...Jolanta Kwaśniewska lubi obiektywy i kamery, nie znosi za to dziennikarzy, którzy psują jej wizerunek. - Przed zorganizowanym przez prezydentową zjazdem 12 królowych i żon głów państw, które miały debatować o pomocy dzieciom, zapytałam na konferencji prasowej, czy pieniędzy wydanych na podjęcie ich świt nie byłoby lepiej wydać właśnie na potrzebujące dzieci. Pani Kwaśniewska zdenerwowała się. Pierwszy raz widziałam, jak wyszła z roli - opowiada Beata Grabarczyk, wówczas dziennikarka Radia Zet. - Wykrzykiwała, że jeśli nie wiem, co ona robi dla dzieci, to mam sprawdzić u prezesa swojego radia. Parę dni potem napisała skargę do moich przełożonych, że deprecjonuję jej działania na rzecz Polski. Szefowie radia uznali moje racje i zdecydowali, że nie będziemy obsługiwać szczytu.
No i jeszcze ta sprawa z wyrzuceniem Tomka Lisa z TVN. Wylali go, jak tylko pojawił się sondaż dający mu duże szanse w starciu z Kwaśniesko. A prezesik Walter jednak by wolał ją.
Tekst Anity Gargas jest okrutny i słusznie bije po papie tę modelkę. Ale tego samego dnia kiedy został wydrukowany w "GP" ni z tego, ni z owego Kwaśnieska Jola odczuwa nieodpartą potrzebę udzielenia wywiadu. Wywiadu o tym jak często płacze z powodu cudzego cierpienia udziela pismu "Przekrój" i Piotrowi Najsztubowi. Pismo należy do koncernu "Edipresse". Do tegoż samego koncernu należy pismo "Viva", którego szefem do niedawna był Najsztub. "Viva" przedstawiła Kwaśniesko na okładce jako "przyszłą prezydent". I jak tu nie wierzyć w teorie spiskowe młodzieży lewackiej, że to niby koncerny rządzą światem...
*** Nie chcę, nie muszę, ale... - Piotr Najsztub rozmawia z Jolantą Kwaśniewską
Przekrój - grudzień 2003 r
PYTANIA np. -
Pani prezydentowo, przyszli wyborcy obdarzają panią już teraz wielkim zaufaniem - to pokazują rankingi. Ich nadzieje związane z panią to pewnego rodzaju odpowiedzialność. Z drugiej strony ma pani świadomość, że polskie życie polityczne jest zatrute, że jest nieuczciwe, mętne. Może po prostu uzna pani, że jest zmuszona coś z tym zrobić? Szczególnie przy pani poczuciu odpowiedzialności.
- Pomyślałem sobie właśnie, że gdyby tak się stało, że zdecydowałaby się pani kandydować, a potem została prezydentem, to przy pani empatii często by pani płakała. Może nawet podczas orędzia telewizyjnego zdarzyłoby się pani uronić łzę.
ODPOWIEDZI np. - Więc niech pan sobie odpowie na pytanie, jak ją przeżyje osoba o takim poziomie wrażliwości, jaki ja reprezentuję. Mam w sobie ogromną empatię, nie potrafię działać w oderwaniu od takich myśli, że na przykład jestem w szpitalu na onkologii i myślę: a gdyby na tym łóżku leżało moje dziecko? Jak jestem w hospicjum, to sobie myślę: Boże, tutaj mógłby być mój ojciec!
- Codziennie, kiedy przychodzi mi podejmować różnego rodzaju decyzje w kwestiach, którymi się zajmuję, jestem
pragmatykiem. I zawsze mówię prawdę. Czasem to może brzmieć infantylnie, jak mówię na przykład, że mój mąż wycina dla mnie serduszka z rzodkiewki. A mi się wtedy chce rano wstać i iść do zadań! Dlatego o tym mówię. Co nie znaczy, że tylko to mam do powiedzenia.
- Moja empatia jest moją ogromną słabością. Pan nie ma pojęcia, jakie muszę w sobie zmobilizować siły, jeśli biorę udział na przykład w pogrzebie. Na pogrzebie pana Drawicza podeszła do mnie starsza pani i zapytała mnie: "Czy pani jest żoną pana
Drawicza?". Ponieważ ja strasznie, strasznie płakałam. Kiedy spotykam się z żonami górników i one mi mówią: "Pani
prezydentowo, przecież są takie dni, że nie mamy co do garnka włożyć". To ja już mam łzy w oczach. O hospicjach już nie mówię, bo to jest dla mnie rzecz najbardziej przejmująca, ale staram się być jak skała i dopiero jak wyjdę na korytarz, to wycieram łzę i wchodzę z uśmiechem do kolejnego pokoju. Dla mnie jest straszne to, że media, kamery czekają na taki moment, że to jest najważniejsze, że Kwaśniewska się popłakała. Ja tego nie ukrywam, bo taka jest prawda o mnie, po prostu jestem takim
chlipkiem.
*** Różne twarze populizmu - BRONISŁAW WILDSTEIN
Rzeczpospolita - 11.12.03
...Już od kampanii 1995 roku Kwaśniewski i twórcy jego
wizerunku niezwykle konsekwentnie go kreują i utrwalają. Jest to wizja
prezydenta bezkonfliktowego, który unika jakiejkolwiek deklaracji, nie zajmuje
stanowiska w jakimkolwiek sporze, nie reprezentuje żadnych idei. Utrwala on
tęsknotę i wyobrażenie współczesnego Polaka, że można uniknąć wszelkich
problemów i nie podejmować żadnych ryzykownych decyzji. Wszystko może być
proste, łatwe i wygodne. Oto teflonowy prezydent Barbie wywiedziony z marzeń
lękających się świata rodaków. Z czasem ów prezydent zaczął nabierać
dostojeństwa. Było to jednak operetkowe dostojeństwo kultury masowej. Prezydent
stał się dobrotliwym władcą czuwającym nad naszym świętym spokojem.
*** Tomasz Lis boi się wilczego biletu - rozmawia Piotr Najsztub
Przekrój - luty 2004
...Jedyny człowiek, którego władza pochodzi z wyborów powszechnych, ma mniejszą moc
kreowania polityki niż ludzie z mniejszym mandatem. Jednak uważam, że prawo
weta, prawo obsadzania bardzo wielu stanowisk w państwie, prawo prowadzenia
dużej części polityki zagranicznej to nie są drobiazgi. To są ogromne
uprawnienia. Tylko jaki z tych uprawnień robimy użytek? Czy na przykład
prezydent bije się o niezależność publicznych mediów? Gdyby się bił, to one
byłyby publiczne wiele lat temu. To nie Sierotka Marysia zafundowała nam pana
Czarzastego i pana Kwiatkowskiego.
*** Zdradzony prezes zdradza - Mariusz Walter w rozmowie z Piotrem Najsztubem
Przekrój - luty 2004
...Jeżeli oglądam w konkurencyjnej stacji talk-show, w którym Tomek dystansuje się
wyraźnie od TVN, kiedy siedzi na jednej ławce z sobowtórami Elvisa, i mam w
pamięci walkę, jaką zarząd musiał stoczyć, to proszenie, łaszenie się,
zmuszanie, namawianie do tego, żeby wystąpił w meczu piłkarskim aktorzy kontra
TVN i "Big Brother", a Tomek nie chciał w nim wystąpić i nie przekonał go nawet
argument, że na zwycięzcę "Big Brothera" głosowało kilka milionów ludzi... A tu
siada w programie konkurencyjnej stacji obok sobowtórów Elvisa i na pytanie, co
pan oglądał w TVN, odpowiada, że nic nie oglądał. A co to jest akcja kropek? Nie
wiem, co to jest akcja kropek. To jest ten superpozytywny stosunek? Że jak
"Wiadomości" dają na pierwszym miejscu porwanie dwóch dziennikarzy polskich, w
tym naszego Firleja, my to dajemy w 16. minucie? Prawda jest taka, że to nie
jest konflikt o niezależność, to jest konflikt z człowiekiem chorobliwie
ambitnym, egocentrycznym.
*** Luiza Zalewska - Cała prawda o Hannie Lis - Bezwzględne rządy pięknej i bestii
Dziennik - 21 czerwca 2008
...Ci spoza dworu nie chadzali do pobliskiego centrum handlowego po kawę "dla Państwa". Nie wyprowadzali psa prezenterki. Nie radzili, jakie żyrandole powinna kupić do nowego domu, gdy ślęczała w internecie, szukając atrakcyjnych egzemplarzy. Nie nosili za nią wielkich papierowych toreb, kiedy wracała z zakupów na popołudniowe kolegium. Nie sięgali po własne papierosy, gdy prezenterka mówiła: - Zapaliłabym sobie. Nie otwierali torby, gdy Lis pytał: - Z czym masz dziś kanapkę? Nie podchodzili do tacy z resztkami sushi czy arabskich potraw, jakie Hanna Lis wynosiła czasem do newsroomu ze słowami: "My już nie możemy. Jak chcecie, to bierzcie".
WARSZAWKA !!!
*** Grupa egoistów - rozmowa ze Stanisławem Trzcińskim
Gazeta Wyborcza - 08-11-2003
...To jest towarzystwo związane z kolorowymi pisemkami. Debiutujące gwiazdy
telewizyjne, piosenkarki, aktorki, "emerytowane playboystwo", plotkarscy
dziennikarze, czyli w powszechnej opinii coś zdecydowanie mniej wartościowego.
Chodzą i się lansują. Imprezy, rauty, promocje, premiery, sporty typu golf.
Ogromne znaczenie w tej grupie mają interesy. Jeśli kogoś nie znasz, albo ciebie
nie znają, nic nie załatwisz.
*** Mówią o mnie "warszawka" - rozmowa z Marcinem Mellerem
Gazeta Wyborcza - 13-11-2003
...Na przykład Bal Dziennikarzy. Tylko że tam też robi się dziwnie. Jakieś trzy
lata temu pojawił się biznes i już nie jest fajnie. Zmieniły się proporcje.
Mniej dziennikarzy, więcej biznesu. Tylko wiesz, to porównanie z przedwojennym
towarzystwem jest o tyle nietrafione, że kiedyś była hierarchia, której nie
można było ot tak przeskoczyć. Kiedyś ci, co rządzili, nawet jeśli byli
przewalaczami, to byli inteligenci. Poza tym to się przekładało na elitę krwi,
na elitę artystyczną i był jeden ośrodek, do którego wszystko się
odnosiło.
*** Brakuje czasu - rozmowa z Aleksandrem Pociejem
Gazeta Wyborcza - 10-11-2003
...Tu już grają role powiązania rodzinne i to niezależne od aktualnej kondycji
finansowej polskiej arystokracji. Radziwiłłowie przed wojną byli jedną z
najpotężniejszych rodzin nie tylko w Polsce. Byli skoligaceni z rodzinami
panującymi w Europie. Tak samo Potoccy, Sapiechowie, Czartoryscy i Lubomirscy. W
latach 60-tych na pogrzeb dziadka Kiki przyjechał - ku niemałej konsternacji
władz komunistycznych - John Kennedy. Niewiele osób wie, że jego siostra była
żoną Radziwiłła.
*** Restaurator - rozmowa z Jackiem Reszetko
Gazeta Wyborcza - 14-11-2003
...Każda miła postać ze świata jest mile widziana. Moim najmilszym gościem był
Roman Polański, który w czasie kręcenia "Pianisty" wpadał do nas na kolację do
Rabarbaru, a potem przenosiliśmy się do Barbadosu do dyskoteki. Nie wspominając
już o Stevenie Seagalu, który wpada z przerażającą ochroną. Np. takie osoby jak
Paweł Wilczak, który kiedyś był u nas wręcz rezydentem. Siedział codziennie w
Zanzibarze. Dziś jak wpada, to jest święto. Mariusz Czerkawski jak przyjeżdża do
Warszawy, to wpada do nas. Kiedyś wpadał często Wojtek Fibak.
*** Pieszczoszek warszawki - rozmowa z Dorotą Masłowską
Gazeta Wyborcza - 11-11-2003
...To jakieś głupie pojęcie, które wymyślili chyba sami warszawiacy, żeby mówić o
sobie bardziej czule. Ale istotnie jest tak, że występuje tu jakieś zjawisko
mentalne o charakterze bardzo społecznym, taka kombinacja negatywnych cech
charakteru. Nieuzasadnione dobre samopoczucie na własny temat i że oto jesteśmy
w samym epicentrum wydarzeń, a reszta liże kości i chrząstki po jaśniepaństwie.
Pamiętam, że jak byłam dzieckiem, przez Dębki przejeżdżały samochody na
warszawskich numerach. Głośna muzyka, otwarte okna. Tratowały drobne zwierzęta,
zostawiały na nas kurz.
*** "Utopia" to zdaniem bywalców najmodniejszy klub stolicy
Gazeta Wyborcza - 19-11-2003
...Dobra muzyka, dobrze zaopatrzony bar, fachowa obsługa i ostra selekcja. Nasze
door selection to w zasadzie door police. Wpuszczamy ściśle określonych ludzi,
tych co tu pasują wiekiem i wyglądem. Dzięki temu osiągamy spójność, dobrą
zabawę i bezpieczeństwo. Na sukces "Utopii" wpływ miał również fakt, że została
stworzony z myślą o znajomych pracujących w mediach, w reklamie, agencjach PR, w
świecie mody.
*** Batory warszawkowy - rozmowa z Beatą Sadowską
Gazeta Wyborcza - 13-11-2003
...Grupa snobów, zbiorowisko próżnych ludzi, którym nie chodzi o zabawę, ale o to,
by się lansować. Szczególnie rzucają się w oczy, gdy są poza Warszawą. Pamiętam,
jak byłam w Krakowie na festiwalu reklamowym. Siedziałam w knajpie, gdy nagle
drzwi się otworzyły z hukiem i weszli. Kasa i szpan. Głośne śmiechy, rozmowa,
totalne chamstwo. "Może dryneczek" - proponowali co fajniejszym dziewczynom.
Przyjechaliśmy tu na festiwal. Z Warszawy!".
*** Mrówki i lanserzy - rozmowa z Mikołajem Komarem
Gazeta Wyborcza - 11-11-2003
...Piekarnia, Regeneracja, nawet Utopia. Nieważne, co oni tam robią, czy kopulują,
czy nie. Ważne, że promują twórczych ludzi. Tam przychodzą artyści, projektanci
mody, malarze, piosenkarki. Upstairs to genialne miejsce, jeżeli chodzi o
pomysł. Jest to totalnie warszawskie miejsce. Nie żyłem w okresie
międzywojennym, ale z tamtymi czasami mi się to kojarzy, a także z modnymi
paryskimi klubami, takimi, do których nikt nie wie, jak trafić.
*** Wokół władz centralnych - rozmowa z Marią Szyszkowską
Gazeta Wyborcza - 10-11-2003
..."Warszawkowe" bale umożliwiają mieszanie się świata polityki i biznesu. Nie
widzę w tym lekkości. Nie mówiąc już o odrażających balach dobroczynnych, które
są elementem życia Warszawki. Prus wyśmiał je w "Lalce".
*** Chłopcy z miasta - rozmowa z anonimowym oficerem policji
Gazeta Wyborcza - 17-11-2003
...Oglądają filmy o gangsterach. "Ojciec chrzestny" wypadł już z mody, ale
popularna jest "Rodzina Soprano". Nieżyjący już Szczepan oglądał permanentnie
polskie "Prywatne miasto". Starają się naśladować postaci z polskich filmów
kryminalnych, np. "Reich" wzbudził zachwyt.
Teraz Passent da słuszny odpór tym miernotom pozującym na warszawkę. Jakie czasy, taka warszawka - Kuba Wojewódzki jako wybitny dziennikarz, Max Cegielski wybitny intelektualista itd. itp.
*** Drugie zburzenie Warszawki - DANIEL PASSENT
Polityka - 51/2003
...Warszawka schodzi na psy - to pierwsze wrażenie po lekturze
publikacji w "Gazecie Stołecznej", w których prezentowano rozmaitych
balangowiczów i zabawowiczów jako koryfeuszy dzisiejszej Warszawki. "Wbijałem
się do różnych klubów i na imprezy od młokosa" - wyznaje Mikołaj Komar, syn
miotacza kulą, redaktor miesięcznika "A4". "Balangowicz, organizator imprez i
wystaw" - to CV, jakie podaje gazeta dla opisania innego rozmówcy. Jeżeli to
jest Warszawka, to nie ma ona nic wspólnego z Warszawką przedwojenną Światopełka
Karpińskiego i Janusza Minkiewicza. Tamta bawiła się poezją - ta bawi się
prozą.
Teraz kilka postaci "dawnej warszawki". Oczywiście nie idzie mi o zrównywanie Iredyńskiego z Iwaszkiewiczem, lecz o ten cudowny klimat niegdysiejszej artystowskiej warszaweczki.
*** "Księstwo warszawskie" - rozmowa z Kazimierzem Kutzem
Gazeta Wyborcza - 06-11-2003
...W SPATiF-ie niektórzy mieli swoje stałe stoliki. Na przykład Dygat. Kelnerzy
pilnowali, by o stałej porze stolik był wolny. Dygat zasiadał i się zaczynało.
Przysiadywali się znajomi, zaczynała się rozmowa. Zawsze ciekawa, zawsze
dowcipna. Tym ciekawsza, że to była rozmowa ludzi wolnych. My wiedzieliśmy, że
jesteśmy szpiegowani, podsłuchiwani, więc niczego się nie baliśmy. To był ten
sznyt. Wielu chciało się przysiąść, ale to nie było proste. Śmieszył mnie ten
ceremoniał. Zawsze gdy ktoś chciał się przysiąść, musiał zapytać - grzecznie,
jakby wchodził do salonu. Dygat przyjmował albo odrzucał. Potrafił odrzucić
bardzo brutalnie.
