (objawienia maryjne w Oławie)
Gazeta Wyborcza - 14/01/2000
...Domański, człowiek pobożny, zaraz po objawieniu pojechał do proboszcza swojej parafii. Proboszcz napomknął o objawieniu w kazaniu. Kilku wiernych poszło modlić się na działkę Domańskiego. O cudzie napisały z ironią wrocławskie gazety, telewizja puściła prześmiewczy reportaż. Generał Jaruzelski wspomniał o Oławie na Krajowej Konferencji Delegatów PZPR. Powiedział, że w kraju wiele jest jeszcze ciemnoty i zacofania. Na działkę Domańskiego zwaliły się tłumy. Przyjeżdżało nawet 30 tysięcy ludzi w ciągu jednego dnia!
*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Zawziętus
Gazeta Wyborcza - 30/11/2002
...Kiedyś wydawało mi się, że wykształcenie chroni przed degradacją społeczną. Śmieszne. Do mojej obecnej pracy docierają lekarze, naukowcy, biznesmeni, absolwenci uczelni. Często bez woli życia i zorganizowania sobie czegoś samodzielnie. Znajomego docenta długa choroba żony zmusiła do wzięcia urlopu. Po jej śmierci nie miał już czego szukać na uczelni, za długo trwała przerwa. Mieszkaniem zainteresowały się dzieci z pierwszego małżeństwa żony. I tak pan docent trafił do schroniska dla bezdomnych. Już ponad dwa lata. Kiedy kończy się bezdomność? Gdy otrzymujemy własne mieszkanie z tabliczką, z adresem na wizytówce, czy wtedy, gdy nawet coś wynajmujemy, ale mamy względne poczucie bezpieczeństwa, gdy czujemy się "u siebie". Czy bezdomność jest obiektywną sytuacją, czy stanem naszego umysłu? Czytałam w "Le Figaro", że nie ma zbawienia dla bezdomnych poza społeczeństwem. Chyba się z tym zgadzam. Barka stworzyła inny, sztuczny świat. A dziś rano mój wykładowca z politologii wysiadł przystanek wcześniej z autobusu, żeby uniknąć mojego towarzystwa w drodze na uczelnię. Dzisiaj wiem, że świat jest tylko jeden.
*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Niebo, piekło i wyplucie (sekta "Niebo")
Gazeta Wyborcza - 27/03/1997
...Bogdan Kacmajor mówił im, że zęby będą odrastać. Stara babcia z Goświnowic koło Nysy, którą do Majdanu sprowadziła rodzina (jej dom sprzedano, pieniądze pochłonęło Niebo), miała zaraz po śmierci zmartwychwstać. Bezpłodne miały rodzić jak drzewa oliwne. Ale zęby nie odrastały, babcia leżała martwa, oliwki nie rodziły.
*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Odwrócenie
Gazeta Wyborcza - 19/10/2002
...W więzieniu na północy Polski karę sześciu lat (za rozboje i kradzieże) odbywa Piotr. Drobny, ma wąskie, niebieskie oczy, lat 21. Choruje na padaczkę. Dręczy go sen: mężczyzna przykłada mu do szyi żyletkę, wpycha mu członek do ust; Piotr się dusi, budzi się zlany potem i już nie śpi do rana. Z górnej pryczy obserwuje, jak z ciemności nocy wyłania się w oknie betonowy płot, czubki sosen. W miejscowości R. na południu Polski Piotr też mieszkał pod lasem. Lubił chodzić do lasu z niewidomą siostrą i psem.
*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Jestem z wyższej półki - MCKARIERA
Gazeta Wyborcza - 19/09/2005
...Miałem bardzo szczęśliwe dzieciństwo. Tata był dziennikarzem, kierowcą rajdowym i oficerem milicji. Został internowany w stanie wojennym za zakładanie w milicji związków zawodowych. Przez nasz dom przewijało się bardzo dużo znanych osób ze świata biznesu, sportu, estrady - ludzi sukcesu. Potem tata zachorował na raka. Choroba pochłonęła majątek. Wszystko musieliśmy wyprzedać. Znajomi dziennikarze zaproponowali mi, żebym poprosił o pieniądze w radiu. Nie chciałem żebrać, ale to był jedyny ratunek. Wtedy przekonałem się, jaką siłę mają media. Pieniądze się pojawiły, niestety było za późno. Tata zmarł. Zostaliśmy sami. Gdy skończyły się pieniądze, dawni przyjaciele odsunęli się od nas. Miałem 14 lat. Powiedziałem sobie: albo odzyskamy ten status, który mieliśmy, albo tragedia.
*** Magdalena Grochowska - BEZ SZMINKI (Jadwiga Jankowska-Cieślak)
Gazeta Wyborcza - 24/04/1999
...Miała pecha, że jej zagraniczny sukces przypadł na stan wojenny, mówią reżyserzy. Wielka aktorka dramatyczna, która działa na własną szkodę: stroni od środowiska. Rygorystyczna wobec siebie - zbyt często odmawiała roli. Jej miejsce jest w kinie artystycznym, a nie w komercyjnym. A dziś ogląda się telenowele. Ale niejeden wielki aktor amerykański pracował jako kelner i czekał na swoją chwilę. Taka jest istota tego zawodu, mówią.
*** LESZEK TALKO - Nie mam czasu być człowiekiem
Gazeta Wyborcza - 20/11/1999
...Kilka dni później jeden z kotów zachorował - opowiada Aśka. - Miał kłopoty z oddychaniem. Męczył się. Janek powiedział, że ten kot przeżyje, bo on mu pomoże. To był ulubiony kot matki. Następnego dnia Janek pokłócił się z matką. Jak zwykle o to, że Jędrek nie poszedł do szkoły. Poszedł do swojego pokoju, godzinę potem kot zdechł matce na rękach. Przypadek? Janek wyszedł z pokoju z jakimś takim paskudnym uśmiechem: - I co, nie żyje kotek.
*** Magdalena Grochowska - CHORE SZYBY, MARTWE RÓŻE, NIEBIESKIE MOTYLE (Anda Rottenberg)
Gazeta Wyborcza - 18/12/1998
...Złote róże na porcelanie miały poszarpane płatki - ręce drżały pani Lidzie, dobiegała osiemdziesiątki. - Te stare kobiety - mawiała z pogardą - siedzą tylko w oknach. Wciąż miała swoje życie: resztkę Rosjan, którzy jeszcze się nie zabrali z miasta. - Tylko jednego się boję - powiedziała raz do córki - że upadnę w tym korytarzu i nikt mnie nie znajdzie. Tu są wełniane pończochy, a tu sukienka do trumny - pokazała Andzie kwiecistą suknię. - W czarnym mi nie do twarzy - usprawiedliwiła się. Jej zasztyletowane ciało znaleziono 15 marca 1993 roku w korytarzu. (Czy morderca przyszedł po serwis?) Sprawcy nie znaleziono. Przez trzy tygodnie Anda trzymała panią Lidę w urnie na półeczce, koło prawosławnych ikon. Umyła korytarz. Wyprała i uprasowała rzeczy matki. Spała w jej łóżku. Była spokojna. "Zwariowała" - stwierdzili przyjaciele i zabrali ją z urną do Warszawy. Prochy pani Lidy leżą na cmentarzu prawosławnym.
*** MAGDALENA GROCHOWSKA - POLKI DO WYJŚCIA!
Gazeta Wyborcza - 22/03/2000
...Abu nosi w płucach odłamek z pierwszej wojny, u prawej ręki brakuje mu dwóch palców. Woła wesoło do Ewy i Zofii: "Babulki, babulki, moje krasawice". Przynosi snickersa. Obiecuje, że gdyby zginęły, wyśle ich listy do rodzin. Zawiera z Zofią umowę - nie będzie kłamał, najwyżej nie odpowie na pytanie. Kiedy pytają, dlaczego nie mogą dostać telefonu, milczy. Innym razem pozwala Ewie zadzwonić trzy razy z rzędu do Polski. Daje im tranzystorowe radio. Rozpiera go duma, bo jego siedmioletni syn doskonale zna się na broni. - Gdyby rosyjski lotnik wpadł w ich ręce - mówi Abu do braci - obcięliby mu język i uszy i wypuścili. A teraz Abu patrzy na nagranie wideo sprzed kilku dni i ryczy ze śmiechu. Filmowali atak na Rosjan. Na ekranie Czeczeni obcinają głowy żywym jeńcom rosyjskim. Zbliżenie wnętrza czołgu: młody Rosjanin pisał tuż przed śmiercią list. - Ale jego matka nie dostanie tego listu! - Mężczyźni wybuchają śmiechem. - Nie miałam złudzeń - mówi Zofia - gdyby mu kazali nas zarżnąć, zrobiłby to.
*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Spływał z niej czerwony dywan
Gazeta Wyborcza - 27/05/2000
...Na wymarzoną reżyserię filmową w Łodzi dostała się dopiero za trzecim razem w roku 1970 - na studia zaoczne. Warszawa 1972 rok. Jola i Ireneusz Iredyński w kawiarni hotelu Bristol. Iredyński pijany. - Czy poznałeś już Jolę? - przedstawia ją napływającym kumplom. - Jola wierzy, że ja jej napiszę jakiś scenariusz. Ale to już prywatna sprawa Joli.
Wszyscy wybuchają śmiechem.
- Co ona miała z tym Iredyńskim - kręci głową Janina Ostala. - Mówiłam jej, daj sobie z nim spokój, przecież on ci i przez rok nie wytrzeźwieje!
- Tylko on może napisać mi scenariusz. Zobaczysz, w końcu wstanie od stołu i powie: "Jolka! Za dwa tygodnie masz tekst" - przekonywała Poetessa i dalej chodziła za Iredyńskim po knajpach. Ale artysta nie trzeźwiał.
*** Katarzyna Surmiak-Domańska - Ania z gabinetu bajek
Gazeta Wyborcza - 30/05/1998
...Tadek był facetem przegranym życiowo: z garbem, lekko niedorozwinięty umysłowo. Miał mieszkanie w starej kamienicy - duże i ładne, tylko że bez prądu i gazu, bo nie płacił rachunków. Pracował na targu we Wrzeszczu. Sprzedawał graty znalezione w śmietnikach. Ten człowiek był jeszcze większym nieudacznikiem niż ja i to mnie jakoś dowartościowywało. Bałam się tylko, by nie dowiedział się, że byłam mężczyzną. Kto wie, jakby to przyjął. Mieszkali razem dwa miesiące. - Któregoś wieczora Tadek wrócił pijany i próbował mnie zgwałcić. A ja po operacji w ogóle nie mogę się kochać. Tadek nie wiedział, co się dzieje. Wpadł we wściekłość. Uderzył mnie. Zrozumiałam, że trzeba się zbierać.
