POLTYKA
Gazeta Wyborcza - 03-02-2001
...Dziś Pan to (tragedię Wybrzeża) ocenia inaczej.
Michnik: Dziś próbuję zrozumieć motywy ludzi, którzy wtedy podejmowali decyzje. I, oprócz motywów niskich, takich jak obrona przywilejów nomenklatury, widzę też inne. Nie chcę, uchowaj Boże, bronić ludzi, którzy kazali strzelać do robotników. Ale we Francji nie ma człowieka władzy, który nie wydałby takiego rozkazu w momencie, gdy tłum pali merostwo w Paryżu.
Wiem, że we Francji była demokracja, a w PRL dyktatura. Ale generałowie widzieli to inaczej. Dla nich - i nie tylko dla nich - PRL była normalnym państwem. Nie mogę tego ignorować.
Pan to usprawiedliwia?
Michnik: Nie usprawiedliwiam. Nie aprobuję tego ani moralnie, ani politycznie. Ale próbuję zrozumieć.
I rozumie Pan?
Michnik: Rozumiem. Może nie powinienem tego mówić. Ale zastanawiam się, jak ma reagować władza, kiedy - w najsłuszniejszym, najbardziej uzasadnionym proteście - ludzie podpalają budynki administracji publicznej.
Są inne sposoby. Polewanie wodą...
Kiszczak: To w pewnym momencie przestaje być skuteczne. Bo podpalają nadal.
Według Pana są takie momenty, gdy władza zmuszona jest strzelać do obywateli?
Michnik: Tak. Tak uważam.
Niegdyś młody, niegdyś gniewny...
*** List Adama Michnika do gen. Czesława Kiszczaka z 1983 roku
...Wy nie umiecie o nas myśleć inaczej, bowiem myśląc inaczej, musielibyście - choćby w jednym błysku chwili - odgadnąć prawdę o sobie samych. Tę prawdę, że jesteście mściwymi i pozbawionymi honoru świntuchami. Tę prawdę, że jeśli nawet kiedyś było w waszych sercach troszkę przyzwoitości, to dawno pogrzebaliście te uczucia w brutalnej i brudnej grze o władzę, jaką toczycie między sobą. Dlatego, sami złajdaczeni, chcecie nas ściągnąć do swego poziomu.
*** BRONISŁAW WILDSTEIN - "Dziejów honoru ciąg dalszy"
"Rzeczpospolita" - 2001.02.13
...Na końcu "Folwarku zwierzęcego" Orwella świnie i ludzie urządzają sobie raut. Zdumione zwierzęta przez okna dostrzegają, że oblicza tych gatunków dziwnie zaczynają się do siebie upodabniać. Scena ta wciąż przychodziła mi do głowy, kiedy czytałem "Pożegnanie z bronią" w wydaniu Michnik - Kiszczak.
*** Polemiki - "Komu świński ryj"
"Rzeczpospolita" - 2001.02.28
...Ciągłe eksponowanie tych zasług w celu uzasadniania swoich politycznych wyborów (mówię o Michniku) nie tylko nie stanowi argumentu merytorycznego, ale rzuca cień na minione zaangażowanie. Przypomina zachowanie świętobliwego męża, który bez przerwy wszystkim naokoło przypominałby o swoich cnotach i ułomności innych. Czy nie podawałoby to w wątpliwości bezinteresowności jego moralnych czynów? Czy postawa Michnika znaczyć ma, że bohater ten wystawia rachunek za swój heroizm? Czy może uważa, że przysługują mu w demokracji prawa specjalne, co przecież sprzeczne byłoby z samą zasadą tego systemu?
Mój malutki komentarzyk do sprawy
O rozpaczy środowiska "GW", a może raczej tych kilku dziennikarzy (przymuszonych, jak krytyk muzyczny "GW" Robert Leszczyński?) gorliwie broniących Michnika i wymyślających najdziksze argumenty przedstawiające go jako człowieka szlachetnego, nieskazitelnego i dzięki temu zdolnego mocą prawdziwie chrystusową przebaczyć łotrowi - niech świadczy ta sprawa. Artur Domosławski protestując przeciwko lżeniu swego przełożonego podał w tekście, iż Michnik w czasie podziału akcji "AGORY" zrzekł się sumy 130 mln PLN. No, ciekawa rzecz. W portalu gazeta.pl urządzono potem małe archiwum owego wywiadu i drukowanych w piśmie tekstów. Tekstu Domosławskiego nie ma. Czyżby się jednak zawstydzili?
Trzeba też zwrócić uwagę na specyficzną, wręcz karnawałową konwencję, jaką przyjął Michnik w dziele przebaczania. Wyobraźmy sobie w jaki sposób Adaś M. przebacza kapitanowi Piotrowskiemu. W ostatnim dniu odsiadki sprzed bramy więziennej odbiera kapitana elegancka limuzyna. W restauracji Belvedere strzelają korki szampana i kapitan wraz z Michnikiem, Kiszczakiem, Jaruzelem i Urbanem pogrążają się w otchłani wszechogarniającej miłości chrześcijańskiej. Nazajutrz, na pierwszej stronie "Wyborczej" znajdujemy zdjęcie Adasia całującego kapitana i wielki tytuł - WSZYSTKO mu przebaczyłem!
*** Anita Gargas, Ewa Zarzycka - Kiszczak bez wybielacza
Gazeta Polska - 12 stycznia 2005 r.
...Jeszcze zanim w 1989 roku odbyły się wybory czerwcowe, w resorcie podległym Kiszczakowi pełną parą realizowano polecenie wydane na piśmie przez I zastępcę ministra, gen. Henryka Dankowskiego. Chodziło o weryfikację około dwóch tysięcy kandydatów do parlamentu pod kątem ich współpracy z bezpieką. Dankowski rozkazał, by zaktywizować agenturę i odtworzyć ewentualne zerwane więzi z konfidentami. Sprawę nakazał trzymać w całkowitej dyskrecji ze względu na wyjątkowo delikatną sytuację.- To była normalna rutyna, władze od nas tego żądały - tak obecnie tłumaczy tę akcję Kiszczak. Kto konkretnie? - No, żądały. Dlatego Dankowski zrobił to z rozpędu, sam od siebie.
*** Tak Kaczyński żartował z Kiszczakiem - wywiad
Dziennik - 20 listopada 2009
...CZESŁAW KISZCZAK: Chcę powiedzieć, że służby specjalne w każdym państwie są jednym z filarów władzy. Im ten filar silniejszy, tym państwo mocniejsze. Praca z agenturą z moralnego punktu widzenia może nie zasługiwać na pochwałę, ale bez niej żadne państwo funkcjonować sprawnie nie może. Oficerowie służb, pozyskując współpracowników, gwarantują im utrzymanie tego faktu w tajemnicy. I oficerowie służb specjalnych PRL tej zasady przestrzegają. Dziś Polska ma o wiele szerzej rozbudowane służby, oparte głównie na pracy z tajnymi współpracownikami. To, co się dzieje wokół tych służb przez 20 lat, Polsce nie służy. W 1989 roku przychodzili do mnie, jako do szefa MSW, działacze opozycji, którzy byli tajnymi współpracownikami SB, wywiadu i kontrwywiadu. Naciskałem na guzik. Odbierał szef biura, w skład którego wchodziły archiwa. Prosiłem o przyniesienie teczki. Następnie dawałem ją mojemu gościowi. A on na zapleczu gabinetu wrzucał dokumenty do niszczarki.
*** Fragment z książki Dariusza Ratajczaka "Tematy niebezpeczne"
Na specjalną prośbę Rafała Smoczyńskiego i Cezarego Michalskiego zamieszczam fragment książki docenta Ratajczaka. Panie docencie, polska prawica wierzy w pana, odwagi !!!
(objaśnienie dla lewaków - ten komentarz to okrutny, ironiczny żart, zresztą dawno nieaktualny. Napisałem do przed rokiem 2000, kiedy Smoczyński i Michalski odgrywali role "młodych gniewnych konserwatystów-frondystów". Później "utracili wiarę".)
Jak słyszałem ostatnio, docent pracuje obecnie jako portier w hotelu. Czyli że prawicowa reinterpretacja historii w Polsce nie popłaca, a lewicowa, jak ukazuje przykład prosperującego nad podziw Adasia M. popłaca.
(Objaśnienie dla mniej rozgarniętych lewaków walczących z faszyzmem - "reinterpretacja" oznacza "zakłamywanie". Ratajczak kłamał i został ukarany, Michnik w temacie "słodkiej komuny" kłamie, kłamał, i kłamać będzie i ma z tego kłamstwa kawior i zimną wódkę.)
*** Paweł Spiewak - Kłopoty z pamięcią - dyskusje prasowe o historii PRL
Res Publica
...Zacznijmy od zasadniczego tekstu pisanego przez wieloletniego wieznia
politycznego, czlonka KOR Adama Michnika i Wlodzimierza Cimoszewicza,
kandydata do fotela prezydenckiego z ramienia SLD w 1990 roku. Artykul powstal,
co nie jest dla jego lektury bez znaczenia, tuz przed kolejnymi wyborami
prezydenckimi, po tym, jak dwie partie wywodzace sie z PRL przejely wladze, a
premierem zostal Józef Oleksy, dawny sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
*** Jarosław KURSKI - "WÓDZ - PRZEDOSTATNI ROZDZIAŁ"
Gazeta Wyborcza - 1992/04/22
...Wałęsa w Warszawie czuł się jak w kłębowisku żmij. Widział nieprzychylność inteligencji, obawiał się dawnej nomenklatury. Uważał, że najbardziej przydatni będą ludzie bez skrupułów. Inteligent zanim wejdzie, zapuka trzy razy - i nigdy się nie dopcha. Cham najpierw wejdzie, potem zapuka.
Nawet rzecznik prasowy Wałęsy Andrzej Drzycimski powiedział w radiu, że takie przyszły czasy, iż potrzeba polityków chamskich, dosłownie chamskich. Chamstwo podniósł do rangi cnoty. Takich ludzi jak Wachowski i Drzycimski można zawsze wywalić na zbity łeb i nie mieć wobec nich zobowiązań. Ludzie dworu mają świadomość, że każdy dzień może być ostatnim dniem ich kariery. Takie są reguły gry, które oni w pełni akceptują. Drzycimski z pozycji doktora opowiada, że wszystko, co się dzieje w Belwederze, jest racją stanu. Nawet ewidentne gafy.
*** Paweł Rabiej, Inga Rosińska - KIM PAN JEST PANIE WACHOWSKI? - BYŁEM SZOFEREM WAŁĘSY
...Liczba kobiet, które chciały się umawiać z Lechem, była ogromna. Potężna była fala kobiet, które chciały dotknąć Lecha, a najchętniej rzucić się na niego. Na zebraniach i spotkaniach w całej Polsce do stołu prezydialnego docierały niesamowite rzeczy: różne poufne liściki, wyznania miłości, pierścionki, zdjęcia, niedwuznaczne propozycje, oferty. Myślałem, że Lech interesuje te kobiety psychologicznie, a nie fizycznie, ale potem okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. Można było z tego nie skorzystać, ale...
Straszny widok, ta ekstaza kobiet, dzikie oczy, oszalały wzrok. Były niebezpieczne, w czymś w rodzaju transu, jak panienki na koncertach zespołów rockowych. Gotowe nawet zapłacić, żeby spędzić kilka chwil sam na sam z Wałęsą. Nie zauważyłem, żeby te rzeczy interesowały Mietka. On miał swoją stałą znajomą w hotelu "Sołec", była to zresztą milicjantka. W tych emfatyczkach raczej nie gustował, ale one były czasem naprawdę nieatrakcyjne.
Te kobiety były niezwykłym zjawiskiem. Przypuszczam, że Wałęsa bardzo żałuje, że takie sceny nie mają miejsca teraz. Jest to wina mechanizmu, który miał miejsce dziesięć lat temu, a nie ma już miejsca teraz.
*** Przemyślenia antyrasistowskie
Żeby nie mówili, że taki jestem zawzięty na "prawicę" zapraszam na konsumpcję przemyśleń i refleksji
znanego w kręgach internetowych pogromcy rasistów
*** A.Szapowałow - "Prezydent Kwaśniewski w typowo polskich warunkach"
Rossijskaja Gazieta (20.05.1998)
Artykuł troszkę szokujący - Ruskie zupełnie poważnie myśleli, że Kwachu jest ich agentem i po objęciu urzędu prezydenckiego zatrzyma integrację Rzplitej z NATO i UE. Ale się zdziwili !!!
*** Leonid Korniłow - "Lekcje polskiego,
dlaczego oni wyrwali się do przodu, a my grzęźniemy w kryzysach?"
Litieraturnaja Gazieta (13.01.1999)
Artykuł chyba bardziej szokujący, Ruskie bowiem święcie przekonani o zupełnym krachu polskiej gospodarki, rozkwicie masowego bezrobocia i prostytucji konstatują ze zdumieniem, że emeryci w Polsce otrzymują regularnie emerytury, hipermarkety kierują swą ofertę, zamiast do bogaczy do przeciętnego Kowalskiego, który to Kowalski nie wiadomo czemu zarabia prawie 400 $ miesięcznie (obecnie w Rosji zdaje się przeciętna płaca to $ 60). Artykuł świadczący o straszliwej degradacji mentalnej Rosjan, autor odkrywa fakty DLA NICH niezwykłe, które DLA NAS są oczywistością.
*** Sytuacja żywnościowa Federacji Rosyjskiej zimą 1998/1999
Co jedzą Ruskie, czyli o urokach smakowych kartoflanki !!! (ależ ja mam te antyrosyjskie kompleksy!)
*** PRASA ROSYJSKA WOBEC KONFLIKTU NA BAŁKANACH
Ruskie zdumione, że już nie są SUPERMOCARSTWEM
*** Rozmowa z Andrzejem Namysłowskim, wiceprzewodniczącym okręgu warszawskiego Związku Komunistów Proletariat
Gazeta Wyborcza - 1998/04/03
...Trzeba spojrzeć na Chiny: tam dominuje własność społeczna - państwowa, spółdzielcza, komunalna - ale wykorzystywane są mechanizmy rynkowe. Gdybym mógł za dotknięciem czarodziejskiej różdżki spowodować zwycięstwo mojej partii w wyborach, to dla współczesnej Polski wybrałbym właśnie rozwiązanie chińskie. Oczywiście bez obozów pracy.
*** CHINY: Nikt nie jest bezpieczny!
raport Amnesty International
*** Grzegorz SOŁTYSIAK - ŻOŁNIERZE PARTII
Gazeta Wyborcza - 11/12/1993
...Byli największą i najmniej znaną grupą opozycyjną lat 60. - Ja stworzyłem ten ruch i ja go pogrzebałem - mówi dzisiejszy właściciel koncernu prasowego, wydawca "Kobiety i Mężczyzny" i "Nowego Detektywa" Nazwę "mijalowcy" zawdzięczali członkowi KC w latach 50. - Kazimierzowi Mijalowi. Ich najbardziej spektakularnym wyczynem było wydanie w 1963 r. w 10-tysięcznym nakładzie nielegalnej broszury. Gdy w 1964 r. "wpadli", Służba Bezpieczeństwa aresztowała około 100 osób. 1000 wyrzucono z PZPR.
*** Piotr Lipiński - "Tajne oblicze: Gwardziści uciekli w zboże"
Gazeta Wyborcza - 1997/12/24-26
...O wydarzeniach z lutego 1944 r. na Poznańskiej
kontrwywiad AK meldował: "W związku z przechwyconym anonimem na Poznańskiej
37 w czasie jego rozpracowywania napotkaliśmy na sprawę związaną w tym domu
z mieszkaniem Nr. 20. W mieszkaniu tym został dokonany napad przez komunę na
Kupeckiego, kryp. 'Kruk', który był kierownikiem komórki Del. Rz. [Delegatury
Rządu - przyp. P.L.] do rozprac. komuny. W mieszkaniu tym było archiwum i
kartoteka antykomunistyczna. Sprawę rozpracowywaną przekazujemy do wglądu
jako klasyczny przykład akcji NKWD na terenie Warszawy".
*** ZBIGNIEW ŻBIKOWSKI - Gułag Beauregard
Polityka - nr 30/2003 (2411)
...Ledwo w czerwcu 1944 r. alianci wylądowali w Normandii i wyzwolili kawałek
Francji, w Paryżu pojawił się z adiutantami sowiecki generał Wasilij N. Dragun,
oficjalnie "przedstawiciel pełnomocny rządu ZSRR do spraw repatriacji obywateli
sowieckich", żeby na "zdrajców" sowieckiego państwa rozpocząć wielkie
polowanie.
Sowiecka misja wojskowa liczyła do 40 osób i miała na usługach
setki członków Francuskiej Partii Komunistycznej. Za przyzwoleniem francuskich
władz enkawudziści zaczęli zatrzymywać, aresztować, porywać i osadzać w obozach
coraz więcej obywateli sowieckich, przy czym o tym, kto podlega ich władzy,
rozstrzygali sami. Na nieliczne protesty, formułowane przez "białych" Rosjan z
dawnej emigracji, mogli zupełnie nie zważać.
*** Piotr Gillert - Brat Numer Jeden i inne robaki
Gazeta Wyborcza - 25/04/1998
...Pol Pot i jego "bracia" głosili, że stworzą nowe, lepsze społeczeństwo, oparte na równości i wspólnej własności. W przeciwieństwie do swych europejskich towarzyszy uważali jednak, że aby umożliwić komunistyczny rozwój, trzeba się najpierw cofnąć do poziomu społeczeństwa agrarnego, zburzyć stary, zepsuty porządek, zacząć wszystko od nowa na oczyszczonym gruncie. Stąd Rok Zerowy.
*** Marek Rapacki - Paryskie tropy Pol Pota
Gazeta Wyborcza - 25/04/1998
...Nie miał żadnych przyjacielskich kontaktów poza środowiskami indochińskimi. Zdaje się, że nie pił, nie hulał, dużo się uczył. Dużo też czytał, podobno fascynowały go pisma Jeana Paula Sartre'a, podobno słuchał wykładów Maurice'a Merleau-Ponty'ego. Po dwóch latach dołączył do niego przyjaciel z tej samej szkoły średniej, późniejszy wicepremier rządu Czerwonych Khmerów Ieng Sary. Miał on bardziej humanistyczną od Pol Pota orientację: studiował pedagogikę. Jeszcze trochę później studia w słynnej paryskiej Science-Po, czyli wyższej Szkole Nauk Politycznych, podjął Son Sen - naczelny wódz wojska Czerwonych Khmerów w latach 1975-79.
Przez całe lata 90-te "Wyborcza" serwowała swym nieszczęsnym czytelnikom wielkie porcje tekstów przybliżających komunę, tę prl-owską i tę kpp-owską.
Można to interpretować dwojako:
1.) Michnik i jego ludzie wyraźnie grawitowali w stronę postkomunistów, starając się za wszelką cenę doprowadzić do romansu z UD-UW. By tego dokonać starano się na łamach "Gazety" pokazać komunistów jako kontrowersyjną, ale swojską i "naszą" formację, mającą prawo do swej historii. Postkomuniści mieli być oswojeni, ludzcy.
2.) Trzon środowiska "GW" i UD-UW ukształtował się w latach 60, 70-ych jako formacja właściwie pokomunistyczna, postmarksistowska, złączona więzami rodzinnymi z KPP i PZPR. Dla tych ludzi komunizm był czymś naprawdę bliskim, nawet jeśli opuścili ten świat, był on dla nich normalnym składnikiem historii Polski. I starali się "ciemnemu ludowi" wmówić, że tak właśnie być powinno.
Sławetny tekst Michnika i Cimoszewicza "O prawdę i pojednanie" który miał symbolicznie zakończyć "wojnę polsko-komunistyczną" mógł być więc wyrazem i cynicznej politycznej strategii ale i szczególnego rodzaju sentymentalizmu. Polacy wreszcie mieli się ostatecznie pogodzić z "naszymi komunistami".
Rzecz jasna nie tylko "GW" miała takie dziwne obsesje. W tym samym czasie pisma prawicowe, bynajmniej nie skrajne upajały się wspomnieniami masakrowania komuny w Chile i Hiszpanii, cuda wypisywano o rumuńskiej Żelaznej Gwardii i Świętej Inkwizycji.