*** Gdzie się bywało przed wojną - rozmowa ze Stefanią Grodzieńską
Gazeta Wyborcza - 15-11-2003
...Kiedyś byłam na dancingu z Januszem Minkiewiczem, wspaniałym poetą i satyrykiem,
bywalcem dancingów, bali i wszelkich knajp. Janusz był szalenie popularny w
ówczesnej Warszawie. Nie uznawał wieczoru poza knajpą, chętnie zabierał mnie ze
sobą. Jesteśmy w Adrii, podchodzi do nas jakiś pan, bardzo grzecznie się kłania
i pyta Minkiewicza: "czy mogę prosić?". Na co Minkiewicz odpowiada: "Dziękuję
nie tańczę. Jestem w żałobie".
*** Nie chciał kochać mężczyzn, a kobiet nie potrafił (Marek Hłasko) - KRZYSZTOF MASŁOŃ
Rzeczpospolita - 1999.01.16
...Wrażliwy na osobliwe wonie rozsiewane przez Hłaskę okazał
się m. in. Zygmunt Hertz, który choć pospólnie z Zofią Hertz miał do "chłopca"
sentyment i przez pewien czas mu matkował, poznawszy go lepiej, nie zdzierżył:
"Hłasko - nieznośny pasażer robiący samemu sobie na złość, marnujący każdą
okazję, jaka mu się nawija - tak go podsumował w liście do Czesława Miłosza. -
Patrzę z przerażeniem na to marnotrawstwo, facet jest psychopata-mitoman,
hipochondryk, czort wie nie co. Nie do życia. Najdziwniejsze jego powodzenie u
kobiet. Tego nie rozumiem: brudas aż śmierdzi, neurastenik, pijak okazyjny,
awanturnik też okazyjny. Myślę, że rozwija pawi ogon czarów przez krótki okres,
nabierze na litość czy samotność. Co zresztą tutaj można wiedzieć".
Hertz lubił i cenił alkohol, trochę więc dziwi jego uwaga o
"pijaku okazyjnym". Ale wkrótce nazwie Hłaskę najkrócej jak to możliwe: "Bydlę
wyjechało, nie zostawiło adresu, mniejsza o to".
*** Pająk Figielman (Marek Hłasko) - BARTOSZ MARZEC
Rzeczpospolita - 2000.09.23
...Potrafił być paskudnie nielojalny wobec ludzi - przyznaje "Japoneczka". - Gdy
odwiedzała go Agnieszka, to szczebiotała cały czas. Marek udawał rezygnację,
niechęć i rzucał: "Przestań gadać, bo cię rozbiorę". Agnieszka, zawstydzona,
milkła. Marek triumfująco zwracał się do mnie: "A nie mówiłem, że ona tego nie
lubi".
*** Reżyser życia (Ireneusz Iredyński) - BARTOSZ MARZEC
Rzeczpospolita - 2000.12.09
...Gdy w kawiarni Klubu Dziennikarza na Foksal spotyka pewnego
początkującego pisarza, o którego próbkach literackich nie jest najlepszego
zdania, rzuca: "ty, w czarnej skórze; podejdź, napij się z nami, ubeku". Po
knajpach włóczy się z Ibisem, ostrowłosym wyżłem. Pod stolikiem karmi go
kaszanką i kiełbasą. Lubi zwierzęta. Gdy pies zdechnie, Iredyński postawi mu
nagrobek.
*** Wszystko tutaj opisałem - BARTOSZ MARZEC
Rzeczpospolita - 08.11.2003
...Gałczyński uważał, że czas posiłku to najstosowniejsza chwila, by całe
literackie towarzystwo zabawić. W jadalni wstawał od stołu i, w zależności od
nastroju, wygłaszał magiczne lub absurdalne przemówienie - wspomina Julia
Hartwig. - To był przełom lat 40. i 50., kiedy K.I.G. wypalił na całą salę:
"Dzierżyński was a little leftist" (Dzierżyński był trochę lewicowy), po czym
najspokojniej w świecie wrócił do obiadu. Wszyscy pochylili się nad talerzami i
zaczęli szybko zajadać, by jak najwcześniej opuścić stołówkę.
*** To nie mój pies, ale moje łózko - Lidia Ostałowska, Paweł Smoleński (Agnieszka Osiecka)
Gazeta Wyborcza - 30-04-1997
...Agata P.: - Moja mama była poza burżuazją. Świadomie byle jak się ubierała,
mogła mieć szminki od Diora. Chodziłyśmy na plażę nudystów. Niewiele matek
fotografuje swoje córki na golasa. Stała w kolejkach jak inni. Kiedyś odwiedziła
ją kuzynka i zobaczyła, że na łóżku leży brudny pies. Zaczęła mamę opierdalać.
Mama odpowiedziała: "To nie mój pies, ale moje łóżko".
*** Tak blisko od serca do papieru (Agnieszka Osiecka) - Krzysztof Masłoń
Rzeczpospolita - 1997.03.15
...Warszawa jest dla mnie jak taka stara, brzydka żona - pisała Agnieszka Osiecka.
- Nie kocham jej, nie lubię, nie podoba mi się i nigdy nie podobała, ale
przecież zawsze do niej wracam. Wracam, choć mam po świecie rozsiane różne
kochanki, z którymi właściwie mogłabym się ożenić. Ale nie żenię się.
*** Rzeczy śmieszne - EWA BERBERYUSZ
Rzeczpospolita - 1998.04.01-30
...Źle było wtedy, kiedy na naczelnego do PIW-u przyszedł
Różański, nie ufała mu za grosz. Znała go już wcześniej, jako brata Borejszy,
spotykała go u niego, na Frascatti. Próbował inspirować pisarzy. Putrament z
jego inspiracji napisał "Rozstaje". Również Andrzejewski dał mu się trochę
uwieść, bo uwierzył, że skoro męczył ludzi, zna duszę ludzką. Dlatego z nim
rozmawiał, w Zakopanem, na przykład...
*** Stary - Krzysztof Masłoń o Jarosławie Iwaszkiewiczu
Rzeczpospolita - 2000.03.01
...Zdarzało się Iwaszkiewiczowi uskarżać na swoją przedwojenną
sytuację. Zdemitologizował te jego wynurzenia Antoni Słonimski, dowodząc, że
jego eksprzyjaciel nie był wcale takim "brzydkim kaczątkiem", za jakie się
podawał: "Gdy myślą wracam do tych dawnych czasów, widzę obraz nieco odmienny,
widzę 'brzydkie kaczątko' jako Króla Mody na balu w Hotelu Europejskim.
Kaczątko jadąc na placówkę dyplomatyczną do Kopenhagi zabrało ze sobą własną
służbę, szofera i kucharza".
*** Janusz Głowacki - fragmenty książki "Z głowy"
...Wśród tłumu pijanych wielbicieli i wrogów u Jerzego plątał się mały chłopiec -
jedyny trzeźwy. Jerzy usprawiedliwiał go, że "ma teraz okres niepicia". Wszyscy
wiedzieliśmy, że to był syn Marka Hłaski i gosposi Andrzejewskiego. Ale Hłasko
był już na emigracji i miał inne zmartwienie i machnął na niego ręką. A matka
Marka istnienia tego chłopca nigdy nie przyjęła do wiadomości. W końcu chyba
Jerzy go usynowił, a potem on gdzieś zniknął. Ma pewnie teraz około
pięćdziesiątki. Henryk Bereza po warszawskim pogrzebie Marka Hłaski został przy
grobie dłużej. Powiedział, że kiedy odchodził, z boku podszedł jakiś mężczyzna i
bardzo długo stał wśród wieńców. Może to był on... Dziwne i straszne musi być
życie nikomu nieznanego syna wielkiej tragicznej gwiazdy polskiej
literatury.
*** Janusz Anderman - Fotografie
...Wyszliśmy w poranny upał, artyści z Piwnicy pod Baranami wyglądali wśród tych pokrytych liszajem epoki murów jak egzotyczne ptaki i gdy już chcieliśmy ruszyć przed siebie, w drzwiach stanęła olbrzymia, dwumetrowa milicjantka i patrząc na nas, mówiła jakby do siebie, spokojnie i beznamiętnie: gnoje, śmiecie, jakby mnie tak dali tego karabina maszynowego, postawili was pod mur i powiedzieli mnie: strzelaj do tych gnojów kurewskich, to ja bym do was z tego karabina maszynowego, do was, gnoje, seriami, seriami, seriami...
A przyczyny socjologiczno-kulturowe tych zmian przedstawi profesor
*** Paweł Śpiewak - Liczy się tylko przyszłość - rozmowa
Rzeczpospolita - 1998.11.07
...Wszyscy tak samo strzyżeni, tak samo ubrani, wszyscy mają telefony komórkowe.
Bardzo prosty model, do którego się łatwo przystosować: czyści, pachnący,
zadbani, mają pieniądze na taki styl, kompletnie bezimienni, tzn. można ich
dowolnie wymieniać z takimi samymi osobami z innych krajów. Nierealni. Nie o to
chodzi, by chodzić z pawim piórem przyczepionym do teczki, ale ten model życia
nie jest zbyt zabawny. W ogóle młodzi profesjonaliści stają się mało zabawni.
Nie czytają książek. Nie znam nikogo, kto by czytał współczesną prozę polską
albo prasę, na przykład "Znak", "Więź". Oni nawet nie mają pojęcia, że coś
takiego istnieje.
Pewnie dla tzw. postępu społecznego i rozwoju gospodarki (ble, ble, ble) tak jest lepiej, ale jednak szkoda, że mamy dziś tak obciachową warszawkę. Nie ma nic zabawnego w wizji stada kopyrajterów bawiących się w klabie "Utopia" i udających elitkę artystowską, a w dodatku odzianych w prestiżowe podkoszulki z Cze Gewarą kupione za 600 PLN w butiku Arkadiusa. W takim świecie postacią jak najbardziej realną jest "młody poeta Cecko", który nigdy nie słyszał o innym poecie, Białoszewskim.
*** Miłość w czasach warszawki - z Agnieszką Drotkiewicz rozmawia Paulina Reiter
Gazeta Wyborcza - 21-02-2004
...Kiedyś wręcz uważałam, że wystarczy podkład na twarz, lakier na paznokcie i już
mam pancerz. I że wyjście na imprezę to takie zbawienne zawieszenie. Perfumy na
szyję, torebka w rękę, kino, teatr, impreza, kawiarnia; to nie to samo, co
pojechać nad morze pooddychać jodem, ale zawsze coś zastępczego. Warszawka nie
jest sama w sobie zła, jeśli ktoś się tym bawi, traktuje lekko. Gorzej, gdy
staje się to jego religią i zaczyna gardzić osobami, które nie wydają 400 zł na
fryzjera.
*** Igor Stokfiszewski - Poetry slams zdobywają coraz większą popularność
Gazeta Wyborcza - 08-02-2004
...Inną drogę prezentuje Maciek Zimowski, slammer z Krakowa. Jego prezentacje są
eklektyczne - rymowana poezja wzbogacona jest śpiewem (Zimowski to także muzyk i
pieśniarz) i innymi popisami wokalnymi, np. zmianą skali głosu w zależności od
tematyki wierszy. Ta zaś bywa różna, choć łączy się zazwyczaj z dowcipkowaniem
na temat środowiska literackiego, parodiowaniem innych autorów i tekstami
ośmieszającymi poetyckie mity (w Krakowie wypada to doskonale).
*** Jerzy Jarniewicz - Nie strzelajcie do poetów
Gazeta Wyborcza - 13-02-2004
...Fascynacja slamem mówi nam coś ciekawego o kondycji dzisiejszej poezji,
ujawniając kompleks Kopciuszka niedający spokoju niektórym poetom, którzy pod
naporem kultury masowej czują się artystami podlejszego sortu. Marzy im się
status gwiazdy, rozpoznawalnej na ulicy, spoglądającej z okładek kolorowych
pism, odbierającej w błyskach kamer Oscary i Globy, Grammy i olimpijskie medale.
Wzorcem dla poetów nie są już inni pisarze, ale gwiazdorzy filmu, telewizji i
rocka, znani i podziwiani przez wielomilionowe rzesze fanów.
Powyższy tekścik jest jakby zaprzeczeniem bzdurek zapisanych i wydanych przez panią Dunin w tomie "Karoca z dyni".
Książce z roku 2001 r., lecz wydanej przed Wrześniem 2001 r. Powtarzanie frazesów o cudownej wielokulturowości
dziś już jakby demode.
*** Kinga Dunin - Nasza kochana cywilizacja śmierci
Res Publika - luty 2002
No i widzimy upadek stylu rorty'iańskiego z "Karocy z dyni" - Fukuyama rulez i jego heglowska teza o
szczeblach kulturowego rozwoju - "skompromitowana" idea postępu cywilizacyjnego i przekonanie o wyższości - niższości kultur.
Czy znaczy to, że p. Kinga zrezygnuje z tak atrakcyjnej dla intelektualisty (a może nawet bardziej dla -tki)
WSZYSTKONIE-izmu? Ależ skąd, to tylko chwila słabości, podyktowana trywialnym strachem, może o siebie, może o syna.
W kolejnych książkach p. Dunin znowu znajdziemy pomstowania na globalizację, intelektualny terror neoliberalizmu, nową
świeżość postulatów "młodego Marksa".
Swoją drogą, Kinga Dunin trafiła do niewłaściwego kraju. W Polsce niemal nikt "Karocy" nie czytał.
a gdyby tak we Francji. W słodkiej Francji, gdzie tak pięknie pleni się tradycja "wolteriańskiej" kontestacji SYSTEMU,
bez względu na jego imię. W kraju, gdzie intelektualiści błyskając złotymi sygnetami w świetle telewizyjnych jupiterów
wykrzykują swoją pogardę dla zwierzęcego globalizmu, p. Dunin zrobiłaby doskonała karierę. Trzeba wegetować na marginesie, czyli w
"Res Publice".
Wywiadu z Nikitą Michałkowem i listu Daniela Olbrychskiego
nijak nie mogę umieścić w dziale kultura
*** Moje ikony - Rozmowa z Nikitą Michałkowem, rosyjskim aktorem i reżyserem
Polityka nr 28/2000
...Jak pan ocenia wojnę w Czeczenii, dlaczego
Rosji tak zależy na tej małej republice?
Rosji nie można dzielić. Nie widzę powodów, żeby o tym nawet
dyskutować. Po drugie: tu nie chodzi o wojnę z Czeczenią, ale o wojnę z
normalnymi bandytami. Jeśli w tych państwach, które występują teraz w
obronie Czeczenii, wysadzono by nocą kilka domów w powietrze, z dziećmi i
starcami w środku, to myślę, że dyskusja wyglądałaby inaczej. A poza tym
te problemy rozwiązujemy sami u siebie, na własnym terytorium. I nie
bombardujemy Kosowa i Belgradu.
*** Do przyjaciela Moskala - DANIEL OLBRYCHSKI
Polityka nr 32/2000
...Martwi mnie, Przyjacielu mój, że zamiast
robić wielkie filmy - które robisz cały czas - bierzesz się również za to,
na czym się nie znasz. Okudżawa by Cię wyśmiał, a Wysocki dałby Ci po głowie
gitarą. Dalej, Twój wywiad może źle tłumaczony? Bo mnie się włosy jeżą.
Na konkretne pytanie o stalinizm odpowiadasz, że być może ludzie
niekoniecznie lubią towarzysza Stalina (tu ironiu ja poniał), ale tęsknią za
dobrym carem. To dlaczego kochają mordercę cara?! Mordercę ich własnego
narodu? Więcej Was wymordował, z nami i innymi włącznie, niż Hitler. I o
tym oczywiście już dzisiaj powinieneś wiedzieć. I nie pieprz, że 25 milionów
ludzi wymordował Hitler. O tym wiedzą wszyscy. Zrób film o 30 milionach
wymordowanych przez Stalina.
*** Coś w Polsce pękło, coś się skończyło - Jacek Żakowski
Gazeta Wyborcza - 16-04-1994
...Próbuję zrozumieć, co w moim kraju pękło. Szukam
odpowiedzi na dziecięco naiwne pytania. Co się skończyło, że osoba najwyższej
klasy, jako premier odwołanego rządu skarżącego się wciąż na dziury w budżecie
i hucznie wstrzymującego podwyżki dla urzędników, pobrała stumilionową
premię uznaniową, a były szef URM próbował nas przekonywać, że nic się
nie stało, bo wszystko było "zgodne z obowiązującym prawem"?
Dlaczego wciąż trwa takie prawo? Dlaczego milczało na ten temat kierownictwo
chętnie odwołującej się do etosu partii?
Co się stało, że kryształowy człowiek z piękną opozycyjną kartą po paru
latach urzędowania w gabinecie wiceministra faktycznie sam siebie mianował
prezesem rady nadzorczej, brał drugą pensję i kontrolował siebie, występując
jako jednoosobowe walne zgromadzenie, do którego jako minister delegował się
w imieniu skarbu państwa? I dlaczego ten piękny człowiek, który przez lata w
imię zasad buntował się przeciw peerelowskiemu prawu, płacąc za to osobistą
cenę, dziś mówi mi po prostu: "To jest w porządku, bo prawo na to
pozwala"?