*** Paweł Smoleński - Ludzie drogi
Gazeta Wyborcza - 22/11/1996
...Gdy ciężarówki zmierzają na Zachód, początkowo pną się mozolnie w górę, aż osiągną wysokość trzech kilometrów nad poziomem morza. Potem czeka je ostry zjazd w dół: kilkadziesiąt najdłuższych mil w całych Stanach Zjednoczonych. Widziałem kalifornijskie zjazdy w Sierra Nevada, drogę w kierunku miasteczka Park City w górzystym Utah, przejazd przez Smoky Mountains w Wirginii. Żadne z nich nie mogą równać się z Kolorado; jeden przejazd przez Góry Skaliste tłumaczy, dlaczego mile w Kolorado są dłuższe niż inne. Trucki zsuwają się z przełęczy z prędkością 30 mil na godzinę. Jeśli jadą o pięć mil szybciej, mają jeszcze szanse, jeśli o dziesięć - kierowcy proszą Boga o zmiłowanie.
Peter nie był już świeżym kierowcą, gdy przekraczając Góry Skaliste w drodze do Reno pomyślał, że między 30 a 40 mil na godzinę nie ma wielkiej różnicy. Minął jedną ciężarówkę (wyprzedzany kierowca pukał się w czoło), jego kenworth dostojnie nabierał prędkości. Aż w końcu stało się to, o czym Peter wiedział, że musi się stać. Lecz co innego jest wiedzieć, a co innego - przeżyć.
- Już nie mogłem hamować silnikiem, więc nacisnąłem hamulec - wspomina. - W lusterkach zobaczyłem gęsty, czarnoszary dym; to hamulce zaczęły się palić, a ciężarówka jechała coraz szybciej. Już wiedziałem, że jeśli chcę ujść z życiem, muszę uciekać z autostrady.
*** Paweł Smoleński - Spotkałem nawet szczęśliwych farmerów
Gazeta Wyborcza - 21/03/1997
...Brad Starr przejął po ojcu gospodarkę w dobrym, ale i w złym momencie. W dobrym, bo siostra wyjechała na Florydę, więc był jedynym kandydatem do majątku. W złym - bo amerykańskiej hodowli bydła wróżono złote lata, a Brad, w przeciwieństwie do ojca, nienawidzi krów. Niewiele brakowało, by za te krowy ojciec wydziedziczył syna. Kłócili się, mieli kilka zasadniczych rozmów. W końcu ojciec ustąpił, ale Brad miał wrażenie, że gdyby siostra kiwnęła palcem, ziemia i dom byłyby jej, nie jego. Farmerzy z powiatu Connersville patrzyli na młodego Starra jak na wariata i zachodzili w głowę, jak to możliwe, by nie hodować krów, gdy każdy funt mięsa to żywe dolary. Dzisiaj tym, którzy uparcie stawiali na hodowlę, banki zlicytowały farmy, a Brad nie tylko trzyma się, a nawet rozwija, popłacił kredyty i wyrównał straty, choć susza sprzed kilku lat uderzyła go na ponad sto tysięcy dolarów.
*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Poszukiwana, poszukiwany
Gazeta Wyborcza - 26/03/2005
...Jednak pewnego dnia w połowie 1995 roku drzwi do sekretariatu zakładu farmakologii otworzyły się energicznie i oczom pana Wielosza i innych zebranych tam osób ukazał się niezwykły widok.
Postać w drzwiach była niewątpliwie adiunktem Poddubiukiem, ale jakże zmienionym! Wkroczył do sekretariatu z wysoko podniesioną głową, w czerwonej sukience, w futrze, z biustem, dumnie kołysząc pośladkami.
- Okazało się, że przeszedł w USA operację zmiany płci. Przyjechał do nas, żeby przerejestrować dyplomy na nowe nazwisko: Linda Astor. Przy nim snuł się taki niepozorny człowieczek o czarnej czuprynie. Sięgał Poddubiukowi do ramion. Zbyszek przedstawił go jako swojego męża, pana Astora. Zaraz zaczął gawędzić z paniami w sekretariacie, chwalił się sztucznym biustem, dawał do przymierzania futro, a z jedną panią docent chciał się nawet umówić do ginekologa. Widać było, że świetnie się czuje w nowej skórze. Tylko jego dawny promotor profesor Kleinrok zepsuł mu humor. Zbyszek podał mu dłoń zalotnie jak kobieta, a ten uścisnął mu ją normalnie po męsku i powiedział: "Cześć, Zbyszek". Jak on się za to obraził! - wspomina Marian Wielosz.
*** Irena Morawska - Jak Emilię z Kalabrii od złej pani wykradłam
Gazeta Wyborcza - 20/06/1997
...Na Gwiazdkę Emilia napisała: "Chcę, żebyście zrozumieli, że pomyliliśmy się co do tego wyjazdu i do Pani Reginy. Pani jest osobą bardzo silną charakterialnie, wymagającą wobec siebie i innych. Jest, jeśli można tak powiedzieć - generałem, który wie, czego chce. Z Panią nie ma żartów. Pani jest tutaj osobą bardzo znaną, szanowaną i podziwianą. Ma bardzo duże znajomości na policji, w sądach i u adwokatów, dlatego Pani wie, z jakimi zamiarami ja tutaj przyjechałam. Na początku zachowywałam się bardzo źle, listy, które do Was pisałam, to same pierdoły. Teraz zrozumiałam, jakie błędy popełniłam, i chcę je naprawić, i odzyskać w oczach Pani zaufanie. Nadepnąć Pani na odcisk to znaczy mieć będziemy przez nas boleści, możemy wszystko stracić. Pracę, dom i całe nasze życie. Pani powiadomiła policję, że ja przebywam u niej, i cokolwiek by się stało, to ja odpowiadam za wszystko.
*** Miłada Jędrysik - Prawo gór, prawo krwi
Gazeta Wyborcza - 11/12/1998
...Mieszkańcy wioski, Gjelosh Fran Micani i Gjon Pjeter Lulashi: - Morderca musi obrócić zabitego, by leżał twarzą skierowaną ku niebu. Musi podnieść jego strzelbę i oprzeć o ciało. Potem przez osoby trzecie informuje rodzinę ofiary o tym, co się stało. Rodzina może go poprosić o pomoc w przygotowaniu pogrzebu. Na ten czas dostaje "besę" - przyrzeczenie rodziny zabitego, że nic mu nie grozi. Besa jest dla Albańczyka najświętsza. Gdy upłynie czas besy, która może trwać aż miesiąc, rozpoczyna się wendeta. W odwecie można zabić każdego mężczyznę z rodziny ofiary. Najlepiej jest zabić mordercę. Jeśli nie, wybiera się najlepszego z rodu - do czwartego stopnia pokrewieństwa kuzynów. Gdy śmierć została pomszczona, starszyzna wzywa zwaśnione rodziny do pogodzenia się. Jeśli obie rodziny się zgadzają, uroczyście zawierają braterstwo krwi. Podczas ceremonii krew rodziny ofiary i mordercy miesza się ze sobą. Gdy jedna z rodzin się na to nie zgadza, wendeta trwa dalej.
*** ANNA ŻEBROWSKA - BIUST Z HARMONIĄ ORDERÓW
Gazeta Wyborcza - 30/04/2002
...Chociaż nic tak nie zrównuje ludzi jak śmierć, na Cmentarzu Nowodziewiczym nieboszczyków dzieli się na trzy kategorie. Najbardziej uprzywilejowani mają prawo do trumny i kawałka ziemi o wymiarach 1,8 na 2 metry. Pogrzebów "trumna - ziemia" jest zaledwie pięć-sześć rocznie (z ogólnej liczby 300). W kategorii drugiej, "urna - ziemia", obowiązuje kremacja, lecz urnę zakopuje się w mogile rodzinnej. Najniższa kategoria nosi nazwę "urna - kolumbarium". Do anegdoty weszła aktorka, która na wieść o przyznaniu jej tytułu ludowej artystki ZSRR zawołała: "Teraz już przysługuje mi trumna na Nowodziewiczym!". O miejsce tutaj trzeba nierzadko stoczyć batalię. Jeśli lista zasług Drogiego Nieobecnego nie przekonuje władz, rodziny szukają protekcji, dochodzi do scen dantejskich. Krewni pieśniarki Izabelli Jurjewej, która przeżyła czas swojej sławy i umarła w zapomnieniu, przez 40 dni nie odbierali ciała z kostnicy, domagając się pogrzebu na Nowodziewiczym. Bezskutecznie. Siedem hektarów cmentarza jest jak gigantyczna aleja zasłużonych. Po ścianie kremlowskiej - najbardziej elitarna nekropolia Moskwy, ba, Rosji! Jeśli jednak Lenin z towarzyszami mogą być spod Kremla przeniesieni, na Nowodziewiczym czas płynie bez wstrząsów.
*** Marek Sterlingow, Marek Wąs - Trzy życia Aniczki
Gazeta Wyborcza - 2008-02-26
...W szkole Adam zrobił rysunek. Siedem małych postaci, pośrodku jedna duża. I czerwone plamy na całej kartce. Ingjerd Eriksen poprosiła go o wyjaśnienie obrazu. Małe postaci to dzieci, a duża to dorosły. Czerwone plamy to krew. Te dzieci nie mają imion, tylko numery. Na rysunku jest też on, Adam. Ma numer siódmy. Dyrektorka zaczęła składać układankę. Zamknięty w sobie, nieśmiały, wystraszony. Nie chce chodzić na gimnastykę. Nie lubi opowiadać o domu. Z drugiej strony ten jego ojciec robi dobre wrażenie. Kulturalny facet. Ale teraz ten rysunek. Psycholog długo wyciągał z Adama jego historię. Zaczęło się jeszcze w Czechach. Ojciec oddawał go różnym znajomym panom. Kazali mu robić straszne rzeczy. Adam wie, że straszne, bo wie, co to jest seks, i że dorośli nie mogą zmuszać do niego dzieci. Tata brał od tych mężczyzn pieniądze. A jak Adam był niegrzeczny, to tata zamykał go w piwnicy. Całkiem gołego. Wiązał go taśmą i bił. W tej piwnicy dostawał jedzenie wprost na podłogę. I musiał jeść jak pies.
*** Scenariusz życia - o rodzinie Frykowskich opowiada ANNA BIKONT
Gazeta Wyborcza - 31/07/1999
...W nocy z 7 na 8 czerwca z dworku w Głuchach należącego do Karoliny Wajdy odtransportowano go karetką pogotowia do pobliskiego szpitala. Miał brzuch przebity nożem. O 4 nad ranem Karolina Wajda dzwoniła do jego matki Ewy Frykowskiej-Morelle do Paryża, czy nie dałoby się przewieźć Bartka do szpitala w Szwajcarii. Zmarł z wykrwawienia o 4.30 nad ranem.