*** JERZY HOLZER - Romantyczni fanatycy - Komunistyczna Partia Polski
Gazeta Wyborcza - 30/04/1999
...Partia komunistyczna powstała z woli kilku tysięcy fanatyków, głęboko wierzących w słuszność swej sprawy i gotowych do ponoszenia dla niej wszelkich ofiar. Fanatyzm, choćby najbardziej ofiarny, jest jednak złym nauczycielem. Nie skłania ku tolerancji wobec ludzi innych poglądów, narzuca konieczność bezlitosnej i nie ograniczonej regułami moralnymi walki oraz podbudowania jej ideologią, w przypadku komunistów klasową. Polscy komuniści byli przez pierwsze ćwierćwiecze swej działalności prześladowaną i osamotnioną w społeczeństwie niewielką grupą. Ukształtowany i pogłębiający się fanatyzm prowadził ich do traktowania wszystkich przedstawicieli innych poglądów ideowych czy politycznych jako absolutnych wrogów. Ów fanatyzm nie był też pozbawiony swoistego romantyzmu. Komuniści byli buntownikami, spiskowcami. Byli tropieni i prześladowani, skazywani na wieloletnie wyroki więzienia. Mieli przy tym przekonanie, że walczą dla ludu, dla robotników, jeżeli nawet przez ten lud i robotników nie są rozumiani. W społeczeństwie polskim, wychowanym w znacznej mierze na ideach romantyzmu, pociągało to niektórych młodych ludzi.
*** ZBIGNIEW SIEMIĄTKOWSKI - Marzyciele i agenci - Komunistyczna Partia Polski
Gazeta Wyborcza - 30/04/1999
...W maju 1926 r. KPP poparła zamach Józefa Piłsudskiego, wezwała do strajku generalnego robotników Warszawy i wzięła udział w zorganizowaniu strajku kolejarzy, który uniemożliwił dotarcie do stolicy posiłków wojskowych dla rządu Wincentego Witosa. Decyzja o poparciu przewrotu majowego pozwalała komunistom na wyjście z głębokiego podziemia. W tych dniach pierwszy raz uczestniczyli w działaniach akceptowanych przez większość społeczeństwa. Podjęciu tej decyzji sprzyjały liczne związki, jakie istniały pomiędzy ówczesnymi przywódcami KPP a wywodzącymi się z Organizacji Bojowej PPS liderami obozu piłsudczykowskiego. Dla wielu z nich Walecki był towarzyszem wspólnej walki z caratem, z którym przeprowadzili w 1907 r. brawurowe odbicie z Cytadeli oczekujących tam na egzekucję bojowców z PPS-u. Przeszłość peowiacką mieli posłowie komunistyczni Tomasz Dąbal i Sylwester Wojewódzki, a Bolesław Wieniawa-Długoszowski zawdzięczał życie Edwardowi Próchniakowi, który wyciągnął go w 1918 r. z więzienia Czeka w Piotrogrodzie, za co ten odwdzięczył mu się w Warszawie, wydostając go z aresztu Defy.
*** Michał Matys - Potrzebowali bohaterki - Komunistyczna Partia Polski
Gazeta Wyborcza - 24/10/1997
...Spółdzielnia gorseciarska w Głownie pod Łodzią postanowiła po 1990 r. usunąć ze swojej nazwy imię patronki - komunistki Władysławy Bytomskiej. Firmę przemianowano po prostu na Głowno. Bytomska nie była zgodna z wymogami naszych wyrobów - wytłumaczyła w "Gazecie Wyborczej" główna księgowa Elżbieta Bubel. W dodatku co ona ma wspólnego z szytymi w Głownie biustonoszami? Czy w ogóle nosiły je komunistki? Oburzył się na to Ryszard K. Przysłał list do redakcji. Zarzucił nam ignorancję i chamstwo. Napisał: "Bytomska, młoda łódzka szwaczka, komunistka, została zmasakrowana, oblana benzyną i żywcem spalona przez policję w roku 1938. Fakt ten był i jest szeroko znany w Łodzi. Męczeńska śmierć Władysławy Bytomskiej jest nie mniej tragiczna i bezsensowna niż męczeńska śmierć księdza Jerzego Popiełuszki i tak samo zasługuje na potępienie, a przynajmniej na szacunek".
*** Janusz Rolicki - Janusz Wilhelmi
Gazeta Wyborcza - 20-06-2003
..."Człowiek z marmuru", bo dla tego filmu tak przewrotnie zapaliło się wówczas zielone światło, okazał się arcydziełem zupełnie niepasującym jednak do zamówienia. Ministrowi Tejchmie i szefowi kinematografii wiceministrowi Wojtczakowi pomógł też jak umarłemu kadzidło. Po pierwszych kolaudacjach na szczytach partyjnych wybuchła awantura. Gdyby u władzy był Gomułka, film by z pewnością zamknięto w kasie pancernej. Ponieważ rządził dobrotliwy i nolens volens liberalny Gierek, film pokazywano w kinach, a w gazetach zamówiono krytyczne recenzje. W rezultacie Wajda odniósł światowy sukces. Minister Wojtczak, swego czasu marcowy harcownik, jako superliberał został odesłany do Pragi, a minister Tejchma zachwiał się w posadach. Natomiast na horyzoncie jako zbawca partii w dziedzinie produkcji filmowej pojawił się Janusz Wilhelmi. On też w maju 1977 roku przeniósł się do gabinetu na Krakowskim Przedmieściu.
*** Witold Jedlicki - Chamy i Żydy
...Na czoło grupy natolińskiej wybija się Zenon Nowak. Na nieco niższym szczeblu jest kilku energicznych, ale wyjątkowo brutalnych i wyjątkowo nie doświadczonych działaczy jak Stanisław Brodziński, Wiktor Kłosiewicz, Władysław Kruczek, Stanisław Łapot, Kazimierz Mijal, Bolesław Rumiński, Jan Trusz i Kazimierz Witaszewski. Poparcie Moskwy zapewnia tej grupie automatycznie posłuszną solidarność ze strony niedotkniętej ekskomuniką Chruszczowa części Politbiura: stąd w tym czasie z grupą tą sympatyzują tacy starsi działacze jak Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Franciszek Jóźwiak, Hilary Chełchowski i Stefan Matuszewski. Wszystkich ich razem nazywano później "Natolińczykami". Natomiast na określenie pierwszej grupy w żargonie partyjnym utarła się nazwa "Grupa Puławska". Nazwa ta nigdy jednak nie spopularyzowała się tak dalece jak poprzednia i o ile przeciętny Polak potrafiłby z łatwością odpowiedzieć na pytanie, co to jest "Natolin", rzadko kiedy umiałby wyjaśnić, co to są "Puławy". Ale menadżerzy tych grup nazywają się wzajemnie od dawna inaczej. Dla Puławian Natolińczycy to "chamy", a dla Natolińczyków Puławianie to "żydy". Obie nazwy świadczą chlubnie o ideologicznym wyrobieniu i głębi socjalistycznych przekonań jednych i drugich.
*** URSUS woła: OBUDŹCIE SIĘ, POLACY!
Wrzodak jak zwykle pryncypialny m.in.: "...Czerwona i różowa komuna zaślepiona w swej zoologicznej nienawiści do
polskości konsekwentnie wpędza nasz kraj w pułapkę nędzy i beznadziei."
*** Przegląd prasy według Młodzieży Wszechpolskiej
M.in. "My młodzież narodowa opowiadamy się stanowczo przeciw fałszowaniu obrazu
młodzieży polskiej poprzez pokazywanie zeuropeizowanej (już nie
polskiej), lewackiej, pogańskiej, kosmopolitycznej, zezwierzęconej
młodzieży. Chcemy uświadomić wszystkim, że istniejemy i zawsze i
wszędzie będziemy tępić te zwierzęta podające się za polską młodzież!!!!
Tak nam dopomóż Bóg i Święty Krzyż."
*** Przegląd piosenki skinowskiej
Za błędy ortograficzne nie odpowiadam !!!
*** Sławomir Mrożek - "Charaktery"
"Rzeczpospolita" - 20.09.97
Sławomir Mrożek zmusza swój, lekko wyschnięty w Meksyku mózg do pracy na najwyższych
obrotach
*** Rafał A. Ziemkiewicz - "Stosy kłamstw o Inkwizycji"
esej z cyklu "Łomem w ryj"
Gazeta Polska - 26 września 1996
Mój ulubiony tekścik - RAZ demaskuje żydo-masoński spisek, którego celem jest
kompromitacja najwspanialszej katolickiej instytucji
*** Jacek Kuroń - "O upadku komunizmu i świecie u progu nowej epoki"
"Gazeta Wyborcza" - 1997-02-01
...Może stoimy przed epoką wielu nieustających wojen...
Zmieniła się epoka. Nie wiemy jeszcze, czy na dobre czy na złe. Ale jedno wiemy na pewno: jaki się stanie świat, zależeć będzie przede wszystkim od tego, jak wychowamy nasze dzieci...
Niespełna jedna trzecia ludzkości żyje w rzucającej się w oczy ekstrawaganckiej konsumpcji. Natomiast ponad dwie trzecie - w nędzy, na granicy głodu i w głodzie, w ciągłym strachu o miejsce pracy, bez nadziei, która nadawałaby jakikolwiek sens ich egzystencji...
Spójrzmy, jak bardzo naładowane jest agresją nasze życie - choćby tylko polityczne, w parlamencie i na ulicach. Myślę, że ludzkości grozi erupcja nienawiści rasowej, religijnej i etnicznej, wielokrotnie silniejszej niż wybuch bomby atomowej...
No tak, szlachetnie, pięknie... ale cóż to za pierdoły! Jeszcze 10 lat temu bym się wzruszył, a dziś nic
*** Free State of Danzig
Jakiś facet ogłasza się senatorem Wolnego Miasta Danzig. Mieszka na Filipinach.
Kiedyś stroniczka ta funkcjonowała na jakimś filipińskim serwerze, ale zniknęła. Na szczęście wcześniej zapisałem ją na dysku.
Wieści z ostatniej chwili, bojownik o niepodległy Gdańsk odnaleziony w
Australii !!
http://www.net2000.com.au/customers/danzig/index.html
*** Polska - kalendarium opozycji 1956-89
"Karta"
*** Przedwyborcza wojna na trumny - Jadwiga Staniszkis - Gazeta Wyborcza (2010)
...Gdybym chciała grać tak samo brutalnie jak "GW" mogłabym zapytać, czy zdają sobie sprawę, że w dokumentach katyńskich są też zapewne nazwiska polskich komunistów z Wilna i Lwowa, którzy służyli jako tłumacze i - w pewnym sensie - selekcjonerzy przyszłych ofiar (chodzi o wypełniane przez nich "ankiety"). Wielu z tych ludzi było potem dygnitarzami w PRL. A także ojcami, teściami i przyjaciółmi rodziny. Więc nie zaczynajmy znów wojny na trumny, bo może się okazać obosieczna!
*** RAFAŁ KALUKIN - Pustka po życiu - ROKITA - PREMIER, KTÓREGO NIE BYŁO
Wprost - 19 czerwca 2011
...Jarosław Gowin: - Już nie ma o czym mówić. Był człowiek, głośno się szamotał, aż poszedł na dno. Jakiś czas po powierzchni wody rozchodziły się jeszcze kręgi. W końcu tafla się jednak uspokoiła, a życie poszło dalej.
Zmarnowany talent? Przez 20 lat kariery politycznej Rokity właściwie poza epizodem szefowania URM-em w rządzie Suchockiej nie kierował on żadną państwową strukturą. Poza intensywnym intryganctwem (miał do tego wielki talent), błyskotliwymi występami na konferencjach prasowych i w TV wykazywał się wielką zdolnością do analizy politycznej. Czy miał autentyczny talent, czy GDYBY został premierem stałby się wielkim reformatorem państwa? A może rzeczywista nieznajomość mechanizmów państwowych zakończyłaby się kompromitacją, tak jak IV RP? Kariera Jana Rokoity to chyba najbardziej błyskotliwa wirtualna kariera polityczna po roku 1989.
Obecnie Rokita szybkim krokiem zmierza ku statusowi "krakowskiego dziwaka". To miasto potrzebuje takich postaci i pewnie jeszcze za lat 20 odmieńca w eleganckim kapeluszu będą tam witać: "Dzień dobry, panie premierze". Zaś odmieniec łaskawie kiwać będzie głową...
*** MICHAŁ KRZYMOWSKI - Historia pewnej nienawiści
Wprost - 9 października 2011
...Współpracownik premiera: - Donald zawsze miał na Kaczyńskiego dwa określenia: potwór i wariat. Jego stosunek do prezesa PiS najlepiej oddaje często opowiadany przez niego żart. "Kaczyński i Tusk mieli stłuczkę. Wychodzą z samochodów, oglądają straty. - Wiesz, Donald, te nasze kłótnie są bez sensu, pogódźmy się. Mam tu flaszkę, napijmy się - proponuje Kaczyński i polewa po kieliszku. Tusk wypija i spogląda na Kaczyńskiego. - A ty na co czekasz? - Na policję". Kiedyś się z tego śmialiśmy, ale po Smoleńsku Donald zaczął odczuwać fizyczny strach przed Kaczyńskim. On uważa, że jeśli PiS wygra wybory, to ludzie prezesa po niego przyjdą.
*** Maciej Winnicki - "Nazistowska rewolucja społeczna. Jednostka i społeczeństwo w III Rzeszy"
"Arcana"
...Chłopcy w wieku od dziesięciu do czternastu lat poddawani byli przysposobieniu
wojskowemu i jeszcze silniejszej propagandzie, wreszcie do ukończenia osiemnastu
lat należeli do właściwej HJ. Ta machina organizacyjna zdołała wskrzesić
ogromną energię i wzbudzić ofiarny odzew w milionach młodych ludzi. Realizowano
w niej zasadę podporządkowania jednostki grupie, zresztą nie tylko w negatywnym
sensie, oraz w miarę możliwości dążono do egalitaryzmu, urzeczywistnienia
idei jedności narodowej, m.in. zastępując rywalizację klasową - sportową.
Hitlerjugend zwiększała w młodych Niemcach poczucie wartości, ukrywając
zależność od świata dorosłych pod hasłem "Młodzież kieruje młodzieżą".
Przez uniformizację, wyjątkowy kult form i procedur militarnych, ciągły
kontakt z bronią i naukę posługiwania się nią organizacja zaszczepiała
młodzieży "moralność obozu warownego" (określenie F. Ryszki)...
*** Tadeusz Wójciak - Konflikt poniżanych
"Rzeczpospolita" - 1994.07.23
...Louis Farrakhan kiedy określa Żyda, używa słowa "bloodsucker" (krwiopijca) . Na ogół mianem tym obdarza się każdego Żyda, zwłaszcza właściciela domu w wielkim mieście, który wynajmuje mieszkanie murzyńskiej rodzinie i pobiera od niej czynsz. Nazywa się tak również właściciela sklepu w murzyńskiej czy też etnicznie wymieszanej dzielnicy. Na miano największych "bloodsuckers" zasługują żydowscy właściciele sklepów z alkoholem.
Proszę, proszę. Murzyński antysemityzm.
Jednym z zabawniejszych efektów powstania "świadomości czarnych" jest prześladowanie czarnych kujonów przez innych czarnych uczniów, jako wyzwisko służy epitet - "Wuj Tom". Że niby ich zdolności podtrzymują Biały System. Ot wymyślili.
*** Wojciech JAGIELSKI - Kongo-Kinszasa. Historia, wojna domowa
Gazeta Wyborcza - 2000-06-10
...Trwająca od 1996 r. wojna w Kongu zabiła niemal 2 mln ludzi, a jednemu z największych krajów Afryki grozi rozbiór. Położone w sercu afrykańskiej dżungli Kisangani od dziesięcioleci jest symbolem największych nieszczęść, jakie spotykają Kongo, jedno z największych afrykańskich państw. Tak wielkie i zasobne w minerały, że mogłoby być jednym z najbogatszych państw świata. Krwawe wojny, dyktatorzy, sprzedajni urzędnicy i zdradzieccy sąsiedzi doprowadzili do tego, że Kongo jest "chorym człowiekiem" Afryki.
Tu trzeba cynicznie zauważyć, że 5 milionów trupów w 12 lat (jak oceniają eksperci w 2008) to nawet na Afrykę niezwykłe osiągnięcie. Zwykle wojna domowa na tym kontynencie kosztuje od 0,5 miliona do miliona zabitych, a i te wojny ciągną się po 30 lat.
*** Jędrzej Winiecki - Nowe kolory czarnej Afryki
Polityka - 2010-03-27
...Rywalizacja o względy Afryki wychodzi jej na dobre. Bank Światowy przewiduje na ten rok kilkuprocentowy wzrost PKB, wzrost gospodarczy będzie więc wyższy od przyrostu liczby ludności, co oznacza, że Afryka się rozwija. Gospodarka Afryki staje się silniejsza, jeszcze 10 lat temu obecny kryzys rozłożyłby kontynent, jak to się stało w latach 70. Teraz, dzięki azjatyckim funduszom i dekadom zachodnich upomnień, gospodarki wielu afrykańskich krajów są lepiej prowadzone, kroczek po kroczku postępuje demokratyzacja, przychodzą coraz lepiej wykształcone pokolenia, pojawia się silna klasa średnia.
*** ADAM MICHNIK JAKIEGO NIE ZNACIE: ANDRZEJ ZAGOZDA, BIBIANNA ROY-ROKICIŃSKA
Gazeta Wyborcza
..."Spuść spodnie, a obniżą ci cenę". "Życie Warszawy" informuje, że w Galerii Mokotów w sklepie Levi'sa dają 20 proc. rabatu każdemu, kto przymierzy ubranie w świetle kamer, z których obraz oglądany jest przez publiczność.
Jako dama tradycyjnych obyczajów zaniepokoiłam się, któż to zechce ściągać spodnie przy ludziach?
I oto w "Naszym Dzienniku" zadziwił mnie Jan Olszewski, który ochoczo zabrał się do ściągania spodni. Zatroskany b. premier przestrzega otóż przed prywatyzacją Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych: Lista dopuszczonych do rzekomego przetargu jest krótka. Jest na niej "Agora". Przerażony rozmówca Olszewskiego o. Waldemar Gonczaruk CSsR zauważa: Ostatnio po księgozbiorze, który proponuje nam pan Michnik w swojej gazecie, łatwo można się zorientować, jaki kształt pod egidą Agory może przybrać wydawnictwo i rynek księgarski. Zresztą w WSiP był też zaangażowany pan Czarzasty. Na to Olszewski przypomina, że w wyniku afery Rywina pan Czarzasty niejako wypadł z gry. No i teraz wydaje się, że jest to taki kąsek, który Agora już niemal trzyma w ustach.
Zatroskany premier Olszewski patetycznie powtarza za Włodzimierzem Czarzastym przestrogi przed Agorą i bije na alarm. No, ale pomyślałam: skoro Agora już prawie trzyma w ustach, to trzeba spuszczać spodnie, by obniżyli cenę.
Andrzej Zagozda to pseudonim Michnika jeszcze z lat 70-ych, używał go drukując eseje w "Więzi". A wtedy Adaś naprawdę miał talent pisarski, wystarczy przeczytać jego polemikę do "Traktatu o gnidach" Wierzbickiego. Talent ten niestety został unicestwiony przez samego Michnika publikacją jego sławnej, więziennej książki "Z dziejów honoru w Polsce". Książki fałszywej, patetycznej, martyrologicznej, sprowadzającej poezję Herberta do poziomu politycznej publicystyki. Od tej pory Michnik stał się klasycznym "autorytetem moralnym" piszącym pretensjonalne, pompatyczne tekścidła, w których zawsze tonem rejtanowskim demaskował wrogów demokracji. Nuda, nuda, jeszcze raz nuda.
Trochę życia, trochę dawnego Michnika z lat 70-ych, błyskotliwego pyskacza znaleźć można w powyższych tekstach. Rzecz jasna brak w nich jakichkolwiek intelektualnych odkryć, ot Adaś biczem satyry chłoszcze swych licznych przeciwników. No, ale chociaż jest z tego trochę śmiechu.
Czemu Michnik używa dwu pseudonimów w tym samym czasie? Chyba tylko psychoanaliza może dać odpowiedź. Zagozda to poniekąd oficjalny pseudonim, podpisać nim Michnik może teksty wredne, ale wredne w miarę. Jako Bibianna może dać ujście najgorszym cechom swego charakteru (che, che), np. dać wyraz swej fascynacji aferą Anastazji Potockiej albo swobodnie porównywać Jarosława Kaczyńskiego do Edka z "Tanga".
Krążą uporczywe plotki, że inne pseudonimy jakich używa Michnik to: Paweł Smoleński (kiedyś) i Mikołaj Lizut (obecnie).
*** RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ - Krzesło Kuronia
...Jest rok 1977, Jarosław Kaczyński zostaje po raz pierwszy zaproszony na duże spotkanie KOR, z którym od niedawna współpracuje. "Przyszedłem, usiadłem przy stole. Otwierają się drzwi i wkracza czołówka opozycji: Kuroń, Macierewicz, Jan Józef Lipski itp. Patrzę ze zdumieniem, a tu wszyscy, którzy siedzieli przy stole, wstają i przenoszą się pod ściany. Podniosłem się także, ale by ustąpić miejsca Lipskiemu, który był starszym panem, kolegą mojej mamy i człowiekiem chorym. On jednak usiadł obok, a Kuroń, wykorzystując ten moment, już wieszał swoją skórzaną marynarkę na MOIM [podkreślenie - RAZ] krześle. Ja jednak spokojnie na nim usiadłem i miejsca Kuroniowi nie ustąpiłem".
*** RONALD KESSLER - W TAJNYCH SŁUŻBACH PREZYDENTA
...- Mieszkanie w Białym Domu to próba charakteru - mówi Bertram S. Brown, psychiatra, który stał na czele Państwowego Instytutu Zdrowia Psychicznego i był doradcą prezydenta Johna F. Kennedy'ego, a także leczył wielu czołowych polityków Waszyngtonu i doradców Białego Domu - albo buduje, albo wypacza charakter. Niewielu uczciwych ludzi ma ochotę wdawać się w wyczerpujące kampanie prezydenckie, polegające głownie na obrzucaniu się błotem. Wielu z tych, którzy startują, pragnie tylko sławy. To płytcy ludzie pozbawieni zasad, którzy po prostu chcą zostać wybrani. Nawet jeśli ktoś jest zrównoważony, to kiedy zostaje prezydentem musi rozwiązać poważny problem: jak pozostać skromnym, uczciwym człowiekiem, sprawując najwyższy urząd w kraju i będąc otoczonym przez patologiczne otoczenie, które traktuje cię jak cesarza. To prawdziwa siła charakteru człowieka, a nie jego przeszłe dokonania, decyduje czy prezydentura zakończy się sukcesem czy klęską. Stąd, jeśli prezydent nie ma z natury dobrego charakteru, niszcząca moc urzędu i ciągłych pochlebstw w sposób nieunikniony prowadzi do katastrofy. Z tego powodu wyborcy powinni mieć prawo wiedzieć, jacy naprawdę są ich przywódcy.
*** Eliza Michalik - Seksafera
Wprost - 50/2006
...W czerwcu 2003 r. policja w Kętach zaczęła dochodzenie w sprawie "produkcji przez Jana Muchę pornografii z udziałem małoletnich" (przestępstwo ścigane z art. 202 ¤ 3 kk). Ponad miesiąc później zostało w tej sprawie wszczęte śledztwo, nad którym nadzór przejęła Prokuratura Rejonowa w Oświęcimiu. Smolana opowiedział Lepperowi o seksualnych poczynaniach Jana Muchy, ale na szefie Samoobrony ani na Januszu Maksymiuku te rewelacje nie zrobiły wrażenia. Seksafery na Podbeskidziu nie skończyły się wraz z wyrzuceniem przez Smolanę Muchy z pracy. Kiedy on sam odszedł z Samoobrony, dawni koledzy z klubu próbowali go zdyskredytować, oskarżając o... współżycie ze świnią. Smolana zawiadomił nawet prokuraturę o tym, że nakłaniali jednego z mieszkańców Bielska-Białej, by zeznał, że on współżył z maciorą w chlewie.
Prezydentura Lecha Kaczyńskiego - podsumowanie mocno tendencyjne
*** Michał Majewski, Paweł Reszka - Straszny dwór Lecha Kaczyńskiego
Dziennik - 16 maja 2008
...Doradca prezydenta: "Lech broni Fotygę, chociaż niczego dobrego nie wniosła do pracy kancelarii. Jest za to przewrażliwiona na swoim punkcie, małostkowa i wprowadza nerwową atmosferę w pałacu. Pewnego wieczoru wezwała dyrektora jednego z departamentów. Człowiek stawił się karnie, choć obchodził własne imieniny. Zadała mu jakieś pytanie. On na to, że nie wie, bo to nie kompetencje jego departamentu. Pani minister była zaskoczona, nie bardzo wiedziała, co powiedzieć, więc tylko rzuciła zimno: »Dziękuję«. Dyrektor został w sekretariacie i pytał zdezorientowanych sekretarek: »To co ja mam robić, stać tu, czy mogę wracać na imprezę?«".
Były minister prezydenta: "Anna Fotyga, zamiast pomagać, sama zarzuca szefa swoimi kuriozalnymi problemami. Legenda mówi, że zdenerwowana Fotyga zadzwoniła na prywatną komórkę prezydenta. Skarżyła się, że nie może pracować, bo robotnik pod jej oknami strzyże trawę spalinową kosiarką. Prezydent interweniował osobiście, by przerwać koszenie. W pałacu nie ma żadnej hierarchii. Głowa państwa zmuszona jest do zajmowania się najróżniejszymi błahostkami".
*** Michał Majewski, Paweł Reszka - Daleko od Wawelu. O Lechu Kaczyńskim
...Mały piesek rasy terier szkocki wabił się Tytus.
Gdy Tupolew rozpędzał się po pasie startowym, prezydent albo prezydentowa trzymali go na smyczy. Kiedy maszyna osiągała wysokość przelotową, biegał po pokładzie, a czasem wchodził do kabiny pilotów. Bywało, że - gdy para prezydencka nie widziała - lotnicy musieli Tytusa poczęstować lekkim kopniakiem. Wtedy pies stawał przy drzwiach do salonki. Najpierw patrzył na swoje odbicie, a potem zaczynał ujadać. Potrafił tak przez 15 albo 20 minut. Pasażerom pękały głowy. Byli bezradni. Pan prezydent, widząc na sobie błagalne spojrzenia współpracowników, tylko rozkładał ręce: "No co mam zrobić? Przecież go nie oddam!". Tytus był kompletnie niewychowany. Kiedy wychodził na przechadzkę z Pałacu, prezydenccy urzędnicy informowali się nawzajem: "Bestia w ogrodzie!".
Tytus był łącznikiem z dawnym normalnym życiem, które zmieniło się w sprawowanie urzędu. Był więc nietykalny, cieszył się absolutną wolnością. Łapał za nogawki, kąsał nieważne, czy ministra, czy oficera BOR-u. Nie przepuszczał nawet właścicielowi. Kaczyńskiemu głupio się było przyznać, że szarpie go własny pies. Opowiadał więc lekarzowi bajki. Na przykład, że zaczepił nogawką o ogrodzenie.
Choć domowe zwierzę zawsze "dobrze robi" politykowi (jak mówią fachowcy od PR-u, "ociepla wizerunek"), ludzie bliscy Kaczyńskiemu niechętnie rozmawiali o Tytusie: "Co mam wam powiedzieć? Że prezydent nie radzi sobie z terierem? Zaraz zapytalibyście: »A z Polską sobie radzi?«" - mówił jeden z jego współpracowników.
Rozpoczęcie książki o Lechu Kaczyńskim od opisu
pieska Tytusa to oczywiste nawiązanie do "Cesarza" Kapuścińskiego. Mechanizm
funkcjonowania dworu i problem wyizolowania władcy jest uniwersalny.
*** Michał Majewski, Paweł Reszka - Nieudana gruzińska misja Kaczyńskiego
Dziennik - 8 sierpnia 2009
...Po zakończeniu wiecu Kaczyński i reszta delegacji zostali zaprowadzeni do budynku parlamentu. Doszło tam do kolejnej niecodziennej sytuacji. Trzej prezydenci i premier oraz ich dyplomatyczne otoczenie stali przez blisko pół godziny w dużej sali. Prowadzili z dziennikarzami luźne rozmowy, czekali na to, co będzie dalej. Jednak organizatorzy byli tak samo zdezorientowani. "Gdzie jest Saakaszwili? Co my tu robimy?" - szeptali między sobą członkowie delegacji. W końcu prezydenci i ich najbliżsi współpracownicy zostali zaproszeni do innego, mniejszego pomieszczenia, ale niewiele się zmieniło. "Niewielka sala, bez klimatyzacji, na stole woda. Przywódcy zostali pozostawieni sami sobie. Nie było żadnych informacji. Czekali na Saakaszwielego, który nie nadchodził" - opowiada współpracownik prezydenta. Kaczyński albo wiedział, albo się domyślał, że Saakaszwili ulegał namowom Sarkozy'ego. Kiedy gruziński prezydent przeszedł w końcu do przywódców z Europy Środkowej i Wschodniej, Kaczyński poprosił go na stronę. "Wyglądało to nieco komicznie, bo niewielki wzrostem Kaczyński rugał ogromnego jak niedźwiedź Saakaszwilego. Musiały paść ostre słowa, bo Kaczyński nie chciał przy rozmowie tłumaczki. O pomoc poprosił Kownackiego" - mówi urzędnik pałacu.
A co by było, gdyby jakimś cudem Lech przekonał Gruzinów by byli twardzi, bezkompromisowi w rozmowach z Rosjanami? Tanki rosyjskie zdobyłyby Tibilisi? Jak na to zareagowałby Lech? Wypowiedziałby wojnę Federacji Rosyjskiej? Miałby wreszcie satysfakcję, że rozpoczyna się jego własne, prywatne Powstanie Warszawskie? Jak na wojnę z Rosją zareagowałby Jarosław? Może schowałby się do szafy, jak po ogłoszeniu stanu wojennego?
*** Wojciech Czuchnowski, Renata Grochal - Incydent gruziński
Gazeta Wyborcza - 2010-04-24
...Prowadzący sprawę prokurator rozmawiał (nie były to przesłuchania, lecz tzw. rozpytanie) z pilotami, dowódcami i osobami z ekipy prezydenta. Z notatek po tych rozmowach wynika, że konflikt między załogą a pasażerami był dramatyczny. Po pierwszej odmowie urzędnicy prezydenccy i sam prezydent przeprowadzają kilkanaście rozmów telefonicznych - m.in. z dowódcą 36. Pułku Lotniczego płk. Tomaszem Pietrzakiem (rozmowa obok), z gen. Załęskim i z dowódcą sił powietrznych gen. Andrzejem Błasikiem (zginął pod Smoleńskiem). Dowódca samolotu kpt. Pietruczuk jest na "gorącej linii" z płk. Pietrzakiem. Gdy mówi, że nie wykona rozkazu lotu do Tbilisi, do kabiny wchodzi prezydent Kaczyński, zadając cytowane już pytanie: "Kto jest zwierzchnikiem sił zbrojnych?". Drugi pilot kpt. Protasiuk opowiedział prokuratorowi, że po wyjściu prezydenta z kokpitu wszedł tam minister Stasiak, "który jednak nie wymuszał na załodze konkretnych działań. Stwierdził tylko, że należy wszystko dokładnie rozważyć i dopiero podjąć decyzję".
*** Paweł Wroński - Wiatr wiał mu w oczy. Polityka zagraniczna prezydenta Lecha Kaczyńskiego
Gazeta Wyborcza - 2010-05-11
...Podpisanie traktatu lizbońskiego, wsparte taktycznym sojuszem z prezydentem Sarkozym, było największym sukcesem Lecha Kaczyńskiego w polityce unijnej. Jednak okazało się, że prezydent Kaczyński chce nadal odgrywać rolę języczka u wagi europejskiej polityki. Chciał, aby Europa zabiegała teraz o to, by traktat podpisał. Ale wielkim tego świata nie uśmiechała się rola petentów. Szybko zraził do siebie prezydenta Sarkozy'ego, który ratyfikacją traktatu chciał uświetnić francuską prezydencję UE. Gdy Kaczyński stwierdził, że po odrzuceniu traktatu w irlandzkim referendum traktat jest "bezprzedmiotowy", Sarkozy replikował, że wierzy, iż Kaczyński wypełni swoje honorowe zobowiązanie i traktat podpisze. Efektem było zmarginalizowanie Polski. Jej smutnym i bolesnym dla Kaczyńskiego następstwem było wyeliminowanie go z relacji z najważniejszymi państwami Unii. Ustały bilateralne wizyty w najważniejszych krajach Unii, stałym kierunkiem podróży głowy państwa stały się Litwa, Gruzja i Ukraina. Szczyty Unii Europejskiej stały się praktycznie jedyną płaszczyzną, gdzie prezydent Kaczyński mógł spotykać się z wielkimi UE.
*** Wacław Radziwinowicz, Bogdan Wróblewski - Smoleńskie domino
Gazeta Wyborcza - 2010-10-10
...Pasażerowie Tu-154 spieszyli się, nie mieli żadnej rezerwy czasowej. Wylot z Warszawy początkowo planowano na 6.30, potem przesunięto o pół godziny. Prezydent jednak się spóźnił i samolot w końcu wystartował o 7.27 (według czasu warszawskiego, w Smoleńsku była już 9.27). Na cmentarzu wojskowym w Katyniu na prezydenta czekały ekipy telewizyjne. Uroczystości 10 kwietnia miały być tego dnia transmitowane bezpośrednio przez podporządkowane PiS-owi TVP 1 i TVP Info przez 3,5 godziny. Relacja powinna się była rozpocząć o 9.10. czasu warszawskiego. Kiedy więc kpt. Protasiuk decydował, że mimo fatalnych warunków spróbuje wylądować, do rozpoczęcia transmisji zostało już tylko 40 min. Wizyta prezydenta Kaczyńskiego w Katyniu miała przyćmić spotkanie premierów Tuska i Putina na cmentarzu oficerów polskich z 7 kwietnia - także jako spektakl telewizyjny. Dziennikarze kanałów publicznych dostali od swoich przełożonych zadania specjalne. Mieli zrobić wszystko, by relacje z cmentarza ofiar NKWD pokazały, że obecność prezydenta, otoczonego dziesiątkami ważnych urzędników oraz członkami rodzin ofiar zbrodni katyńskiej, jest ważniejsza niż wspólna wizyta szefów rządów Polski i Rosji.
*** Piotr Pacewicz - Nikt nie zawołał: Opamiętajcie się!
Gazeta Wyborcza - 2010-06-04
...Msza katyńska była dla prezydenta i wielu pasażerów czymś więcej niż uroczystością. Wpisywała się w polityczny spór, miała zatrzeć wrażenie, że to Donald Tusk z Władimirem Putinem doprowadzili do postępu w leczeniu narodowej rany, jaką jest zbrodnia katyńska. Ale powody były poważniejsze niż licytacja na patriotyzm, fundamentalne. Msza w Katyniu dotykała symbolu narodowej sprawy, samego serca polityki historycznej braci Kaczyńskich, miała być manifestacją patriotyzmu tak zrośniętego z wizerunkiem prezydenta. Chciał on wystąpić jako dumny przywódca polskiego narodu.
Miałby odlecieć jak niepyszny? Jakież byłoby rozczarowanie! Prezydent odczuwał to zapewne jako groźbę osobistej kompromitacji. Mógł sobie wyobrażać złośliwe żarty politycznych rywali i nieprzychylnej mu części opinii publicznej.
W dodatku ta niezawiniona przez niego wpadka byłaby - symbolicznie - porażką w relacjach z Rosją, które dla prezydenta były sprawą honoru. Swą życiową rolę zagrał wszak dwa lata wcześniej na wiecu w Tbilisi, gdy w imieniu Polski i poniekąd Europy wystąpił w obronie Gruzji. Tłumy wiwatowały, a Lech Kaczyński mówił: "Nasi sąsiedzi pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ten kraj - mówił dalej o Rosji - uważa, że dawne czasy upadłego imperium wracają, że znów dominacja będzie cechą tego regionu. Nie będzie. Te czasy się skończyły raz na zawsze".
To też był kontekst decyzji o lądowaniu. Takie myślenie zaciążyło zapewne także na decyzjach kontrolerów lotów ze Smoleńska, którzy obawiali się skandalu dyplomatycznego i lądowanie jedynie odradzali, ale go nie zabraniali.
Decyzja o lądowaniu była zatem rozpatrywana w kategoriach politycznych, narodowych, historycznych, godnościowych. Czynnik bezpieczeństwa był oczywiście ważny, ale jako jeden z wielu.
Jakiż to obraz prezydenta Kaczyńskiego wyłania się z tych tekstów? Duży chłopiec - głuptas żyjący w świecie fantazji. Żyjący legendą Powstania Warszawskiego, przekonany, że i on musi kontynuować narodowo-rodzinną tradycję. Tyle, że jako duży głuptas robił nieustannie głupstwa. Nie sposób zapomnieć jego wyraz twarzy po "incydencie granicznym" w Gruzji, kiedy wywieziono go nocą pod granicę z Osetią; strzały, do dziś nie wiadomo przez kogo oddane - jego dziecięcy zachwyt, radość, że i on może doświadczyć ekstazy powstańczej. Będąc głuptasem nawet nie myślał, że może wpakować siebie - prezydenta i całą Polskę w potężną kabałę o nieobliczalnych skutkach. Głuptas widzący się w wyobraźni w powstańczej panterce nie myśli o takich bzdurach.
Wroński opisuję absurdalną sytuację: Chciał opowiedzieć światu o Polsce, przenośnie i dosłownie. Gdy podczas pierwszego spotkania na dziedzińcu zamku Charlottenburg prezydent Niemiec Horst Köhler zwrócił się do niego grzecznościowo na powitanie kilkoma zdaniami po polsku, dziennikarze usłyszeli, jak na trasie przejścia do kompanii reprezentacyjnej Lech Kaczyński opowiadał mu o Kresach i Kijowie, dokąd sięgała Rzeczpospolita. Prezydent Köhler słuchał tej niezrozumiałej dla niego opowieści z niepewnym wyrazem twarzy. Czyż nie jest to piękny dowód życia w świecie fantazji?
Zapewne katastrofa w Smoleńsku jest logiczną konsekwencją prezydentury Kaczyńskiego. On, przywódca narodu skazanego na wielkość miałby się poddać, tchórzliwie "zdezerterować" z uroczystości katyńskich? Lądować! Trzeba pokazać Rosji, światu całemu, że prezydent się nigdy nie cofa.
I lądowali.
I dzięki temu teraz ten głuptas awansowany został przez brata na "ostatniego męczennika katyńskiego", cwany bliźniak załatwił nawet grób na Wawelu. Ideologowie PiS już tworzą mit narodowy, wszak naród nie może zostać bez mitów. Kościuszko, Piłsudski, Sikorski, Lech Kaczyński...
Pocieszyć się można tylko tym, że lansowana niegdyś w Argentynie na narodową świętą Evita Peron była przypadkiem o wiele bardziej kabaretowym.
Prawdziwe perełki! Ostatnie podrygi konającego prl-u!!!
Dwie propagandowe powieści Romana Bratnego, w tym kultowa pozycja - "Rok w trumnie". Rzecz tak obleśna i chamska, że Bratny po dziś dzień objęty jest nieoficjalnym bojkotem (!!!) ze strony mediów i świata kultury. Podobno coś tam publikuje, ale recenzji jakoś nikt nie drukuje.
*** Roman Bratny - ROK W TRUMNIE
...Właśnie cicho, żeby Krystyny, żony mojej, nie obudzić, wkładam klucz w zamek. Wróciłem o dwa dni wcześniej z festiwalowego spektaklu. Już wiem, że mam nagrodę za najwybitniejszą rolę męską, ale nie będę jej odbierał. Ona mi da zaraz to, na co zasłużyłem swoją rolą męską. Idę cicho przez korytarz, widzę delikatną smugę światła pod drzwiami sypialni. Drzwi są uchylone. Jestem w progu i widzę rytmicznie poruszający się zad. Patrzy na mnie, osłupiałego, ślepe oko odbytnicy. Słyszę sapanie. Widzę od tyłu unoszącą się głowę mężczyzny. Kark. Szlachetna siwizna. Już wiem. Na wyciągnięcie ręki mam ciężki brązowy świecznik. Czuję chłodny dotyk metalu...
*** ROMAN BRATNY - cdn
...Mijając pierwsze drzwi, zdziwił się. Dziewczyna w ciemnym sari, trzymając ręce na drewnianej kratownicy, patrzyła na niego ogromnymi ślepiami. Następna, w mini tak krótkiej, jakby przegonić chciała europejską modę, powiedziała coś szeptem i nagle pojął, gdzie się znajduje. Spojrzał na drugą stronę ulicy: ogromnym rzędem ciągnęła się wystawa. Dom obok domu, niczym w staromiejskich dzielnicach dalekiej Europy, okna, a za tymi oknami, niedbale zasłoniętymi, kręcili się, ruszali i nieruchomieli ludzie. Walczyński pchnął go do przodu.
- Idź, wybieraj, bo jak staniesz, wepchną cię do środka. Rupia, najwyżej dwie - poinformował sardonicznie. - Zastanów się, to nie więcej niż dziesięć, dwadzieścia centów.
Artek szedł, czując, że trzeźwieje z każdą sekundą. Już chciał, wspinając się na palce, zobaczyć koniec tej ulicy, ale końca nie było.