*** Rewanż pamięci - Jacek Żakowski
Gazeta Wyborcza - 25-05-2001
...Po angażującej najwyższe autorytety francuskiej debacie na temat
milczącej większości Vichy, po przetoczeniu się przez Niemcy wielkiej debaty
wokół zbrodniczej roli niemieckich "zwyczajnych żołnierzy", kilka
miesięcy po rozpoczęciu polskiej debaty na temat zbrodni w Jedwabnem ruszyła
w Turcji narodowa debata na temat ormiańskiego holocaustu dokonanego w 1915
roku przez Turków otomańskich. Wywołał ją pisarz Taner Akcam, wiele godzin
opowiadając przed kamerami tureckiej telewizji o tym, jak na rozkaz Talata
Paszy tureccy żołnierze przy spontanicznej pomocy cywilów w krótkim czasie
zamordowali półtora miliona swoich ormiańskich sąsiadów. Mężczyzn
zarzynano bagnetami, dzieci roztrzaskiwano o kamienie lub ściany, kobiety gwałcono
i głodzono na śmierć. Dziesiątki tysięcy Ormian zginęły w marszach głodowych
przez pustynię albo podczas transportu w bydlęcych wagonach.
*** Rewolucja u bram - Ze Slavojem Żiżkiem rozmawia Jacek Żakowski
Polityka - nr 10/2005 r.
...Jak rewolucja miałaby dziś wyglądać? Gdzie jest Pałac Zimowy? W głowie Billa
Gatesa? Może w internetowej sieci, którą rewolucja musiałaby przejąć? Chyba już
nie ma sensu snucie po kątach tych wszystkich starych spisków z planami zamachu
stanu, szturmami, bombami. Musimy być otwarci. Ta rewolucja musi się dokonać w
symbolicznej przestrzeni wirtualnej. Kto przejmie kontrolę nad wirtualną
przestrzenią, nie będzie musiał zdobywać pałaców, koszar ani nawet mandatów w
parlamencie. Wystarczy wygrać walkę o wyobraźnię ludzi i zdobyć ich umysły. Za
10-15 lat, kiedy wybuchnie cały ten wielki kryzys, który dziś zapowiada wojna z
terroryzmem, napięcie z Chinami, pękanie Zachodu, erupcja świata slumsów,
będziemy musieli sięgnąć po wyniki refleksji, której wciąż jest zbyt mało. Od
tego, co zdążymy wymyślić, będzie zależała przyszłość. Bo przecież żaden
porządek świata nigdy nie trwał wiecznie. Nasz ład też nie jest wieczny. Trzeba
wymyślić nowy.
Coś bardzo osobliwego dzieje się aktualnie w głowie redaktora Żakowskiego.
Zachowuje się jak typowy sfrustrowany lewicowy jajogłowy. Gniewnie pokrzykuje,
chce wyznaczać społeczne wartości i wzory postępowania, dając wyraźnie do
zrozumienia że zniesmaczony jest stanem umysłowego niedorozwoju w Polsce.
Dziwne, porządny był z niego kiedyś facet.
*** Beata Pawlak - Ali Agca
Gazeta Wyborcza - 02-06-1999
...Pierwszego dnia procesu runęła jednak misterna opowieść, którą Agca budował, składając drobiazgowe zeznania przez dwa i pół roku. Ali Agca, zamknięty na sali sądowej w metalowej klatce, krzyknął: "W imię Boga wszechmogącego, ogłaszam koniec świata. Jestem Jezusem Chrystusem. W tym pokoleniu cały świat zostanie zniszczony". Dalej było już tylko gorzej. Agca był rozpalony i rozgorączkowany. Wieszczył: "Jestem większy niż Karol Darwin i Zygmunt Freud razem wzięci". - Jeśli próbuje wydać się mniej wiarygodny, to mu się wyśmienicie udało - zauważył prokurator Antonio Marini. Sąd nie znalazł dostatecznych dowodów na to, że oskarżeni Bułgarzy i Turcy zorganizowali spisek na życie Papieża. Uwolnił ich 30 marca 1986 r.
*** ALEKSANDRA BAJKA - Alibi z nieba
PRZEKRÓJ - 2 LUTEGO 2010
...Wielu badaczy twierdzi, że tak zwany bułgarski ślad spreparowano. Bo Agca o Bułgarach zaczął mówić dopiero po kilkunastu miesiącach. Istnieje podejrzenie, że Turka nakłonili do tego przedstawiciele tajnych służb. Równolegle informacje o bułgarskim śladzie pojawiły się w mediach. - Amerykanie i CIA pozbyli się w ten sposób wszelkiej, nawet pośredniej odpowiedzialności za próbę zabicia papieża - uważa Malvin Goodman, który w latach 80. kierował w CIA departamentem odpowiedzialnym za blok sowiecki. Z jego informacji wynika, że to Amerykanie sterowali akcją dezinformacyjną po zamachu. Goodman wskazuje ważny wątek: bliskie związki Szarych Wilków z supertajną siecią organizacji finansowanych przez Amerykanów w Europie Stay Behind. To zbrojne grupy powołane do walki z zagrożeniem komunistycznym. Prawdę o ich istnieniu wyjawił włoski premier Giulio Andreotti dopiero w 1990 roku. - Gdyby przypadkiem Italia znalazła się pod sowiecką (komunistyczną) okupacją, w odwodzie była grupa ludzi chętnych do organizowania zbrojnych akcji - tłumaczył premier.
*** z profesor Marią Janion rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica
...Tuż przed Pani przyjściem zrobiłam wycinek. Schowałam pod tą stertą papierów, żeby go Pani nie zobaczyła, ale teraz jednak Pani pokażę.
"W kosmosie z nieudolną świnią". Z dodatku "Supermarket" "Gazety Wyborczej".
- No i czy może mi Pani powiedzieć, po co to wycięłam?
Ja wycięłam kiedyś "Jak lepią bałwany znani i lubiani". To było o tym, jakie bałwany lepią znani aktorzy. A wycinek Pani Profesor jest właściwie o czym?
- Wchodzi się do takiej maszyny i przeżywa szaloną jazdę na nartach, jakiś spływ kajakowy, a w pewnym momencie okazuje się, że Pani udaje się w kosmos, a pojazdem kieruje świnia, która zupełnie nie daje sobie z tym kierowaniem rady i ten pojazd ciągle się rozwala.
*** Instytut a jednostka ludzka
- z profesorem Leonem Kieresem rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica
...Miał Pan ochotę na kolację?
- Zawsze mam ochotę na jedno danie. Żona odgrzewa ziemniaki, smaży je na czarno, bo tak lubię, do tego zsiadłe mleko lub kefir i dwa sadzone jajka. Jestem szczęśliwy, bo mam poczucie, że wreszcie jem coś porządnego. Już od osiemnastej zacząłem odbierać telefony, a pierwszą osobą, która do mnie zadzwoniła, był premier Leszek Miller. Musiał się natrudzić, bo zostawiłem komórkę w samochodzie. Niech się pan trzyma, powiedział.
*** Karol w brązowej marynarce nie wchodzi
- z Tomaszem Łubieńskim rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica
...A teraz inny przykład przeżyć człowieka piszącego. Miałem kiedyś sukces jako dramaturg na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Sztuka Koczowisko była oklaskiwana. Naprawdę, kto raz usłyszy oklaski pod swoim adresem, nigdy nie będzie niewinny, a jego ambicja już nigdy nie zazna spokoju. Na widowni, jak to się mówi, byli wszyscy. A ja nic tylko rozglądałem się wokół i szukałem swojego kolegi, Janusza Głowackiego. Szukałem i nie znalazłem. Bardzo chciałem się z nim podzielić swoją radością. Potem jeszcze mnie dobił, bo spytałem go: czemu żeś nie przyszedł? A on mi odpowiedział, że w tym samym czasie była degustacja spaghetti u ambasadora włoskiego.
Ja chyba tego nie napiszę.
- Dlaczego? Ja w każdym razie nigdy mu tego nie zapomnę, bo rozczula mnie i bawi moja ówczesna nadwrażliwość na innych. Owe dwie godziny z oklaskami włącznie, były dla mnie pełne przykrości. Że ten czy tamten nie przyszedł, a ów dla odmiany wyszedł po przerwie.
*** Struktura - z profesor Jadwigą Staniszkis rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica
Ma Pani jakiś rytuał pracy?
- Nie mam żadnych. Najpierw spisuję luźne pomysły na luźnych kartkach, często na biletach kolejowych, serwetkach, potem je gubię, a jeszcze potem rozpisuję pomysł na kilka stron. To schemat ze strzałkami i już wydaje mi się, że widzę cały problem i te strzałki. Potem piszę, a zaczynam czytać wszystkie książki wokół tematu, kiedy napiszę swoje, żeby się nie sugerować. Ludzie mi często zarzucają, że moje analizy są zamknięte we własnej przestrzeni i że są niewywrotne, bo nie odnoszą się do innych analiz. A nie odnoszą się, bo innych nie czytam. Nie znoszę czytać książek o postkomunizmie, bo uważam, że to wyłącznie moja własna sprawa do rozwiązania. Powiem wprost: nie interesuje mnie postkomunizm, interesuje mnie bardzo, co sama napiszę o postkomunizmie.
*** Korkociąg w dół - Z Jerzym Baczyńskim, redaktorem naczelnym tygodnika "Polityka", rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica - maj 1997
- Jak to jest, że w czasach, w których profesjonalizm jest niby w cenie, tak dramatycznie spada jakość przekazu. Panienka w telewizji publicznej mówi, że Piłsudski wycofał się do Milanówka - i bynajmniej nie jest to przejęzyczenie.
- Paradoksalnie, obniżyły się wymagania zarówno w poszczególnych mediach, jak i w całym środowisku dziennikarskim. Może dlatego, że wypowiedź publiczna nie ma już takiej wagi jak choćby dziesięć lat temu. Dziś błąd dziennikarski przy tym gigantycznym szumie informacyjnym, którego połowa pozbawiona jest sensu, ładu i składu, nie ma już znaczenia. Zbanalizował się. Brak profesjonalizmu wynika też z niskiego stopnia wykształcenia dziennikarzy. A przecież to zawód, który wymaga nieustannego kształcenia się, z tekstu na tekst, ruchliwości - fizycznej i umysłowej. Tu trzeba pracować całym ciałem. Młodsi koledzy często traktują swoją profesję zbyt utylitarnie. Ot, zawód jak zawód. Nastąpiła jego anonimizacja. Kiedyś był to zawód gwiazd, nazwisk; teraz gdyby nam przyszło wymienić nazwiska dziennikarzy, którzy pracują w wielkich - pod względem nakładu i pozycji rynkowej - pismach mielibyśmy spore kłopoty. Dwa, trzy nazwiska, często znane z przeszłości.
*** Barbara N. Łopieńska - Taka jest moja domena
Res Publica
...Idę, patrzę i nie widzę. No to pytam: gdzie posłuchać, czym żyje opinia publiczna w gminie Zatory? - Posłuchać, co wójt mówi - radzi pani Teresa Rzadkowska, naczelnik poczty. - On jest jedyny. Bo ona to co? - Kto by mi - mówi - rację przyznał? Powiedzieliby: dziewczyno!!! - pani Rzadkowska siedzi na poczcie od 35 lat. Siedzi cicho i spokojnie, bojąca jest i samotna. Pocieszam i dla ułatwienia pytam, co na tej poczcie słyszy.
*** Barbara N. Łopieńska - Łapa w łapę
...Hasan jest bratem Wenusa i jego przeciwieństwem. Najmniejszy i najgłupszy. Ciągle zaczyna z innymi tygrysami, a potem płacze: uszy spuszczone, oczka przymrużone. Chciałby zdobyć choć trzecie czy czwarte miejsce za Wenusem, ale jest za słaby. Waży tylko dwieście pięćdziesiąt kilo. Chciałby zrobić karierę i nie rozumie, że mu się nie uda. No, kompletnie to do niego nie dociera.
*** Barbara N. Łopieńska - Ulica Brzeska
...Kiedy Heniek został sierotą, sąsiadki gotowały w jego suterenie flaki na bazar. Maroniowa przywoziła z rzeźni dwieście kilo flaków z fekaliami, płukała w zlewie, ściągała błony i gotowała od osiemnastej do trzeciej rano na wolnym ogniu. Potem wystawiała flaki na klatkę schodową, żeby odparowały, siekała i doprawiała margaryną z zasmażką z mąki. Zdarzało się, że nie sprzedane flaki puchły. Wtedy Maroniowa gotowała je kilka razy i niosła na bazar. Takich flaków nigdy Heńkowi nie dała. - Dziś, Heniuś, flaki nie dla nas - mówiła.
*** Barbara N. Łopieńska - Co mamy na Ząbkach
...- Piją i kradną, kradną i piją - ryczy ze śmiechu były przewodniczący Kupiec. Pan Kupiec mówi, że w restauracji "Gościnna" zakończył karierę, pomińmy jego nazwisko, inny z byłych przewodniczących. Tak się zabalował, że postawił na stole Cygankę i, pardon, ściągnął jej widelcem majtki. Nic by nie było, gdyby nie to, że ktoś ukradł przewodniczącemu teczkę z dokumentami i powiózł do powiatu.
*** Marcin Meller - Serce zdrajcy
Polityka - 7 I 1995 r.
...Wieczorem tego samego dnia Malan pojechał, jak zwykle, do swych czarnych przyjaciół, by z pomocą whisky odpędzać zżerające go wątpliwości. Tej nocy powietrze wokół naszego stołu było gęste od myśli nie wypowiedzianych i niemożliwych do wypowiedzenia. Nie mogłem po prostu powiedzieć: Słuchajcie bracia, pod wpływem dzisiejszych wydarzeń przyszło mi do głowy, że Burowie mogą mieć rację - jeśli nie będziemy was, Czarnych, trzymać mocno pod butem, to wszyscy chwycicie za siekiery i rzucicie się na nas, rycząc: Afryka! Afryka! Oni także skrywali swoje uczucia. Jak mogli nie utożsamiać się z krwawym mścicielem? Nawet ja, Biały, wyczuwałem tę furię, która kazała mu wbijać siekierę w białe czaszki.
Mój Boże, mieć taki talent reporterski i skończyć w roli pajaca z warszawki! Mógł być Meller następcą Kapuścińskiego a został promotorem cycatych blondynek. Jakie czasy, taka i kariera.
Krzysztof Kąkolewski
*** Krzysztof Kąkolewski - Dziennik tematów
...Napad szaleństwa - trzech mężczyzn o dobrej opinii, normalnych, przeciętnych, po wesołej zabawie doznało dziwnego ataku: schwytali Jerzego M. okradli go, obdarli z ubrania do naga, zaciągnęli na cmentarz, kazali bezcześcić groby, potem przyłożyli nóż do gardła i kazali popełnić samobójstwo: "Powieś się, bo cię zabijemy". Wykorzystując chwilę nieuwagi, uciekł im. Złapali go powtórnie i zaczęli przepraszać, całowali po rękach, trzy godziny przekonywali, by się "nie mścił".
*** Krzysztof Kąkolewski - Zabawa w Agnieszkę
...Po spaleniu wszystkich melin błąkałam się cztery dni, ciągle na nogach, usypiając, szłam pod prąd jakiejś ulicy, kiedy nagle zobaczyłam znajomą twarz. Był to Czarek, syn spokrewnionego z królami potężnego przed wojną rodu. Czarka poznałam piętnaście lat temu, co wydaje mi się odległe jak średniowiecze. Spojrzał na mnie, zobaczył, że dzieje się ze mną coś złego. "Chodź do nas" - powiedział. Po dawnej świetności zostało im pięciopokojowe mieszkanie. Mieszkali w dawnym salonie. Trzy pokoje, nie sprzątane, zapełnione meblami z pałacu, rupieciami, składnicą nie wyniesionych śmieci, po kolei zamykali. Piąty zajmował sublokator. Wierzyciel, od którego Czarek pożyczył dużą sumę i nie oddawał, sprowadził sublokatora. Miał mieszkać sześć lat i płacić czynsz wierzycielowi. W dawnym salonie mieszkała matka Czarka, Czarek z żoną, czworgiem małych dzieci i dorosłym synem z pierwszego małżeństwa. Za przepierzeniem mieszkał przyjaciel Czarka, który ukrywał się przed żoną; zakochał się w dziewczynie imieniem Ilona i sprowadził ją. Obok ułożono moje posłanie. Oni nie myli się, chodzili w nędznych ubraniach, mieli zaniedbane zęby, głodowali. Raz na tydzień, w czwartek, był ich "jour fixe". Zbierali się tam ludzie, którzy ongi bywali na zamku, przynosili ze sobą jedzenie.
*** Krzysztof Kąkolewski - Pierwszy żołnierz III wojny
...Zrobił sobie karty, w które grał z sobą. Skarżył się, że często przegrywa. Zbliżył się do zwierząt: jego wzrok ciągle się polepszał, a słuch wychwytywał bardzo dalekie szmery i pozwalał je rozróżniać. Zabijał też zwierzęta, chwytając je przedtem, bo bał się strzelać. Jadał dużo dziczyzny. Jeden z ludzi, na którego polu zostawiał gałązkę świerku, był przezeń wzywany tylko po to, by z nim porozmawiać, ale Andrzej K. milczał i ciągle nasłuchiwał. Ten człowiek czasem golił go i przystrzygał włosy. Przynosił mu też czas. Według jego zegarka Andrzej K. regulował swój zegarek i dowiadywał się dokładnej daty. Czasem dziwił się, że to ciągle tamten stary rok, i niecierpliwił się, innym razem zadziwiał go nagły postęp czasu.