Nie stwierdzono obrażeń typowych dla walki lub obrony. Śmierć wskutek wstrząsu krwotocznego mogła nastąpić w wyniku działania ręki własnej. Tyle mówi sekcja zwłok. Prokurator Waldemar Osowiecki, szef Prokuratury Rejonowej w Wyszkowie, twierdzi, że wszystko wskazuje na to, że Bartłomiej Frykowski popełnił samobójstwo. Śledztwo jeszcze nie jest zamknięte, prokuratura czeka na wyniki badań daktyloskopijnych. A w prasie roi się od domysłów. Najpierw "Express Wieczorny" w notatce zatytułowanej "Samobójstwo z miłości" doniósł, że Bartłomiej F., odrzucony przez gosposię Karoliny Wajdy, postanowił popełnić samobójstwo. Wkrótce "Express" prostował, że to nie przez gosposię doszło do tragedii. Tytuły prasowe brzmią: "Śmierć w wyższych sferach", "Wajdówna nie dotykała noża"; czy też bardziej tajemniczo, ale też z nawiązaniem do Wajdy: "Nie wszystko na sprzedaż" ("Polityka").
*** Marcin Kącki - Załamanie szyfranta Zielonki
Gazeta Wyborcza - 2011-02-02
...W anonimie ktoś pisze, używając terminologii wojskowej, że dostał zaszyfrowany komunikat radiowy od Zielonki. Szyfrant błaga o pomoc, bo nie może wydostać się z Centrum Operacyjnego Wywiadu Wojskowego. Że siedzi tam zamknięty już kilka miesięcy. Prokuratorzy i wywiad stają na głowie, by ustalić autora listu. To Wojciech D., kapitan żeglugi wojskowej. Emeryt, schizofrenik.
*** Włodzimierz Kalicki - W domu smoka (CHINY)
...Po dwóch dniach nauczyłem się jeść pałeczkami, dzielić nimi na kęsy rybę i kurczaka. Po tygodniu dziwiłem się, dlaczego w Europie przyjęły się tak mało praktyczne widelce zamiast uniwersalnych pałeczek. Przywykłem do kleiku ryżowego, marynowanych buraków i ogórków na śniadanie, do jajecznicy na zimno i do zalewania przez cały dzień wrzątkiem kilku listków zielonej herbaty na dnie kubka. Podobały mi się telewizyjne seriale historyczne, w których chińscy herosi nieustannie marszczyli oblicza i wymachiwali mieczami. Rozumiałem wszystko. Gdy krzyczeli i marszczyli brwi, znaczyło to, że są zagniewani. Gdy krzyczeli i przewracali oczami, był to znak, że są śmiertelnie zakochani. Przed walką na miecze obowiązkowo podskakiwali na wysokość trzeciego piętra. Po liczbie wywiniętych w czasie skoku fikołków poznawałem bezbłędnie rangę bohatera.
*** MONIKA PIĄTKOWSKA - A JA ZOBACZĘ MAJTKI
Gazeta Wyborcza - 19/03/1999
...Największą popularnością wśród groupies z przełomu epoki Gomułki i Gierka cieszył się męski zespół śpiewający liryczne piosenki o miłości. Tabuny dziewczyn brały udział w firmowej zabawie muzyków: gonieniu po hotelowym korytarzu roznegliżowanych panienek.
- Po naszym debiucie na koncercie w Opolu w roku 1969 pojawiły się wokół nas tłumy dziewczyn - opowiada 55-letni dziś Jan Wójcik. - Ja z tego nie korzystałem, bo byłem żonaty i żona jeździła ze mną. Ale chłopcy z kapeli brali te dziewczyny na trasy. Służyły nie tylko do łóżka. Jeszcze do sprzątania i do przepierki. Takie gosposie.
- Przychodziły do nas dziewczyny poniżej piętnastki - wspomina Wójcik.
*** Witold Jabłoński - Fala za kulisami
Gazeta Wyborcza - 03/10/1997
...Student II: - Podobnie jest w Gdyni. Tam w ogóle mają świra na punkcie seksu, to chyba specyfika portowego miasta. Jedną z koleżanek zapytali na wstępie: "Ty k..., ile masz w cyckach?!". Mnie kazali mówić falsetem i chodzić w krótkich spodenkach, a jedna ze starszych koleżanek parę razy żądała: "Niech mi fuks pokaże swoje pośladki". Koledze kazali wypinać tyłek: "Pokaż rozetę!". Kiedy wykonałem etiudę "Rżnięcie rury" (symulowałem stosunek z rurą kanalizacyjną), fuksująca powiedziała: "Masz u mnie piątkę, fuksie. Zrobiło mi się tam mokro".
*** EWA WINNICKA - Gdzie jest dziewczyna szamana
Gazeta Wyborcza - 07/06/1996
...Okropna scena. Ekipa stała, ona się zacięła. Wyzwałem ją bardzo nieprzyjemnymi wyrazami. Powiedziałem, że jest kompletnie niezdolna, że się co do niej strasznie pomyliłem. Takie rzeczy jej powiedziałem, że się natychmiast rozryczała, a myśmy to spokojnie sfilmowali.
No i płacze bardzo ładnie. Powiedziałem jej też: bądź zawodowcem. I nie zmuszaj mnie do takich scen, bo tego nienawidzę.
- Jak trzeba, potrafię każdego opierdolić. Nikt mi nie jest w stanie zepsuć filmu - dodaje Żuławski.
*** LESZEK K. TALKO - RADJUSZ I KURPISZ WYDAJĄ ENCYKLOPEDIĘ
Gazeta Wyborcza - 13/09/1996
...O ile Kurpisz za zyski swojego wydawnictwa wykańczał w ogródku jacht, to Radjusz, jeśli można użyć tego określenia - inwestował w ludzi.
- Najął ja kierowcę. Kierowca domu nie miał. No to ja mu kupił. A potem sekretarka mówi, że mieszkać nie ma gdzie. To ja jej też dom kupił. No a żona mi mówi: Tadeusz, ty kierowcy dom kupił, sekretarce dom kupił, a ja, kiedy mnie kupisz? No to ja jej też dom kupił.
Kierowca i sekretarka już nie pracują.
- Źle pracowali, to ja ich wypędził - snuje opowieść Tadeusz.
- Tych, którym kupił pan domy? - chciałem się upewnić.
- No właśnie.
*** Włodzimierz Kalicki - Wielka i czysta (KRAKÓW - renowacja zabytków)
Gazeta Wyborcza - 26/07/1996
...Dopiero wysoko, pod gzymsem, widać, czym oddychają mieszkańcy Krakowa. Kamień pokryty jest czarną, bardzo twardą, kalafiorowatą naroślą grubości ponad 10 milimetrów. Te zanieczyszczenia i złogi wytrącone z powietrza, zmieszane z rozpadającym się kamieniem, wyrosły w ciągu raptem kilkudziesięciu lat. Ofiarą peerelowskiej atmosfery padły przede wszystkim zwieńczenia szkarp, odtwarzane w latach 30. Rozmyte, popękane na kamienne kęsy wielkości sporego psa, w każdej chwili mogłyby runąć w dół, na tłum turystów, gdyby nie oplatające je siatki ochronne.
WYWIADY
...Czułem potworny lęk przed tym, co określa się śmiesznie deklasacją. Widziałem, jak dookoła przepada masa podobnych do mnie ludzi. Rozklejali się, popadali w wegetację. Ogarnął mnie strach, że jeśli nie zdobędę wykształcenia, to nie dam sobie rady. Że jeśli rzuci mnie do łopaty, to moja świadomość ukształtuje się na poziomie łopaty.
Czy to przytrafiało się Pana bliskim?
- Tak. Ludziom z rodziny. Albo stracili jakieś duże pieniądze, albo sponiewierani przez życie pracowali byle gdzie. Jeden z kuzynów był nocnym stróżem. Na nocnych szychtach nie umiał już czytać książek, stoczył się do poziomu, który narzuciło mu życie.
*** ZULU ALFA NOVEMBER... - z KRZYSZTOFEM ZANUSSIM ROZMAWIA KATARZYNA BIELAS
Gazeta Wyborcza - 24/07/2003
...Kiedyś we Frankfurcie straciłem połączenie do Berlina. Powiedziano mi, że to z powodu złej pogody. Ja tymczasem zapamiętałem, że kiedy zbliżaliśmy się do lądowania, kapitan powiedział, że zatrzymujemy się na chwilę na pętli, czyli będziemy krążyć, bo z powodu złej pogody poprzedni samolot stanął w poprzek pasa. A więc dla naszego samolotu nie pogoda była przyczyną, tylko niesprawność lotniska, i dlatego należały nam się hotele. Ale to trzeba było wiedzieć. Byłem jedynym, który dostał hotel.
*** NIE ZABILIBY PANOWIE KRÓLIKA? - z Andrzejem Łapickim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - 05/03/1999
...Niemcy otoczyli chłopaków z willi na Langiewicza. Podpalili ją i strzelali do tych, którzy próbowali uciec. Słyszeliśmy krzyki palących się. Nie zapomnę tego nigdy. Najgorsi byli Ukraińcy, w ogóle te kolaboracyjne formacje. Rosyjskie Kamińskiego czy własowcy. Ta hołota szła przez Pole Mokotowskie, aż pod wieczór dotarła do bloku na Niepodległości 225. Zaczęły stamtąd dobiegać straszne krzyki. Tak krzyczą ludzie, którym się rozpłata brzuchy i podrzyna gardła. Straszna noc - ciepła, letnia i w ciszy te krzyki zarzynanych ludzi, charkot konających. Nic nie można było zrobić. Najwyżej modlić się, żeby nie poszli dalej. W takiej atmosferze siedzieliśmy 12 dni. Potem pojawił się łącznik i zaczęło się nocne przeprowadzanie ludzi do śródmieścia, grupami.
*** KAŻDE POKOLENIE MA SWOJĄ NERWICĘ - z Tadeuszem Konwickim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - 21/12/2000
...Podobała mi się ideologia. Oczywiście, za dobrze jej nie znałem, jednak podstawowe hasła socjalizmu, które idą jeszcze od czasów Chrystusa, wydawały mi się racjonalne. W roku 1956 uległem osłupieniu i konsternacji, że tak szybko zmieniało się myślenie w moim otoczeniu. To znaczy ludzie, którzy bili mnie po głowie, żebym wypełniał wszystkie postulaty socrealizmu, żebym był jak najgorliwszym członkiem partii, nagle zrobili takie miny: "Co ty, głupi? Wierzyłeś w to wszystko?". Te gwałtowne, koniunkturalne zmiany w ludziach po prostu mnie zbiły z pantałyku. Zobaczyłem, że to wszystko było rodzajem teatru, psychozy, stanu ekstatycznego, w którym oni parli - pchając nas wszystkich - do przodu, a potem nagle, z głupia frant, powiedzieli, że to wszystko było na niby. Ja to w jakiś sposób odczułem.