- Po co te kraty? - zająknął się pytaniem.
- Kraty wszędzie znaczą to samo - poinformował uspokajająco Walczyński.
Rozległ się okropny krzyk. Krzyczała czy może coś wołała cierpiąca kobieta.
- Co się stało? - Artek chwycił towarzysza za rękę, zawstydził się, puścił.
- To kosztuje drożej. Nawet pięć rupii - uśmiechnął się jego przewodnik. - Kraty są po prostu po to, żeby móc obejrzeć, ale i żeby one stąd nie uciekły. Często są młode, kupione od rodziny, mogłaby któraś mieć ochotę zwiać... A tu rotacja jest duża. Po dzieciństwie od razu starość.
11 Września 2001
"Rzeczpospolita" - 2001.09.15
...To nie islamski fundamentalizm stanowi problem dla Zachodu, lecz islam, odmienna cywilizacja, której przedstawiciele są przekonani o wyższości swojej kultury i mają obsesję na punkcie własnej słabości. Dla islamu problemem nie jest CIA ani amerykański Departament Obrony, lecz Zachód, odmienna cywilizacja, przekonana o wyższości swojej kultury i o tym, że jej przeważająca, choć słabnąca potęga zobowiązuje ją do szerzenia tej kultury na całym świecie. To właśnie te czynniki podsycają konflikt między islamem a Zachodem.
*** ZYGMUNT BAUMAN - Imiona cierpienia, imiona wstydu
Tygodnik Powszechny - wrzesień 2001
...Ameryka... niechętnie podejmuje się ochrony słabych przed zakusami ich sąsiadów czy obłąkanymi ambicjami ich samozwańczych wodzów, jeśli ta ochrona zażądać może ofiar z jej strony, a nie służy powiększaniu jej potęgi handlowej czy finansowej.
Nie dziw, że dla milionów ludzi zagrożonych utratą środków do życia, pogrążonych w nędzy i pozbawionych perspektywy godnego życia Ameryka stać się może symbolem wszystkiego, co w globalizującym się świecie odczuwają jako niecne, nikczemne, niegodne i nieludzkie; a globalizacja sama zdać się może szatańskim pomysłem na bezkarność silnych i bezradność skrzywdzonych.
*** AGNIESZKA KOŁAKOWSKA - Przeciw rozmazywaniu winy
"Rzeczpospolita" - 2001.10.04
...Niedługo trzeba było czekać, aby modni zachodni intelektualiści odrzucili pozory przyzwoitości i odzyskali pełnię swojej zwykłej formy. Zaledwie dwa, trzy dni po ataku na Amerykę byli już z powrotem na posterunku, dzielnie propagując relatywizm i antyamerykanizm. Z zapałem rzucili się do pisania artykułów o tym, jak to wcale nie terroryści, lecz - co było do przewidzenia - Ameryka przez swoją kapitalistyczną dekadencję, arogancję, imperialistyczną żądzę władzy nad światem i tym podobne zbrodnie ponosi odpowiedzialność za atak terrorystyczny 11 września. Wypowiedzi takie są na szczęście w ogromnej mniejszości, ale z upływem czasu zaczynają się mnożyć.
*** JAROSŁAW MAKOWSKI - Pokusa nienawiści
"Rzeczpospolita" - 2001.10.11
...Dziękuję Bogu, że Agnieszka Kołakowska nie ma do dyspozycji ani licznej armii, ani nowoczesnej broni. Jeśliby bowiem taką posiadała, zapewne nie tylko bin Ladena i jego islamskich bojowników wśród żywych by już nie było, ale także tych myślicieli, którzy świat po ataku na Word Trade Centre widzą nie tylko - jak chce tego znana eseistka - w biało-czarnych barwach.
*** BRONISŁAW WILDSTEIN - Przeciw wyrozumiałości
"Rzeczpospolita" - 2001.10.13
...Jarosław Makowski należy do - licznej dziś - grupy humanitarystów, którzy tak kochają człowieka i tak pełni są wyrozumiałości dla wszelkich jego odmian i postaw, że gotowi są unicestwić każdego, kto uczuć tych i poglądów nie podziela. Tak nienawidzą nienawiści, że namiętnie tropią ją u wszystkich, którzy mają pecha się z nimi nie zgadzać i zrobiliby wszystko, aby zetrzeć ich z powierzchni ziemi.
*** ROBERT FISK - Teraz juz wszyscy jestesmy winni
"The Independent" - 29.11.2001
...Prezydent Bush podpisal dekret o utworzeniu tajnych
trybunalów wojskowych do sadzenia, a nastepnie likwidowania kazdego, kto w
oczach amerykanskich sluzb specjalnych uchodzi za "terrorystycznego
morderce". Nie ulega watpliwosci, ze mamy do czynienia z usankcjonowanymi
prawnie przez wladze amerykanskie szwadronami smierci.
*** REMI BRAGUE - Sila slabych, czy slabosc dobrych
"Le Figaro" - 22.10.2001
...Czym w istocie sa nasze wartosci? Nasuwa sie tu wiele odpowiedzi. Pierwsza jaka przychodzi do glowy to, ze owe wartosci nie odgrywaja w swiecie wiekszej roli, choc powinny.
Czy islamisci tak calkiem sie myla, nie darzac ich zaufaniem? Pod
praworzadnoscia i temu podobnymi haslami czesto wszak rozumiemy, ze to MY mamy
prawo robic, co nam sie podoba, nie ponoszac zadnej odpowiedzialnosci. A wolnosc
osobista to przeciez takze swoboda, na jaka powoluja sie przestepcy seksualni
badz ekonomiczni. Prawo do antykoncepcji to równiez dezynwoltura, z jaka obecne
pokolenie moze traktowac potencjalnych potomków: w najlepszym razie jako
surowiec, pobierany zgodnie z zapotrzebowaniem, w najgorszym - jako
uprzykrzonych rywali, których sie pozbywamy.
Moralna śmierć postmodernizmu
Atak fundamentalistów na USA ukazał zdumiewający stan myśli oświeceniowej.
W skrócie rzecz ujmując przyjmę, że owo oświecenie to takie postulaty jak demokracja, prawa człowieka, świeckość
państwa i życia publicznego.
Jak się jednak okazuje, współcześnie "oświeceniowi" intelektualiści przeszli szkołę postmodernizmu.
I okazało się, że odrzucili oświecenie dostrzegłszy w jego założeniach - RASIZM. Sama krytyka INNYCH
KULTUR stała się niedopuszczalna, bo zakłada istnienie WZORCA. Śmiertelnie przerażeni intelektualiści
nie chcą już potępiać barbarzyństwa, bo wmówiono im, że już sama taka krytyka jest średniowiecznym
barbarzyństwem.
Oświecenie opierało się na zasadach uniwersalnych, postmodernizm je zakwestionował. Nie ma praw naturalnych,
nie ma zasad, postępowy jest relatywizm. Myśliciele bliscy Rorty'emu nawiązali do marksistowskiej
tezy o bazie - nadbudowie i ogłosili, że nasze myślenie zdominowane jest przez obowiązującą ideologię.
Tak więc piętnując średniowiecze współczesnego islamu i jego pogardę dla prawa człowieka w istocie propagujemy
rasizm i chęć narzucenia naszych, rzekomo wyższych wartości.
Uwalnianie Afganistanu spod władzy islamskich faszystów jest w istocie narzuceniem imperialistycznej potęgi.
To w istocie MY jesteśmy zbrodniarzami, MY jesteśmy faszystami.
Nie można krytykować islamu, bo przecież wszystkie kultury są równie wartościowe, a cywilizacja
zachodu można nawet mniej, bo wymyśliła kapitalizm, globalizację i Hitlera.
Najpotworniejsze jest to, że ten straszliwy bełkot głoszony jest przez ludzi święcie przekonanych
o własnej postępowości, o własnym humanizmie. Powraca ten lewacki nihlilizm, który kiedyś prowadził
do zachwytu nad sowiecką utopią, kiedy ginęły miliony.
WOJNA ŚWIATÓW?
chrześcijaństwo kontra islam?
USA kontra Europa?
...Ameryka to my. My, Włosi, my, Francuzi, my, Anglicy, my, Niemcy, my, Austriacy, my, Węgrzy, my, Słowacy, my, Polacy, my, Skandynawowie, my, Belgowie, my, Hiszpanie, my, Grecy, my, Portugalczycy. Jeśli runie Ameryka, runie Europa. Kiedy runie Zachód, runiemy my. I to nie tylko w znaczeniu finansowym, czyli w tym, który chyba najbardziej was martwi. Upadniemy we wszystkich znaczeniach, mój drogi. I na miejscu dzwonów zobaczymy muezinów, zamiast minispódniczek będziemy nosili czarczafy, zamiast koniaku będziemy pili wielbłądzie mleko.
*** Francis Fukuyama - Nowoczesny Świat na celowniku
Newsweek Polska, nr 16-17/ 2001
...Świat islamu różni się od innych kultur pod jednym istotnym względem. Od pewnego czasu tylko tam cyklicznie pojawiają się radykalne ruchy odrzucające nie tylko politykę Zachodu, ale również najbardziej podstawową zasadę współczesności, jaką jest tolerancja religijna. Te grupy świętowały 11 września, bo wtedy upokorzone zostało społeczeństwo - według nich - do cna zepsute. Dla fundamentalistów owo zepsucie to nie tylko kwestia charakterystycznej dla Zachodu swobody seksualnej, homoseksualizmu i praw kobiet, ale przede wszystkim sama świeckość. Pałają nienawiścią do Zachodu, bo tamtejsze społeczeństwa, zamiast służyć prawdzie religijnej, promują pluralizm i tolerancję religijną.
*** Samuel P. Huntington - Era wojen muzułmańskich
Newsweek Polska, nr 16-17/ 2001
...Najnowsza historia świata to czas wojen muzułmańskich. Muzułmanie walczą ze sobą i przeciw niewiernym znacznie częściej niż przedstawiciele innych kultur. Walki przez nich toczone stały się po zimnej wojnie główną formą konfliktu międzynarodowego. Muzułmańskie wojny obejmują akty terroru, wojny partyzanckie, domowe i konflikty między państwami. Wszystkie te formy przemocy mogą połączyć się w jedno i doprowadzić do decydującego zderzenia cywilizacji islamu i Zachodu czy też do konfliktu islamu z resztą świata.
*** Nieświęty zachód i święta wojna - Ian Buruma i Avishai Margalit
"Gazeta Wyborcza" - 15-03-2002
...Ben Laden ma tę samą obsesję na punkcie męskości i kwestii kobiecej. Jest to, w rzeczy samej, jeden z jego ulubionych artykułów "okcydentalistycznej" wiary. "Władcy tego regionu [krajów Zatoki Perskiej] - powiedział w 1998 r. - zostali wyzuci z męskości. I myślą, że lud to kobiety. Na Boga, muzułmańskie kobiety nie chcą, żeby ich broniły te amerykańskie i żydowskie dziwki". Zachód - twierdził - pragnie "pozbawić nas męskości. A my wierzymy, że jesteśmy mężczyznami".
***O iluzji wartości uniwersalnych - PIOTR KŁODKOWSKI
Znak
...Iluzja "misji białego człowieka" trwa więc nadal, tyle
że zamieniła się teraz w ideę szerzenia na wszystkie kontynenty demokracji,
rządów prawa, wolności jednostki bądź praw człowieka. Dla większości osób
wywodzących się z kultury Zachodu są to wartości jak najbardziej
uniwersalne, służące wręcz jako kamienie probiercze do oceny jakości
funkcjonowania państw czy, szerzej, obszarów cywilizacyjnych. Zastrzeżenia mówiące,
że ów uniwersalizm wcale nie jest tak bardzo "uniwersalny" dla państw
leżących chociażby w całkowicie odmiennej kulturowo Azji, uznawane są najczęściej
za przebiegłe maskowanie brzydkich skłonności dyktatorskich czy
fundamentalistycznych.
*** ROBERT KAGAN - KOWBOJE I BARMANI
Gazeta Wyborcza - 2002/08/17-18
...W odniesieniu do najważniejszych strategicznych i międzynarodowych
problemów współczesności Amerykanie są jakby spod znaku Marsa, a
Europejczycy - Wenus. W niewielu sprawach zgadzają się i coraz mniej rozumieją
się nawzajem. I nie jest to przejściowy efekt jednych wyborów w USA albo
jednego tragicznego zamachu. Przyczyny transatlantyckiego podziału są głębokie,
zadawnione i zapewne trwałe. Kiedy trzeba określić narodowe priorytety,
rozpoznać zagrożenia, kształtować i wprowadzać w życie politykę
zagraniczną i obronną, drogi Stanów Zjednoczonych i Europy rozchodzą się.
*** JAN SKÓRZYŃSKI - Amerykańska potęga i europejski raj
Rzeczpospolita - 24.05.03
...Świat Europejczyków to królestwo Kantowskiego wiecznego pokoju, w
którym obowiązują reguły negocjacji, kooperacji i prawa międzynarodowego.
Świat Amerykanów to Hobbesowska kraina, gdzie rządzą prawa dżungli, a
bezpieczeństwo liberalnego porządku zależy od siły militarnej. Amerykanie
zatem są z Marsa, a Europejczycy z Wenus - już pierwsze zdania najnowszej książki
Roberta Kagana "Of Paradise and Power" dają zarys odpowiedzi na
pytanie o źródła transatlantyckich podziałów, które z taką siłą ujawniły
się w ostatnich miesiącach.
*** STEPHEN G. BROOKS, WILLIAM C. WOHLFORTH - Mocarstwo na wieki
Foreign Affairs - lipiec/sierpień 2002
...Aby zrozumieć do jakiego stopnia dominującą pozycję Stany Zjednoczone mają
teraz, należy się przyjrzeć kolejno każdemu ze standardowych składników
ich narodowej potęgi. W 2003 r. USA są gotowe przeznaczyć na obronę kwotę
większą niż 15-20 krajów, które łącznie ponoszą największe wydatki na
zbrojenia łącznie. Stany Zjednoczone mają druzgocącą przewagę w broni
nuklearnej, lotnictwie wojskowym, marynarce wojennej, a także dysponują możliwością
wykorzystywania swojego potencjału na całym globie.
*** DANIEL KRUGER - Kolonializm oświecony
The Spectator - 15.03.2003
...Z wolna, niepostrzeżenie, nabiera kształtów nowa doktryna międzynarodowa,
wypowiadana zrazu nieśmiało z teksańskim akcentem. To doktryna interwencji
humanitarnej albo - by użyć właściwszego określenia - neokolonializmu. Tę
doktrynę przenika niezachwiana wiara w uniwersalność zasad wolności i
sprawiedliwości. Jest ona wyrazem naszego poczucia, że każdy - a nie tylko
ludzie Zachodu - ma prawo do życia w przyzwoitym państwie, a Zachód musi każdemu
pomóc ten stan osiągnąć. W szczególności zaś owa doktryna wypełnia treścią
dotychczasowe pustosłowie tak zwanej etycznej polityki zagranicznej.
*** ADAM SZOSTKIEWICZ - Wojna już trwa
POLITYKA - nr 12/2003
...To Perle uchodzi za ojca chrzestnego obecnej polityki Ameryki
wobec reżimu Husajna. "Małym Perlem" jest Frank Gaffney, szef
fabryki mózgów Center for Security Policy (Centrum Polityki Bezpieczeństwa) -
autor "doktryny Busha", wedle której Ameryka ma prawo i obowiązek
interweniować, nawet prewencyjnie, w obliczu zagrożeń ze strony reżimów
autokratycznych, od Iraku przez Libię po Kubę. A Robert Kagan z fundacji
Carnegie dołożył do tych idei swoją teorię o "Amerykanach z
Marsa" i "Europejczykach z Wenus", czyli o fundamentalnej
sprzeczności amerykańskiej i europejskiej wizji polityki międzynarodowej.
Kagan uważa, że tylko siła jest skuteczną gwarancją demokracji i ładu w świecie.
*** CHARLES A. KUPCHAN - Koniec Zachodu?
The Atlantic - listopad 2002
...Nadchodzące starcie USA i UE nie będzie w niczym istotnym przypominało
wyniszczającej zimnej wojny. Nie dojdzie wprawdzie do żadnej konfrontacji
militarnej, ale amerykańsko-europejski wyścig rozciągnie się daleko poza
granice sfery handlu. Europejski Bank Centralny i Fed będą skazane na walkę o
kontrolę międzynarodowych rynków finansowych. Waszyngton i Bruksela niemal na
pewno zetrą się, szukając wpływów na Bliskim Wschodzie. Opierając się
amerykańskim odruchom przywódczym, Europa sparaliżuje Bank Światowy, ONZ i
inne instytucje powstałe po II wojnie w klimacie transatlantyckiej kooperacji.
Niegdyś spójny i jednolity Zachód jest dzisiaj na najlepszej drodze do
rozpadu na dwie połowy.
*** IRENA GRUDZIŃSKA-GROSS - Anty-Europa w Ameryce
Tygodnik Powszechny - 2003-02-25
...Prawicowy periodyk "The American Heritage" nie wyśmiewa już (na
razie?) byłego prezydenta Billa Clintona czy lewicowych kręgów
intelektualnych z Nowego Jorku, ale Francuzów. Dziennikarz piszący w tym piśmie
nazywa ich, cytując Barta Simpsona z telewizyjnej kreskówki "The Simpsons",
"sero-żernymi, skorymi do poddawania się małpami" (cheese-eating
surrender monkeys). W ferworze nawoływania do wojny były liberał Christopher
Hitchens nazwał prezydenta Francji Jacquesa Chiraca "szczurem, który ryknął"
(w również prestiżowym "Financial Times"). Obraz jest następujący:
Francuzi handlują z Irakiem, popierają Palestyńczyków, zazdroszczą Ameryce.
Więcej: są też zwykłymi antysemitami. Ostatni "The New Yorker"
podsumowuje tę sytuację rysunkiem, na którym George W. Bush, Colin Powell i
Condoleezza Rice pochylają się nad mapą z Paryżem w centrum i planują le
changement de régime we Francji.
*** ARUNDHATI ROY - Rozwalmy ten wehikuł
The Guardian - 4.04.2003
...Po skorzystaniu z usług ONZ-owskiej dyplomacji (sankcje i inspekcje) aby
rzucić Irak na kolana, wygłodzić jego ludność, zabić pół miliona dzieci,
nadwerężyć infrastrukturę i zniszczyć większość irackiego uzbrojenia,
tak zwana Koalicja Chętnych (szerzej znana jako Koalicja Zastraszonych i
Przekupionych) najechała ten kraj. To akt niezrównanego w dziejach tchórzostwa.
Operacja Iracka Wolność? Bynajmniej. Bardziej pasuje formuła: "Pościgajmy
się, ale najpierw przetrącę ci nogi".
*** Aleksander Smolar - Stary Kontynent i nowe kłopoty - wywiad
Gazeta Wyborcza - 28-02-2003
...Ktoś powiedział, że Francja to Republika plus polityka zagraniczna. Problem
obecności i roli Francji w świecie, jej wielkości, odgrywa w zbiorowej wyobraźni
Francuzów niesłychanie ważną rolę. Niemcy, gdy chcą coś ironicznie
powiedzieć o nich, mówią: la Grande République - Wielka Republika. Strategii
wielkości służyła decyzja o budowie własnej bomby atomowej. Z pełną świadomością,
że może ona odegrać wobec arsenału dwóch mocarstw co najwyżej rolę zapłonu,
ale zapłonu, który mógłby wywołać wielki pożar!
*** PAUL JOHNSON - Panują, bo muszą
"The New Criterion" - 2003
...W rzeczywistości Amerykanie byli nastawieni bardziej
imperialistycznie niż Anglicy. Wszystkie stany na południe od Nowej Anglii
uznawały swe zachodnie granice za niezdefiniowane i przyjmowały, że
przebiegające równoleżnikowo linie podziału między poszczególnymi koloniami
ciągną się przez cały kontynent aż do Pacyfiku. Kiedy powstały Stany
Zjednoczone, a ogrom ich obszaru stał się dla wszystkich widoczny, praktyczne
potrzeby administracyjne spowodowały utworzenie nowych stanów. Jasne jest
jednak, że idea "oczywistego przeznaczenia" - czyli quasi-religijnego prawa
angielskojęzycznych osadników do zajęcia całego kontynentu - istniała w zarodku
o całe stulecie wcześniej, nim określenie to zostało ukute. I musiało upłynąć
dużo czasu, nim wszyscy Amerykanie uznali prawo Kanady i Meksyku do
współistnienia z ich unią, uświęconą jakoby przez czynniki historyczne,
polityczne, ekonomiczne, religijne i geograficzne.