*** Krzysztof Kąkolewski - Barwy hetmanów i czerń SS
...Jak twierdzi Kalkstein, już w czasie początkowych przesłuchań gestapowcy wytykali mu, że pochodzi ze starej niemieckiej szlachty i pokazywali broszurę propagandową NSDAP o wschodniopruskiej szlachcie, gdzie na pierwszym miejscu był wymieniony ród Kalksteinów. Jednak oświadczenie jednego z asów podziemnego wywiadu AK, że czuje się Niemcem, wywołało sensację na Szucha. Natychmiast zawiadomiono Berlin. Sprawę uznano za tak wielkiej wagi, że zjechała specjalna komisja z Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy z Berlina w składzie pięciu urzędników i trzech stenotypistek. Kalksteina nie zwolniono, zaczęto go jednak inaczej traktować. Stenotypistki zaczęły swoją pracę: protokół zupełnego oczyszczenia się Kalksteina wobec Niemiec: wszystko, co zawierała jego pamięć jako Kalksteina-Polaka, wyrzuca z siebie. Wydaje swój sztab, swoich agentów wszystkich narodowości z zaznaczeniem na mapie Europy ich punktów kontaktowania, pseudonimów w dziesięciu krajach - i wreszcie zwierzchników - wyższych oficerów wywiadu AK, z którymi Kalkstein miał kontakty. Liczbę osób w tej wsypie niektórzy obliczają na dwieście do trzystu. Jednakże główna nadzieja, jaką wiąże z Kalksteinem Erich Merten, oficer gestapo, który przesłuchuje Kalksteina - to nadzieja, że teraz uda mu się aresztować Komendanta Głównego AK, generała Grota.
*** Krzysztof Kąkolewski - Rozkaz zabić anno 1911
...Osobliwa ta spowiedź człowieka, który wysłuchał tysięcy pątników, przed urzędnikiem c.k. policji zaczęła się od opowiadania o innej spowiedzi, jaka odbyła się w Częstochowie, trzy lata wcześniej, latem 1907 roku. Jaki grzech wyznała penitentka, dwudziestokilkuletnia telefonistka z Łodzi, Helena Krzyżanowska, że tak szczególnie zainteresowała o. Damazego? W czasie procesu w ostatnim słowie Helena mówiła o tej spowiedzi: "Uwiódł mnie mężczyzna. Nie chciałam żyć. Odwiódł mnie od śmierci spowiednik. Był nim o. Damazy". W kilkanaście minut potem następuje pierwsza schadzka z penitentką na historycznych wałach. Taki jest początek romansu. Powoli piękna Helena przechodzi na utrzymanie paulina, który obsypuje ją pieniędzmi, klejnotami, strojami, a potem wynajmuje mieszkanie w Warszawie, które mebluje luksusowo mahoniowymi meblami, fortepianem. Spłaca wielotysięczny dług ojca Krzyżanowskiej, wreszcie, przy bardzo wystawnym trybie życia (koniaki, kawior, wina francuskie), umożliwia, aby jej dwa konta bankowe zamknęły się w chwili aresztowania sumą szło 12 tysięcy rubli. Kaseta z kosztownościami skonfiskowana przez policję zawierała: 7 pierścionków z brylantami, bransolety, brosze, złoty zegarek, dużą ilość złotych monet. Zakochani odbywają trzy wielkie podróże po Europie w towarzystwie "świty": siostry Heleny i lokaja Załoga.
*** Krzysztof Kąkolewski - Antyczłowiek (Karol Kot)
...Urodził się 18 grudnia 1946 roku, czy jednak na jego wyobraźnię nie wpłynął najstraszliwszy pomysł świata? Marzy o czasie, "gdyby znów nastąpiła wojna i okupacja"... Zaproponował koledze, żeby został wtedy kierownikiem obozu koncentracyjnego - i tu użył języka niemieckiego - "lagerfuehrerem". Byłby w tym obozie podział na morderców, transportowców, młynarzy, którzy by mełli kości, i handlowców, którzy by sprzedawali produkty obozowe.
*** Krzysztof Kąkolewski - Jak umierają nieśmiertelni
...(Polański) już jako dziecko grał na scenie, w teatrze w Krakowie: jako elf, dziecko pułku, aniołek. Tylko Rynek oddziela jego dom od miejsca, koło którego często przechodził, a gdzie niedługo przed jego urodzeniem Kraków powrócił na dzień do czasów, gdy był centrum wiedzy tajemnej i studiował tu Faust. Poszła wieść przez Kraków. Byli tacy, co w oparach bezsensu, przywidzeń i grozy uwierzyli w nią. Wydarzenie opisuje w "Czarach i czartach polskich" Julian Tuwim: "W klinice ginekologicznej na Kopernika dziesięcioletnia Żydówka porodziła diabełka z rogami, kopytkami i ogonem". Niektórzy mówili, że widzieli go na własne oczy, przykutego łańcuchem w parterowej sali kliniki. Kiedy chciano go ochrzcić - mówiono - błyskawica rozdarła obłoki i przeleciała nad kościołem, który zatrząsł się w posadach, a księdzu wypadło kropidło z ręki. Doktorzy próbowali otruć diabła. Na próżno dawali mu najsilniejsze trucizny, one karmiły go, wzmacniały jego siłę. Ludzie biegli ku ulicy Kopernika. Tłumy tarasowały ulicę. Pod wieczór wzrosły do kilku tysięcy. Zaczął się szturm do kliniki. Przyjechała policja, szarżowała, tłumy rozproszyły, się, potem wróciły, czekały do późnej nocy, kiedy rozeszła się wieść, że diabeł został wywieziony do Berlina.
"Jak umierają nieśmiertelni" to reportaż o Wojciechu Frykowskim, ofierze mordu (wraz z Sharon Tate, żoną Polańskiego) bandy Mansona. Tekst będący klinicznym przypadkiem przekraczania pewnej granicy przez reportera.
Tekst został napisany dwa lata po roku 1968, i, choć nie jest to rzecz jasna tekst na polityczne zamówienie to zawiera wszelkie elementy propagandy marcowej: elyta literacko-artystyczna składa się z degeneratów zasługujących na srogą rozprawę. Co Kąkolewski miał na myśli pisząc, że na krótko przed urodzeniem Polańskiego w Krakowie pojawiła się plotka o Żydówce co porodziła diabełka?
*** Jerzy Urban - Grzechy chodzą po ludziach
...Zgodnie z uprzednim ustaleniem przychodzi telegram z godziną przyjazdu Andrzeja W. Urszula T. wystrojona najlepiej, jak tylko mogła, idzie na dworzec, a Małgorzata B. w wielkim napięciu czeka w domu przez kilka godzin. Potem idzie do mieszkania przyjaciółki i dowiaduje się od jej matki, że Urszula T. godzinę temu wyjechała z K. Musi - okazało się - dostarczyć na rano jakieś dodatkowe papiery na uczelnię i rozmówić się z jedną panią, która obiecała jej pomóc w dostaniu się na studia, bo ma kogoś w komisji przyjęć. Małgorzata B. już wie, że przyjaciółka ją zdradziła i okradła z amanta. Urszuli T. nie ma przez bite trzynaście dni, jej rodzice są bardzo zaniepokojeni. Potem wraca. Spotkanie przyjaciółek przebiega dosyć spokojnie. Urszula T. opowiada, że nie umiała mu powiedzieć tego, że ona nie jest Nią. Zwlekała. Spacerowali koło dworca i rozmawiali. Powiedziała, że nie może go zaprowadzić do siebie do domu, takie układy. Zaproponował, że weźmie ją ze sobą, do swoich rodziców, na wieś. Sama nie wie, dlaczego tam pojechała. Spędziła tam cały ten czas, bo postanowiła, że skoro już tak się stało, jak się stało, to ona musi go lepiej poznać, żeby przyjaciółce móc powiedzieć, jaki on jest i czy wart zawracania sobie nim głowy. Misję spełniła i może śmiało oświadczyć, że on jest bardzo nijaki, niepozbierany. Po prostu nic ciekawego. Było, nie ma, nie ten - to będzie inny. Małgorzata nie powinna się przejmować. Małgorzata B. bez słowa wyszła od wieloletniej przyjaciółki i opowiedziała, komu tylko mogła, jaką wyjątkową świnią jest Urszula T.
*** Jerzy Urban (Kibic) - JAKIM PRAWEM (historyjki sensacyjne)
...Historia Polski posunęła się o krok naprzód w listopadzie 1971 roku. Zdarzyło się to w pokoju warszawskiego Grand Hotelu. Epizod jest mało znany, nie wprowadzony jeszcze do podręczników szkolnych, godzien więc jest wzmianki. Sporządzony tam został i podpisany dokument regulujący "ostatecznie i po wieczne czasy" kwestie sukcesji korony polskiej. Paragraf pierwszy owego dokumentu brzmi następująco: "Ja, Ewelina Maria Stefania Poniatowska, urodzona 14 stycznia 1908 roku w Częstochowie, z ojca Fryderyka i matki Marii z domu Czapuś, oświadczam i przysięgam, że wywodzę się w prostej linii od ostatniego legalnego i wybranego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. Będąc jedyną osobą, która ma prawo być królową Polski, co jest ogólnie uznane i niepodważalne, z własnej woli, w pełni władz fizycznych i umysłowych postanawiam..."
*** Jerzy Urban - SILBERSTEIN VEL ŚLIWA
...- Ja zawsze mam szlema pełnego w ręku - rzekł konsul. - Ja nigdy nie przegrywam. Ja z jednej krańcowości przechodzę w drugą. Bezwzględnie jestem inteligentny. Ja fikam.
On - konsul - przyznaje się do wszystkiego, tylko nie do tego, że nazywa się Czesław Śliwa. Niech reporter sprawdzi jego tożsamość. Może ją potwierdzić poseł B. z Częstochowy, ambasador B. z warszawskiego MSZ i jego drogi paryski kuzyn, baron Edmund de Rotschild.
W pisanym w więzieniu liście, niepomny złych doświadczeń Lejzorka Rojtszwańca, konsul zwracał się do Rotschilda tymi słowy: "Muszę przetrwać okresową rozłączność. Ufam bardzo Twej gestii. Stadium nasze jest argumentalne. Ściskam Twą prawicę, mój bracie. Honorem naszej rodowości jest szlachetność i wspaniałomyślność czynu".
Listów podobnych napisał kilka. Rotschildowi miał do zaproponowania pokrewieństwo, awansowanemu na prezydenta byłemu premierowi Eszkolowi - swój niezłomny patriotyzm i informację o nienagannej służbie w wywiadzie państwa Izrael.
*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Kotan pyta: Kochasz mnie?
Gazeta Wyborcza - 24/08/2002
...Na innym zebraniu zarządu Kotański wyłuszczał kiedyś jakiś swój nowy pomysł. Jak to on zaczął się zapalać, przeszedł do wytykania współpracownikom inercji. W końcu zapytał, kto jest z nim i kto będzie realizował pomysł, a kto ma ochotę wyjść. Dla zwiększenia efektu zdjął nawet drzwi z zawiasów.
- Komu się nie podoba, to wyp...ć! - wrzasnął.
Zapadła cisza.
Kotański toczył oczami po sali.
- Co? Pewnie uważacie mnie za ch... i manipulanta!
Cisza.
Wtedy odezwał się Jerzy Siczek: "Czy za ch..., to nie ręczę, ale za manipulanta na pewno".
*** EWA JAGALSKA - Wojna na grobie Kotana
Kulisy - 2003-03-26
...Pierwsze anonimy zaczęły przychodzić już w niespełna trzy miesiące od śmierci Marka Kotańskiego. "Do prasy, radia i TV. Wyczerpała się cierpliwość i owiec milczenie. Żądamy natychmiastowego Nadzwyczajnego Walnego Zjazdu Stowarzyszenia Monar. W obawie o restrykcje tego apelu podpisać nie możemy i nie jest to bezzasadna obawa". Po tym następuje długa lista zarzutów i żądanie podania się Koczurowskiej do dymisji. Bezdomni, podpisani jako grono wolontariuszy Monaru i Markotu, dopytują się m.in. "dlaczego nie zgłosiła organom ścigania i porządku prawnego faktu, że wiceprzewodnicząca Hanna J. dopuściła się karalnego czynu, otwierając rachunek bankowy poza wiedzą władz statutowych, swobodnie nim dysponując bez wglądu działu księgowości blisko dwa miesiące?", "dlaczego przewodnicząca Jolanta K. dopuściła do swobodnego rozdysponowania pamiątek po Marku Kotańskim, w tym prywatnej korespondencji (...)?", "dlaczego Hanna J., wiceprzewodnicząca Z.G. rości sobie prawa do zawartości bankowego depozytu, osobistej własności zmarłego M. Kotańskiego, niepokojąc wdowę po naszym Przewodniczącym gorszącymi awanturami i groźbami ujawnienia rzekomych tajemnic, mogących pozostawić pamięć Twórcy Monaru w niekorzystnym świetle?". Takich anonimów było więcej.
*** Maja Narbutt - Chanuka i choinka
Rzeczpospolita - 08.12.2007
...- Dzieciom trudno wytłumaczyć, że nie będzie mikołajek i nie dostaną jeszcze jednego prezentu. Jeden z uczniów zaproponował więc kilka lat temu: zróbmy mordechajki - mówi Olga Niecikowska-Płotek, której czworo dzieci przewinęło się przez szkołę Laudera.
Dobrotliwy chrześcijański biskup nie wydaje się oczywistym patronem święta w żydowskiej szkole. Jednak znaczna część rodziców gotowa jest iść na barykady, by walczyć w obronie tradycji, którą szkole trudno zaakceptować. Symbolem zmagań i dylematów, przed jakimi staje szkoła, jest choinka. Linie podziału w tej walce przebiegają czasem zaskakująco.
- Bardzo po stronie choinki zaangażowali się niektórzy Żydzi, którzy uważają, że skoro żyją w Polsce i są zasymilowani, to mają prawo do przestrzegania polskiej świątecznej tradycji. Mogą być nawet zdecydowanymi ateistami, ale "odbieranie" ich dzieciom choinki uważają za przejaw mentalności getta - tłumaczy jeden z rodziców. - Ale kiedy żądano tej choinki bardzo kategorycznie, wstała jedna z matek, w typie Polka katoliczka i powiedziała: w końcu posłaliście państwo dzieci do żydowskiej szkoły, nie wiedzieliście o tym?
*** Maja Narbutt - Labirynty księdza prałata (KS. HENRYK JANKOWSKI)
Rzeczpospolita - 23.10.2004
...Ksiądz Jankowski często wypowiadał się o arcybiskupie Gocłowskim wręcz z pogardą. Kiedy przed Wielkanocą 1995 roku agencje prasowe doniosły, że przy grobie Chrystusa obok swastyk, sierpów i młotów oraz napisów SS, NSDAP, NKWD, PZPR pojawiły się symbole współczesnych polskich partii politycznych SLD, PSL i UW, biskup Gocłowski udał się do bazyliki św. Brygidy. To, co się wtedy wydarzyło, prałat Jankowski wykreował na barwną anegdotkę opowiadaną znajomym. - Na kolanach zbierał biskupek napisy z posadzki trzęsącymi się rękami, bo ja odmówiłem.
*** MAJA NARBUTT, ANNA MARSZAŁEK - Moja ukraińska niania
Rzeczpospolita - 11.08.2006
...Większość Polek zatrudniających Ukrainki przyznaje też, że bardzo się starają. - Szczerze mówiąc, czasem aż za bardzo. Jedna z nich umyła mi ściany w salonie, i to tak gorliwie, że zdrapała je do tynku - mówi dziennikarka jednej z warszawskich gazet. - Myślę, że chciała posprzątać najlepiej jak umiała, z pewnością przykładała się do tego bardziej niż u siebie w domu.
Ukrainki mają jeszcze jedną cechę, która uderza polskich pracodawców. - Nie spoufalają się. Kiedy przychodzi do mnie polska sprzątaczka, oczekuje, że najpierw razem wypijemy kawkę i pogawędzimy towarzysko, co szczerze mówiąc bardzo mnie irytuje - mówi Polka pracująca w jednej z instytucji finansowych. - Z ukraińskimi sprzątaczkami nie mam tego problemu. Niezależnie od tego, co robiły u siebie w kraju, chowają dumę do kieszeni, biorą ścierę i zasuwają.
*** Maja Narbutt - Krótko po rozwodzie - ROSJANIE W WARSZAWIE
Rzeczpospolita - 14.09.2002
...Gdy na Stadionie Dziesięciolecia wysłuchuję od Rosjanek kolejnej historii o tym, jak fatalnie potraktowali je polscy pogranicznicy czy policjanci, zadaję pytanie: - Co w ogóle sądzicie o Polsce? Odpowiedź mnie oszałamia: - Bardzo mi się podoba polskie państwo. To, jak przejmuje się losem swoich obywateli - mówi nieoczekiwanie Swietłana, prowadząca wypożyczalnię rosyjskich książek. Ciągle nie może wyjść ze zdumienia, oglądając telewizyjne wiadomości. - Gdy zdarzy się katastrofa samolotowa, nawet w Australii, to od razu sprawdza się listę ofiar. I wszyscy oddychają z ulgą: "na szczęście nie było nikogo polskiego pochodzenia". Równie zadziwiający jest dla przybyszy zza wschodniej granicy inny, na pozór zupełnie oczywisty fakt. Gdy w Polsce zaginie dziecko, natychmiast wszczyna się wielką akcję poszukiwawczą, o jej wynikach zaś informują media. Jestem w stanie pojąć to zaskoczenie - bo na Syberii szokiem zareagowałam na wiadomość, że nie podejmuje się poszukiwań dzieci, które zaginęły w tajdze, zbierając grzyby. Troska o ich los to prywatna sprawa najbliższych.
*** Maja Narbutt - A potem cię unicestwię...
Rzeczpospolita - 29.09.2007
...Była północ. Bogdan Chojna kilka godzin wcześniej wrócił razem ze swą nową partnerką z Egiptu. Rozległ się dzwonek do drzwi. Zbudzony ze snu Chojna otworzył. Dlaczego mając świadomość zagrożenia, ostrzeżony przez detektywa, Bogdan Chojna wpuścił do domu swego mordercę? Bliscy biznesmena nie mają wątpliwości - musiał usłyszeć, że chodzi o Ksawerego. Uznał, że coś się stało jego synowi i bez wahania otworzył drzwi. Ireneusz M. zadał mu kilkanaście ciosów nożem i odszedł. Wrócił po chwili. - Chciałem zobaczyć, że naprawdę umiera - powiedział przyjaciółce Chojny, która zaalarmowana krzykiem przybiegła i znalazła biznesmena w kałuży krwi.