*** OSTATNI DZIEŃ LATA - Tadeusz Konwicki w rozmowie z Katarzyną Bielas i Jackiem Szczerbą wspomina realizację "Ostatniego dnia lata" (1958)
Gazeta Wyborcza - 30/08/2001
...Jeden z "papieży krytyki" nie wytrzymał i opublikował recenzję "Knajak i cizia na plaży". Krytycy mnie skopali, chociaż później, oczywiście, zachwycili się Nową Falą. Ale nie mogli przeboleć, że się na mnie nie poznali, oszukali. "Ostatni dzień lata" dużo lepiej traktowany jest dzisiaj.
*** Zawsze ktoś oprowadza nas po piekle - z TADEUSZEM KONWICKIM rozmawiają KATARZYNA BIELAS I JACEK SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 23/06/2001
...Wilno 56 roku było Wilnem tego najdziwniejszego, najbardziej nieapetycznego okresu Związku Radzieckiego. Szarość, bieda i wszechogarniająca doktrynalna sowieckość. W 1988 roku to już był Związek Radziecki w stanie chaosu. Jednak nadal dominowała atmosfera radzieckości. Jeszcze mało się słyszało Litwinów, wszędzie widziało się sowietczików. Dopiero później, w latach 90., nagle ta sowieckość znikła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
*** Muniek Staszczyk - Nie śpiewam dla maklerów - wywiad
Gazeta Wyborcza - 19/12/1998
...- Czytałem Hłaskę jeszcze w szkole średniej. Podobało mi się jego westernowe chuligaństwo. Później, gdy zaczęła się moda, zdenerwowała mnie ta egzaltacja. Podobnie było ze Stachurą. W czasie moich studiów pojawiło się dużo kolesiów w rozciągniętych swetrach z gitarami, śpiewających "dla każdego starczy miejsca pod tym wielkim dachem" (śmiech). To był głównie bajer na panny - Stachura, Hłasko...
*** TATUAŻ METAFIZYCZNY - z WOJCIECHEM WAGLEWSKIM ROZMAWIA KATARZYNA BIELAS
Gazeta Wyborcza - 15/03/2004
...W Moskwie było bardzo zimno, więc od razu po przylocie powiedzieliśmy, że chórek się przeziębił i nie może występować. Nigdy nie zapomnę, jak nas, hołdujących modzie hipisowskiej na maksa, z tymi długimi włosami, obwieszonych koralikami, witała delegacja na lotnisku Szeremietiewo. Nie zapomnę widoku opadających szczęk. To zdumienie towarzyszyło nam już do końca pobytu. Trasa wiodła przez Moskwę, Rygę i Tallin, które okazały się zupełnie innymi miastami w trzech zupełnie różnych krajach. W Moskwie, w poczekalniach, towarzyszyły nam grupy milczących ludzi, które albo szły za nami, albo otaczały nas wianuszkiem i, jedząc bułki, patrzyły jak na UFO. No i były z nami oczywiście tzw. czynniki, np. z Polski przyjechał niby-dziennikarz z "ITD.", który sporządzał notatkę służbową, oraz jakiś ewidentny ubek, wiecznie pijany i przestraszony, żałosna postać. Kiedy z Grażyną, moją przyszłą żoną, wróciliśmy do pokoju, walizki były rozpakowane, a na każdym ubranku była przyczepiona cena w rublach. Panie sprzątające już sobie powybierały.
*** Lesław, nadajesz się na dancingi - z Lechem Janerką rozmawia Katarzyna Bielas
Gazeta Wyborcza - 06/02/2006
...Ze względu na dobrą prezencję wzięli mnie do orkiestry wojskowej, która grała w kasynie. I to na bas, na którym w ogóle grać nie umiałem. Powiedzieli: - Możesz w ogóle nie grać, wal w najgrubszą strunę i ładnie się prezentuj. No i grałem pół roku do kotleta. Repertuar mieliśmy niesamowity - Jacka Lecha, ale i Rolling Stonesów, Led Zeppelin, Beatlesów. Kiedy raz w sylwestra w sali gimnastycznej zagrałem i zaśpiewałem "Girl", "Maxwell's Silver Hammer", to jakiś szarża przysłał mi przez kelnera w liberii tacę kieliszków wódki. Wprawdzie nie piłem, ale to był pierwszy raz, kiedy - nie licząc rówieśników na koloniach - ktoś zauważył moje artystyczne poczynania. Pomyślałem sobie wtedy - no widzisz, Lesio, nadajesz się na dancingi. Kariera się rozwijała, ale ja się wycofałem. Moi kumple z orkiestry strasznie tęgo pili, czasami sam zostawałem na scenie, brzdąkałem na basie i coś tam pod nosem smędziłem do mikrofonu. Z kolei oficerowie, jak popili, to kropili w sufit, tzw. palbę odstawiali. Pomyślałem, że za którymś razem, jak dostaną szału, to jeszcze we mnie kropną, i zrezygnowałem.
*** Ucieczka do kina Wolność - z Wojciechem Marczewskim rozmawia Katarzyna Bielas
Gazeta Wyborcza - 23/05/1997
..."Zmory" i "Dreszcze" kupił dystrybutor amerykański. W 1984 roku pojechałem na cztery miesiące do USA, gdzie udzieliłem wielu wywiadów, m.in. "The Washington Post". Bardzo ostro wypowiadałem się o stanie wojennym. Rozmawiałem też z dziennikarką małej teksańskiej gazety uniwersyteckiej, której powiedziałem, że w Polsce trudno spotkać prawdziwego komunistę, że ludzie, nawet ci piastujący wysokie stanowiska, tylko grają role komunistów, o czym mówią cynicznie w prywatnych rozmowach. Po powrocie zostałem zawezwany do wiceministra kultury i sztuki. Miał przed sobą kilkadziesiąt moich wywiadów. Wyciągnął z nich tylko tę kampusową gazetkę i zaczął krzyczeć: "Jak pan może mówić, że w Polsce nie ma komunistów".
*** SUKCES JEST NAJLEPSZĄ ZEMSTĄ - z Jerzym Skolimowskim rozmawia Joanna Pogorzelska
Gazeta Wyborcza - 08/02/2001
...Kiedy zatrzymano "Ręce do góry", postanowiłem walczyć. Dotarłem do człowieka numer dwa w tym kraju - Zenona Kliszki. Sekretarka ostrzegła mnie, że mam pięć minut. Mówiłem, jąkałem się i zatykało mnie. Cytowałem głosy przyjaciół, w tym Tadzia Łomnickiego, który był wtedy mocno zaangażowany w partię, więc niby jego głos się liczył. Mówiłem, że wypruwaliśmy sobie żyły, żeby oddać w tym filmie ducha naszych czasów, że to chyba dobrze, jeśli taki film ujrzy światło dzienne, że jeśli zobaczą go na Zachodzie, będzie to znaczyło, że nie jesteśmy w Polsce aż tak zniewoleni. Kliszko słuchał z kamiennym spokojem. Na końcu spytałem "Pozwoli mi pan żywić nadzieję, że niefortunna decyzja zatrzymania filmu zostanie zmieniona?". "Nie". Jedno słowo. I cisza. Potem wstał. Wtedy rzuciłem ostatni argument: "W takim razie nie będę robił filmów w Polsce, dopóki >>Ręce do góry<< nie wejdą na ekrany". On wtedy cynicznie powiedział: "Szerokiej drogi". Wyszedłem, trzaskając drzwiami.
*** Witkacy się nie zabił - z REŻYSEREM JACKIEM KOPROWICZEM ROZMAWIA JACEK SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 25/08/2008
...Co konkretnie wycięto z filmu?
- Należąca do PRON-u Liga Kobiet Polskich wymogła np. usunięcie w scenie badania u lekarza słowa "syfilis". Musieliśmy ściągać Benoit do Łodzi, żeby zrobić dodatkowy postsynchron i zamienić syfilis na lues. Dlaczego? Uznano, że nikt nie wie, co to znaczy lues. Musiałem też wyrzucić żart skierowany przez Tetmajera do lekarza, w obecności ładnej pielęgniarki: "Jak pan będzie w Paryżu, to każ pan sobie zrobić minetę. Polki pojęcia o tym nie mają". Gdy polskie feministki, zapaławszy oburzeniem, kazały żart wyciąć, zaprotestowałem głupim pytaniem: - Czy mam to zrobić dlatego, że mineta szkaluje kobietę? A może dlatego, że Polki jeszcze tego nie znają? Kieślowski kopał mnie pod stołem po kostkach, ale było już za późno.
*** Reżyser tego filmu nie jest samobójcą - z MARKIEM PIESTRAKIEM, REŻYSEREM, ROZMAWIA JACEK SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 10/06/2009
...Przez miesiąc siedzieliśmy w hotelu Petrochemii w Płocku. Byli tam też Japończycy, inżynierowie budujący wieżę crackingową do obróbki ropy. Krzysiek mówił: - Ci Japończycy się w Polsce zdegenerują, nie wytrzymają nacisku otoczenia. Kiedyś, po zdjęciach, koło północy, naradzamy się w holu, a tu wchodzi dwóch Japończyków. Krzysiek prosi mnie: - Idź podsłuchać, jak będą gadać z recepcjonistą. No to idę. Japończycy są w średnim wieku. Białe koszule wychodzą im ze spodni, krawaty mają poluzowane. Jeden ciągnie za sobą marynarkę. Opierają się o blat recepcji. Ten z marynarką odzywa się: - Kulwa, kulwa, Stasek, mas te pól litra dla nas cy nie nie mas? Recepcjonista wyciąga zza blatu pół litra i im daje.
*** JAK SIĘ NIE UDAŁ EKSPERYMENT ZROZUMIAŁY DLA MILIONÓW - Anna Żebrowska rozmawia z Iriną Rubanową, wybitnym krytykiem filmowym
Gazeta Wyborcza - 12/07/2001
...Bondarczukowie byli silnym klanem: mąż reżyser i aktor, człowiek energiczny, władczy. Żona Irina Skobcewa - aktorka; córka Natalia - aktorka, reżyser; zięć Nikołaj Burlajew - aktor i reżyser. Bondarczuk wywalczył sobie specjalny status, jego zespół filmowy był państwem w państwie. Kiedy kręcił "Wojnę i pokój", miał do dyspozycji cały okręg wojskowy, tysiące żołnierzy i cały sprzęt. Niestety, film okazał się zły i nikt ze znanych krytyków nie napisał recenzji. Negatywnej by nie opublikowano, peany drukowali ludzie spoza branży. Po "Waterloo" w koprodukcji z Dino de Laurentisem Bondarczuk nie oddał państwu dewizowego honorarium i uszło mu to na sucho. Za te włoskie liry filmowcy przezwali go "Królem Lirem". Jako cichy nacjonalista pomagał twórcom o podobnej orientacji. Scenariusz "Kaliny czerwonej" w wytwórni imienia Gorkiego uznano za antyradziecki - Bondarczuk wziął Szukszyna do Mosfilmu. W jego zespole debiutował Nikita Michałkow.