*** PIOTR GILLERT - Koniec pewnej historii
Rzeczpospolita - 29.04.2006
...Głównie za sprawą publicystyki Williama Kristola i Roberta Kagana, którzy od połowy lat 90. zaczęli promować znacznie bardziej agresywną niż poprzednicy wersję neokonserwatyzmu, zwaną przez niektórych krytyków wilsonizmem na sterydach. Kreśląc zarys twardej polityki zagranicznej nawiązującej do czasów Reagana, Kristol i Kagan twierdzili, że Ameryka powinna stać się "dobroczynnym hegemonem" - aktywnie promować rozwój demokracji na świecie, stawiać czoło dyktatorom, a gdzie nadarza się okazja, obalać reżimy, by otwierać drogę demokratycznym przemianom. Ich wiara w moc sprawczą międzynarodowych traktatów i organizacji była niewielka. Ameryka miała polegać przede wszystkim na sobie samej i nieodwracalnych procesach historycznych. Neokonserwatyści zaczęli wierzyć, że demokrację da się ożywić, usuwając siłą tłumiące ją bariery. Że amerykańskie ideały nie muszą być wcale sprzeczne z amerykańskim interesem narodowym. Po 11 września 2001 r. ich poglądy zyskały w Białym Domu i Pentagonie wielu nowych zwolenników.
POLSKA ?
*** Czy Polska jest już mocarstwem? - przegląd prasy
FORUM - maj 2003 r.
...Jedni nam kadzą, drudzy z nas szydzą Polska -
najemnikiem na żołdzie USA, warszawski szpagat, bezczelny przyjaciel, osioł
trojański, spekulanci, byli grzeczni, to dostaną cukierka. Dawno w prasie
zagranicznej nie było tylu inwektyw pod adresem Polski. Nasz udział w wojnie w
Iraku u boku Ameryki wywołał we Francji i w Niemczech irytację. Z innej
jednak strony - Polska od dawna nie miała takiej widoczności politycznej na
scenie międzynarodowej jak dziś.
*** MACIEJ ŁĘTOWSKI - Unijna w formie, jagiellońska w treści
Gazeta Wyborcza - 2002-10-12/13
...Za pieniądze Ameryki i Brukseli, po części także
w ich interesie, uboga Polska może zapewnić sobie status ponad obecną miarę
- status potęgi regionalnej. Co więcej, nasze otoczenie oczekuje tego od
Polski. Oczekuje misji cywilizacyjnej i stabilizacyjnej, pod jednym wszakże
warunkiem - że będzie ona prowadzona nie pod sztandarami polskimi, lecz
unijnymi. Unia jest wędzidłem nałożonym na Niemcy. Takim samym wędzidłem będzie
dla Polski. Będzie chronić naszych wschodnich sąsiadów i przyjaciół przed
arogancją i ekspansją "polskich panów".
*** ALEKSANDER HALL - Wspólne interesy i własne zdanie
Rzeczpospolita - 24.05.2003
...Polska musi uważnie przyglądać się nowym tendencjom w polityce
zagranicznej Ameryki. Pozostawanie lojalnym sojusznikiem nie musi oznaczać
bezrefleksyjnego podążania za każdym pomysłem potężnego partnera. Z pewnością
nie leży w polskim interesie narodowym, by USA zdecydowały się na zbyt rozciągliwe
traktowanie doktryny Busha. Groziłoby to uwikłaniem Polski w konflikty
rozgrywające się w odległych od nas częściach świata i zapewne prowadzące
do eskalacji napięcia między cywilizacjami.
*** ANDRZEJ STASIUK - Król Ubu idzie na wojnę
Frankfurter Allgemeine Zeitung - 8.05.2003
...Łatwiej jest wygrać wojnę niż myć się regularnie, nie kłamać,
nie kraść, być uczciwym w interesach, powściągać zawiść i nienawiść i
ciszej przeklinać na ulicach.
*** JACEK ŻAKOWSKI - Minister spraw słusznych i przegranych
Polityka - 07/2004
...Amerykanie nigdy takiego celu oficjalnie nie sformułowali,
ale zwolennicy integracji mogli z wypowiedzi Haassa zrozumieć, iż niejawny cel
jest realizowany z obawy, że zintegrowana Europa będzie na tyle silna, by
wymknąć się spod kontroli, efektywnie konkurować z globalnym mocarstwem
(przedsmak daje konkurencja dolara i euro oraz wygrany przez Unię spór o handel
stalą), a kiedyś może nawet stać się konkurencyjnym mocarstwem. Dążąca do
integracji Europa jest więc podejrzliwa i czujna. Nasłuchuje i wypatruje. Szuka
objawów inspirowanej z Waszyngtonu kampanii "dezintegracyjnej". A w świetle
naszych deklaracji o specjalnych stosunkach polsko-amerykańskich polska polityka
analizowana jest szczególnie uważnie.
*** ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI - Zmiana klimatu - POLSKA, NIEMCY, EUROPA
Rzeczpospolita - 13.03.2004
...W stosunkach z Niemcami przez wiele lat robiliśmy wrażenie,
że gotowi jesteśmy do okazania bez zastrzeżeń skruchy, że wstydzimy się zajęcia
"ziem uzyskanych", jak lubiła je kiedyś nazywać "demokratyczna opozycja", i
wypędzenia z nich niewinnej ludności. Nikt nie chciał także być podobny do
Mrożkowego bohatera i ośmieszać się niesalonowym przypominaniem, ilu nas wybito,
co nam spalono, zniszczono, zrabowano. To, że na przykład kwestia własności nie
jest do końca załatwiona, uchodziło za wymysł Radia Maryja. Dopiero sprawa
Centrum przeciw Wypędzeniom sprawiła, że uświadomiliśmy sobie, iż
polsko-niemiecka wspólnota wartości i interesów jest nader wątła i oparta na
niedopowiedzeniach. Obraz Niemiec przedstawiany w polskich mediach zmienił się
gwałtownie - tak jakby chodziło o rozbieżności, które pojawiły się wczoraj.
Zdumieni i oburzeni są także Niemcy, zdezorientowani tą nagłą zmianą tonu tak
dotąd otwartych, pojednawczych i zdolnych do empatii Polaków.
czyli
MIĘDZY ŚWINIAMI
albo też
PRZEPUSTKA DO IV RP
AFERA RYWINA
*** Paweł Smoleński - Ustawa za łapówkę czyli przychodzi Rywin do Michnika
Gazeta Wyborcza - 26-12-2002
Rapaczyńska: - Trzęsło mną z obrzydzenia. Przecież Rywin
musi wiedzieć, że taka propozycja jest dla mnie i dla Agory po prostu uwłaczająca.
Jak ktoś odważył się przyjść do nas z czymś tak odrażającym! Myślałam:
jeśli tak ma wyglądać świat polskiego biznesu, jeśli z propozycją łapówki
można przyjść do firmy, która zawsze była poza podejrzeniem, jeśli w
korupcję angażują się ludzie na takich stanowiskach, to finis Poloniae.
Adam Michnik: - Jakby strzelił we mnie piorun. Pierwszy raz w życiu
zaproponowano mi coś takiego. Nie rozumiałem, że można złożyć taką ofertę,
że robi to Rywin, którego przelotnie znałem i wiedziałem, że jest człowiekiem,
by tak rzec, z towarzystwa, że powołuje się na nazwisko Millera. Słowem -
nie rozumiałem nic.
Lektura tej rozmowy wymaga wielkiej cierpliwości, tak jak i powieści Masłowskiej, z powodu mało zrozumiałego knajackiego stylu. Ale wysiłek zostaje nagrodzony - choćby to familiarne zakończenie - tak mi przykro Adasiu, że przyniosłem ci taki mesedż...
*** Kuroń o sprawie Rywina
Gazeta Wyborcza - 12-01-2003
...Z całą stanowczością trzeba teraz zabrać się za wyjaśnienie
wszystkich okoliczności sprawy, za znalezienie rzeczywistych mocodawców Rywina.
Wszystkie inne wątki, które można tu wysnuwać, siłą rzeczy schodzą na
drugi, jeśli nie na ostatni plan. Każde inne podejście jest bowiem robieniem
szumu wedle zasady "łapaj złodzieja" preferowanej przez weterana
lwowskiej szkoły doliniarzy Józefa Kalinkę.
*** Wojciech Maziarski, Michał Karnowski - Polityka sięgnęła bruku
Newsweek POLSKA - numer 02/2003
...Ci ludzie nie boją się kompromitacji i społecznego potępienia.
I słusznie - bo jak wykazała praktyka, od sankcji społecznej groźniejsza
jest dla nich zemsta ze strony partnerów ze świata przestępczego. W końcu to
nie społeczny ostracyzm przerwał polityczno-finansową karierę Jacka Dębskiego,
lecz strzały oddane przez wynajętego bandziora. Opinia publiczna nie była
nawet specjalnie zdziwiona, że w chwili zabójstwa były minister i biznesowy
partner gangsterów jadł kolację w knajpie z luksusową dziwką i znanym
dziennikarzem. To w końcu normalne. Taki jest skład społeczny elit III
Rzeczypospolitej.
*** MACIEJ RYBIŃSKI - Przychodzi Lew do Adama
Rzeczpospolita - 2002.12.30
...Sfrustrowałem się tak, bo przecież cała afera, ujawniona przez "GW", ma charakter towarzyski. Do Adama przyszedł Lew i się ucałowali. Potem Adam nagrał Lwa na taśmę i poszedł z tym do Leszka. Ucałowali się. Leszek posłuchał, co na taśmie Adama mówi Lew i stwierdził, że Lew zwariował i nie będą się więcej całować. W całej sprawie uczestniczyli jeszcze: Wanda, Piotrek, Robert i Włodek, którzy - niewykluczone - też się ucałowali.
...Cała ta sprawa stanowi jeszcze jeden powód, by zastanowić
się nad naturą systemu, w którym żyjemy. Formalnie mamy demokrację
parlamentarną, ale wielu ludzi uważa, że to tylko parawan, za którym pociągają
za sznurki wpływowi i uprzywilejowani. Szlachetni inteligenci ciągle jednak
ostrzegają, by nie poddawać się spiskowej wersji historii. Rzeczywiście
trzeba uważać, ale też niewiele z naszej historii można zrozumieć, jeżeli
lekceważy się konszachty ludzi wpływowych.
...Nie wiemy jeszcze, jak się cała sprawa zakończy, nie znamy wszystkich okoliczności. Na tyle jednak jesteśmy doświadczonymi obywatelami III RP, by zdawać sobie sprawę, iż za rok czy dwa też nie będziemy wiedzieli więcej. Może ktoś powiesi się w celi, kogoś wyłowią z Wisły, może kogoś zastrzelą, gdy będzie wchodził do samochodu, może zostanie opublikowana "biała księga", z której nic nie wyniknie. Najpewniej jednak unikniemy takich dramatów i wszystko okaże się tylko towarzyskim nieporozumieniem, spowodowanym krótkotrwałą niedyspozycją psychiczną.
*** Paweł Śpiewak - Koniec złudzeń
Rzeczpospolita - 2003.01.23
...Język Rywina i Michnika jest jędrny, rzeczowy. Nie ma tu dwuznaczności, duserów, którymi karmi się obcych. Mowa jest pozbawiona wszelkich naleciałości języka oficjalnego i politycznie poprawnego. Od początku do końca intencje obu rozmówców są jasne. Nie tylko przejrzysty jest sens wypowiedzi, ale również klarowny jest sposób myślenia. Wszystko jawi się jako gra, w której chodzi o wpływy i pieniądze. Żadnej taniej moralistyki, wynoszenia się ponad przeciętność. Gra wymaga pieniędzy, znajomości (Robert, Andrzej, Leszek i wiele innych postaci) i chodzi w niej tylko o jedno: o skuteczność. Nie wolno dać się wykuglować. Wszystko ma być czyste dla maluczkich.
*** IRENEUSZ KRZEMIŃSKI - Kryzys państwa - kryzys społeczeństwa
Rzeczpospolita - 2003.03.17
...Milczą kręgi uniwersyteckie. Milczą intelektualiści różnego kalibru, chociaż ta naukowo-intelektualna czołówka inteligencji była niedawno jeszcze zaczynem społecznego, obywatelskiego przebudzenia. Milczą zresztą środowiska inteligenckie i rozmaite towarzystwa, od zawodowych po regionalne, które tak często organizowały opinię publiczną i były jej wyrazicielem w ważnych kwestiach. Trwają teraz w letargu, choć ich działaniu nie zagrażają ani cenzura, ani tajna policja. Co najwyżej garstka działaczy stara się podtrzymać trwanie stowarzyszeń, jak jest choćby w przypadku Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Unia Wolności, partia, która wyrosła z owego obywatelskiego potencjału, jest w stanie rozkładu i zaniku.
I już wiadomo czemu Żakowski odszedł z "GW"
Swoją drogą wezwanie do ascezy formułowane przez prezydenta Kwaśniewskiego jest raczej z pogranicza kabaretu, i tak właśnie zostało przez prasę skomentowane.
O rozległych wpływach Doktora świadczy fakt, że po publikacji "Polityki" tygodnik "Wprost" replikował tekstem, w którym chwalił poparcie państwa dla biznesu.
Kilka tekstów o człowieku, który według barwnego określenia Adama Michnika "przez całe życie był przyzwoitym człowiekiem, a na starość dał dupy". Postać ta to dowód, że "system Rywina" zasadniczo tworzą ludzie SLD, ale i dla osób z kręgów opozycji coś skapnie.
*** Jarosław Marek Rymkiewicz - "Warszawa Śródmieście - Milanówek godzina 23.42"
Artysta (nagroda "Nike" z 2003 r.) wypowiada się z niechęcią o trywialnej jego zdaniem rzeczywistości.
Elementem tej doczesności jest afera Rywina ("we krwi trup Michnika"), ale nie jest to Boże broń wiersz polityczny.
*** NAGŁY UPADEK ADAMA M. - antologia tekstów
Paradoksalnie, po ujawnieniu afery Rywina nastąpiła dyskredytacja i "Gazety" i Michnika i AGORY. Najmocniej stracił na tym sam Michnik, najwyraźniej przygotowany na zupełnie inny scenariusz - dzielny moralista demaskuje układy. Naraz Michnik, jako symbol powiązań polityczno-finansowych stał się poważnym obciążeniem dla "Gazety Wyborczej".
Impertynencki tekst Krzysztofa Kłopotowskiego wydrukowany na łamach poważnej "Rzepy" uzmysławia, jak bardzo wszyscy mają dość obywatela M. No, może z wyjątkiem Pawła Smoleńskiego i Lesława Maleszki.
DZIENNIKARZE ? Białoruś? Gwatemala?
ZBLATOWANI - POLITYCY, BIZNESMENI
***Adam Michnik - Janina Paradowska
Rzeczywiście przebąkuje się co jakiś czas o
korupcji wśród dziennikarzy zajmujących się farmaceutykami, motoryzacją czy
ekonomią. Ale wyższa półka? Wielką "zaletą" Rywingate jest
ukazania na światło dzienne owej socjologii III RP, która już teraz (1 III
2003) wygląda makabrycznie. Oto redaktor naczelny największego dziennika
idzie, na zlecenie premiera cenzurować wywiad przeprowadzony przez Dziennikarza
Roku 2002. Oto Dziennikarz Roku poprzedniej edycji Kamil Durczok staje się
drobnym fagasem TVP, osobiście odbierającym polecenia od prezesa
Kwiatkowskiego. Oto wspomniany redaktor naczelny, wielki moralista idzie z
interwencją do "najwyższych czynników państwowych" w sprawie
"niesprawiedliwego potraktowania" Agory S.A. w przetargu na
prywatyzację WSiP.
ZAGADKA DZIAŁAŃ "GAZETY WYBORCZEJ"
Niepublikowanie afery przez pół
roku, milczenie w sprawie efektów śledztwa i to intensywnego, według słów
samego Michnika, wreszcie ten okropny klimat "moralnego potępienia
krytykantów" spowodował lawinę podejrzliwości. Jak wytłumaczyć decyzję o publikacji sprawy
Rywingate - wszakże bardzo kompromitującą samą "GW" i Michnika? Bezgraniczna megalomania i narcyzm środowiska "GW" i samego
Michnika - wyobrażenie, powstałe pewnie wskutek różnych skutecznych akcji w przeszłości
(wywiad Kiszczak-Michnik, Maleszka-Ketman niby usunięty z redakcji a decyzją
Michnika piszący teksty pod pseudonimem itp. itd.), że uda się narzucić ogółowi
dziewiczy wizerunek "Agory" w całej sprawie? Potwierdzałoby to
zachowanie "GW" już na początku stycznia 2003 r. - objawianie na łamach
pisma "bezgranicznego oburzenia i niesmaku" na reakcję mediów wątpiących
w sprezentowaną wersję. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale chyba naprawdę
"GW" tak skutecznie narzucała wcześniej metody potępienia
"lustratorów, troglodytów i oszołomów", że efektem tego była
zupełna alienacja - redakcja najwyraźniej uwierzyła, że zmobilizowany Dżeki
Kuroń ze swym krytycznym wystąpieniem wobec "niemoralności"
krytykantów całkowicie wystarczy.
Można przedstawić dwie wersje działań AGORY, a może raczej Michnika.
Wersja "zblatowani" - tu za dowody mamy rzeczywiście przygnębiający fakt towarzyskiego zblatowania Michnika "ze wszystkimi" - chlanie wódy z Urbanem, chęć stania się guru obozu SLD, wreszcie te porażające słowa z wywiady dla Vivy - "mój przyjaciel Jurek Starak". Mamy także spółkę AGORA SA grającą ostro na rynku mediów, spółkę świadomą, że kupno ogólnopolskiej TV będzie dla niej historycznym przełomem. Wszystkie te fakty mogą tłumaczyć tę zadziwiającą presję - w sprawie Rywina istotni są Kwiatkowski i Czarzasty, ale nie Nikolski i Miller. Dać kopa SLD, ale lekkiego, żeby się całkiem nie obrazili, tylko nabrali szacunku.
Wersja "propaństwowi (prounijni)" - może i umoczeni w jakieś układy ludzie "GW" naraz rozumieją jaka jest cena spoufalenia się z władzą - dokładnie 17,5 mln $. Śledztwo reporterskie dowodzi, że Rywingate sięga szczytów władzy (Miller - Nikolski). A zegar unijny cyka... Jak zaprezentować aferę tak, by nie szukano sprawców zbyt głęboko? Efekty śledztwa do szuflady i "moralne oburzenie", które przecież jest ulubionym narzędziem "GW" na jakiekolwiek obiekcje. I to powtarzanie w każdym artykule - Miller niewinny, Miller szlachetny. Zapłacono ogromną cenę - wiarygodnością pisma. A i tak wszystko niepotrzebnie - i dowody bezpośrednie - śledztwo Komisji Sejmowej i dziennikarzy i pośrednie - działania prokuratury i "Trybuny" wskazują na tandem Miller-Nikolski.
W 2002 r. AGORA miała szansę przekształcić
się z wielkiego, jak na polską skalę koncernu medialnego w giganta decydującego
nie tylko na rynku medialnym, ale co ważniejsze kreującego świadomość społeczną.
Tak by się stało po zakupie Polsatu i Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych.
Taka perspektywa mogła zdemoralizować "szlachetnych". I tak, w świetle
znanych faktów i poszlak się stało. Czy efekty "dziennikarskiego śledztwa"
były hakiem na grupę trzymającą władzę, tak by komplikacje z ustawą
medialną i zakupem WSiP rozwiązały się na korzyść AGORY? Tekst Smoleńskiego
został opublikowany zaraz po decyzji (później odwołanej) o sprzedaży WSiP
Muzie, firmie Czarzastego. Tak więc tylko wola SLD stworzenia własnego,
konkurencyjnego koncernu medialnego uratowała AGORĘ od ostatecznej
prostytucji, czyli wmontowania w strukturę oligarchiczną.
Czy Lew Rywin uratował duszę Adama Michnika?