*** Maja Narbutt - Nie szukam zemsty
Rzeczpospolita - 28.09.2002
...Atak nastąpił nieoczekiwanie. W kierunku Darka i Doroty poleciały kamienie. Nie było momentu, w którym agresja słowna poprzedza fizyczną, gdy można jeszcze coś zmienić. Gdy upadł trafiony kamieniem w głowę Darek, na ucieczkę było za późno. Krzycząc po hiszpańsku "na pomoc", zalana krwią Dorota z ulgą spostrzegła, iż z pobliskich domów wybiegają ludzie. Ale wkrótce zrozumiała, że nie biegną po to, by ratować. - Darek zginął bardzo prędko - mówi cicho. Na pozór bez emocji opowiada o ranach, które jej zadano, o tym, że wydawało jej się, iż nie ma już oka, a uderzenie maczetą niemal odcięło jej ucho. O śmierci narzeczonego nie jest jednak w stanie rozmawiać. Kiedy związana przez wieśniaków Dorota leżała na drodze, była zupełnie pewna, że i jej śmierć jest kwestią czasu. - Wieśniacy wiedzieli, że nikt im nie przeszkodzi. Myślałam już tylko o tym, by stracić przytomność. Zginąć, nie wiedząc o tym.
*** Maja Narbutt - Maestro i jego miasto
Rzeczpospolita - 17.03.2004
...O homoseksualizmie Wojciecha K. wiedzieli wszyscy. O pedofilii zaczęło się napomykać dwa i pół roku temu. Mniej więcej od tego czasu docierały do mnie sygnały rodziców chórzystów, którzy mówili, że dzieją się niedobre rzeczy - przyznaje wiceprezydent Poznania Maciej Frankiewicz. Rozkładając ręce, zapewnia, że był bezradny. - Nie mówiono nic konkretnego. Prosiłem o cokolwiek. Nikt nie złożył zeznania. Brak było dowodów, że pan K. wykorzystuje dzieci. Nieśmiałe próby odsunięcia dyrygenta Polskich Słowików skazane były na niepowodzenie. - Gdy ktoś sugerował, że pan K. powinien odejść, natychmiast pojawiały się ostre pytania: a konkretnie co macie przeciwko niemu? Chyba nie chodzi o orientację seksualną? Wojciech K. bardzo dobrze wykorzystywał swój homoseksualizm, praktycznie był nie do ruszenia. Gdyby ktoś go zaatakował otwarcie, skutek byłby jeden - musiałby go przeprosić na łamach gazet.
*** MAJA NARBUT - Dobra miłość, zły dotyk - PRZYPADKI ANDRZEJA S.
Rzeczpospolita - 10.07.2004
...Są różne szkoły psychoterapii, jednak pewne standardy pozostają niezmienne. - To piękna teoria - mówi młody psycholog kliniczny, zdobywający kwalifikacje psychoterapeuty: - Jednak zupełnie inaczej patrzy się na psychoterapeutę, który cieszy się sławą. Praktycznie jest nietykalny. Wybacza się mu agresję słowną wobec pacjenta, a czasem nawet fizyczne popchnięcie go. Wychodzi się z założenia, że wie, co robi. A generalnie, coraz bardziej patrzy się przez palce na to, co robią koledzy. Zaczęto zakładać, że wszystko weryfikuje rynek. Jeśli ktoś się nie spodoba, to nie będzie miał klientów i nie kupią jego książek. To teraz się liczy.
*** Edyta Gietka - Wyznania paparata
Polityka - 2009-08-15
...Jerzy Kośnik, stara szkoła, lata całe jeździł do Międzyzdrojów z otwartą przyłbicą, ale przestał, bo zdjęcia bywały na ogół smutne, gwiazdy to raczej osoby starsze, muszą się nisko schylić, odciskając rękę w betonowym deptaku i jeszcze zadrzeć głowę w obiektyw. Fakt, Kośnik ma negatywy, na których widać, że Andrzej Seweryn gra w sztuce "Don Juan" w szlafroku, ale bez majtek, ma Eltona Johna w kalesonach, ale nie będzie chamem nawet za 100 tys. zł. Który z tych gówniarzy zrobiłby tak jak Kośnik? Kiedy fotografował nagą 25-letnią Annę Dymną, obiecał jej, że nie pokaże zdjęć przez pięć lat i słowa dotrzymał. Gdyż to był środek komuny, napięcie seksualne w społeczeństwie, spowodowane brakiem gazet porno oraz tabloidów. Dymną w owym czasie rozkupiliby erotomani, a tego chciał uniknąć. Gdy uwieczniał Beatę Tyszkiewicz, posadził jej na ramieniu swoją kotkę, kamuflując szyję, czyli wiek.
*** Ewa Winnicka, Edyta Gietka - Śpiewające telewizory
Polityka - 2007-09-29
...Gwiazdy popłakawszy z rodzinami, wpadają na chwilę do garderoby ozdobionej fioletowym brokatem. Na drzwiach są gwiazdy z pozłotka, w gwiazdach są nazwiska gwiazd. Więc wynika z nazwisk, że zaśpiewa jeszcze gwiazda Katarzyna Sowińska, modelka i prezenterka MTV, znana z tego, że podczas prezentowania pokazała majtki. I wiele innych gwiazd, po dwie na garderobę. Tylko Edyta Górniak i Joanna Trzepiecińska mają sale osobno, o czym świadczy jedno nazwisko w gwieździe, co z kolei ma świadczyć, że to już naprawdę gwiazdy. Inne gwiazdy jeszcze może nie są dużymi gwiazdami, ale na pewno będą. Tak jak Edyta Herbuś, która cztery lata temu przyjechała z kieleckiego blokowiska z walizką najładniejszych ciuchów, najpierw tańczyła, potem śpiewała, teraz gra w serialu o miłości i przyjaźni się z prezydentówną Wałęsówną, ma swoje 27 zdań w Wikipedii, a w googlach 270 tys. wejść. A taki Gustaw Holoubek tylko 47 tys.
*** Edyta Gietka - Celebryci
Polityka - 2006-09-16
...Żałobna sesja na cmentarzu rozpaczającej po stracie ojca Justyny Steczkowskiej przyniosła "Vivie!" przyznawany dorocznie przez SDP tytuł Hieny Roku. Sesję urządzono trzy lata po śmierci pana Steczkowskiego. Na Powązkach. Cmentarz w Stalowej Woli, gdzie naprawdę leży, nie jest pewnie tak efektowny. Na okładce ona "śpiewa, płacze, choć nie ma już ojca", wyżej minister Andrzej Celiński mówi, że nie miał siły oprzeć się zdradzie... Gdy wzięła ten tytuł do ręki, płakała. Zniesmaczeni fani też pogrzebali ją na długo. - Nie chciałam tej sesji. Pytałam mamę. Powiedziała wtedy, że mówić o zmarłych to tak, jakby zapalić za nich świecę. Co mogę zrobić innego dla taty, jak powiedzieć o nim? To miało wyglądać inaczej, miał być wyraz moich prawdziwych uczuć do ojca, nie marketingowy chwyt, zapłakana lalka na okładce. Gdy to dawali, ktoś z redakcji powiedział ponoć: niech się dzieje, co chce. Wiedzieli, że ja za to zapłacę. Przepraszałam za to wiele razy...
*** Edyta Gietka - Schizma w powiecie
Polityka - 2009-03-21
...Kiedy rada parafialna pisała listy, Odnowa zyskiwała wpływy polityczne. Krajka został wiceprzewodniczącym rady miasta z ugrupowania Zjednoczeni dla Obywateli, prezesem klubu sportowego Otmęt, dyrektorem SP nr 1, gdzie uczy wuefu oraz informatyki. Zwerbowany Roman Chmielewski jest radnym powiatu, przewodniczącym Komisji Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego, redaktorem naczelnym jedynej lokalnej gazety, gdzie zwerbował do Odnowy pięciu redaktorów. Mają swoich we wszystkich siedmiu krapkowickich szkołach, w urzędzie skarbowym, Państwowej Inspekcji Handlowej, Inspekcji Pracy, przychodni zdrowia, w bankach, w Komendzie Wojewódzkiej Policji, w hurtowni budowlanej, biurze architektonicznym, wśród wykładowców opolskich uczelni. Mają stronę internetową oraz całodobowy telefon psychologicznego wsparcia.
*** Edyta Gietka - To ta Ewa
Polityka - 2007-04-28
...Oprócz listonosza do domu jak grobowiec puka jeszcze Zbyszek. Przychodzi zrobić Ewuni zastrzyk z insuliny. Dwa lata temu Ewa coś zagadnęła o psich sprawach. Była zima, w mieszkaniu - 7 stopni. Może z bezradności zagadała? Potem jeszcze raz. On powiedział, że jest zakochany w książkach. 20 lat pracował w bibliotece kieleckiego Ośrodka Badawczo-Rozwojowego. Ale rozwiązali ośrodek. Teraz w bibliotece jest hala meblowa, a książki, których nie wywieziono, stoją na nowiutkich meblach jako eksponaty. Zbigniew Rudziejewski-Rudziewicz, z którego ludzie się śmieją, że ma 167 zł w miesiącu i hrabiego rżnie, tak się zaczytał w książkach, że też zapomniał o życiu, jakiejś żonie, jakichś dzieciach.
*** Edyta Gietka - Dwulewo ręczni
Polityka - 2007-12-01
...Barbara Wyszkowska, posiadająca firmę sprzątającą Basma, to najbardziej wyrozumiała szefowa, jaka może się w kapitalizmie trafić. Zatrudnia około setki kobiet. Jeśli młode, to tylko młode matki. Poza tym matki wielodzietne, matki schorowane, na rentach, matki z małych miast, kiedyś na zakręcie, obecnie mieszkanki warszawskich noclegowni. Zdarza się tak. Gdy budowano Blue City, centrum handlowe w Warszawie, Barbara Wyszkowska robiła rekrutację nawet wśród mieszkańców pobliskiego Dworca Centralnego. Jednego z nich zrobiła brygadzistą, dostał telefon, trzy miesiące był człowiekiem pracującym. Gdy skończyła się budowa, prosiła: poczekaj, będzie następna. Zapił się na śmierć. Inny jest na trzymiesięcznym leczeniu, jak wróci i będzie człowiekiem, to ma drzwi otwarte.
*** Edyta Gietka - Ile kosztuje pijak?
Polityka - 2006-08-26
...Syn pani Halinki, kiedyś glazurnik najlepszy w okolicy, tak pił za zasiłek stały, aż umarł. Co jakiś czas zabierali Zbyszka do szpitala podleczyć, dostawał kwit na marskość wątroby i znów zasiłek. - Wydzwaniałam do opieki i pytałam: Po co mu pieniądze dajecie? Potem tak się wycwanił, że kazał listonoszowi zostawiać pieniądze u sąsiadki. Już był na wykończeniu, gdy konkubina zanosiła mu nalewki do szpitala w słoikach. Już nie zdążył przepić zasiłku celowego na leki. Miał 51 lat. Może to metoda opieki, żeby poschodzili z tego świata?
Można powiedzieć, że za gminne pieniądze wykrusza się towarzystwo ze skwerku przy ul. Kazimierzowskiej. 420 zł zasiłku stałego wykończyło też pana Zenka, Kwaska, który dostał aż zaników pamięci, bo też miał za co pić - samochód go potrącił po kilku nalewkach. Sławek (zasiłek z powodu epilepsji alkoholowej) padł rok temu w drodze na metę, Felek z trzeciego piętra wyskoczył po pijanemu.
*** Edyta Gietka - Zbrodnia domowa
Polityka - 2007-10-06
...Bazyli N. ze wsi pod Sokółką zatłukł żonę lewarkiem, bo ona pierwsza zaczęła, przyduszając go poduchą z pierzem. Bazyli nie lubił tego, że ona handlowała ruską wódką, przecież miała rentę, on drugą, było swoje jajko, świniak, kombajn, syn też już na własnym. Przez ruską wódkę nie było nocy, żeby do okna nie pukali po towar, a według Bazylego noc jest od spania. Więc po incydencie z poduszką Bazyli kupił gaz obezwładniający za 10 zł na rynku w Białymstoku, wziął lewarek i poszedł żonę łupnąć, zostawiwszy okulary przed domem pod jabłonką, żeby nie spadły, jak się będą szamotać: - Psiknąłem gazem, żeby ją ogłuszyć, a tu nic, jaka cena, taki towar - przeciąga głoski na wysokich tonach mową podlaską. - To ją lewarkiem w głowę, a echo odbijało się takie jak w lesie, gdy się pałką tłucze o suche drzewo - pum, pum, pum. Posiedziałem, nie wstała. Jak koniec, to koniec - streszcza rzeczowo. W końcu ona pierwsza rękę podniosła, to on drugi, żeby było sprawiedliwie.
*** Edyta Gietka - Instrukcja mycia leżaka
Polityka - 2011-10-05
...Tymczasem dziedzic, kiedy już przecyknie (wróci mu mental status), cechuje się tym, że pyta o swoje mienie i nie popuści żadnej reklamówki, z którą go tu przywieziono. Jest w niej najczęściej parasol, manierka, łyżka, jakaś parówkowa, dwie koszule, parę skarpet, kurtka i koc. Umyty i przecyknięty uważa, że oprócz łachów miał jeszcze 500 zł w kieszeni, zegarek Roleks, złoty medalik od mamusi, sztuczną szczękę, okulary itp.
Problem został rozwiązany wewnętrznie. W części psychiatrycznej szpitala jest coś w rodzaju magazynu rzeczy używanych. Rzeczy przynoszą pielęgniarki czyszczące swoje szafy. Albo nie odbiera ich rodzina po zmarłym. Jakieś koszule po mężu, spódnice po żonie. Zawsze dziedzic coś sobie dobierze. Mimo to przy wyjściu są awantury, bo dziedzicowi nie pasuje kolor nowych spodni. Personel tłumaczy cierpliwie: - Przecież pańskie były zasrane. - A chuj, że zasrane, ale moje.
*** Edyta Gietka - Jakie małpy, takie zoo
Polityka - 2009-07-18
...Pani Irenka robi nosorożcom poranną toaletę. Ale nie taką, że leje szlauchem, gdzie popadnie. Myje tam, gdzie nosorożec chce, odkręcając się w stronę strumienia. Woda miejska okropnie wysusza, więc pani Irenka po kąpieli spryskuje nosorożce oliwką. Potem w miękką skórkę pod fałdkami wciera olejek waniliowy, który odstrasza meszki. Po toalecie leci na wybieg dopilnować, czy podłoże jest odpowiednio miękkie, wybiera to kamyczki, to szkiełka, gdyż nosorożce mają niesamowicie wrażliwe nogi. Jak słonie. Na wolności pokonują duże przestrzenie, ścierając sobie naskórek, w zoo należy im się pedicure.
*** Ludwik Stomma - Panna Jadzia
Polityka
...Spałem kiedyś z panną Jadzią w Radzyniu Podlaskim, w wieloosobowym pokoju hotelowym, który przypadkowi współmieszkańcy taktownie opuścili Za litr wódki wynagrodzenia. Miała bieliznę z czarnej tafty, która łamała się w rękach z trzaskiem drew buzujących w kominku. Poziewając szeptała potem: "Zabierz mnie stąd..." Nie chodziło o Hawaje ani Tahiti. Brudne prycze na lewo i prawo dawały rzeczywistości wystarczające świadectwo. A jednak. Chwila poczucia się potencjalnym księciem z bajki. Już nawet księciem całą gębą. Coś na kształt ulotnego szczęścia pozwalającego zapomnieć standardowy, dansingowy podryw: - Dałem pannie Jadzi szansę pomarzyć... Potem z inną panną Jadzią spałem w Parczewie. Było mniej więcej tak samo. Panny Jadzie są przeważnie otłuszczone nieco i ramiączka obowiązkowych biustonoszy wrzynają się im w ciało. Oddech mają nie zawsze świeży i rozbierając się niezgrabnie każą zawsze wyłączyć światło. Później mają wyrzuty sumienia - zawsze te same i w te same ubrane słowa. Ubierają się, prosząc, żebyś nie patrzył, żegnają się nagle nie patrząc w oczy, wstydliwy całus z półobrotu i wracają do swoich bufetów.
*** LUDWIK STOMMA - Czytając Dąbrowską
POLITYKA - 21 września 1996
...Z rozbrajającą szczerością pisze Dąbrowska: "Bierut zrobił na mnie raczej dobre wrażenie, pewno dlatego, że mówił mi komplimenty" (t. II, s. 298). A niedługo potem (3. IV.1954): "W »Nowej Kulturze« ukazało się moje opowiadanie »Trzecia jesień«, którego mi wszyscy gratulują. Ale zrobili mi kawał. W tym samym numerze umieścili fotografię z owego spotkania w Belwederze pt. »Bolesław Bierut wita Marię Dąbrowską i Annę Kowalską«. Zmierziło mi to cały numer i moje opowiadanie". Oto prawdziwy dylemat Dąbrowskiej - chodzić na przyjęcia do Bieruta, ale żeby to zostało między nami. I jaka to nielojalność, że jakiś fotograf... I mieszkanie to też mimochodem, i nagrody państwowe przez przypadek...