*** Ranking rosyjskich pisarzy według Wiktora Jerofiejewa - rozmawiała Anna Żebrowska
Gazeta Wyborcza - 2011-08-02
...Z perspektywy lat Bułhakow stracił na znaczeniu, przy rewelatorstwie Płatonowa jest to literatura łatwa. Nie pozostawił takiego wielkiego tekstu jak Płatonow, nie stworzył swego stylu. To opisywacz, kompilator, który korzysta z różnych źródeł. Patetyczne sceny biblijne w "Mistrzu i Małgorzacie" napisane są językiem pełnym fałszywych nut.
*** NIC TAK DOBRZE NIE ROBI PISARZOWI JAK UPOKORZENIA - z Januszem Głowackim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - 09/10/1998
...To była historia morderstwa popełnionego przez Denocha w Żyrardowie. Nazywała się "Żyrardowskie noce" czy coś takiego. Żyrardów był wtedy dość przerażającym, robotniczym miastem. Następnego dnia po morderstwie aresztowano 50 osób, z których 20 się przyznało. Wszyscy byli poplamieni krwią i nic nie pamiętali. Śledztwo prowadzono bardzo energicznie, bo interesowała się nim centrala, więc był tylko problem, kogo wybrać. W Polsce mówiło się wtedy "rozwód po żyrardowsku", czyli siekierą. W wielu tamtejszych mieszkaniach nie było wody. Faceci, chcąc się napić wódki, wychodzili z wiadrem, niby to po wodę. W knajpie wiadra wisiały na wieszaku jak płaszcze. Mojemu tekstowi dobrze zrobiły nazwy ulic w Żyrardowie. Oczywiście wybijałem topografię. Więc morderca opowiadał: "Najpierw piliśmy na Armii Czerwonej, później doprawiliśmy piwem na Nowotki, potem poszliśmy na Młodej Gwardii do baru Matrosow, skąd wziąłem nóż i poszliśmy na Obrońców Stalingradu". Taka sobie odyseja zakończona morderstwem.
*** Janusz Głowacki - Bida musi pofolgować, czyli na Szlaku Hańby - rozmowa
Gazeta Wyborcza - 2009-05-21
...W czasie sławnego strajku w Stoczni Gdańskiej, przy okazji obchodów którego PiS-owcy polowali na Wałęsę, Komitet Strajkowy wydał zakaz picia w Stoczni. Zupełny i całkowity. Flaszki w celach prowokacyjnych ubecja próbowała podrzucić. Próbowali też najbliżsi - z miłości. Widziałem, jak kobieta podawała mężowi przez zakratowaną bramę do Stoczni schowaną w koszyku z jedzeniem flaszkę. A on tę flaszkę wyciągnął, długo oglądał i zaczął powolutku wylewać. A dookoła straszna cisza. Wszystkie rozmowy się urwały, wszyscy patrzą. Tylko kobieta zza bramy krzyczy: "Ludzie! Nie pozwólcie mu tego wylać! On musi pić! On jest alkoholik!". Myślę, że ta scena przydałaby się w filmie "Człowiek z żelaza".
*** Król stanie na golasa - ze Stefanem Mellerem, byłym ministrem spraw zagranicznych, rozmawia Teresa Torańska
Gazeta Wyborcza - 08/05/2006
...Ja nie lubiłem "warszawki" bezmyślnie i szpanersko balangującej. Ale ci, co chcą powiedzieć coś złego o warszawskiej inteligencji, robią to z głupoty, a jeszcze bardziej z prymitywizmu i kompleksów. To elity przenoszą Arkę Przymierza. To elity tworzą standardy przyzwoitości, wzorce zachowań. I "warszawka" - tak jak ją rozumiem - czyniła to. Często mówiła władzy prawdę w oczy, nie bała się. Wiedziała, że taka jest rola inteligencji. A tak a propos - wiedziała, że ma być zbiorowym Stańczykiem.
*** Oto ojciec proszku Ixi - z MIECZYSŁAWEM WILCZKIEM ROZMAWIA KRYSTYNA NASZKOWSKA
Gazeta Wyborcza - 20/08/2007
...Wprowadziliśmy program detergentowy w 1965 roku. Przedtem produkowaliśmy tylko mydło do prania i proszek do prania, który też był mieszaniną sody i mydła. Natomiast na świecie pojawiły się detergenty, czyli syntetyczne sztuczne związki o dużej sile piorącej. Pamiętam, jak w latach 60. nastała u nas epoka koszul nylonowych "non iron". I jak się je prało w mydle, to szarzały natychmiast albo wyglądały jak brudne. Bo ten brud się tylko równo rozkładał. Wtedy importowaliśmy rocznie około 100 tys. ton łoju amerykańskiego potrzebnego do produkcji mydła. Przygotowałem program udowadniający, że detergentowe proszki do prania są trzykrotnie mocniejsze w działaniu od mydła i rozwiązują szereg problemów. A do tego import surowców do tych proszków będzie kosztował o połowę mniej niż do tego mydła. I mieliśmy możliwość produkowania tych detergentów w kraju. Ale był taki przewodniczący Państwowej Komisji Cen, pan dyrektor czy prezes Juliusz Strumiński, i on miał o tym decydować. Ministrem chemii był wtedy Antoni Radliński. I on zabrał mnie do Strumińskiego. Przedstawiam się i mówię: - Wilczek jestem. A on: - Też pan sobie nazwisko wybrał, cha, cha, cha. Ja mówię: - Panie prezesie, gdybym wybierał, też bym wybrał sobie Strumiński, bo to ładne nazwisko, ale ja mam po tacie.
*** CO TO ZA PAN W TYCH KULTURALNYCH OKULARACH? - z Grzegorzem CIECHOWSKIM rozmawiają Katarzyna BIELAS i Jacek SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 07/09/2000
...Pamiętam, że w jakiejś zachodniej gazecie, chyba w "New Musical Express", ukazało się nasze zdjęcie z podpisem: ten sepleniący blondyn z cofniętą szczęką jest idolem iluś tam milionów Polaków. Opisywano mnie jako dziwadło z bloku wschodniego.
*** Daleka jest droga do Rio - ze Zbigniewem Hołdysem rozmawia Wojciech Staszewski
Gazeta Wyborcza - 20/11/2006
...W restauracji Polonez w Chicago graliśmy polki, oberki, walce, piosenki typu "Mały miś do lasu bał się iść" oraz około 50 hitów Abby czy Cliffa Richarda. Knajpa drewniana, bigos, pijani ludzie, którzy nawalali się, rzygali, rzucali butelkami. Przeniesiona do Ameryki polska wieś, brakowało tylko sztachet. Grałem w granatowej koszuli z przypiętą parzenicą góralską. Dużo się nauczyłem od perkusisty, starego klezmera, który nami kierował. Najpierw jest ósma wieczorem, na sali siedzi siedem osób. Co zrobić, żeby wyszli na parkiet? Trzeba grać spokojne utwory. Jak zaczynają tańczyć, lekko wzmacniasz tempo. Tylko bez dłuższych przerw między piosenkami, bo wtedy czują się niezręcznie i schodzą z parkietu. Znów wzmacniasz tempo. A właściciel lokalu włącza ogrzewanie, chociaż jest środek lata. Bo kiedy knajpa zarabia? Kiedy ludzie piją. Więc muszą być zgrzani. Pot kapie z gitary. Mieliśmy grać 50 minut i 10 minut przerwy, siedem razy w ciągu wieczoru. Zaproponowaliśmy szefowi 45 minut grania i 15 minut przerwy, ale z takim czadem, że on sprzeda dwa razy więcej drinków. Potem grasz coraz szybciej, a kiedy ludzie są już zmęczeni i napici, zwalniasz, bo wtedy ich bardziej do seksu ciągnie niż do tańca, panienki urobione, faceci mają rozchełstane koszule, pasek od spodni się sam rozpina.
*** Jezus polskiej piosenki - ze STANEM BORYSEM ROZMAWIA ANNA ŻEBROWSKA
Gazeta Wyborcza - 16/01/2006
...Kalifornii długo się bałem i omijałem ją. Bo jeśli o Ameryce mówi się, że jest to kraj mocnych ludzi, to Kalifornia wymaga jeszcze mocniejszej konstrukcji. Miasto Los Angeles wymawiane jest czasem jako Lost Angeles - miasto upadłych aniołów. Spotyka się je znarkotyzowane na ulicy albo widzi się wynoszone w plastikowych workach ciała. Zamieszkałem w Las Vegas, stolicy światowej rozrywki. Niesamowite miasto - są tu architektoniczne kopie najwspanialszych zabytków. Stoi wieża Eiffla - mniejsza, ale prawdziwa. Dla Celine Dion zrobiono replikę Koloseum na 4 tysiące miejsc.
*** ACHILLESEM BYĆ NIE CHCIAŁEM - z Jerzym POŁOMSKIM rozmawiają Katarzyna BIELAS i Jacek SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 03/01/2002
...W Związku Radzieckim wożono nas samolotami, z racji dużych odległości i żebyśmy nie stykali się z ludźmi. Kiedyś z powodu złej pogody samolot nie wystartował i trzeba było jechać pociągiem. To działo się chyba na dworcu we Lwowie. Nagle usłyszałem straszne krzyki i szczekanie psów. "Matko Boska, co się dzieje?" - pomyślałem, bo zaczęto nas gwałtownie pchać w stronę naszych przedziałów. Było potwornie zimno, zacinał śnieg, a na zlodowaciałym peronie, z rękami splecionymi na potylicy, w samych koszulach, klęczeli więźniowie. Głowy mieli pochylone, nie wolno im było porozumiewać się wzrokiem. Przechodniów jakby wymiotło. Do nas strażnicy krzyczeli "skorieje, skorieje", prawie jak do więźniów.
To było tym straszniejsze, że działo się już po stalinizmie, za Chruszczowa. Trudno było uwierzyć, że ci więźniowie to kryminaliści. Przypomniały mi się różne rzeczy o bolszewikach, które mówił mi ojciec, a ja, żeby go drażnić, odpowiadałem, że w to nie wierzę.
*** ŻYCIE RAZ JESZCZE - z JANUSZEM MORGENSTERNEM ROZMAWIAJĄ KATARZYNA BIELAS I JACEK SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 21/11/2002
...Siedzimy kiedyś przy kolacji, oczywiście w smokingach, a tu podchodzi portier i mówi, że mam dwóch gości. Wstałem od stolika. Jednego z tych gości znałem: to był szwajcarski dokumentalista Erwin Leiser. Przedstawił mi drugiego - pisarza Maksa Frischa. Chcieli się ze mną spotkać. Nie mogłem ich zaprosić, bo nie miałem pieniędzy. Ponieważ jedzenie zapewniano nam w hotelu, przed wyjazdem dostaliśmy tylko po ćwiartce diety - 2,5 dolara. Z Polski nie wolno było wtedy wywozić więcej niż 5 dolarów. Jako przewodniczący delegacji miałem jeszcze fundusz reprezentacyjny - 50 centów dziennie dla całej trójki.