...Historię Polaków trzeba będzie wiele razy poruszyć, popędzić do przodu. Nie wystarczy tylko raz, jeden raz, zmusić do galopu tego starego białowieskiego żubra. Józef Piłsudski wykonywał coś takiego wiele razy. Nie było tak, że on tę historię, uśpioną i obezwładnioną, niemal już umarłą po powstaniu styczniowym, tylko raz popchnął do przodu. Nie, on poruszał ją wielokrotnie - można nawet powiedzieć, że wreszcie, pod koniec życia, stał się wielkim specjalistą od takich poruszeń. Najpierw była decyzja strzelania na placu Grzybowskim, potem był napad na pociąg pocztowy pod Bezdanami. Wtedy historia Polaków przypomniała sobie, że można używać siły w walce z okupantem. Potem był wymarsz I Kadrowej, potem powrót z Magdeburga, a jeszcze potem zamach majowy. A to jeszcze przecież nie było wszystko. Józef Piłsudski wielokrotnie poruszał historię Polski - używając w tym celu różnych swoich sposobów. Teraz sytuacja jest oczywiście zupełnie inna. Nie trzeba napadać na pociąg pocztowy, żeby zrabować dwieście tysięcy rubli, i nie trzeba robić zamachu majowego. Ale różne poruszenia, być może, będzie trzeba wykonywać wielokrotnie. Droga pani Joanno, ja nie widzę w tym nic niepokojącego. Uważam, że Jarosław Kaczyński jest największym polskim politykiem od czasów Józefa Piłsudskiego. Tak jak Piłsudski był największym polskim politykiem od czasów kanclerza Zamoyskiego. Siła duchowa Jarosława Kaczyńskiego jest tak wielka, że stać go na to, żeby jeszcze kilka razy ugryźć w tyłek przysypiającego żubra. Niesłychanie złośliwie tę "metaforę" rozwinął Jerzy Pilch, w jego felietonie Kaczyński skrada się do żubra, który leży, popierduje z zadowolenia, naraz Jarek gryzie go w dupę, przerażony żubr z rykiem pędzi przez knieje tratując co popadnie. Polska w roli oszalałego żubra to IV RP, Kaczyński jako Piłsudski - akurat sam Jarosław był bardzo zadowolony z tej metafory.
Jarosław Kaczyńki jako Piłsudski? Zadziwiające porównanie, kiedy uwzględni się rolę Piłsudskiego w historii Polski jeszcze przed 1918 r. W przypadku Kaczyńskiego trwają intensywne badania nad zagadnieniem co robił przez kilka lat po 13 grudnia 1981, jak na razie niestety nie zostały uwieńczone sukcesem. Wspomnieć też należy o groteskowych cechach osobowości Kaczyńskiego jakoś nijak się mających do wielkości Józefa P. Mściwość i pamiętliwość - upokorzeń, nawet błahych Jarosław nigdy nie zapomina. Potrafił wypomnieć "Polityce" po kilkunastu latach, że swego czasu Passent uznał go za najbardziej chamskiego polskiego polityka. Podobno Jerzy Marek Nowakowski został wymieniony w sławetnym raporcie nt. WSI jako konfident tylko dlatego, że wyraził opinię, iż do koalicji PO-PiS nie dojdzie, bo bracia Kaczyńscy to psychopaci. Oczywiście musiał za to zapłacić.
Jarosław K. bez żenady obnosił się w czasie swego premierowania z zachowaniami na miarę afrykańskich kacyków - zawsze eskortowany był przez kilka limuzyn i tłum goryli, takiej intensyfikacji ochrony po 1989 r. nie notowano.
...Solidarność to była rzecz wielka. Ale dla naszego samopoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie są znaki hańby, lecz pomniki chwały. Przecież jesteśmy dumni z przywódców powstania styczniowego powieszonych na cytadeli. Przecież Romuald Traugutt to wielki bohater narodowy. Jaka szkoda, że ktoś taki nie pojawił się na początku lat 80. zeszłego stulecia i nie stanął na czele podziemnej Solidarności. Cała nasza przyszłość wyglądałaby wtedy inaczej.
...Bo może to być ostatnia batalia. Jeśli wygrają te siły sprzymierzone dawnej Polski, i ci cwaniacy, i karierowicze polityczni, te ochłapy polityczne, które tu się wylęgły i które musiał użyć do sojuszu Kaczyński, i te mające interesy z tamtą "małą Polską", i ci wszyscy pragmatycy-wykształciuchy, to Polska będzie przegrana na dobre 20 lat. To znaczy, że znów będą tu dzikie pola, że nie ma w tej "małej Polsce", Polski jako racji nadrzędnej. Dlatego uznałem, że trzeba dać głos, bo inaczej nas zakrzyczą.
...Kaczyński odepchnięty przez swoje pokolenie marcowo-korowskie skazany był na klęskę. Zarazem podobne doświadczenie spotkało niemal całe kolejne wstępujące pokolenie, które aspirowało do podmiotowego udziału w życiu publicznym - pokolenie stanu wojennego, dojrzewające w nihilizmie lat 80., odnajdujące się w konserwatyzmie lat 90. i reaktywnie sytuujące się na prawo od ojców założycieli III RP. Kaczyński mógł wrócić dopiero i zwyciężyć, stając na czele tego pokolenia, gdy dorobiło się ono silnego głosu w sferze publicznej. Kaczyński traci dziś poparcie tej generacji. Nie umiał bowiem zrealizować jej marzeń o Polsce, zrealizował tylko te dotyczące zemsty. Jest to już inny Kaczyński niż ten ambitny polityk prawicowy, którego poznać można w rozmowach z Teresą Bochwic, Teresą Torańską, wielu innych wywiadach i tekstach. Dzisiejszy Kaczyński jest mściwym populistą, który przewodzi pełzającemu buntowi społecznemu, przed którym kiedyś sam ostrzegał. Znane słowo "układ", w tym czasie straciło desygnat, a raczej zmieniło znaczenie i funkcję. Kaczyński używał go zawsze po '89 roku, ale kiedyś odnosiło się ono do rzeczywistych zjawisk uwłaszczenia nomenklatury, a dziś służy raczej za populistyczny wytrych mający tłumaczyć ludzkie problemy... Kiedyś Kaczyński chciał budować prawicę w Polsce, dziś potrafi się jedynie mścić na tych, którzy go kiedyś upokorzyli. Michnik wolał wówczas Kwaśniewskiego, dziś Kaczyński woli Rydzyka. Wygląda na to, że dopiero pozbycie się hipoteki III i IV RP, pozwoli zbudować w Polsce demokratyczną, pluralistyczną i cywilizowaną klasę polityczną.
Sierakowski zwraca uwagę na kwestię motywacji, jaka kierowała środowiskiem braci Kaczyńskich i samym Jarosławem. Czy kierowali się spójnym, pozytywnym programem politycznym, czy raczej resentymentem zrodzonym z osobistych upokorzeń? Wygląda na to, że IV RP była swego rodzaju wspólnotą poniżonych. Ostatnich kilkanaście lat było dla środowiska PiS (ale też licznej grupy intelektualistów i dziennikarzy) okresem krzywdy i poniżenia, w każdym razie oni tak to odebrali. Czasem nie tylko marginalizacji politycznej, ale prestiżowo-symbolicznej. IV RP miała być tryumfem, ale paradoksalnie, kompleks urażonej dumy jeszcze bardziej się utrwalił. Czym innym bowiem było to ciągłe wypominanie przeciwnikom przysłowiowego "Żoliborza" i "lepszego podwórka", ta niesłychana wrażliwość na dowcipy, na programy kabaretowe (Jarosław K. uznał, że przegrana Marcinkiewicza w Warszawie spowodowana była żartami "Szkła kontaktowego", zaś Adam Bielan uznał za współwinnych parlamentarnej klęski z 2007 r. Szymona Majewskiego i Kubę Wojewódzkiego)? Ziobro nie ukrywał swych kompleksów wobec środowiska prawniczego, szczególnie zaś prawników krakowskich. Chyba uroił sobie, że jako prawnik był nikim przed rokiem 2005 z racji zablokowania kariery przez krakowskich profesorów? Jarosław K. wielokrotnie wypominał upokorzenia jakich doznał od "łże-elity". Wiele wskazuje, że Ludwik Dorn też traumatycznie przeżywał niedocenienie jego intelektualnych aspiracji przez establiszment. Podobne żale wyrażali wielokrotnie Legutko, Ziemkiewicz, Wildstein, Michalski... Prościej byłoby wymienić ludzi utożsamiających się z IV RP, którzy nie cierpieli na kompleks poniżenia przez mityczny Salon i łże-elitę, lecz na tej liście znalazłby się chyba tylko jeden bezpretensjonalny Tadzio Cymański.
Co zostało po IV RP
*** Jarosław Marek Rymkiewicz - Kaczyński ugryzł żubra - wywiad
Rzeczpospolita - 25.08.2007
Czy Kaczyński to współczesny Piłsudski? Tylko jajogłowi mogli serio postawić taki problem. Ciekawsze jest pytanie, czym różni się Jarosław Kaczyński od Leppera? Uwzględniając wszelkie mentalne zmiany jakie zaszły u Jarosława od roku 1989 (znawcy twierdzą, że kolosalne) można zaryzykować tezę, że obecnie Kaczyński to Lepper, który naczytał się Carla Schmitta.
*** Rymkiewicz: Męczeństwo krzepi - rozmawiał Mariusz Cieślik
Newsweek - 09 czerwca 2009
*** Marek Nowakowski - Trzeba mówić, bo zakrzyczą - rozmowa
Rzeczpospolita - 08.09.2007
*** Sławomir Sierakowski - Zemsta radykała - Dlaczego Jarosław Kaczyński stał się populistą
Dziennik - Europa - 22 września 2007
Ale czy tylko kompleksy, czy już zaburzenia osobowości?
Czołowi politycy IV RP to ludzie z zaburzeniami paranoidalnymi - Wassermann w TV Puls opowiadał, że wadliwą instalację elektryczną w jego
wannie wykonano na zlecenie mafii paliwowej albo układu wiedeńskiego.
Przypadku Macierewicza chyba nie trzeba komentować. I wreszcie Jarosław K. -
jego specyficzne, dla osób postronnych zupełnie niezrozumiałe
polityczne "chamstwo", opisane przez Rafała Matyję rządzenie jako "zarządzanie
kryzysem". Trudno to interpretować w kategoriach politycznych, to raczej
konsekwencja jakichś cech socjopatycznych Jarosława Kaczyńskiego.
...Krótkie, ale twarde przemówienie. Wyraźny polityczny komunikat. I charakterystyczna reakcja sali, artystów i menedżerów kultury: postawa stojąca, gdy premier wchodzi, mocne oklaski, absolutna cisza i bezruch w czasie 10-minutowego wystąpienia. Dająca się wyczuć, tu i na innych spotkaniach, świadomość spotkania z politykiem, który jest w stanie narzucić innym swoją wolę. I nie ma w tym żadnej wielkiej sympatii, uczucia, zachwytu z widoku na żywo celebrities z telewizji. Nie ma też chyba, tu akurat, politycznej miłości.
Bodaj najbardziej niezwykły tekst dziennikarski napisany po roku 1989. Tak pisano w czasach stalinowskich o Bolesławie Bierucie.
Coś niezwykłego bije z tego tekstu, silne wyznanie wiary w wodza, firera. Czy taką samą potrzebę mieli i mają Legutko, Rymkiewicz i wielu innych fanatyków IV RP? By zrozumieć w pełni potworność tego tekstu, należy skonfrontować go z "Ucieczką od wolności" Fromma.
...Wydana w 2007 r. książka Jarosława Marka Rymkiewicza "Wieszanie" trafiła na właściwy moment. Rymkiewicz twierdził, że gdyby Polacy ośmielili się w 1794 r. powiesić króla, staliby się nowoczesnym narodem, lepiej rozumiejącym politykę. Teza ta - absurdalna z historycznego punktu widzenia - spotkała się z żywym zainteresowaniem środowisk rewolucyjnej prawicy. Aż nadto widoczna była zawarta w niej aluzja do rozliczeń z dawnymi komunistami: zdrajców i łapówkarzy trzeba wieszać, choćby po to, by Polacy pozostali świadomym narodem. Rymkiewicz raz jeszcze stał się idolem rewolucjonistów, gdy w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" stwierdził: "Polska to był taki wielki ospały żubr śpiący pod drzewem w Puszczy Białowieskiej. Otóż ten wielki białowieski żubr (...) mógłby trwać jeszcze wiele lat - gdyby Jarosław Kaczyński nagle nie ugryzł go w dupę. Żubr ugryziony przez pana premiera podniósł głowę, potrząsnął rogami, ryknął i popędził. Dokąd, tego nikt nie wie. Ale galopuje, pędzi ku swoim nieznanym, dzikim przeznaczeniom". A zatem - mniej jest ważne, w którą stronę Polska zmierza, ważne, by rząd zmuszał ją do zmian. Oto kwintesencja rewolucji dla rewolucji.
Poparcie grupy intelektualistów dla IV RP to może zasługa programu
politycznego PiS (lustracja, dekomunizacja, umocnienie struktur państwa) ale być
może to także kwestia pewnych subtelnych paradygmatów zniewalających
intelektualistów wszystkich czasów. Platońskich paradygmatów. Mocna władza, autorytarny przywódca, rewolucyjny projekt transformacji chorego społeczeństwa.
Zapewne wierzyli w to i Sartre i Heidegger, pomijając różnice polityczne. Czy Ryszard
Legutko chciał zostać Martinem Heideggerem braci Kaczyńskich?
Problem poparcia intelektualistów dla IV RP to
uniwersalny problem intelektualistów tworzących
uzasadnienia dla utopii lewicowych i prawicowych w wieku XX. Jak to się dzieje,
że subtelne konstrukcje filozoficzne mogą tak znakomicie przesłonić skrzeczącą
polityczną rzeczywistość czyli osobników
z ponurymi mordami czających się w półmroku? Jak wielka musi być alienacja
intelektualna ludzi wierzących, że rewolucja moralna dokona się z pomocą
ludzi Samoobrony i Młodzieży Wszechpolskiej, czy zdolnych do tego, by ujrzeć w zakompleksionym
pokurczu chodzącym z pistoletem po Sejmie nowego Piłsudskiego? Co może
najbardziej kompromitujące dla, było nie było intelektualistów - poparcie
...Jestem przerażony polityką zagraniczną IV RP. Odzyskanie MSZ oznaczało zdemolowanie polskiego aparatu dyplomatycznego. W tej chwili brakuje około 20 ambasadorów i to w ważnych państwach. A poza tym zastanawiam się, czy rzeczywiście Polska jest dziś bezpieczniejsza niż 2 lata temu. Nie, jest o wiele słabsza i bardziej zagrożona. Jest skonfliktowana prawie ze wszystkimi. Jeżeli rząd twierdzi, że wspierają nas w Europie Czesi, to trzeba przecież powiedzieć, że nawet Czesi na prawie żadnym polu - a zwłaszcza w dziedzinie polityki wschodniej - z nami dzisiaj nie współpracują. Mieliśmy przykład romansu z Anglią, jednak już pan premier Marcinkiewicz się przekonał, że Anglicy mogą powtarzać hasła podobne do naszych, ale to nie znaczy, że mają wspólne interesy i cokolwiek dla nas zrobią. To pani Merkel wyjęła z kieszeni niemieckich podatników dodatkowe 100 milionów euro i dała nam, bo ma z nami wspólne interesy. I Polska - w sytuacji, kiedy tu wystarczy wejść na drzewo, żeby zobaczyć, co się dzieje na Wschodzie - powinna działać na rzecz przyspieszenia i wzmocnienia integracji Unii Europejskiej, powinna występować z inicjatywami jednoczącymi i proponować na tym samym oddechu, w tym samym zdaniu działania zmierzające do dynamizacji wspólnej polityki zagranicznej zwłaszcza wobec Wschodu. To się bez Niemiec nie uda, Niemcy są tu potrzebne, a my konfliktujemy się z państwem, które nas pierwsze promowało w NATO, silnie nas popierało na drodze do Unii Europejskiej i daje nam najwięcej pieniędzy.
...Pozornie anachroniczny Kaczyński stał się politykiem doskonale współpracującym ze "spin-doktorami", surfującym na falach wzbudzanych przez niechętne mu media. Pod pewnymi względami osiągnął niemożliwe - utrzymał wysokie notowania partii, zbudował siłę z własnej słabości, wykorzystując rezonans skrajnych przeciwników. Ta władza nie przyniosła jednak trwałych skutków. Nie zbudowała trwałych instytucji. Stanowiła kontrapunkt ideowy i "narracyjny" do wszystkiego, co było przed nią. Nic więcej. W swym postmodernistycznym zamiłowaniu do trafnie opisanego przez Czesława Bieleckiego "słowoczynu" zostawiła puste, niezagospodarowane pole reform ustrojowych i instytucjonalnych. Tęskniąc za silną i aktywną władzą, za zdolną do wywiązywania się ze swych zobowiązań polityką, za sprawnym i sprawiedliwie urządzonym państwem pogubiła się w taktycznej walce z wpływem. Uczyniła z tej walki ideologię i cel, uczyniła z niej zasługę i tytuł do sprawowania władzy w przyszłości.
...Zdaniem Krasowskiego nawet "Rzeczpospolita" i "Wprost", niesłusznie - jak pisze - uważane za propisowskie, nie bronią wcale tej formacji. "W obiegu inteligenckim ta partia przestała być punktem odniesienia. Kaczyński jest dziś królem półświatka, pasterzem sierot po Giertychu, Lepperze i Rydzyku... Dużo się mówi o jego zdolności do politycznego przetrwania. Mam odwrotny pogląd. Jest on typowym produktem politycznej koniunktury - wyniosła go w górę tyleż osobista wartość, co obecny popyt. Który minął. (...) PiS jest już tylko wydmuszką, wirtualnym bytem politycznym, który udaje życie dzięki budżetowej dotacji i talentom dwóch spin doktorów. Najbardziej uderzający w agonii tej partii jest jej styl i sens, a dokładniej mówiąc - brak tego sensu. PiS porażkę ponosi nie w starciu z przeciwnikiem, z lewicą, z układem, z SLD. Kaczyński umiera we własnym łóżku, nie tocząc żadnej wojny, upada, bo pod jego komendą nie chcą już służyć dawni żołnierze".
...Młodzi są głupi i łatwo dają się ogłupić. Znaczna część tego miliona to bezwolna masa reagująca na impulsy elektroniczne, te rozsyłane SMS-y, zachęty do głosowania w wyborach, żeby "zmienić Polskę", nadawane nawet w telewizji publicznej. To masa reagująca na najbardziej skrótowe sygnały z kampanii negatywnej prowadzonej przez dwa lata przeciwko PiS. Zadziałały najprostsze mechanizmy socjotechniki połączone z niesłychanie płytkim rozumieniem życia publicznego, z płytkim zakorzenieniem w polskiej wspólnocie tej nowej "kohorty" wyborców. Jej mobilizacja była w istocie podobna do tej, jaka występuje w akcjach pokazywanych czasem w telewizji, kiedy na określoną minutę tysiące ludzi rzucają się do kupowania jakiegoś nowego gadżetu albo godzą się wystąpić nago w jakimś "ekscytującym" happeningu. To jedna hipoteza. "Wściekły starzec" kwituje ją tak: "J...ł was pies. Polska was nie potrzebuje. My będziemy z Polską umierać - powoli i z godnością". Ta hipoteza jest mi tak bliska, że aż kusi, by ją przyjąć.
Andrzej Nowak mówi o klęsce wyborczej PiS jak o masakrze w Katyniu, jak o klęsce Powstania Warszawskiego. Michalski mówi na to: "Otóż jestem skrajnym pesymistą, jeśli chodzi o obecny stan polskości. Nie tylko ten milion młodych, którzy po raz pierwszy poszli głosować, ale większość z nas jest kompletnie wyczerpana polskością, taką jaką znaliśmy dotychczas. Słabą, gwarantującą cierpienie, uniemożliwiającą życie. Tak, właśnie tak, wszyscy jesteśmy udręczeni modelem polskości IV RP. Pięknie jest uczcić ofiary Wołynia, które "Gazeta Wyborcza" z obawy o stosunki polsko-ukraińskie chciała zapomnieć. Pięknie jest odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego. Tyle, że modelem polskości codziennej w IV RP miała być martyrologia. Polskość jak z opowiadania Mrożka, kiedy bohater na eleganckim przyjęciu otwiera paszczęka, prezentuje braki w uzębieniu i mówi:
za wolność wybili. Polskość jak z "Życia wewnętrznego" Koterskiego, w którym małżeństwo codziennie przy kolacji ogląda w tv dokument o zbrodniach w Oświęcimiu. IV RP zafundowała swym
nieszczęsnym obywatelom cykl spektakli w TVP, w których oprawcy znęcali się nad kolejnym narodowym bohaterem. Męka, tortury, patetyczne deklaracje dręczonych herosów, odrażające, spocone mordy ubeckich katów. I tak co tydzień, w poniedziałki. Czy aby nie według podobnego schematu socrealiści ukazywali mękę przodowników pracy
mordowanych zdradziecko przez agentów imperializmu?