*** Ludwik Stomma - W poszukiwaniu Coluche'a
POLITYKA - 1995
...18 listopada 1980 r. przedstawia Coluche swój program wyborczy: "Nasmrodzę więcej niż wam się wydaje. W tym kraju jest od cholery facetów, których problemami nikt się nie przejmuje: fryzjerzy, pederaści, kierowcy taksówek, działkowicze... Ja będę kandydatem tych mniejszości. A wszystkie mniejszości do kupy stanowią już większość...". Dalszy ciąg proklamacji usiany jest mniej lub bardziej udanymi bon-motami, jak na przykład: o kandydacie komunistycznym Marchais - "Co by zapamiętała historia z działalności pierwszego sekretarza, gdyby jutro uderzył kopytami w kalendarz? - tyle tylko, że śmieszył ludzi w telewizji"; o prezentującym się po raz trzeci Mitterrandzie - "To prawda, że nie zdałem na studia, miałem jednak na tyle godności, żeby nie stawiać się na egzamin trzy razy"; o sytuacji politycznej we Francji - "Mówią, że Francja jest rozdarta na dwie części, ze mną będzie rozdarta na cztery, jeśli nie więcej". Czy jeszcze: "Są u nas ludzie, którzy rodzą dzieci, bo nie mogą sobie pozwolić na kupno psa". Albo też: "Co robi facet w Etiopii, kiedy znajdzie wyschnięty groszek - natychmiast zakłada dom towarowy".
*** Joanna Podgórska - Zakonnice odchodzą po cichu
Polityka - 15 września 2011
...Czytałam, że dla księży, w ich ocenie, najtrudniejsze jest dotrzymanie ślubów czystości, a dla zakonnic ślubów posłuszeństwa. Bo często wymaga się od nich posłuszeństwa ślepego.
Tak bywa, choć częściej nie jest to ślepe posłuszeństwo podwładnych, ale nadużywanie władzy przez przełożone. Nie jest tak, że każą siostrze Petroneli sadzić drzewka do góry korzeniami, ale zdarzają się sytuacje, gdy jakaś przebojowa zakonnica robi coś sensownego, angażuje się, rozwija akcje, staje się znana w środowisku, a przełożona odsyła ją do pralni, żeby nauczyła się życia cichego i pokornego. Takich sytuacji znam sporo. Różne są motywacje przełożonych, bo bywa, że komuś woda sodowa rzeczywiście uderza do głowy i lepiej zdjąć go z eksponowanego stanowiska, ale czasem jest to zwykła zawiść i niezrozumienie.
*** Rafał Jabłoński - WIELKIE ĆPANIE
...W roku 1976 lekarze i tzw. organa ścigania skonstatowały z niemiłym uczuciem, że w środowisku narkomanów zaczyna się coś dziać. Poprzednio, dzięki sprawnie przeprowadzanym działaniom profilaktycznym, zmniejszono do minimum możliwość nabywania narkotyków na fałszywe recepty, zadbano o odpowiednie zabezpieczenie aptek, powoli też wycofywano ze sprzedaży sklepowej różne środki halucynogenne. Wiadomo było, że "Tri" i "Buwi" zastąpiła po trosze makiwara, ale na razie nie stanowiła ona wielkiego zagrożenia, używano jej rzadko. Ale właśnie od 1976 roku stwierdzono coraz częstsze pojawianie się fiolek z brązowym płynem. Kiedy poddano go analizie, mało kto chciał wierzyć w wyniki: to był ponad 50-procentowy roztwór heroiny, chemicznie brudny, zmieszany z morfiną. Początkowo nic nie wiedziano o źródle. Zatrzymywano wprawdzie różnych ludzi z tym towarem, ale ich tłumaczenia, że istnieje w PRL jakiś "wielki producent" traktowano jako przechwałki. Wreszcie w Krakowie, jeden z aresztowanych handlarzy zeznał, że "toto każdy i wszędzie zrobi" i zaproponował przeprowadzenie eksperymentu. Dostarczono mu do celi susz makowy, kilka garnków, butelkę z obciętym denkiem, trochę odczynników. Po kilku godzinach zaprezentował prawie 60-procentowy roztwór heroiny. Sprawa była tak niebywała, że aresztantem zainteresował się wydział chemii jednej z miejscowych uczelni. Uznano go za geniusza i jak twierdzą z przekąsem pracownicy aparatu ścigania, do dziś pracuje w laboratorium.
...To była środa, 20 lutego 1980 r. W wykopie koło jeziorka czerniakowskiego pracowało dwóch robotników Hydrocentrumi: Andrzej Tarka i Sylwester Rejczak. Około dziesiątej postanowili zrobić przerwę na papierosa i wtedy to właśnie zobaczyli pod mostem oddalonym około 200 metrów od Elektrociepłowni Siekierki, pływający między kawałkami lodu, dziwny pakunek. Był owinięty w gazetę, związany sznurkiem. Przyciągnęli go łopatą do brzegu, wydobyli, przecięli scyzorykiem sznurek. W gazetę zapakowany był garnek, zwykły kuchenny garnek, wypełniała go szczelnie odcięta od tułowia kobieca głowa. Robotnikom zaczęły się trząść ręce. Pan kierownik Swiostek z Hydrobudowy nie mógł uwierzyć, dech mu zaparło. O godz. 13.20 gotowy był "protokół oględzin pakunku": głowa została odcięta od tułowia na wysokości szóstego kręgu szyjnego. Miała na sobie liczne rany podłużne, sięgające w głąb mózgu, zadane siekierą lub tasakiem.
*** Marcin Kołodziejczyk - Pigułki
Polityka - 2009-04-04
...Gdy 12 lat temu zamieszkałam w hotelu, dziewczyny pokazały mi stare pielęgniary, nasze sąsiadki - mówi Maria. Zapadły mi w głowę jak memento. Myślałam: jestem młoda, ale to może być także moja historia. Najstarsze lokatorki hotelu zbliżają się do pięćdziesiątki. Któregoś dnia odchodzą, często bez pożegnania. Czasem spotyka się je na mieście i mówią, że są na swoim. Jeśli się ich nie spotyka, znaczy, że wróciły do wsi i miasteczek. Do pustych domów po rodzicach. Kiedy do hotelu wprowadzają się nowe osoby, portier pokazuje pokój Marii jako wzorzec. Maria trzepie wycieraczkę. Pucuje framugę. Zamyka drzwi na klucz i znika w tej sterylności (sama).
*** Marcin Kołodziejczyk - Skoczek, James skoczek
Polityka - 2009-09-05
...Są transmisje, w których Rafał gubi się w czasie. Powraca do chwil, kiedy był znany ogólnopolsko. Przyjeżdżali do niego z kamerami. Rafał był sławą w kategoriach michałki i osobliwości. Nagrywali, jak roznosi listy ("ponad setka poleconych"). Chłopak ze skórzaną torbą na rewirze pocztowym wielkopłytowego osiedla. Dzwoniono do niego z audycji "dzwonię do pana/pani w bardzo nietypowej sprawie". Chodzili za nim, prosząc o wypowiedź. Było błogo. Aż musiał prosić, żeby mu podsyłali dziennikarzy dopiero po robocie. Gadał do siebie. Siedział w Internecie na stronach prawnych. Patrzył jakoś do środka. Od dawna go mama prosiła, żeby poszedł się sprawdzić do psychiatry. Rodzice się napraszali z tym psychiatrą. Aż Rafał J. znienawidził swoje nazwisko, bo to ich nazwisko. Poszedł urzędowo zmienić na James Bond. Rodzice dowiedzieli się z telewizji. Obok nich, w dużym pokoju, siedział sławny człowiek. Dzwoniły następne telewizje. Rafał nabrał pewności siebie.
*** Jan Zbigniew Słojewski - Perswazje i wycinki
POLITYKA - 11 stycznia 1997
...W papierach pośmiertnych Wańkowicza zachowała się charakterystyka Mackiewicza, gdzie czytam m.in.: "Do syntez Cata nie mam żadnego zaufania (...) Staliśmy na różnych biegunach. Zawsze byłem antyziemiański. Bzdury pisał, ale mnie zawsze interesował. Krążą o nim legendy. Wcale nie był gurmantem i szarmantem, ale żarłokiem i kobieciarzem (...). To zgniły produkt kultury postszlacheckiej. Żarłok, kurwiarz, nieopanowany w piórze i nieopanowany osobiście. Uważany był za odważnego publicystę. Łoziński pisał o takiej odwadze szlachciurów z XVII i XVIII wieku, gdzie tylko sakiewka i szabla. Chytrusy, kombinatorzy, gnuśne typy i źli rolnicy. Stąd też ten zgniły pień (...) Warcholstwo to nie odwaga. On nie liczył szans i w ogóle się nie liczył. To zgniła, targowicka krew. Odwaga gardłacza na sejmiku, nie odwaga męża stanu. Był niezręczny w replikach słownych, zaperzał się, łgał. W ostatnich latach, już w PRL przypominał mi tego żółwia z »Mondo cane« na Bikini, który stracił orientację, instynkt".
*** MARCIN ZAREMBA - Amputacja pamięci - Książki, których nie było?
POLITYKA - 23 listopada 1996
..."Oczyszczenie" bibliotek z wszystkich utworów Heleny Mniszkówny czy Pittigrillego, z romansu pt. "Pamiętnik uwiedzionej" czy poradnika pt. "O przyzwoitym zachowaniu się młodej panienki i pielęgnowaniu zdrowia" - można uznać za efekt walki z burżuazyjną moralnością. Zrozumiałe jest, że takie prace jak S. Górki - "Sztuka zdobycia majątku" i S. Górniaka - "Pieniądz, czek, weksel" zostały umieszczone w wykazie, jak również autobiografia założyciela słynnego koncernu samochodowego, Henry Forda - "Moje życie i dzieło".
*** JERZY ŚLADKOWSKI - Albański kanon zemsty
POLITYKA - 14 grudnia 1996
...Policjant widzi mężczyznę biegnącego szybko ulicą. Zatrzymuje go i pyta: Dlaczego uciekasz? Bo zabiłem człowieka - odpowiada zatrzymany. To biegnij szybciej, bo cię dogonią i zabiją - mówi policjant i puszcza mężczyznę wolno. (Anegdota opowiadana w Albanii)
W zwykłym kraju policja ścigałaby zabójcę. Rozesłano by listy gończe, obserwowano dom i środowisko przestępcy. Tu na północy Albanii policja nie robi nic. Wszyscy czekają, co zrobi Murat. A Murat też czeka. Bo jeśli zabije Redżepa, to... i tak dalej, według Kanonu. Jeśli Murat nie pomści śmierci - to straci honor. A tu, na północy Albanii, mężczyzna woli raczej stracić życie.
*** MARIA DUB - Wybuch bikini - Hiszpania w bagnie seksu turystyczno-plażowego
POLITYKA - 14 września 1996
...Normy plażowej przyzwoitości obejmowały krój kostiumów kąpielowych. Mężczyźni mieli nosić sportowe spodenki, kobiety wyłącznie jednoczęściowe stroje, ze spódniczką częściowo zakrywającą uda. Nie było wolno wystawiać na widok publiczny piersi i pleców. Przebywanie w kostiumie poza wodą było zabronione. Nie tylko w barach czy restauracjach, także na samej plaży. Opalać należało się w szlafroku. Upowszechnił się zatem system wzajemnego ostrzegania: - Moralność idzie! - krzyczano na widok zbliżającego się strażnika, co powodowało raptowne wchodzenie do wody, w ucieczce przed karą, którą był zwykle mandat. Łamanie przepisów było nagminne. Toteż Akcja Katolicka oraz inne organizacje na I Krajowym Kongresie Moralności na Plażach i Basenach w 1951 r. domagały się rozdzielenia kobiet i mężczyzn w tych miejscach publicznych. Kościół utworzył kilka kąpielisk wyłącznie dla małżeństw. Kiedy na plaży w Santander pojawiły się uczestniczące w wakacyjnych kursach tamtejszego uniwersytetu młode cudzoziemki w zakazanych strojach dwuczęściowych, wyznaczono osobną plażę dla studentów.
*** Piotr Pytlakowski - Miłość i nieruchomości
Polityka - 07-06-2008
...Po wyjściu nie poznałam go, w sekundę zmienił się całkowicie - opowiada Maria Nurowska. - Zaproponowałam pójście na obiad. Powiedział, że można, ale każde płaci za siebie. Potem z Lublina zadzwonił, że jedzie z córką na Słowację. Byłam tak tym wszystkim przerażona, wybita z równowagi, że spowodowałam wypadek, rozwaliłam samochód, sama cudem przeżyłam. Policjant do niego zadzwonił, pana żona miała wypadek. A on powiedział: ta pani ma córkę, niech ona się nią zajmie. To jest potwór, nie zainteresował się stanem mojego zdrowia. Nagle ja, stara, dotychczas majętna kobieta, zostałam bez niczego, bez domu, u córki na kanapce.
*** Piotr Pytlakowski - Hejke kontra Hejke
Polityka - 06-06-2009
...Krzysztof Hejke jest dzisiaj faktycznie kłębkiem nerwów. Czy choruje psychicznie? - W stanie wojennym wcielono mnie do wojska. Aby uwolnić się od munduru, symulowałem przypadłości psychiczne. To był jedyny mój kontakt z psychiatrią - wyjaśnia. Do niedawna uczestniczył w wyprawach wysokogórskich. Wspinał się nawet na 8-tysięczniki. - Tam w ekstremalnych warunkach człowiek o chorej psychice nie dałby sobie rady - podaje argument. - To jest niegodziwe, że używają wobec mnie takich metod. Oto jaki obraz tworzą. Zdradzony mąż, chory psychicznie, a do tego sadysta maltretujący rodzinę. Czy komuś takiemu można ufać? Żona Sakiewicza nagle, po wielu miesiącach, "przypomniała sobie", że maltretuję Katarzynę. Od sierpnia zeszłego roku mieliśmy rozdzielność majątkową, nie miała prawa pod moją nieobecność wdzierać się do domu. Sejf rozwiercono. Więc była to wizyta towarzyska czy włamanie?
*** Cezary Łazarewicz - Nie zgubiłem się w tralala
Polityka - 2009-11-21
...Znajomi Johna mówią, że to właśnie młodsza o 25 lat Lipnicka wyciągnęła go na dobre z muzycznego garażu. Był już wtedy dobrze zakonserwowaną legendą polskiego rocka, bez szans na nowe otwarcie. Dotychczasowi wyznawcy Portera uznali duet z popową Lipnicką za utratę rockowej wiarygodności, a samą płytę, która rozeszła się w astronomicznym nakładzie 100 tys. egzemplarzy, za zdradę. Za sprawą wspólnej płyty, a potem wspólnego życia i ich córki Poli, Porter stał się celebrytą. Gdy opowiada swoim angielskim znajomym, jak został gwiazdą za żelazną kurtyną i co go spotkało w ciągu minionych 34 lat, nie chcą wierzyć, że to wszystko prawda. - Ludzie oczy wybłyszczają i mówią: Boże, ale miałeś bogate życie - opowiada Porter. - Nie żałuję, że znalazłem się wtedy poza światem.
*** JERZY JACHOWICZ - Z ARCHIWUM JERZEGO JACHOWICZA
...Mac zaczął znikać na kilka dni, na tydzień, na dwa. Stało się to trudne do zniesienia nie tylko dla Pauliny, ale i dla szefostwa "Wprost", skąd został wyrzucony. Aby uatrakcyjnić zniknięcia, ujawnił Paulinie prawdziwy powód swoich tygodniowych eskapad. Postawił przedtem jednak dramatyczny warunek, że pozostanie to jej tajemnicą do grobowej deski. I wystrzelił: pracuję dla izraelskiego wywiadu. Zaraz dodał, że szpiegowska robota dla Mosadu wymaga, żeby w lodówce zawsze stało zmrożone piwo. Swoją nerwowość i złe samopoczucie tłumaczył Paulinie wyczerpaniem tajnymi operacjami oraz kontaktami z obcymi wywiadami. Jedna z obcych agencji, podejrzewając go o szpiegowanie, wstrzyknęła mu substancję, która mogła mu uszkodzić przysadkę mózgową. Jesienią 2001 roku, kiedy - według opowieści naszego bohatera - "musiał pod przykrywką rozpracowywać kontrwywiadowcze aktywa wroga w firmach o profilu produkcji specjalnych", czyli w fabrykach broni, coraz częściej nawalał z obowiązkami redakcyjnymi.
*** Bertold Kittel, Maja Narbutt - Wszystkie kobiety Simona Mola
Rzeczpospolita - 09.01.2007
...W 2003 r. dostał tytuł Antyfaszysty Roku. Był pisarzem, poetą i dziennikarzem. Utrzymywał, że został członkiem honorowym Pen Clubu. Ekscytowały się nim początkujące dziennikarki z działów kultury warszawskich magazynów i dzienników.
- Ofiary zarażeń to najczęściej młode, wrażliwe kobiety, które poznał w czasie wieczorków jego poezji, ale również dziennikarki zapatrzone w niego, piszące recenzje jego wierszy i sztuk - mówi Marek Siewert, policjant, który nadzorował śledztwo w sprawie Mola.
Jedna z zarażonych HIV chciała przeprowadzić z nim wywiad o prawach człowieka. Poznała go na seminarium. Na drugim spotkaniu Kameruńczyk zaczął ją podrywać. Inna z dziewczyn, poznana podczas wieczorku poetyckiego, przeżyła z Molem swój pierwszy raz.
W czasie intymnych spotkań Mol stanowczo nie zgadzał się na używanie prezerwatyw. - Kiedy jedna z dziewcząt zaprotestowała, Kameruńczyk zareagował bardzo ostro. Miał pretensje, że jest rasistką, że domaga się prezerwatywy dlatego, że jest czarny i na pewno ma HIV. W rezultacie ona poddała się i uległa - dodaje Siewert.