*** Poręba chce zmartwychwstać - z reżyserem Bohdanem Porębą rozmawia Grzegorz Sroczyński
Gazety Wyborczej - 03/03/2008
...Robiłem filmy z aktorami, którzy chcieli ze mną pracować. A takim, co odmówią, nie proponowałem ról. To był środowiskowy terror, zwalczano mnie wszystkimi sposobami, bez pardonu. Chcieli zamordować Porębę, zniszczyć moje kino, ośmieszyć! Raz proponuję Grażynie Szapołowskiej, żeby zagrała w filmie "Penelopy", o żonach marynarzy. - Pięknie - mówi - ale jak zagram u pana, to już nigdzie nie zagram. Czy to nie terror? Albo napisy na murach przed premierą mojego filmu "Polonia Restituta" - namazali "Polonia Prostytuta" i rozdawali ulotki, żeby na film kolaboranta Poręby nie chodzić. To nie jest terror?
*** ON - z JERZYM URBANEM ROZMAWIA TERESA TORAŃSKA
Gazeta Wyborcza - 12/12/2002
...A broń?
Też dano.
Strzelać Pan umie?
Broń Boże! Ale myśleli, że się nauczę, i zawieźli na strzelnicę. Ja jednak nie umiałem trafić w tarczę, więc mój oficer z BOR-u powiedział: - Panie ministrze, niech pan dobrze schowa pistolet w domu i nie daj Boże, aby pan go nosił przy sobie, bo jakiś łobuz zabierze i pana zastrzeli. Stałem się wtedy prawdziwym dygnitarzem, czyli VIP-em. I przyznano mi nawet uprawnienie do kupowania żywności w specjalnych sklepach BOR-u, czyli w bazie, gdzie żywność sprawdzano.
*** KOCHASZ NAWET PIĘTĄ - z Andrzejem Sewerynem rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - 21/10/1999
...Ja byłem może w czwartym szeregu opozycjonistów. Gdy aresztowano Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, zbieraliśmy jakieś pieniądze. Pamiętam kółka szkoleniowe, odbyły się u mnie dwa czy trzy spotkania: czytaliśmy jakichś rewizjonistycznych ekonomistów. Byłem na zebraniu otwartym, po którym wyrzucono z partii Kołakowskiego i Pomiana, obserwowałem publiczne debaty polityczne w akademiku na Kickiego. Ponieważ znałem liderów rewizjonistycznej opozycji, wiedziałem, co się dzieje, miałem dostęp do informacji o pozaoficjalnym życiu politycznym.
*** Lewe bicie - z LECHEM KOKOCIŃSKIM, TWÓRCĄ I HONOROWYM PREZESEM POLSKIEGO TOWARZYSTWA NUMIZMATYCZNEGO, ROZMAWIA WŁODZIMIERZ KALICKI
Gazeta Wyborcza - 31/01/2005
...Zawsze jednak istniała kategoria fałszerzy, którzy mogli liczyć na bezkarność. To władcy. W roku 1810 Napoleon Bonaparte polecił fałszować rosyjskie ruble papierowe we francuskich państwowych wytwórniach. Trzeba przyznać, że Francuzi robili znakomite fałszywki. Cesarz chciał zdezorganizować ekonomicznie Rosję przed planowaną inwazją. Trzy wieki później fala zagranicznych fałszerstw całkowicie zdewastowała polską gospodarkę. Gdy król Prus Fryderyk II zajął Śląsk i Saksonię, wpadły mu w ręce mennice króla Polski i elektora Saksonii Augusta III, a w mennicach - oryginalne stemple. Fryderyk natychmiast polecił bić fałszywe polskie monety. Bito je w Lipsku, Wrocławiu, Berlinie, Szczecinie, Stuttgarcie. Prawie nie zawierały srebra, na zewnątrz były bielone srebrem lub całkiem ordynarnie - cynkiem. Do Polski wwożono ich potworne ilości. Pruscy kupcy wieźli wielkie beki wypełnione fałszywymi monetami i wykupywali za nie polską żywność, drewno, metale.
*** Pierwsze wejście do Europy - z prof. Henrykiem Samsonowiczem rozmawia Jacek Żakowski
Gazeta Wyborcza - 22/12/1995
...Bogactwo Zachodu było nieporównywalne z naszym. Nie mówię już o Bizancjum - bo ci, co tam docierali, tracili głowy natychmiast. Ale nawet ci, co szli do Spiri, do Rasisbony, do Akwizgranu, do Rzymu, przynosili tu modę i rozmaite potrzeby cywilizowanego życia. Świat chrześcijański musiał imponować i bardzo imponował wszystkim, którzy się z nim kiedykolwiek zetknęli. Dlatego myślę, że wbrew temu, co sądziła trochę romantyczna historiografia XIX-wieczna, nie pogaństwo wracało po śmierci Mieszka I, ale tęsknota za dawnym, wolnym od państwa życiem.
*** ZDERZENIE TEATRU Z PRAWDZIWYM PEJZAŻEM - z TADEUSZEM SŁOBODZIANKIEM ROZMAWIA ANNA BIKONT
Gazeta Wyborcza - 03/06/1994
..."Merlin" to opowieść o ludziach, którzy w euforii chcieli budować doskonały świat, ale na przeszkodzie stanęły namiętności i ludzkie przywary. Gdy "Merlin" był wystawiany w Brukseli, reżyser wyciągnął wszystkie sprzeczności tkwiące w wartościach i dogmatach chrześcijańskich. Jeden z tamtejszych krytyków napisał, że jest to sztuka o śmierci komunizmu, a Merlin to Jaruzelski, który stworzył Wałęsę i "Solidarność". Inny, że Merlin to Papież, który wykreował Wałęsę i "Solidarność", co mu się potem wymknęło. A jeden z widzów powiedział mi: "Ciekawy tekst, ale widać, że to katolik napisał. Nas te napięcia nie dotyczą. My jesteśmy ateiści".
*** NIECH BĘDZIE LEWIATAN - z Piotrem Wierzbickim, który opowiada o swoim dziadku, jednym z największych działaczy gospodarczych w dziejach Polski rozmawia Włodzimierz Kalicki
Gazeta Wyborcza - 27/09/2001
...W Petersburgu istniała wówczas bardzo liczna, zwarta kolonia polska. Przemysłowcy, finansiści, arystokraci, lekarze tworzyli świetnie zorganizowany, ekskluzywny, w znacznym stopniu zamknięty dla Rosjan krąg. O rusyfikacji mowy być nie mogło. Wielu spośród petersburskich Polaków spotykało się przede wszystkim w polskim gronie, służbę sprowadzało z Kongresówki, do Kongresówki wysyłało dzieci na wakacje, na korepetytorów wynajmowało polskich studentów. Liczni z tamtejszych polskich przemysłowców inwestowali część zdobytych nad Newą fortun w przemysł na ziemiach polskich. Nierzadko zakładali oni nad Wisłą towarzystwa dobroczynne. Znany i bardzo w fabrykanckich sferach Petersburga i całej Rosji wpływowy przemysłowiec Stanisław Glezmer, pochodzący z Kielecczyzny, ufundował w Kongresówce Towarzystwo Gniazd Sierocych, które wyszukiwało dla sierot rodziny zastępcze i finansowało ich utrzymanie i wykształcenie. W Petersburgu wydawany był wpływowy tygodnik polski "Kraj", mający niemały wpływ na opinię publiczną nad Wisłą. Polska kolonia w Petersburgu jednym okiem zawsze zerkała na kraj, nigdy nie zrywała z nim emocjonalnych więzi.
*** STEPHANE COURTOIS - O paryskim maju 1968 roku - wywiad
Gazeta Wyborcza - 30/05/1998
...Dominowali maoiści i trockiści oraz zwolennicy PSU - Zjednoczonej Partii Socjalistycznej [o nastawieniu anarchosyndykalistycznym, propagującej samorządność pracowniczą - M.R.]. Wewnątrz tych obozów były jeszcze dalsze podziały. Do maoistów należała Lewica Proletariacka, kierowana przez Serge'a July (dziś redaktora naczelnego socjalistycznego dziennika "Liberation") i Alaina Geismara (dzisiaj senatora z ramienia Partii Socjalistycznej) - a obok jeszcze bardziej sekciarskie ugrupowania: Marksistowsko-Leninowska Komunistyczna Partia Francji, Czerwony Sztandar czy grupa o pięknej nazwie Niech Żyje Rewolucja, która uznawała się za anarcho-maoistowską - choć to przecież tak, jakby żenić ogień z wodą! To w niej działałem. Miałem 21 lat i wraz z młodszą częścią grupy poczuwałem się raczej do anarchizmu, ale nasi szefowie mieli po 30 lat i preferencje znacznie mniej rozwichrzone. Jednym z nich był Roland Castro, znany później architekt, przyjaciel prezydenta Mitterranda - miał się nie tylko za maoistę, ale i za stalinowca.
*** Giełdowa gra narodowa - z Arturem Sierantem, komentatorem giełdowym, rozmawia Włodzimierz Kalicki
Gazeta Wyborcza - 14/01/2008
...Na giełdzie od początku obowiązywał inny styl niż w życiu codziennym. Polacy uwielbiają narzekać, ale gracze zawsze prezentowali styl amerykański: jeśli nawet giełda leci w dół, ze mną jest OK. Spośród wielu moich znajomych na serio inwestujących na parkiecie tylko jeden przyznał mi się kiedyś, że poniósł wielkie straty. A przecież cudów nie ma, każdy inwestor musi przeżyć kiedyś ciężkie czasy. Ci, którzy tracili wszystko, po prostu znikali bez słowa, po angielsku. Był taki - grał, dyskutował z nami, a potem zniknął i nikt nie wie, co się z nim dzieje. Bałem się wtedy, że załamanie na giełdzie skończy się samobójstwami. Przecież ci, którzy do gry wchodzili na końcu, nierzadko inwestując wszystkie oszczędności i zapożyczając się po uszy, często zostawali z gigantycznymi długami, których nie mogli spłacić. Nawet nie chcę myśleć o losie tych, którzy na fali euforii rzucili stałą pracę. Ale na szczęście, z tego, co wiem, z powodu giełdy nikt na swoje życie się nie targnął. Wielu przegranych wpadło jednak w depresję, w kłopoty rodzinne. Wiem o kilku, którzy popadli w poważne kłopoty psychiczne, leczyli się.