Jednym z wielu dziwactw IV RP było przywrócenie w debacie publicznej pojęcia
"inteligenckości". Nieoceniony Ludwik Dorn w jednym z wywiadów
zdefiniował pojęcie "wykształciuchy" w sposób nader abstrakcyjny, mętny, posługując
się wywodami Sołżenicyna. Ale w innym wywiadzie wyraźnie stwierdził, że
PiS dzieli inteligencję na humanistyczną - nieprzychylną PiS i techniczną
- przychylną (?). Inżynierowie jakoby nie mają intelektualnych fanaberii i dlatego PiS
dla zdobycia ich poparcia będzie budował elektrownię atomową. Było to jedno z bardziej
absurdalnych oświadczeń Dorna.
Ataki Dorna i samego Jarosława K. spowodowały w szeregach humanistów-wykształciuchów
odruch samoobrony, inteligenckość stała się znowu synonimem
arystokratyzmu duchowego. IV RP odhibernowała różne pojęcia, kody, czasami rodem z lat 90-ych, czasami
dosłownie z wieku XIX. Tak też było z inteligenckością. W pewnym momencie
rozpoczęła się absurdalna w Europie XXI
wieku rywalizacja, czy PO czy raczej PiS jest partią bardziej inteligencką.
Anachronizm warstwy społecznej i samego pojęcia inteligencji w 2007 r. - ilu dzisiejszych
20-latków uznałoby model inteligenta za atrakcyjny?
Dodatkowo przezabawna była definicja inteligenckości wedle Jarosław Kaczyńskiego
- erudycja i dobre maniery. Czyżby wedle takich kryteriów
można było oprzeć społeczeństwo XXI wieku? Korzystanie z internetu rozumie
Kaczyński najwyraźniej jako symptom plebejskości. Czy niemożność podania z pamięci daty urodzenia Ryszarda
Wagnera jest aby na pewno dowodem schamienia?
...Jeśli Jarosław Kaczyński ma jakąś słabość, to są nią zwierzęta. Ze zwierzętami bywa też kojarzony. Najczęściej z pitt bullem. - Mały, krępy, zacięty. Jak dopadnie, to zagryzie i nawet okiem nie mrugnie - mówi człowiek, który od lat zna go dobrze. Lechowi Wałęsie kojarzy się z hipopotamem. Innym - z pająkiem. Lubi siedzieć w cieniu. Spokojnie snuje swoją nić. Atakuje znienacka. Czasem jednak przesadza, bo poluje na zbyt dużą zwierzynę i role się odwracają. Pierwszą poważną pajęczyną były zakulisowe negocjacje z politycznymi satelitami dogorywającej w 1989 roku PZPR. Kiedy udało mu się ich przekabacić na stronę opozycji, Jarek został głównym rozgrywającym polskiej sceny politycznej. - Co prawda to Leszek szeptał do ucha Wałęsy, ale Jarek szeptał do ucha Leszka - tłumaczy zawiłości jeden z byłych opozycjonistów. Kiedy potrzebny był premier, który byłby do zaakceptowania przez Wałęsę, nowych koalicjantów i Kościół, znów zadziałał Jarek. - To on sprawił, że pierwszym premierem nie został szykowany na to stanowisko Geremek, i padło na Mazowieckiego - wspomina Waldemar Kuczyński, były szef doradców premiera Tadeusza Mazowieckiego, a później Jerzego Buzka. Zwierzyna okazała się krnąbrna. Już w sejmowym exposé Mazowiecki zapowiedział, że nie ma zamiaru być malowanym premierem. - Jarosław Kaczyński zażyczył sobie, żeby odciętą linię z gabinetu premiera do I sekretarza KC PZPR przepiąć do jego gabinetu. Mazowiecki się nie zgodził - wspomina bliski współpracownik byłego premiera.
Tekst ładnie przybliża trudną, popapraną osobowość Jarosława K.
*** Michał Karnowski - Jarosław Kaczyński chce być żelaznym kanclerzem IV RP
DZIENNIK - 2007-01-19
To nowy ton w polskiej polityce. Wyraźnie różny od emocji, jakie budzili Aleksander Kwaśniewski czy Kazimierz Marcinkiewicz. Różny od miękkiej charyzmy Jerzego Buzka czy Józefa Oleksego. Jeśli już szukać podobieństw, to w intencjach podobny jest on do wrażenia, jakie chcieli wywoływać Leszek Miller czy Włodzimierz Cimoszewicz. Ale od Kaczyńskiego różniła ich ociekająca pompą oprawa.
*** WITOLD GADOMSKI - KONIEC REWOLUCJI MORALNEJ
Gazeta Wyborcza - 22/12/2007
*** Zdzisław Najder - Manicheizm groźniejszy niż obłuda - rozmowa
DZIENNIK - "EUROPA" - 2007.30.06
*** Rafał Matyja - Ujarzmianie Sytuacji - Przełom na niby
DZIENNIK - EUROPA - 22 września 2007
*** Dominika Wielowieyska - Co zostało po IV RP i PIS. Stronniczy przegląd prasy
Gazeta Wyborcza - 2008-10-07
*** Andrzej Nowak - Dlaczego młodzi odrzucili Kaczyńskich - Lekcja Czwartej RP - wywiad
DZIENNIK - EUROPA - 5 stycznia 2008
*** Juliusz Ćwieluch - Jarosław Pierwszy
Przekrój - 45/2005
*** Bronisław Wildstein - Koniec warszawki?
Wprost - 5 lutego 2006
...Technice promocji towarzyszy technika przemilczenia. Rok temu Krzysztof Kozłowski, zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego", zagadnięty na towarzyskim spotkaniu o "Demokrację peryferii", książkę autorstwa znaczącego polskiego filozofa i socjologa, profesora uniwersytetu w Bremie, żachnął się. "Krasnodębski? Jego się nie czyta!" - ogłosił. I rzeczywiście, oryginalna, ale krytyczna wobec III RP książka Krasnodębskiego została przemilczana przez jej środowisko opiniotwórcze. Jest to zresztą szczególna charakterystyka tej formacji kulturowej, która przejęła z czasów komunistycznych technikę "zapisu", czyli eliminacji niewygodnych dzieł i autorów, technikę nieznaną tam, gdzie pisma czują się w obowiązku omawiać znaczące, nawet wrogie sobie zjawiska kulturowe.
Cóż można rzec o aspekcie antysalonowym IV RP? Jedynym plusem jest upadek "ośrodka kierowniczego" salonu warszawsko-krakowskiego, który całkowicie i bezapelacyjnie zdominował życie medialne i intelektualne w latach 90-tych i III RP. Ośrodek ten zasadniczo tworzyła "Gazeta Wyborcza" plus "Tygodnik Powszechny" i "Polityka". Afera Rywina i ogólne przesunięcie się opinii publicznej w stronę prawicowości doprowadziły do "dywersyfikacji" medialnej. Na szczęście czas ciągłych pouczeń moralnych w wykonaniu redaktor Ziuty Hennelowej czy Haliny "Ali" Bortnowskiej (ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski: ...pewna intelektualistka, zarejestrowana jako kontakt operacyjny "Ala". Donosiła ona na swoich kolegów ze "Znaku" i "Tygodnika Powszechnego", a także na ks. Józefa Gorzelanego z Nowej Huty. Przyjaciół sprzedawała tak jak Maleszka, z tym że nie za pieniądze, ale za... kawę i ciastka, fundowane przez młodego i przystojnego esbeka. Dziś osoba ta za grosz nie ma ani wstydu, ani wyrzutów sumienia, pisząc kąśliwe teksty przeciw lustracji.) zakończył się definitywnie.
Ale czy IV RP była zdolna wykreować własny salon? Wildstein, Ziemkiewicz, Karnowski, Zybertowicz, Krasnodębski, Legutko i inni wypadali świetnie w roli kontestatorów salonu III RP, ale jako twórcy salonu IV RP zupełnie się zbłaźnili. Jako szef telewizji Wildstein zachowywał się jak "pan kerownik", decydujący wedle własnego widzimisię jakie programy mogą być produkowane, jakie nie. Odwołał transmisję wręczenia nagrody "Nike", bo przez lata jego twórczość prozatorska była ignorowana przez "salon". Nadszedł tryumf zwykłego resentymentu. Rycerze IV RP mieli możność odegrać się na "elycie". To właśnie przypadek kariery niejakiego Targalskiego, który w Polskim Radiu po prostu wykańczał ludzi, którzy w przeciwieństwie do niego coś osiągnęli w życiu. Każda rewolucja niesie do władzy ludzi wcześniej odrzuconych, napiętnowanych społeczną drugorzędnością, tak było i w czasie IV RP. Obok ludzi o niekwestionowanym dorobku, ale niedopieszczonych przez III RP, pojawili się znikąd osobnicy łapiący Pana Boga za nogi. Ni z tego, ni z owego niejaki Jacek Sobala awansował na czołową postać świata dziennikarskiego IV RP, a jeszcze kilka lat temu tenże Sobala dość nieudolnie odgrywał w TOK FM rolę postępowca i libertyna. Pojawiła się jak Filip z Konopi doktor Fedyszak-Radziejowska, oficjalnie socjolog wsi polskiej, naraz mianowana medialnie na pierwszorzędny intelektualny autorytet. Kto przed epoką IV RP wiedział o istnieniu trzeciorzędnej żurnalistki Lichockiej Joanny?
Ciekawą kwestią jest projekt masowej lustracji środowiska naukowo-dziennikarskiego, która miała obejmować nawet kilkaset tysięcy osób. Czy aby jej celem nie była likwidacja dotychczasowej elity, znienawidzonego salonu?
Jednym z celów IV RP miało być eliminacja Adama Michnika jako "moralnego autorytetu". Ale nie oznaczałoby to wcale wyrugowania chorych układów salonowo-medialnych. Nowym Michnikiem miał zostać Bronisław Wildstein.
W tej chwili istnieją dwa "salony", lewicowy i prawicowy, które
stosują niestety te same chamskie metody dyscyplinowania opinii publicznej i
narzucania swoich standardów. Obie grupy wierzą w ideę kulturowego przeobrażenia
społeczeństwa, co skutkuje pasją cenzorską. W obu grupach działają samozwańcze
autorytety moralne z lubością wymierzające kopniaki oponentom.
To sytuacja trochę jakby z teorii Pareto - konkurencyjne elity wymieniają się na szczycie społeczeństwa
i narzucają mu swą polityczno-kulturową dominację.
I żyją teraz nasi nieszczęśni
obywatele między młotem a kowadłem.
...Do Biotonu (jako prokurent) trafił nawet Mohhamed Al-Khaffagi, przyjaciel i wspólnik w interesach Jacka Merkla, współzałożyciela Platformy Obywatelskiej, a wcześniej ministra w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy. W raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych Al-Khaffagiego potraktowano jako postać, która może mieć powiązania z irackimi specsłużbami. Do niedawna w radzie nadzorczej Biotonu zasiadał generał Sławomir Petelicki (były oficer polskiego wywiadu oraz twórca grupy szturmowej Grom). Teraz ma na głowie inne rzeczy - ochronę pól naftowych w Kazachstanie. Założyciel Prokomu zawsze miał słabość do tej formacji. Już wcześniej zatrudniał byłych funkcjonariuszy GROM, dotował ich fundację, a wiosną tego roku wykupił jedną trzecią udziałów w Grupie Grom - spółce, jaką byli funkcjonariusze założyli (w gronie założycieli są też: mecenas Robert Smoktunowicz, były senator, a w tych wyborach kandydat LiD, oraz Janusz Luks, były oficer wywiadu PRL, a potem RP).
Jednym z bardzo niewielu pozytywów IV RP było namierzenie najbardziej wpływowego polskiego oligarchy Ryszarda Krauzego. Dwa inni - Gudzowaty i Kulczyk wypadli z gry wcześniej, Krauze był tak cwany, że zaprzyjaźnił się z Lechem Kaczyńskim i stał się
niemal oligarchą IV RP.
Taka to już specyfika Europy Wschodniej - dojść do miliardów niezależnie od talentów biznesowych a zależnie od politycznego układu.
Podstawowym zadaniem IV RP miało być zniszczenie "układu"
czyli wedle definicji Jarosława Kaczyńskiego patologicznej, przestępczej
struktury w ramach której miały ściśle współpracować 4 elementy: wielki biznes,
politycy, służby specjalne i mafia. Takie rozpoznanie jest słuszne w
odniesieniu do sytuacji Włoch z lat 80-ych albo współczesnej Rosji. Dwuletnie
istnienie IV RP w praktyce realnie ujawniło istnienie jednego układu (układziku?) przestępczego - skorumpowanie przez producenta kiełbas Stokłosę
kilku urzędników Ministerstwa Finansów. Poza paranoicznymi wymysłami nie
znaleziono dowodów na istnienie wielkiego,
centralnego układu. Skala patologii życia publicznego okazała się nie
być aż tak
wielka, jak sugerowały komisje śledcze. Istnieje zapewne wiele regionalnych układów,
które jednak rozpadają się dość łatwo, jak "układ warszawski".
Popularne już w czasach tryumfu komisji śledczych stało się pojęcie
oligarchii. W Polsce, tak jak w Rosji i Ukrainie dominować mieli potężni
miliarderzy kierujący polską polityką i duszący całą gospodarkę w
mafijnym uścisku. Któż jednak w Polsce mógłby się równać choćby z
rosyjskim magnatem aluminium Potaninem, podejrzewanym o zlecenie kilkudziesięciu
zabójstw? Czy wielka trójka - Gudzowaty, Kulczyk, Krauze to oligarchowie czy
raczej przedstawiciele kapitalizmu politycznego, wrażliwego na ledwie podmuch politycznego
wiatru? Cała trójka stara się za wszelką cenę nie rzucać w oczy, zaś wedle urojeń spaczonego umysłu Jarosława K. po upadku IV RP
powinni żyć jak pączki w maśle pod ochroną Tuska. Poza paranoidalnymi urojeniami prawicowych
polityków i dziennikarzy brak dowodów na kierowanie przez ubecki układ mafią
paliwową i mafią pruszkowską.
********************************
*** Tomasz Butkiewicz, Luiza Zalewska - Imperium Krauzego - czy to początek końca?
DZIENNIK - 13 października 2007
Bracia Kaczyńscy postrzegają świat cały z
perspektywy manichejskiej. Światło, ciemność, nasi, wrogowie, nasze państwo,
ich państwo. "Nasi ludzie" to rycerze światłości, "ich
ludzie" to najmici ciemności. Bez wyjątku. "Nasi", sprawdzeni,
lojalni, bezwzględnie oddani sprawie. Nie ma znaczenia, że często to troglodyci jak Gosiewski,
Karski, Suski. Nieważne, że
"nasi" w kontrwywiadzie wojskowym to niegdysiejsi harcerze z ZHR,
ludzie ze straży miejskiej (!) z Warszawy albo dziennikarze "Głosu", żałosnej
gazetki Antoniego Macierewicza. Brak kompetencji jest bez znaczenia. Z drugiej
strony sam fakt, że przyzwoici ludzie z korzyścią dla państwa polskiego pisali analizy dla WSI kwalifikuje ich jak "ich", bo pracowali dla najgorszej mafii III RP,
czyli WSI. Jarosław Kaczyński nie miał pojęcia o pracy w strukturach państwa, za to przez
ostatnich kilkanaście lat funkcjonował w strukturze partyjnej.
Promowanie partyjniaków było dla niego oczywistością. Najgorsze kreatury pisowskie miały przewagę nad kompetentnymi urzędnikami państwowymi. Bo ci
drudzy należeli do świata ciemności.
Przeciwstawienie się rozkładowi instytucji, umocnienie struktur państwa -
jedno z naczelnych haseł IV RP okazało się werbalną fikcją. W praktyce
oznaczało obsadzanie swoimi ludźmi wszelkich możliwych stanowisk. Likwidacja
WSI i powołanie przez Macierewicza i jego popapranych współpracowników
wojskowego kontrwywiadu doprowadziło do paraliżu ważnej
instytucji państwowej. Przekonanie, że całe państwo osaczone jest przez układ
doprowadziło do konkluzji - lepiej zlikwidować pewne struktury, tak jak
likwiduje się struktury mafijne. Manicheizm czy raczej paranoja? Jako symbol
traktowania struktur państwa przez braci K. uznać można niewyznaczenie w
czasie istnienia IV RP kilkunastu ambasadorów. Bracia K. przekonani, że
służba zagraniczna składa się w całości z agentów, komunistów i ludzi
Geremka woleli sparaliżować zagraniczne przedstawicielstwa polskiego państwa. Tak samo ocenić należy wymianę Stefana Mellera na stanowisku
ministra SZ na panią o nazwisku Fotyga. Choć przecież mogło być gorzej,
ministrem mógł zostać np. Gosiewski.
Poza powołaniem CBA, które być może na trwałe wpisze się w strukturę państwa
żadnych innych instytucjonalnych tryumfów Jarosław K. nie odniósł. Poza
masowym upartyjnianiem wszelkich instytucji nie miał żadnego pomysłu na jakąkolwiek
sensowną reformę państwa. Można odnieść
wrażenie, że bardziej zajmowała go idea, iżby IV RP stała się tryumfem ideologicznym, symbolicznym,
by przyniosła zwycięstwo prestiżowe
sposobowi myślenia prawicy radykalnej (Kaczyński, Macierewicz, Olszewski).
Chyba tak tylko można zinterpretować codzienne, obsesyjne ataki na niesłuszne
media, kuriozalny pomysł powołania nowego uniwersytetu na którym wykładać
mieli naukowcy prześladowani przez układowy, główny nurt polskiej nauki.
Doszukując się racjonalności w programie PiS
dojść można do wniosku, iż formacja ta kierowała się czymś na kształt
"narodowego socjalizmu". Swego czasu elementy socjalistyczne w planach PiSu budziły u przedstawicieli naszej lewicowej warszawki
wyraźne rozczulenie. Nie tylko Ryszard Bugaj, ale i Jacek Żakowski i pewne osoby z grona
"Krytyki Politycznej"
wyrażały nieśmiało poparcie. Dzisiaj nikt już o tym nie chce pamiętać. W
przypadku pisowskiego modelu nacjonalizmu wyraźnie trzeba stwierdzić, że
podnoszone niegdyś zarzuty antysemityzmu są nieprawdziwe, prawdziwy jest za to
obłędny wręcz antygermanizm, chwilami rodem chyba z "Czterech pancernych".
Bracia K. żyjący we własnym zamkniętym świecie, wręcz autystyczni niestety nie zadawali sobie pytań, jak z tak
dalece posuniętą obsesją antyniemiecką mają prowadzić politykę w ramach UE.
Na co się składają rojenia Jarosława K.? Warto poczytać nadwornego
dziennikarzynę PiSu - Michała Karnowskiego: Kaczyński powtarza, że spełnienie lewicowego projektu modernizacyjnego, niosącego rozbicie starych struktur, oznacza dla doświadczonego komunizmem kraju utratę resztek wspólnoty i w efekcie dalszą patologizację życia społecznego. Prezes PiS nie wierzy, że Polacy pozbawieni spoiwa, jakim jest Kościół, historia, tradycyjna chrześcijańska moralność, są w stanie wytworzyć nowe mechanizmy obronne i kontrolne. Nie ufa już istniejącym, używając w stosunku do niektórych głośnych ruchów społecznych określenia
"imitacja". Kaczyński odrzuca też liberalną tezę, że
"uwolnienie energii Polaków" poprzez zniesienie garbu biurokracji i pozostawienie tylko minimalnych instytucji regulacyjnych da skokowy wzrost gospodarczy - jest lekiem na całe zło. Oczywiście, jest w projektach PiS program
"Tanie państwo", ale to raczej argument propagandowy niż realna wiara w potrzebę odchudzania. Dla Kaczyńskiego państwo nie jest wrogiem, instytucją opresyjną, ale nadrzędnym dobrem wspólnym. Potrzebuje zmiany, ale nie poprzez odchudzanie, a doinwestowanie. Wycięcie tkanek chorych, a w wielu miejscach wyhodowanie nowych. Koszty nie są problemem, bo zysk ma być niewspółmiernie większy. Nie
jest to żaden konserwatyzm, ale w coś w rodzaju nacjonalistycznego
autorytaryzmu. Wzorem jest program przedwojennej mocarstwowej sanacji. Wizja
zatomizowanego, zdemoralizowanego społeczeństwa i wielkiego człowieka, który
swym geniuszem potrafi narzucić masom dyscyplinę. Faktem jest, że Piłsudski
wielokrotnie wyrażał swą pogardę dla Polaków. Czy Kaczyński też sobie
uroił, że Polakom potrzeba bata? Cóż to właściwie znaczy
"Polacy"? W latach 90-ych, po licznych klęskach wyborczych niektórzy
przedstawiciele prawicy uznali, że tylko 30% ludności polskojęzycznej w
Polsce można uznać za Polaków, reszta to postkomunistyczna hołota. Może
Kaczyński też tak myśli? Jaki byłby losy tego współczesnego modelu
sanacyjnego, gdyby IV RP trwała dłużej a PiS mógł o wiele bardziej liczyć
na lojalność koalicjantów? Czy tak jak w międzywojennym dwudziestoleciu - fasadowa demokracja, kontrolowane
wybory, represje względem opozycji? Po ostatnich ekscesach braci K. chyba inaczej można ocenić postępowanie Michnika i całego środowiska "udeckiego" po roku 1989.