*** Bogdana Gasińskiego przypadki czyli Klewki atakują
...Prokurator Romaniuk ma jednak na ten temat zupełnie inną opinię. Informuje, że zgłaszają się do niego koledzy z różnych prokuratur w kraju (na razie pięć) z zarzutami przeciwko panu Gasińskiemu. Aresztant nie ułatwia mu wcale zadania. Do naciągnięcia pruszkowskiego gangstera nie przyznaje się, natomiast napisał do prokuratora list, w którym wziął na siebie winę za osiem zabójstw. - To wszystko znane i opisywane przez media historie - mówi prok. Romaniuk. - Na przykład śmierć Jacka K. ps. Klepak w Mikołajkach. Sprawa jest dziwna, bo Gasiński najpierw twierdził, że jest w tej sprawie świadkiem koronnym, a kiedy okazało się to bzdurą, przypisał sobie dokonanie zabójstwa. Prokurator tych samooskarżeń nie bierze na razie poważnie.
*** Zbrodnia pod Połańcem - 25 grudnia 1976
...Sprawcy zbrodni robili bardzo wiele, by prawda o tym, co wydarzyło się w noc wigilijną 1976 r. na drodze z Połańca do Zrębina, nie wyszła na jaw. W sąsiedniej wsi Wolica odbyło się potajemne zebranie, na którym wszyscy świadkowie morderstwa - przed ołtarzykiem z zapalonymi świecami, krucyfiksem i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej - ponownie podpisali przysięgę krwią, że nie pisną w sądzie ani słowa. Nie obyło się przy tym bez bardziej przyziemnych argumentów - każdy z potencjalnych świadków otrzymał za swe milczenie od 2 do 10 tysięcy złotych. Lączna suma wydana przez rodziny morderców na łapówki przekraczała 200 000 złotych. Mordercy jeździli też do Częstochowy, by przed obrazem Matki Boskiej modlić się o uniknięcie kary.
*** Marek Henzler - Klub pąsowych dam i kawalerów
Polityka - 2009-12-19
...17 sierpnia sensację wywołało upowszechnione w Internecie pismo, podpisane przez Zbigniewa Rocha, przedstawiającego się jako rzecznik Tymczasowego Biura Prezydenta Rzeczypospolitej (na Uchodźstwie), wysłane do Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w którym "ze smutkiem" zawiadamia o zgonie Sokolnickiego oraz o wcześniejszym udekorowaniu przez niego Orderem Orła Białego hrabiego Potockiego i wyznaczeniu go "na Prezydenta Rzeczypospolitej w wypadku swojej śmierci". Kawalerowie Orderu, także w Internecie, zaczęli się nawzajem pytać, czy to aby nie zamach stanu na urzędującego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, a może i zamach na sam order? Kancelaria Prezydenta pismem Rocha się nie przejęła.
*** Joanna Solska - Nasi tropią ropę - Szejkom zmiękła rura
Polityka - 13 maja 2010
...Brak pieniędzy Petrolinvest nadrabiał ułańską fantazją. Dawni pracownicy PGNiG zatrudnieni przez Krauzego wydawali się w branży naftowej bardzo doświadczeni. Kiedy jednak okazało się, że wiercić trzeba na głębokość aż 6 km, to doświadczenie było już za małe. A właśnie ten odwiert miał doprowadzić do sukcesu - ropa popłynie, złoże zostanie uznane za potwierdzone, a wtedy łatwiej będzie zorganizować kolejne pieniądze. I pewnie tak by się stało, gdyby rury nie zmiękły. Ropa wprawdzie trysnęła, ale wkrótce potem rury zostały zmiażdżone. Żeby test został uznany za sukces, ropa musi płynąć dłużej, traktuje się to jako dowód, iż złoże można eksploatować komercyjnie. Z braku środków zaoszczędzili na jakości stali, nadzieję szlag trafił. Zamiast ropy w zniszczonym odwiercie zaczęła się gromadzić płuczka. Stało się jasne, że Ryszard Krauze na szukanie ropy jest za biedny. Petrolinvest stanął na skraju przepaści. Inwestorzy, którym tak bardzo zależało na zakupie akcji w chwili debiutu, po wybuchu kryzysu zniknęli. Paweł Gricuk jeździł po świecie, roztaczając przed funduszami perspektywy ogromnego zysku, jednak bez powodzenia.
Większa dawka top secret
*** Program szkolenia zabójców politycznych realizowany przez amerykańską marynarkę wojenną
...Zabójców poddano na wstępie programowi "audiowizualnego odczulania" polegającemu na pokazywaniu im filmów przedstawiających ludzi w trakcie zadawania im ran lub zabijania ich w najróżniejszy sposób, przy czym na początku pokazywano im stosunkowo łagodne obrazy, a pod koniec ekstremalne formy okrucieństwa.
...Podstawowym źródłem potencjalnych zagrożeń dla bezpieczeństwa Polski jest nadal niestabilna sytuacja w krajach b. ZSRR. Zmiany na szczytach władzy w Rosji, wojna w Czeczenii oraz wciąż bardzo trudna sytuacja ekonomiczna Federacji Rosyjskiej sprzyjają narastaniu nastrojów wielkomocarstwowych wśród społeczeństwa rosyjskiego. Są one podsycane przez przedstawicieli elit politycznych - hasła mocarstwowe, a nawet nacjonalistyczne, stały się w dzisiejszej Rosji podstawowym orężem walki o władzę.
*** Anna Marszałek - Operacja "Miecz"
Rzeczpospolita - 26.03.2004
...Sygnał z listopada 2003 roku o planowanym ataku "na Żydów i krzyżowców" ze wskazaniami tych obiektów rozpoczął operację Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego o kryptonimie "Miecz". Od tego czasu służby specjalne zidentyfikowały w Polsce ponad 70 obcokrajowców podejrzewanych o związki z terrorystami. - Nie tylko oficjalne zapowiedzi bin Ladena i sygnały od wywiadów zaprzyjaźnionych państw, że Polska jest możliwym celem ataku terrorystycznego, np. al-Qaidy, traktujemy jako przesłanki realnego zagrożenia. ABW, ale także policja i Straż Graniczna, miały również konkretne informacje o przyjeżdżających do Polski ekstremistach islamskich i osobach pochodzenia arabskiego, które mogą mieć związki z organizacjami terrorystycznymi - powiedział "Rz" dyrektor departamentu ABW, zajmującego się walką z międzynarodowym terroryzmem. Niektórzy z przyjeżdżających przywożą do naszego kraju duże sumy pieniędzy, które tutaj są wydawane. Pieniądze wwożone partiami - od kilku do kilkudziesięciu tysięcy dolarów lub euro - w ocenie ABW mogły być przeznaczane na przygotowanie zamachów, m.in. zakup broni i materiałów wybuchowych.
*** Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski - Mazur, Olin i sprawa Papały
Gazeta Wyborcza - 2008-11-17
...Dość szczegółowo przebieg kariery Mazura jako agenta służb opisała "Rzeczpospolita" 15 listopada 2006 r. W czasach PRL (lata 70. i 80.) współpracował z II Departamentem MSW - kontrwywiadem. Informował o polskich i polonijnych środowiskach biznesu. Występował pod pseudonimem "Glad" lub polskim odpowiednikiem "Szczęśliwy". Po 1989 r. Mazur był w grupie agentów, którą od SB przejął UOP. Ślady jego działalności widać w aferze FOZZ - kontrolowanej przez specsłużby operacji odkupienia długów zagranicznych Polski. Dokumentalista Sylwester Latkowski (w książce o kulisach śmierci Papały) pisze, że w uzasadnieniu wyroku na winnych afery FOZZ nazwisko Mazura pada 15 razy - jako pośrednika, przez którego firmy przechodziły pieniądze funduszu, nigdy nieodzyskane przez skarb państwa. Andrzej Kuna (znajomy i wspólnik Mazura) na procesie FOZZ zeznał, że Mazur jako przedstawiciel funduszu załatwił z nim wystawienie kwitu na fikcyjną pożyczkę 20 mln dol. od firmy Kuny Bicarco dla FOZZ. Nie wiadomo, do czego Mazurowi potrzebny był taki dokument. W 1990 r. na konto założonej przez Mazura spółki Polsko-Amerykańskie Lobby (zarejestrowanej na Antylach) przekazano z FOZZ pół miliona dolarów. W tym samym roku 1 mln dol. z FOZZ dostała inna spółka Mazura - Denton. Pieniędzy tych nie odzyskano. Mimo to - jak przyznaje prok. Mierzewski - Mazura nikt nigdy w sprawie FOZZ nie przesłuchał.
*** TOMASZ KOZŁOWSKI - TERRORYŚCI Z PRL
NEWSWEEK POLSKA - 7.11.2010
...Do Warszawy napływały z Berna alarmujące depesze: "Po uwolnieniu towarzyszy i aresztowaniu terrorystów policja dokonuje w tej chwili wykalkulowanej penetracji ambasady (dokumenty itp.) (...) Nie zgodzono się na wpuszczenie go [ambasadora] na teren ambasady na własne ryzyko". Policja weszła do budynku, tymczasem przedstawiciele władz polskich zostali od ambasady odcięci na cztery godziny. Raport wywiadu stwierdzał, że po wyprowadzeniu zakładników w ambasadzie słychać było wybuchy. "Po wejściu naszych przedstawicieli stwierdzono, że zostało wysadzone 8 drzwi do pomieszczeń, których nie udało się otworzyć terrorystom. Sprawdzanie budynku przez policję miało wyraźnie charakter penetracji". Strona szwajcarska broniła się, że policjanci zdecydowali się na wyłamanie kilkorga drzwi, ponieważ szukali materiałów wybuchowych.
*** ROBERT FISK - Ostatni taki zamach
The Independent - 2.09.2003
...Bracia Raszidian, wspólnie z organizacją składającą się z rozczarowanych oficerów wojska i policji, parlamentarzystów, mułłów, redaktorów gazet i niektórych przywódców mas, mieli przejąć kontrolę w Teheranie, natomiast przywódcy plemienni mieli opanować duże miasta, wykorzystując w tym celu broń, którą zakopał Woodhouse. Mosaddek odrzucił ostatnie propozycje ugody przedstawione przez AIOC i groził szachowi, który opuścił już Teheran. Los premiera był przypieczętowany.
*** DOUGLAS WALLER - CIA zamotana w Iraku
Time - 27.01.2003
...Niektórzy długoletni obserwatorzy działalności wywiadu zastanawiają się, czy wzmocnione paramilitarne skrzydło CIA będzie ponownie źródłem problemów dla Ameryki, jak choćby za czasów kryzysu w Zatoce Świń. A i wojskowi nie są zbyt zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Uważają, że oddziały specjalne wojska są doskonale przygotowane do wykonywania tajnych zadań.
*** Sekrety wywiadu francuskiego - Operacja "Gladio"
...Wszystko rozpoczęło się we Włoszech zaraz po wojnie. W owym czasie minister spraw wewnętrznych z ramienia chrześcijańskiej demokracji, Mario Scella, który już kiedyś użył mafii w walce przeciwko komunistom, a - dla zamknięcia mu ust - kazał otruć w więzieniu sycylijskiego bandytę, Salvatore'a Guiliano'a, utworzył organizację "Gladio". Jednakże Lucio Gelli, były wielki mistrz Loży P 2, utrzymuje, że w rzeczywistości u podstaw organizacji "Gladio" była CIA. Wybrano najlepszych ludzi, prawdziwych patriotów i antykomunistów, którzy mieli poświęcić jej życie. Rekrutowali się oni z byłej republiki Salo, to znaczy z ostatniego bastionu Mussoliniego w 1943 roku. To ich symbolem był miecz i nowa organizacja emblemat ten zachowała. Wszyscy członkowie "Miecza" byli wyszkoleni przez Amerykanów, którzy nauczyli ich najróżniejszych sposobów przeżycia w trudnych warunkach. Opłacano ich bardzo dobrze; w razie śmierci ich dzieci miały zapewnioną naukę w Stanach Zjednoczonych. Na wypadek inwazji sowieckiej mieli wspomagać armię w walce. Ich zadaniem było jednak zapobieżenie podobnemu zagrożeniu przez niedopuszczenie do objęcia rządów we Włoszech przez partię komunistyczną.
*** PRZEMYSŁAW SEMCZUK - STRZAŁY W VICTORII
NEWSWEEK POLSKA - 15.08.2011
...Milicja i Służba Bezpieczeństwa w pierwszej chwili uznały, że strzały w Victorii to porachunki zagranicznych biznesmenów. Dopiero następnego dnia wyszło na jaw, że postrzelony Irakijczyk naprawdę nazywa się Mohammad Oudeh, a w świecie arabskim bardziej znany jest jako Abu Daud. Podczas rozlicznych podróży często występował pod fałszywymi nazwiskami: Amar Salem, Bennani Abel Hamid, El Ouakily Mansour i tak jak w Warszawie, Mahdi Tarik Shakir. Z depeszy otrzymanej od zaprzyjaźnionego wywiadu Węgierskiej Republiki Ludowej wynikało, że jest jednym z przywódców Czarnego Września, palestyńskiej organizacji terrorystycznej, a także członkiem OWP (Organizacji Wyzwolenia Palestyny). To on zaplanował i zorganizował zamach na izraelskich sportowców w 1972 roku podczas olimpiady w Monachium (przypomniany w filmie Stevena Spielberga "Monachium").
*** Jerzy Jastrzębowski - Praca w gabinecie luster
Rzeczpospolita - 1997.05.17
...Niemal od początku krążyło podejrzenie, że polski wywiad i kontrwywiad zostały "wpuszczone w maliny" przez rosyjskich kolegów, którzy mieli w takiej operacji jasny interes: wywołanie wrażenia na Zachodzie, zwłaszcza w USA, że w przededniu decyzji o rozszerzeniu NATO kierownictwo polskiego państwa jest opanowane przez agenturę. W ub.r. płk Konstanty Miodowicz, i nie tylko on, taką możliwość zdecydowanie odrzucił. Mimo dementi, miarodajne koła w Ameryce nadal uważają taką możliwość za najbardziej prawdopodobną.
*** Bartosz Węglarczyk - Nie wiem, kto zabił JFK
Gazeta Wyborcza - 1998.07.22
...Oczywiście, Oswald mógł mieć szczęście. Ale musiałby być bardzo dobrym i doświadczonym strzelcem wyborowym. Tymczasem, służąc w piechocie morskiej, otrzymywał na strzelnicy oceny średnie. Zdawał egzaminy, ale nie wyróżniał się. Poza tym nie ma żadnego dowodu na to, iż Oswald użył tej broni któregokolwiek innego dnia poza dniem zamachu. Prawdopodobnie więc nawet z nią nie ćwiczył, co przed taką akcją uczyniłby zawodowiec. Według danych komisji Warrena Oswald strzelił co najmniej trzy razy, z czego dwa strzały trafiły w cel. Teoretycznie jest to możliwe, ale praktycznie wymagałoby niemal nieprawdopodobnego szczęścia.
*** Robert Bielecki - Jacques Foccart - szara eminencja
...Na wniosek Foccarta w 1960 roku de Gaulle wydzielił tzw. siły interwencyjne, których zadaniem miały być "operacje porządkowe" na terenie Afryki. Siły te, złożone z pułków spadochronowych i jednostek lotniczych, rozmieszczono w południowo-zachodniej części Republiki, m. in. w Pau i Tarbes. Na mocy dwustronnych porozumień z państwami afrykańskimi Francja dysponowała zresztą własnymi bazami w Senegalu, na Wybrzeżu Kości Słoniowej i w Kamerunie. Siły interwencyjne stanowiły gwarancję utrzymania przy władzy profrancuskich ekip i skutecznie zapobiegły kilku próbom lewicowych przewrotów, m. in. w Gabonie, Czadzie i Kongu-Brazzaville. Jacques Foccart sam organizował zresztą zamachy stanu - m. in. w Togo i Dahomeju - kiedy uznał, że ekipa sprawująca władzę jest już "zużyta" i nie ma oparcia w społeczeństwie.
...Utajnieni oficerowie operacyjni CIA zorganizowali zamachy stanu w Egipcie (1952), Iranie (1953) oraz Gwatemali (1954). Poprzez konta fundacji CIA finansowała potajemnie różne instytucje i organizacje - m.in. znane pismo społeczno-kulturalne "Encounter", redagowane przez brytyjskiego poetę Stephena Spendera; Narodowe Zrzeszenie Studentów; Stowarzyszenie Amerykańskich Gazet. W celu zademonstrowania twórczej i intelektualnej swobody amerykańskich artystów CIA szczodrze i potajemnie subsydiowała wystawy przedstawicieli awangardy: Jacksona Pollocka, Roberta Motherwella, Willema de Kooninga oraz Marka Rothko. Amerykańskie społeczeństwo zachęcane było do składania datków na Radio Wolna Europa, które utrzymywane pozornie z funduszy prywatnych, w rzeczywistości kierowane było przez CIA.
...Nosienkę, umieszczonego w ośrodku szkoleniowym w Camp Peary, w ciągu 4 lat i 8 miesięcy poddawano intensywnym przesłuchaniom, usiłując wymusić przyznanie, iż jest podwójnym agentem. Zamykano go w samotnej celi, pozbawiano snu i niemal zagłodzono. Gdy cała ta sprawa przedostała się do wiadomości publicznej, tłumaczono się, iż sposób traktowania Nosienki stanowił odwet za warunki, w jakich KGB przetrzymywało w 1963 w Moskwie przez dwa tygodnie profesora politologii z Yale, Fredericka Barghoorna. Po debacie, jaka odbyła się na ten temat w Senacie, Nosienko został w 1968 zrehabilitowany. W1973 nowy dyrektor CIA William Colby mianował go konsultantem ds. kontrwywiadu i polecił wypłacić tytułem rekompensaty zaległe pobory.