*** JASTRZĄB - z RICHARDEM PIPESEM rozmawia Anna ŻEBROWSKA
Gazeta Wyborcza - 27/07/2000
...Był rok 1957, nędza, bieda, kłamstwo powszechne. Chodziłem po ulicach Leningradu i dosłownie płakałem. Nie miałem pojęcia, że może tu być aż tak źle. Piękne miasto, wspaniała architektura, a wokół - oberwańcy z wiadrami wody, z kankami na mleko - niczym chłopi z "Martwych dusz". Sklepy puste, odrapane, kolejki po byle co - dwanaście lat po wojnie! Wcześniej odwiedzałem Niemcy, które były już odbudowane, zadbane, a tu - bieda aż piszczała. I atmosfera okropna, brak swobody. Tajna policja nie odstępowała mnie na krok. Nawet się specjalnie z tym nie kryli, jakby chcieli, by ofiara czuła się zagrożona. Telefon na podsłuchu, w każdym znajomym wietrzyło się kagebistę.
*** Jeszcze możesz wygrać ten mecz - z Wandą Wiłkomirską rozmawia Anna Żebrowska
Gazeta Wyborcza - 18/09/1998
...Moja rodzina była tolerancyjna, stwierdziła, że skoro córka chce wychodzić za mąż za chłopaka ze wsi, w dodatku komunistę, to jej sprawa. Pogodzili się nawet ze ślubem cywilnym. Gorzej było z teściową. Mietek pojechał na wieś, powiedział, że chce się żenić, ale nie w kościele. "Takiej kobiety, co będzie żyła bez ślubu, nawet mi tu nie przywoź" - oznajmiła teściowa i zabroniła mu się pokazywać na oczy. Pamiętam, że płakałam, gdy wrócił z tego Kowalewka. Rozpakowywałam mu teczkę i znalazłam tam jajka owinięte w jakieś ćwiarteczki gazet. Myślałam: Boże, prawdziwa matka! Jedną ręką przeklina, a drugą pakuje synowi jedzenie do teczki.
*** NA BETONIE - z ZYGMUNTEM KAŁUŻYŃSKIM ROZMAWIA DARIUSZ ZABOREK
Gazeta Wyborcza - 11/09/2003
...Po latach w Amsterdamie kolega zaprosił mnie do siebie na kolacyjkę. Pokazuje szafkę, w której stoją figurki o muzealnej wartości z wielkich firm tworzących artystyczną porcelanę. Mówi: "To stoi tutaj 300 lat i nic się nie stłukło". Dla mnie było to największe przeżycie tej podróży. Bo ja byłem z tego świata, gdzie wszystko się stłukło, wszystko rozleciało, nic nie było. Byłem żołnierzem Armii Krajowej nie dlatego, żeby mi się to podobało, tylko musiałem. Doszedłem do wniosku, że w stosunku do kolegi związanego uczuciowo z szafką 300-letnią miałem bez porównania większą swobodę w opiniowaniu, co jest wartościowe. Gdyby mu próbowali naruszyć te figurki, on naraziłby życie, żeby je ocalić. A ja bym pozwolił stłuc.
*** Doktor Niwo - z Tomaszem Niewodniczańskim rozmawia Włodzimierz Kalicki
Gazeta Wyborcza - 23/07/2007
...Kolekcjonerstwo to nie tylko żmudne zdobywanie pieniędzy, studiowanie katalogów, pochłanianie setek tomów literatury fachowej. To także gra, właściwie rodzaj hazardu, w której czasem chęć okpienia partnera, urażone ambicja i duma biorą górę nad chłodną kalkulacją. Przed 25 laty odwiedziłem w Waszyngtonie antykwariat, który pułkownik amerykańskiej armii prowadził na terenie jednostki wojskowej. Zobaczyłem tam arcyrzadką maleńką mapę Polski Beauplana, kartografa francuskiego pracującego m.in. w służbie naszego króla Władysława IV. Pułkownik chciał za nią 28 dolarów. Wiedziałem, że warta jest co najmniej 1000 dolarów, ale z zimną krwią kupiłem za te 28.
*** BUSZUJĄCY W EKSPOZYCJI - z KAZIMIERZEM KUTZEM ROZMAWIA ANNA ŻEBROWSKA
Gazeta Wyborcza - 21/08/2003
...Miałem 14 lat i wywieziono mnie na prace przymusowe do Niemiec. Trafiłem do gospodarstwa rolnego pod dzisiejszym Bolesławcem, gdzie poza właścicielem były same kobiety. Młode Niemki z dobrych domów, jakieś córki wójtów, porządne dziewczyny. To było nowoczesne gospodarstwo, lekka praca, mili właściciele, dobrze mnie traktowano. Miałem pokoik obok pięciu dziewcząt o kilka lat starszych ode mnie. Panowała atmosfera zagęszczonej kobiecości, bo to rok 1943, wszyscy mężczyźni są na wojnie. Wokół miasta grasowały gangi kobiece, które gwałciły i nawet mordowały mężczyzn. Krążyły na ten temat niesamowite informacje. I pewnego razu z okazji jakiegoś niemieckiego święta narodowego właściciel gospodarstwa, bardzo miły pan, poczęstował swoje pracownice domowym winem. Moje sąsiadki się schlały, przyszły w piątkę i najzwyczajniej w świecie mnie zgwałciły. Jestem, jakkolwiek by na to patrzeć, ofiarą hitleryzmu.
*** Teatr jest nudny beze mnie - z ADAMEM HANUSZKIEWICZEM ROZMAWIA ROMAN PAWŁOWSKI
Gazeta Wyborcza - 29/08/2002
...Kiedy 29 stycznia 1982 roku teatr wznowił działalność "Weselem", podczas przedstawienia doszło do skandalu: publiczność wyklaskiwała Janusza Kłosińskiego, sekretarza teatralnej komórki PZPR, za poparcie w telewizji stanu wojennego. Co Pan wtedy czuł?
A wie pan, kto to klaskanie zorganizował? Byli studenci szkoły aktorskiej, ci sami, którzy po wojnie Schillera z tej szkoły wyrzucili. Proszę zapytać Maćka Prusa, który poszedł na widownię, żeby Kłosińskiego wyklaskać, i nie chciał się do nich przyłączyć. Bo to było publiczne policzkowanie aktora, który mógł przecież zejść ze sceny, a nie zszedł, bo postanowił scenę grać do końca, a grał Żyda w "Weselu". Zszedł ze sceny blady jak trup. Powiedziałem mu, że do drugiej sceny z Księdzem nie wyjdzie, możemy ją opuścić. "Wyjdę - odpowiedział - bo to jest mój obowiązek". Policzkowało go tysiąc osób! Gdy zszedł ze sceny, cały zespół "Wesela", bojkotujący telewizję - uścisnął mu rękę. Na naszych oczach policzkowano dobrego aktora. Jedynego w Narodowym, który obok Siemiona, z przekonań politycznych, do "Solidarności" nie zapisał się. I w dodatku nie sam do telewizji poleciał, Komitet Centralny go o to "poprosił".
*** Miłość proszę, na lewą nóżkę - z JERZYM STUHREM ROZMAWIA ANNA ŻEBROWSKA
Gazeta Wyborcza - 07/08/2003
...W Starym Teatrze mówiliśmy między sobą, że rola jest twórcza tak do czterdziestego przedstawienia - potem zaczyna się profesja. Rany, ileż razy w "Zbrodni i karze" musiałem przygwoździć Jurka Radziwiłowicza słowami: "Pan zabił, Rodionie Romanyczu!". Przy dwusetnym "Pan zabił!" można dostać obsesji... "Kontrabasistę" zagrałem ponad 650 razy, nudzi mnie okropnie, ale od tego jestem zawodowym aktorem, żeby to ukryć. Wypatrzę na sali dwie-trzy miłe kobietki i gram dla nich. Co kwartał pokazuję to w krakowskiej szkole teatralnej. Szkoła zarabia, na schodach siadają studenci. Potem łatwiej mi na wykładzie objaśniać im różne techniki aktorskie.
*** MARUŚ, DLACZEGO TAK SIĘ TORTURUJESZ? - z MARKIEM KOTERSKIM ROZMAWIA KATARZYNA BIELAS
Gazeta Wyborcza - 07/11/2002
...Ten film ["Porno"] to dobry przykład na zobrazowanie mąk reżysera, bo tam doszły one do szczytu. Pomysł polegał na tym, że bohater przed snem liczy i wspomina kobiety swojego życia. Całość opierała się na scenach erotycznych. W pierwszej wersji było ich około 60, w końcu zostało 17 - czyli 17 rozbieranych historii i 17 bohaterek. Męki wynikały przede wszystkim z tego, że ja jestem, w gruncie rzeczy, wstydliwym i nieśmiałym człowiekiem. Żenują mnie - poza nielicznymi wyjątkami - sceny rozbierane w filmie, nie lubię nawet oglądać całowania. Samo pozyskanie aktorek i nieaktorek, głównie modelek, rozmowy z nimi, było już makabrą. Potem plan, a nie zapominajmy, że ja - jak zawsze - wszystko odgrywałem. Przyjeżdżały amatorki, które zatajały np., że nie mają 18 lat, albo przywoziły podrobioną zgodę rodziców. Kiedy się to okazywało, musieliśmy rezygnować z obsadzonej postaci. Albo pojawiały się już po pierwszych zdjęciach obite przez narzeczonych. Trzeba było zrobić podwójną obsadę, czyli znaleźć 34 osoby!
*** Łapię łączność z gruntem - z MARKIEM KONDRATEM ROZMAWIA KATARZYNA BIELAS
Gazeta Wyborcza - 17/04/2003
...Ojciec po każdym spektaklu w Teatrze Polskim, gdzie grali z Mikołajską w sztuce Kruczkowskiego, jechał do Łodzi na plan filmu "Zemsta" Antoniego Bohdziewicza. Tamtego dnia podróżował z Woszczerowiczem i Opalińskim. Kierowca zasypiał, więc poprosił ojca, żeby przesiadł się do przodu i go zabawiał. Tak go zabawiał, że władowali się na nieoświetloną ciężarówkę stojącą na drodze. Kiedy po trepanacji czaszki, po kilku miesiącach szpitala w Łodzi wrócił do domu, miał dziurę w głowie, w miejscu, gdzie wbił mu się kawał pabiedy czy warszawy zbudowanej z blachy, z jakiej kiedyś robiono okręty. Ojciec był kompletnie odmieniony, postarzał się o kilkadziesiąt lat, lewą stronę miał sparaliżowaną do końca życia, chodził o lasce, dużo czasu spędzał w łóżku. Wrócił do zawodu w bardzo ograniczonej formie, grał do końca życia w swoim macierzystym Teatrze Polskim, zrobił kilka filmów, chodził do SPATiF-u, pijał wódkę. Matka bała się zawsze, w jaki sposób wróci do domu. Jej strach mi się udzielał, nie spaliśmy całe noce. Uważałem, że to zawód ojca sprowadził na nas to całe nieszczęście.