Ich konsekwentne dążenie do pacyfikacji prawicy i "endeckości" polskiego społeczeństwa być
może miało w sobie pewną dozę słuszności. Może rzeczywiście my Polacy mamy w duszy zbyt dużo
elementu "katolicko-endecko-autorytarnego"? Jak po IV RP patrzeć na
"sprawę inwigilacji prawicy", kiedy to grupa płk. Lesiaka
dezorganizowała prawicę? Może rzeczywiście po "epizodzie IV RP" należy spojrzeć na te działania
życzliwszym okiem? Może rzeczywiście radykalna prawica była i jest zagrożeniem dla porządku demokratycznego? W kategoriach estetycznych IV RP była chlewem, w rolach wysokich urzędników państwowych występowali ludzie ze świńskimi ryjami. Może właśnie estetyka była decydującym powodem powszechnej wśród wykształciuchów
pogardy dla IV RP. Rzeczywiście, piorunujące wrażenie robił całkowity kontrast między zachwytami grupy wyrafinowanych intelektualistów nad IV RP, nad Jarosławem K.
jako współczesnym Piłsudskim a codziennym spektaklem taplania się w gównie. IV RP
trwała tylko dwa lata i przegrała, a upływ czasu jeszcze bardziej pogłębia
ideową klęskę. PiS jest środowiskiem zupełnie nieprzystającym do rzeczywistości Polski za lat dajmy na to
10, 15. Wtedy Polska będzie odgrywać naprawdę poważną rolę w realiach Unii Europejskiej i globalnej
gospodarki. Ani PiS ani IV RP nie przystają do tego świata, to absolutna bariera kulturowo-cywilizacyjna. Ludzie noszący prasłowiańskie kalesony,
pijący kawę
parzoną po turecku, jak Jarosław K. nigdy nawet nie jeżdżący poza Polskę po prostu
muszą przegrać wyścig z PO.
...Ale w "Gazecie Wyborczej" miałem zupełnie innego mistrza, płci żeńskiej, czyli Helenę Łuczywo. Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem.
Paweł Dunin-Wąsowicz w "Lampie" określił ten tekst jako historyczny.
Zasługuje on na chwilę refleksji, ale pod warunkiem zapoznania się z pewnymi,
cokolwiek szokującymi faktami. Rzecz podstawowa. Michał Cichy to
znany autor "GW", wsławiony tekstem "POLACY - ŻYDZI: CZARNE KARTY POWSTANIA"
, którym uczczono 50 rocznicę Powstania Warszawskiego. Po roku 2000
autor jakoś zniknął z życia publicznego i nagle powrócił udzielając
szokującego wywiadu "Dziennikowi". Tekst tak poraził środowisko
"GW", że publicznie ujawniono stan chorobowy Cichego - schizofrenię.
"PRESS" komentując całe zamieszanie wyraźnie stwierdził, że redakcja
"Dziennika" była świadoma choroby Cichego i odradzano Michalskiemu przeprowadzenie tego wywiadu. Zasadnicze pytanie brzmi
- czy Michalski chciał wykorzystać chorobę do ataku na AGORĘ,
a jeśli tak, to czemu? Cezary Michalski nienawidzi Michnika i
"Wyborczej" z banalnego powodu. Tak jak wielu polskich medialnych intelektualistów tak i on uważał i uważa się za proroka i pasterza ludu. W latach 90-ych został jednak publicznie potraktowany jak drobny kanciarz. Najpierw Michnik (jako
Zagozda) porównał go smacznie do Leszka Bubla, potem nagłośnił w półmilionowym nakładzie, na drugiej stronie
"GW" atak Wojciecha Wencla na Michalskiego z powodu jego niemoralnego prowadzenia. Atak Wencla drukowany był w niszowym
"bruLionie", zaś dzięki Michnikowi pół Polski mogło poczytać o Michalskim porzucającym żonę
i tarzającym się w barłogu z Agatą Bielik-Robson. Takich chwil nie zapomina się nigdy...
Michalski to postać interesująca ale też niepokojąca. Tak bardzo chciał być
"prorokiem", że w latach 90-ych udawał żarliwego katolika. Potem udawał żarliwego obrońcę idei IV RP. Teraz udaje lewicowego liberała. Erudyta, człek prawdziwie wyrafinowany, ale też
chorobliwie ambitny narcyz, jak każdy polski medialny intelektualista. Wywiad
wywołał burzę komentarzy w internecie, tym cudownym demokratycznym
instrumencie bezpośredniej społecznej wypowiedzi. W większości były to komentarze jawnie
antysemickie. Czy jednak cały problem da się sprowadzić do żydożerstwa? Nie
da się ukryć, że najbardziej interesującą tezą Cichego i najbardziej
kontrowersyjną jest twierdzenie, że ludzie Agory cierpią na "żydowską traumę" po Marcu
'68 i w latach 90-ych tę traumę odreagowywali. O wyborach politycznych Adama
Michnika powodowanych jego żydowskim pochodzeniem pisali już Jan Rokita i
Krzysztof Kłopotowski, niekoniecznie szeroko znani z wściekłego
antysemityzmu. Czy polscy Żydzi czują lęk z powodu polskiego antysemityzmu?
Jak silny jest to lęk, do jakich kroków może on prowadzić? Nie można
zaprzeczyć, że głównym motywem akcesu polskich Żydów do komunizmu był lęk
i wiara w utopię świata bez lęku. Na ogólną liczbę 3 milionów
przedwojennych Żydów kilka tysięcy wybrało Komunistyczną Partię Polski. Na
200 tysięcy Żydów powojennych większość wolało opuścić nasz kraj. Może
10, może 20 tysięcy z nich wybrało komunizm, stając się fanatycznymi
ubekami, cenzorami, aparatczykami. Nie ma sensu ukrywać, że komuniści żydowskiego
pochodzenia tworzyli rdzeń władzy w stalinowskiej Polsce, ZSRR i innych
krajach. Środowisko
tworzące Agorę i "Wyborczą" w dużym stopniu składa się z Polaków
żydowskiego pochodzenia rodzinnie powiązanych z członkami KPP i reżimu
komunistycznego. Rzecz jasna Michnik i Łuczywo zbuntowali się przeciw swym
ojcom i w efekcie przyczynili się poważnie do upadku PRL. Ale czy w jakimś
stopniu przejęli po swych ojcach żydowski lęk przed antysemityzmem i
pogromami? Sami też przeżyli traumę Marca '68. Czy trauma i lęk nie prowadzą
do zachowań irracjonalnych, do chęci "wychowania" Polaków, do
marzenia o ostatecznym wytępieniu nacjonalizmu? Czy trauma i lęk mogą doprowadzić do przekonania,
że samo pojęcie narodu implikuje antysemityzm, nacjonalizm,
faszyzm? W jaki sposób przejawiał się ów syndrom żydowskiej
traumy? Na najbardziej podstawowym poziomie zupełnie obsesyjną ilością
materiałów w "GW" poświęconych walce z polskim nacjonalizmem,
faszyzmem, antysemityzmem. Tematami obsesyjnymi był i jest Holocaust i Izrael. W latach 90-ych można
było czasem odnieść wrażenie, że połowa głównego grzbietu
"Gazety" wraz z
dodatkami poświęcona była tym obsesyjnym tematom. Nawet "Tygodnik
Powszechny", który jest i był pismem "postępowym" nigdy nawet
w części nie zbliżył się do ilości "żydowskiej tematyki"
drukowanej w "Wyborczej". Żydowska trauma skłoniła środowisko
AGORY do wypromowania do niewiarygodnej rangi Marca '68. Miał on być najważniejszym
zdarzeniem historycznym po 1945. Epoka opozycji przeciw PRL miała się rzekomo
zacząć właśnie po 1968, dopiero wtedy. Zakwestionowanie wcześniej systemu
było mało uzasadnione, stalinizm na łamach "GW" nie był jakoś
szczególnie eksponowany a jego ofiary opłakiwane. Albowiem trudno
obiektywnie opisać stalinowskie represje i zignorować problem sprawców, a tak
się jakoś nieszczęśliwie złożyło, że prawie wszyscy z czołówki AGORY
mieli w familii jakiegoś UB-eka, a wręcz agenta NKWD. Szczególnie ciekawym
przypadkiem w tym kontekście jest tatuś Konstantego Geberta - w latach 30-40
wieku XX w USA aktywista miejscowej partii komunistycznej i agent NKWD. Kampania walki z
antysemityzmem podjęta na łamach "GW" nader intensywnie na początku lat 90-ych zaowocowała
eliminacją antysemityzmu z języka debaty polityczno-publicznej. Jest to
niebagatelna zasługa "GW", albowiem po 1989 wcale nie było
oczywiste, że antysemityzm zostanie wyrugowany, a może nawet, jak w latach międzywojnia
będzie językiem akceptowanym. To niewątpliwy sukces środowiska Agory, że
nawet jaskiniowiec Lepper strzegł się jakichkolwiek antyżydowskich aluzji. Jednak rozpędzona
machina eliminacji antysemityzmu i nacjonalizmu nie mogła się zatrzymać. Środowisko
Agory rozpoczęło kampanie "moralnej paniki" wymierzone w zjawiska
zupełnie nie zasługujące na taką uwagę. Naraz na celowniku znalazł się
Wojciech Cejrowski, który ówcześnie w okienku telewizyjnym walił kubkiem w stół
i robił z siebie idiotę. "Wyborcza" piórem Anny Bikont mianowała
WC czołowym faszystą polskim, brunatnym kowbojem i ciągała go przez lata po sądach
za "propagowanie nienawiści rasowej". Innym zagrożeniem dla
polskiej demokracji stał się niejaki Leszek Bubel, drobny cwaniaczek wydający
broszurki pt. "Poznaj Żyda". Polska poznała Bubla z łamów "GW",
poza nimi osobnik ten był zupełnie nieznany. Czym innym niż obsesją można tłumaczyć
regularnie zamieszczane przeglądy prasy nacjonalistycznej, której krąg
odbiorców ogranicza się zapewne do kilkuset czytelników? Czy istnieją
jakiekolwiek dowody istnienia poza stronicami "Wyborczej" Bolesława
Tejkowskiego, rzekomego führera polskich faszystów? Najgorsze, że w pewnym
momencie środowisko AGORY uświadomiło sobie,
że argument żydożerstwa może być wygodną metodą dyskredytacji
przeciwnika. I tak właśnie stało się, kiedy Marek Beylin w trakcie jakiejś
publicystycznej kontrowersji pomówił Marcina Króla, redaktora naczelnego
"Res Publiki" o antysemityzm. Logika, która kazała nazwać antysemitą
kogoś tylko za to, że polemizuje z osobą o nazwisku Beylin zaowocowała takimż
atakiem (nie na łamach "GW") na Ryszarda Legutkę za polemikę z
Zygmuntem Baumanem. Kazimierz Kutz bez żenady mówił o krytykach Michnika (po
aferze Rywina), że są antysemitami a sam Michnik to współczesny polski
Dreyfus. Także
Joanna Siedlecka po opublikowaniu książki o Jerzym Kosińskim dostąpiła
zaszczytu posądzenia o nienawiść rasową wobec narodu żydowskiego... Takich
przykładów było naprawdę wiele, w latach 90-ych na łamach "Gazety" odbył się
festiwal pomówień o antysemityzm. Rzec by można, że w myśl znanego
powiedzenia, nie tak dawno o tym kto jest w Polsce antysemitą decydowało środowisko
Agory i salon intelektualny afiliowany przy redakcji "GW". Szczęśliwie,
ostatnimi laty ten festiwal jakby trochę się wyciszył. W tym
podszytym histerią klimacie "walki a antysemityzmem" cokolwiek
stawiającego w niekoniecznie pozytywnym świetle jakiegokolwiek Żyda wywoływało
histeryczną reakcję obronną. Poruszanie kwestii zaangażowania Żydów w system komunistyczny miało
być jawnym antysemityzmem. Nawet podawanie w publikacjach naukowych prawdziwych
nazwisk komunistów obok ich partyjnych pseudonimów (Trocki Bronstein) określane
było przez "GW" jako akt żydożerstwa. Jawnym antysemityzmem było
ściganie za zbrodnie komunistyczne brata Adama Michnika, Stefana. Krytyka
zbrodni Izraela to też oczywisty antysemityzm. Za walkę
z antysemityzmem i okropieństwami polskiego ciemnogrodu zabrali się ludzie o
dość podejrzanej przeszłości - Szczypiorski, Bortnowska, Życiński,
Czajkowski. Zapewne u ludzi tych chęć odegrania roli moralnego autorytetu była
podszyta strachem o możliwość oświetlenia mroków własnego życiorysu. Ktoś
wyciąga brudy? Pewnie antysemita... Poza tą możliwą pragmatyczną motywacją
"walki z antysemityzmem" większą rolę odgrywa chyba motywacja
psychologiczna. Strasznie fajnie być w Polsce moralistą piętnującym ciemny
naród. Pierwszy odkrył to Andrzej Szczypiorski, który zaraz po 1989 roku
rozpoczął efektowny, kabotyński, narcystyczny spektakl pt. "autorytet
moralny stanowczo piętnuje zdziczały naród polski". Nie było w tym
teatrze nawet grama szczerości. To kabotyństwo powielane jest po dziś dzień,
biskup Życiński potrafi nawet w moralistycznej ekstazie odpowiednio modulować
głos. Wyścig o status moralnego celebryty medialnego ciągle trwa. Ciekawe, że
nie wziął w nim udziału Jan Błoński, autor sławnego tekstu "Biedny
Polak patrzy na getto". Na szczęście, nie każdy aspekt "walki z
antysemityzmem" jest podszyty fałszem i kabotyństwem. Reakcje lękowe środowiska
Agory wyraźne w latach 90-ych, ostatnio jakby trochę zelżały. Najwyraźniej
uznano, że jednak noc długich noży na razie nie zagraża. Konflikt
polsko-ukraiński po 1989, w przeciwieństwie do dość abstrakcyjnych konfliktów
polsko-niemieckiego i polsko-rosyjskiego miał w sobie coś z namiętności
"sąsiedzkiej masakry". Środowisko Agory i "GW" starała się za wszelką
cenę wyeliminować pamięć o Wołyniu, a nawet dokonać reinterpretacji
historycznej tamtej eksterminacji - winni mieli być sami Polacy! Jest to
interesująca kwestia, czy gdyby ów konflikt nie był świadomie wyciszany to w
latach 90-ych mógł się rozpalić na nowo? Może tak, może nie. Środowisko
Agory było pewne, że grozi nam masakra. I by wojny uniknąć, należy ofiary nazwać
oprawcami, a pamięć o Wołyniu traktować jak dziki przejaw
nacjonalizmu. To interesujący i typowy dla tego środowiska przykład diagnozy
społecznej i makiawelicznych metod, które mają zapobiec społecznemu wybuchowi. Czy namiętny romans Michnika z postkomunistami można
interpretować li tylko jako przejaw cynizmu, wyrachowania, żądzy władzy?
Gdyby Michnik powodowany był tylko cynizmem, nie robiłby aż tak wiele.
Stanowczo zbyt wiele gestów, ostentacji w tym romansie miało charakter
histeryczny,
wręcz straceńczy. Przecież Michnik obściskiwał się nie tylko z Millerem
ale i Kiszczakiem. Czy robił to, jak sugerował Jan Rokita powodowany żydowskim
lękiem przed polskim antysemityzmem, przed polską prawicą, która za chwilę
ujawni swój faszystowski rodowód? Czy wierzył, że główną zaletą
postkomunistów jest ich nie-prawicowość? Innym dowodem zaburzenia postrzegania rzeczywistości
przez środowisko Agory jest absolutnie histeryczna, maniakalna kampania
antylustracyjna. Przeróżni mędrcy próbowali interpretować tę histerię
jako próbę ochrony kolesiów. Rzecz w tym, że materiały lustracyjne
ujawnione na temat osób związanych z Agorą i dawną Unią Wolności są
niezbyt liczne. Mimo uporczywych sugestii publicystów prawiczkowych takich jak
Wildstein i Ziemkiewicz brak jakichkolwiek realnych dowodów na współpracę
Geremka z SB. Trudno wyjaśnić długoletnią ochronę Maleszki jego szczególną
pozycją w redakcji, bo takiej TW Return nie miał. O co więc idzie, skąd ta
obłąkana histeria przeciw IPN i lustracji? Kiedy dokładnie wczytać się w
antylustracyjną argumentację wierchuszki Agory i jej nadwornych intelektualistów
(Jerzy Jedlicki) wychodzi ni mniej ni więcej, że lustracja to najnowsza
forma... antysemityzmu. Takie rozumienie demaskowania agentury wydaje się całkowicie
absurdalne i chorobliwe, ale wiele wskazuje na to, że środowisko Agory, jego
szefostwo przyjęło taką interpretację za oczywistą. I nie jest to jakaś
banalna manipulacja semantyczna. Syndrom żydowskiego lęku, fobii, traumy
powoduje w konsekwencji nie tylko histerię i kreowanie zwolenników lustracji
jako kanibali pozbawionych ludzkich uczuć. Konsekwencją jest traktowanie
"ofiar lustracji" jako ludzi nieszczęsnych, atakowanych niewinnie,
ofiary pogromów lustracyjnych. I tak Maleszka dotrwał w redakcji "GW"
do roku 2008, kiedy ni z tego, ni z owego okazał się być nie ofiarą
nowoczesnego antysemityzmu, lecz osobnikiem zamieszanym w zabójstwo Stanisława
Pyjasa.
Program negatywny nie wyczerpuje idei "Nowego Jeruzalem",
"nowego nieba i nowej ziemi", która w latach 90-ych wyraźnie
przebijała z łamów "GW". Dzięki ogromnemu wpływowi na inne media
i opinię publiczną, a także na postkomunistów i prezydenturę Kwaśniewskiego
środowisko Agory było w stanie kreować pozytywny program swoistej "inżynierii
społecznej". Sprowadzało się to do chęci przekształcenia Polaków w "Szwedów",
kosmopolitycznych obywateli świata, obojętnych wobec własnej historii,
traktujących przeszłość jak zbędne obciążenie. Elementem nowego świata
miał być kapitalizm propagowany w stylistyce polskiego pozytywizmu, bez
wyzysku, bez afer. Wizja kapitalizmu bezkonfliktowego prowadziła do
wielokrotnie powtarzanego w "Gazecie" przekonania, iż bezrobocie to
problem polskiego nieudacznictwa, objaw polskiej choroby narodowej czyli
lenistwa. Wizji landrynkowego kapitalizmu towarzyszyła specjalna nazwa
"gospodarka rynkowa", drukowano teksty reportażowe i publicystyczne
dotyczącego "nowego polskiego przedsiębiorcy", wedle schematu
znanego z socrealizmu walczącego na ugorze z kułakiem-związkowcem. Zapewne
promowanie kapitalizmu w polskim wydaniu było, tak jak w czasach pozytywizmu
reakcją na stan cywilizacyjnej zapaści ale też wyraźna było przekonanie, że
bezrobotni, proletariat wielkoprzemysłowy czy wreszcie PGR-owcy to nawóz
historii niewart współczucia. Program narodowego konstruktywizmu nie był
bynajmniej specyfiką środowiska Agory. Chcieli stosować go m.in. ludzie polskiego oświecenia
i pozytywizmu, stańczycy i endecja. Nawet skromny redaktor Ziemkiewicz ma swoje
refleksje w tym temacie. Sama idea jest odwiecznie polska, każda z grup nadawała
jej własną specyfikę. Tak więc chęć "wychowania Polaków" przez środowisko
Agory nie jest żadnym przejawem "antypolskości", albowiem Polaków chcieli
i chcą wychowywać właściwie wszyscy intelektualiści i z lewa i z prawa.
Wizja "Nowego Jeruzalem" propagowana przez środowisko AGORY była bez
wątpienia atrakcyjna po 1989, do jej realizacji wzięli się dziennikarze
nazwani złośliwie przez Cichego "cynglami". W "Gazecie"
najciekawszymi egzemplarzami są Paweł Smoleński i Paweł Wroński, zawsze chętni
do wykonania mokrej roboty, rzecz jasna dla urzeczywistnienia celu wyższego.
*** Michał Cichy w rozmowie z Cezarym Michalskim - Wojna pokoleń przy użyciu "cyngli"
DZIENNIK - EUROPA - 21 lutego 2009