RÓŻNOŚCI
...Kiedy 30 grudnia rozeszła się wieść, że dwóch młodych Dajaków zostało zasztyletowanych przez grupę Madurańczyków, Dajakowie "wkroczyli na ścieżkę wojenną" i w ciągu następnych czterech dni dokonali na Madurańczykach plemiennej rzezi, zabijając, (według nieoficjalnych oszacowań) ok. czterech tysięcy ludzi. Dajaccy wojownicy odcinali zabitym głowy, następnie nabijali je na bambusowe pręty i gromadzili jako "trofea wojenne". Kiedy po upływie kilku miesięcy zachodnim dziennikarzom udało się przełamać rządową blokadę i przedostać do obszaru objętego zamieszkami, natrafili w dżungli na liczne bezgłowe ciała. Znaleźli też wiarygodnych świadków, którzy twierdzili, iż na ich oczach dokonywane były akty ludożerstwa. Dajakowie rzekomo wyrywali z ciał zabitych wrogów serca i zjadali je na surowo. Niektórzy świadkowie zajść wspominali coś o pieczonych ludzkich wątrobach...
*** Teresa Bogucka - CZYSTOŚĆ, ZDROWIE I POSTĘP
Gazeta Wyborcza - 22/11/1996
...Do oczywistych efektów zastąpienia mycia się ablucjami na sucho oraz - w sferach wyższych - pachnidłami, należała powszechność robactwa. Z jednej strony pogodzono się z nim do tego stopnia, że wzajemne iskanie zostało wpisane w formy obyczajowe, określające dokładnie, kto komu winien wyłapywać insekty, z drugiej jednak uciążliwość pluskiew, pcheł czy wszy kazała szukać na nie jakichś sposobów. Były to, ni mniej, ni więcej, tylko przepisy dietetyczne, uważano bowiem, że pasożyty wychodzą z ludzkiego ciała, tak jak robaki z mięsa, a rodzą się z zakłóceń humorów, czemu mogło przeciwdziałać właściwe odżywianie. I tak oto lęk przed zarazą prowadził do zwiększenia zagrożenia, chociażby dlatego, że dżumę roznosiły pchły.
*** Anna Bikont, Joanna Szczęsna - Uroki roztaczane przez niektóre zwłoki
Gazeta Wyborcza - 10/04/1998
...Sezon teatralny 1946/1947. Kraków. Na scenie Teatru Kameralnego TUR premiera "Wariatki z Chaillot" Jeana Giraudoux. W roli tytułowej - Maria Dulęba, wybitna aktorka, współtwórczyni historycznej Reduty. Wielki sukces, wspaniałe recenzje. "Trybuna" zleca więc swemu recenzentowi rozprawić się z tym owocem zgniłej, zachodniej dramaturgii. Ten chlasta nie tylko burżuazyjną ideologię autora, z rezerwą odnosi się też do kreacji Marii Dulęby. Kiedy wypociny Jana Alfreda Szczepańskiego (podpisującego się Jaszcz) czytano na głos w teatrze, jeden z aktorów nie wytrzymał: - Ja go chyba zabiję! Wtedy Andrzej Szczepkowski dodał: - A ja napiszę mu nagrobek. I rzucił:
Tu leży Jaszcz,
Przechodniu - naszcz!
*** Anna Bikont, Joanna Szczęsna - Żyje sobie limeryk w Krakowie
Gazeta Wyborcza - 23/12/1997
...Rzekła pani raz do chłopca w Tuluzie:
"Czemu rżniesz mnie tak marnie, łobuzie?"
On jej na to: "O, pani,
Choć szacunek mam dla niej,
Na zbyt wielkim pracuję tu luzie".
*** JOANNA SZCZĘSNA - MOSKALIKI
Gazeta Wyborcza - 04/11/1999
...Kto mi powie, że Masaje
martwią się, gdy spłodzą łotra,
temu wnet obetnę jaje
u Świętego z Pawłem Piotra.
PSY WOJNY - NAJEMNICY
*** Olga Stanisławska - Wigilia w Malabo ("Psy wojny" Fredericka Forsytha)
Gazeta Wyborcza - 23/12/1998
...Dzięki "Psom wojny" Forsytha, które od razu po wydaniu w 1974 roku zostały bestsellerem, a potem trafiły na ekrany kin, Gwinea Równikowa zamieszkała w naszej wyobraźni. Stało się to poniekąd bez naszej wiedzy - skrywała się przecież pod maską fikcyjnej republiki Zangaro, która - choć sądziliśmy, że jest całkiem wymyślona - wydawała się nam ogromnie rzeczywista. Podawaliśmy sobie pod ławką wymęczoną książkę owiniętą w biblioteczny szary papier i staliśmy w kolejce po bilety do najlepszego w naszym mieście kina Bałtyk.
Daleko w Gwinei Równikowej jeden z najkrwawszych tyranów Afryki odciskał trwałe piętno na kraju, za którym nikt się nie ujmował, bo taki był mały, taki nierzeczywisty - skrawek lądu, kilka wysp wulkanicznych, dżungla, deszcz. Nie więcej niż czterysta tysięcy ludzi, zamkniętych w swoim państwie jak w pułapce.
Tak, miejsce zupełnie jak z Forsytha.
*** Wojciech Jagielski - Z zawodu wojownik
Gazeta Wyborcza - 18/12/1998
...Cudzoziemscy żołnierze werbowani w Paryżu, Brukseli, Londynie, Madrycie i Johannesburgu mieli rozstrzygać podstawowe problemy kontynentu. Szkolić wojska, dowodzić nimi w bitwach, zapewniać bezpieczeństwo kopalniom, hutom i plantacjom, będącym często jedynym źródłem dochodów afrykańskich państw. Do werbunku najemnych żołnierzy zachęcały afrykańskie państwa także ich byłe kolonialne metropolie. "Psy wojny" stawały się - często nieświadomie - instrumentem neokolonialnych porządków. Obalając niewygodne reżimy, tłumiąc rebelie lub je wspierając, wyświadczali przysługi francuskim, belgijskim, brytyjskim, amerykańskim, południowoafrykańskim służbom specjalnym, usiłującym utrzymać dla swoich rządów panowanie nad Afryką.
*** WOJCIECH JAGIELSKI - KORSARZ TRÓJKOLOROWY - Bob Denard
Gazeta Wyborcza - 22/04/1999
...Denard, poza zamiłowaniem i prawdziwym talentem do wojaczki, miał jeszcze szczęście - w Katandze poznał francuskiego pułkownika Rogera Faulquesa, który przybył do Konga za wiedzą i zgodą Jacques'a "Foki" Foccarta. Foccart przez ćwierć wieku kierował w Pałacu Elizejskim sprawami Afryki i decydował o losach tamtejszych przywódców. Nieposłusznych i hardych kazał usuwać. Zastępował ich wiernymi przyjaciółmi Francji. Kiedy sprawy wymagały szczególnej dyskrecji, wówczas Foccart prosił o przysługę ludzi takich jak Faulques - kondotierów, kierujących się nie wyłącznie zyskiem i potrzebą mocnych wrażeń, ale także szczególnym patriotyzmem i nie odwzajemnioną najczęściej miłością do ojczyzny.
*** OLGA STANISŁAWSKA - DIABEŁ DRAPIEŻNEGO SZALEŃSTWA
Gazeta Wyborcza - 02/04/1999
...W tamtych czasach Thierry po Paryżu jeździł białym jaguarem, a w Afryce miał swoją awionetkę. Jego gwiazda błyszczała coraz jaśniej. Był Liban. Była ta delikatna sprawa z komandosami z RPA, którzy mieli wysadzić rafinerię ropy w angolskiej enklawie Kabinda. Desant się nie udał. Komandosi stracili orientację w dżungli i zamiast do prawicowego Zairu, uciekli do komunistycznego Konga. Thierry odnalazł ich, a potem przepchnął jakoś przez granicę. I w końcu dostał swoją własną wielką transakcję. Pięćdziesiąt mistrali, najnowszych francuskich rakiet ziemia-powietrze dla Pretorii.
*** WOJCIECH JAGIELSKI - O DWÓCH TAKICH, CO CHCIELI UKRAŚĆ AFRYKĘ
Gazeta Wyborcza - 07/12/2000
..."Odnoszę wrażenie, że cała afera wokół tej sprawy jest mocno przesadzona - brytyjski premier Tony Blair uciął dyskusję. - Panowie posłowie oburzacie się: najemnicy! Nie zapominajcie jednak o najważniejszym. Obalono bezprawny wojskowy reżim i przywrócono do władzy demokratycznie wybranego prezydenta!".
Burzliwa debata w Westminsterze była kulminacją skandalu, który wybuchł, gdy londyńskie gazety ujawniły, że za namową rządów Wielkiej Brytanii i USA biali najemnicy dokonali zamachu stanu w Sierra Leone i przepędzili na cztery wiatry zdemoralizowaną juntę majora Johnny'ego Paula Koromy, który kilka miesięcy wcześniej wygnał z kraju prawowitego władcę, prezydenta Kabbaha.
*** WITOLD GADOMSKI - ENCYKLOPEDIA - EKONOMIA
Gazeta Wyborcza - 18/05/2000
...Marks do analizy ekonomicznej wprowadził radykalne wątki polityczne. Stwierdził mianowicie, że między pracą i kapitałem istnieje nieustanny konflikt. Wszystkie zjawiska zachodzące w gospodarce kapitalistycznej były dla Marksa przejawem tego konfliktu. Kapitaliści dążą do zagrabienia jak największej części wartości dodatkowej, spychając robotników w nędzę. Dowody empiryczne nie potwierdzały tej tezy - płace robotników w II połowie XIX wieku mimo wszystko rosły, bezrobocie prawie nie istniało, znienawidzony przez Marksa kanclerz Niemiec Otto von Bismarck wprowadził nawet ubezpieczenia społeczne. Marks jednak nie zamierzał się takimi drobiazgami przejmować.
*** Witold Gadomski - Ekonomiści
Gazeta Wyborcza - 24/04/1998
...Friedman jest uważany za znakomitego specjalistę od polityki pieniężnej. Inflacja jest według niego zawsze wynikiem nadmiernej emisji pieniądza. Nadmiernej, to znaczy większej niż potrzeby gospodarki. Rolą instytucji państwa jest "dolewanie" do gospodarki właściwej ilości pieniędzy. Wówczas nie występuje ani recesja, ani inflacja. Friedman jest zresztą zdania, że państwo zwykle z tego zadania słabo się wywiązuje, czego dowodem jest wielka depresja lat 30. W "Wolnym wyborze" wyjaśnia, że dramatyzm kryzysu wynikał z nadmiaru interwencji państwa, i to w dodatku nieudolnych. Oskarża o to przede wszystkim utworzony w 1913 r. amerykański System Rezerwy Federalnej, czyli bank centralny, a także administrację prezydenta Roosevelta. Uważa, że gospodarka amerykańska, a co za tym idzie światowa, znacznie lepiej poradziłaby sobie z kryzysem, gdyby w ogóle Rezerwa Federalna nie istniała. Kryzysy pojawiały się przecież także wcześniej i nie miały tak dramatycznego przebiegu.
GAZETA WYBORCZA - wybór tekstów - 1