*** ROGER FALIGOT, REMI KAUFFER - SŁUŻBY SPECJALNE. HISTORIA WYWIADU I KONTRWYWIADU NA ŚWIECIE
...Po długim procesie Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Sosnowskiego na piętnaście lat więzienia za zdradę i współpracę z wywiadem niemieckim. Wyrok nie był prawomocny, ale nowa rozprawa w wyższej instancji nie odbyła się z powodu wybuchu wojny. Po zajęciu Warszawy przez wojska niemieckie Canaris wszczął poszukiwania Sosnowskiego. Wykazały one, że w okresie narastającego zagrożenia stolicy Polski Sosnowski został pod strażą ewakuowany w kierunku wschodnim i zastrzelony przez konwojentów. Według innej wersji rannego Sosnowskiego znaleźli w pobliżu granicy rumuńskiej żołnierze sowieccy. Wyleczony i internowany w ZSRR, rzekomo zmarł w końcu lutego 1942 r. w okolicach Saratowa. Według informacji udzielonych autorowi piszącemu te słowa przez pułkownika Jana Ciałowicza, generał Boruta-Spiechowicz opowiadał mu, iż w 1940 r. spotkał Sosnowskiego w moskiewskim więzieniu na Łubiance. Ten miał z rozżaleniem opowiadać o wyrządzonej mu przez władze polskie niesprawiedliwości. Przed przekroczeniem granicy rumuńskiej konwojujący go żandarmi jakoby oddali do niego strzały, które pozbawiły go przytomności. Uznany przez konwojentów za zabitego i znaleziony przez okolicznych chłopów, Sosnowski został przekazany władzom sowieckim, umieszczony w szpitalu, a następnie przewieziony do Moskwy.
*** Dziedzictwo popiołów. Historia CIA
...Wisner i jego ludzie zrzucili do Polski warte około 5 milionów dolarów sztaby złota, pistolety maszynowe, karabiny, amunicję i radiostacje. Nawiązali poufne kontakty ze zwolennikami WiN-u za granicą, garstką emigrantów w Niemczech i Londynie. Uważali oni, że WiN w kraju to potężna siła - pięć setek żołnierzy w Polsce, 20 tysięcy uzbrojonych partyzantów i 100 tysięcy sympatyków - wszyscy gotowi do walki z Armią Czerwoną. Była to iluzja. Polska tajna policja, wspierana przez Sowietów, zlikwidowała WiN jeszcze w 1947 roku. "WiN w kraju" było fikcją, komunistycznym podstępem. W 1950 roku wysłano nieświadomego kuriera, aby postawił w stan pogotowia polską emigrację w Londynie. Wiadomość brzmiała, że w Warszawie WiN istnieje i kwitnie. Emigranci skontaktowali się z ludźmi Wisnera, którzy uchwycili się szansy zbudowania grupy oporu za linią wroga i zrzucili do Polski tylu patriotów, ilu się dało. W centrali kierownictwo CIA uznało, że agencja wreszcie pokonała komunistów ich własną bronią. "Polska to jeden z najbardziej obiecujących obszarów dla rozwoju podziemnego ruchu oporu", stwierdził Bedell Smith na spotkaniu ze swoimi zastępcami w sierpniu 1952 roku. Wisner powiedział mu, że "WiN idzie teraz w górę".
*** EUGENIUSZ GUZ - ZAMACH NA PAPIEŻA - 1
...Powiązania Agcy z wywiadem tureckim MIT (kontrwywiadem) potwierdził były pracownik tych służb Hidżabi Koczigit podczas procesu wspólników zamachowca, oskarżonych o ułatwienie mu ucieczki z Kartal-Maltepe. Zeznał on też, iż mocodawcy Agcy uznali, że jego usługi jako terrorysty wymagają skreślenia go z listy członków "Szarych Wilków". Mówił o tym również przywódca Partii Ruchu Narodowego płk Alpaslan Turkesh: "Obecnie nie mam już wątpliwości, że ucieczkę Agcy z więzienia zorganizowała służba bezpieczeństwa. Czyni się to jednak na zasadzie coś za coś. Uwolniony Agca udał się do Rzymu ze zobowiązaniem zgładzenia Papieża, który to zamiar ogłosił już podczas pobytu Jana Pawła II w Turcji". Podobną opinię wyraził rzymski korespondent "Wprost" Jacek Pałasiński, pisząc 25.6.2000 r., że Agca uciekł ze stambulskiego więzienia "dzięki pomocy tureckich służb specjalnych, związanych z prawicowymi generałami, którzy rok później dokonali zamachu stanu". Tak w największym skrócie przedstawia się środowisko mocodawców Agcy.
*** EUGENIUSZ GUZ - ZAMACH NA PAPIEŻA - 2
...Casey polecił kontynuować prace nad ewentualnym udziałem tajnych służb ZSRR w spisku przeciw Papieżowi. Według zeznań Goodmana, który był w Agencji głównym specjalistą od stosunków Moskwy z Trzecim Światem, w roku 1983 jeden z czołowych analityków CIA napisał notatkę służbową do Caseya, w której stwierdził, że nie ma solidnych dowodów na to, iż Rosjanie lub Bułgarzy brali udział w spisku. Jednakże w roku 1985 Dyrektoriat Operacyjny CIA przekazał Caseyowi raport wywiadowczy stwierdzający, iż Ali Agca miał powiązania z KGB. »Raport ten był słaby - zeznał teraz Goodman - rozmawiałem z ludźmi z Dyrektoriatu Operacyjnego i powiedzieli mi, że nie chcieli przekazywać tego raportu, ponieważ źródło było złe. Ale że sprawą tak bardzo interesował się Casey, zdecydowali się przesłać go wyżej«. Goodman zaproponował senatorom, że szczegóły może im wyjaśnić na zamkniętej sesji komisji do spraw wywiadu. Na publicznej sesji Goodman powiedział, że »większość informacji oparta była na tym, co podczas swego publicznego procesu we Włoszech zeznał Agca, znany jako kłamca i obłudnik«.
W Polsce tzw. ślad bułgarski uznawany jest za niemal oczywistość. Wiele poszlak wskazuje jednak, że była to jedna z najbardziej spektakularnych akcji dezinformacyjnych w XX wieku. Stworzono go zapewne dla wygody antykomunistycznej ekipy Reagana, której twardość doprowadziła w dużej mierze do obalenia komuny.
Zamach na papieża wymagał użycia dezinformacji także ze względu na swe niepokojące aspekty nie wskazujące bynajmniej na KGB. "Szare Wilki" były tureckim ugrupowaniem terrorystycznym działającym na zlecenie stay-behind, tajemniczej struktury powołanej zaraz po II wojnie św. przez CIA. We Włoszech struktura ta nosiła nazwę Gladio, w Turcji kontrgerilla. Celem podstawowym owej struktury miała być organizacja oporu w razie ataku armii sowieckiej, ewentualnie zwycięstwa komunistów w wyborach. Wiele wskazuje, że w takich krajach jak Włochy i Turcja stay-behind posuwała się do metod terrorystycznych w walce z wewnętrznym "czerwonym zagrożeniem". Podobno przewrót wojskowy w Grecji w 1967 r. został dokonany wedle planów stworzonych przez stay-behind na wypadek sowieckiej inwazji.
"Szare Wilki" działały w całej Europie, ze względu na liczną imigrację turecką tysiące członków przebywało na terenie RFN. Właśnie na terytorium RFN miejscowe służby bezpieczeństwa z, do dziś niewyjaśnionych powodów zapewniały ochronę tej grupie.
Agca, po zabójstwie Abdi İpekçi i ucieczce z Turcji przez dłuższy czas przemierzał Europę wzdłuż i wszerz, wydając na same podróże masę pieniędzy. Czy zabijał na zlecenie "Szarych Wilków", czy tureckiej mafii? A może działał na rzecz stay-behind? Czemu strzelał do papieża? Może wyjaśnienie tej tajemnicy nie kryje się w archiwach KGB, lecz CIA?
*** Jacek Mojakowski - Leksykon Agenta
Polityka - 2/96
...MOKRA ROBOTA - np. afera związana z wysadzeniem w 1985 r. przez francuski wywiad DGSE statku Rainbow Warrior, aby nie dopuścić Greenpeace w rejon francuskich prób jądrowych na Pacyfiku. Efekt: jedna osoba zginęła, francuscy agenci zostali ujęci i skazani na więzienie w Nowej Zelandu; kryzys polityczny zaprowadził do odwołania szefa francuskiego wywiadu.
*** Claire Hoy, Victor Ostrovsky - Wyznania szpiega. Z tajemnic izraelskiego wywiadu
...Sayanim, czyli pomocnicy, muszą być 100-procentowymi Żydami, żyjącymi za granicą. I choć nie są obywatelami izraelskimi, dociera się do wielu z nich za pośrednictwem ich krewnych w Izraelu. Można np. prosić Izraelczyka, który ma krewnego w Anglii, by napisał list, wspominając w nim, że osoba wioząca przesyłkę jest przedstawicielem organizacji pomagającej ratować Żydów w diasporze. Czyż taki brytyjski krewny odmówi pomocy? Na świecie są tysiące "pomocników". Tylko w Londynie jest ich 2 000 aktywnie działających i 5 000 w rezerwie. Odgrywają wieloraką rolę. Na przykład: sayan posiadający wypożyczalnię samochodów może pomóc Mosadowi wynajmując wóz bez koniecznej w takich wypadkach dokumentacji, sayan pośrednik mieszkaniowy znajduje odpowiedni lokal bez wywoływania jakichkolwiek podejrzeń, pracujący w banku może dostarczyć potrzebnych pieniędzy nawet w środku nocy, a pomocnik lekarz wyjmie kulę z rany bez informowania o tym policji. Cała idea polega na tym, by mieć cały zestaw użytecznych ludzi, którzy są w stanie zapewnić pewne usługi i będą o nich milczeć ze względu na poczucie lojalności wobec sprawy Izraela. Za usługi te "pomocnicy" otrzymują pieniądze, ale tylko jako zwrot kosztów. Jednak często katsa nadużywają lojalności tych ludzi. Po prostu korzystają z ich pomocy dla osobistych potrzeb, i nie ma możliwości sprawdzenia tego.
Nie ma żadnych wątpliwości, że nawet jeśli taki Żyd wie, iż chodzi o Mosad i nie zgadza się na współpracę, nikogo nie wyda. Natomiast katsa niczym nie ryzykując, ma do dyspozycji ogromną bazę ludzką dla werbunku. Zapewniają ją miliony Żydów poza granicami lzraela, a o wiele łatwiej jest działać przy pomocy ludzi dostępnych na miejscu. I sayanim dają wszędzie niewiarygodne wręcz praktyczne wsparcie.
*** Artur Domosławski - CIA a media amerykańskie
...Jak dwuznaczna i "szara" jest sytuacja układów z wywiadem - tu: układów instytucjonalnych - nieźle ukazuje przypadek Arthura Haysa Sulzbergera, wydawcy "New York Timesa". W latach 1950-1966 jego gazeta dała "przykrywkę" dziesięciu agentom CIA. Przywilej bliskich relacji z najbardziej opiniotwórczą gazetą w Stanach Zjednoczonych CIA zawdzięczała przyjacielskim stosunkom Sulzbergera z Allenem Dullesem. To był deal dwóch potężnych ludzi i dwóch potężnych instytucji; obie na tym układzie korzystały i trudno mówić o jakimś "przyciśnięciu" słabszego przez silniejszego. Sulzberger podpisał poufną umowę z CIA, której treść jest przedmiotem kontrowersji; według jednych, zgodził się jedynie na nieujawnianie tajnych informacji, które udostępniono mu "do wiadomości", nie do publikacji; według innych - przysiągł nigdy nie ujawnić jakiejkolwiek współpracy gazety z agencją. Sulzberger nigdy nie krył przed swoimi redaktorami i reporterami, że gazeta współpracuje z wywiadem. W dalszym ciągu poufne pozostawały jednak informacje o tym, kto z reporterów lub pracowników wykonuje prócz pracy dla gazety zadania wywiadowcze bądź kto jest pracownikiem CIA, któremu gazeta daje "przykrywkę".
*** RAFAŁ KOSTRZYNSKI - Dyskretni kaowcy z CIA
PRZEKRÓJ - 30 LISTOPADA 2010
...W 1950 roku w CIA zaczyna działać Wydział Organizacji Międzynarodowych. Na jego czele staje Tom Braden. - Agencja zdała sobie sprawę, że makkartyzm w połączeniu z czerstwym filisterstwem sprawia, iż nikt nie uwierzy, że amerykańska kultura kwitnie - mówi "Przekrojowi" Robert Fulford, kanadyjski pisarz i eseista, autor artykułów poświęconych wspieraniu artystów przez CIA. - Tymczasem komunizm stawał się na Zachodzie coraz bardziej modnym prądem ideologicznym. Trzeba to było odwrócić.
Wydział Bradena zajął się promocją artystów - jazzmanów, śpiewaków operowych, sponsorował światowe tournee Bostońskiej Orkiestry Symfonicznej. Agenci działali w firmach przemysłu filmowego, w dystrybucji, wydawnictwach. Abstrakcyjny ekspresjonizm wspierali hojnie. Gdy w 1958 roku okazało się, że londyńska galeria Tate nie ma pieniędzy na przeniesienie z Paryża wystawy "Nowe malarstwo amerykańskie", jak spod ziemi wyrósł milioner Julius Fleischmann i ogłosił, że z własnej kieszeni zapłaci za transport. "Własna kieszeń" okazała się oczywiście kieszenią CIA.
*** Spalony w piecu oficer GRU
...Na ekranie - wysoki mroczny pokój bez okien. Coś w rodzaju hali fabrycznej czy kotłowni. Na zbliżeniu - piec z żelaznymi drzwiczkami przypominającymi bramę malutkiej twierdzy, oraz prowadnica kierunkowa: dwie szyny znikające w piecu, jak tory kolejowe w tunelu. Obok pieca - ludzie w szarych fartuchach. Palacze. Pojawia się trumna. Ot co!... Krematorium! Pewnie to, które widziałem przed chwilą za oknem. Ludzie w fartuchach unoszą trumnę i ustawiają na szynach. Drzwiczki płynnie rozsunęły się na boki, ktoś popchnął trumnę, która uniosła swego nieznanego lokatora w ryczące płomienie. A oto najazd kamery na twarz żywego człowieka. Twarz zlana potem. Gorąco przy piecu. Twarz filmowana jest ze wszystkich stron i w długich ujęciach. Trwa to wieczność. Wreszcie kamera oddala się, ukazując całą postać. Człowiek nie nosi fartucha. Jest ubrany w drogi czarny garnitur, co prawda straszliwie wymięty. Krawat na szyi skręcony jak sznur. Przywiązano go stalową linką do noszy, które oparto o ścianę, na tylnych uchwytach, tak, aby mógł widzieć wlot pieca.
*** Konrad Kołodziejski - Terror to ja
Wprost - 10 sierpnia 2003
...Prowokatorzy, a więc agenci tajnej policji, inspirujący otoczenie do nielegalnych działań, byli u schyłku carskiej Rosji wykorzystywani na ogromną skalę. Dzięki nim władze nie tylko były informowane o przygotowaniach do akcji terrorystycznych, ale także mogły - przez prowokatorów - do nich podjudzać. W ten sposób różne koterie na carskim dworze załatwiały swoje interesy polityczne, a tajna policja mogła się wykazać sukcesami w łapaniu sprawców zamachów, których prowokatorzy - rzecz jasna - natychmiast wydawali. Jak pisze Stanisław Cat-Mackiewicz, "doszło do tego, że konkurujące z sobą departamenty policyjne tworzyły rozłamy w partiach rewolucyjnych, aby mieć własne partie, własnych prowokatorów".
*** Marek Ruszczyc - Agenci i prowokatorzy. Z tajemnic carskiej Ochrany
...Eksplozja była straszliwa. Tumany kurzu, szczątki cegieł, wyrwanych framug i szyb okiennych wzbiły się w potworną chmurę. Kareta została dosłownie rozerwana na strzępy, które znajdowano później na drugim piętrze "Hotelu Warszawskiego". W hotelu wyleciały wszystkie szyby. Znaleziono zegarek Plehwego, który zatrzymał się na godzinie 9:43. Minister zginął na miejscu. Ciało jego było tak poszarpane, że trudno było przygotować je do pogrzebu. Obok miejsca eksplozji leżał ciężko ranny Sazonow. Miał ranę w prawym boku, straszliwie krwawił, stracił dwa palce u lewej nogi. Jadący za karetą kapitan gwardii, Michał Cwieciński również był ciężko ranny i został poddany trepanacji czaszki. Stangret, Iwan Filipów zmarł zaraz po zamachu. Byli ranni wśród przechodniów.
W nieludzkim zamieszaniu tajniacy dopadli leżącego Sazonowa, bili go i wlekli za nogi po bruku. "Bili mnie na bulwarze, potem podnieśli, schwycili za nogi i powlekli tak, że uderzali głową o bruk. W hotelu rzucili na gołą podłogę, zerwali ze mnie ubranie i bili po gołym ciele" - napisał Sazonow we wspomnieniu skreślonym przed śmiercią w więzieniu. Poddano go operacji, w której uczestniczył prowokator Gurowicz. Liczono, że majaczący w gorączce poda jakieś informacje.
*** Ryszard Świętek - Agentura wpływu
Rzeczpospolita - 1996.01.20
...Piłsudski zgodził się dostarczać Japończykom wiadomości polityczne oraz współpracować w organizowaniu dywersji i akcji zbrojnych na terytorium Rosji. W ograniczonym zakresie PPS została zobowiązana do dostarczania informacji o charakterze wywiadowczym ze swych obserwacji wojskowych. Na zorganizowanie sabotażu na kolei transsyberyjskiej i rozciągnięcie sieci wywiadowczej wewnątrz Rosji, a przede wszystkim za podjęcie dywersji politycznej przeciwko caratowi, Japończycy udzielili PPS dość znacznej pomocy finansowej (obecnie byłaby to kwota ok. ośmiu i pół miliona dolarów).
*** Andrzej Garlicki - TAJNE ARCHIWA PRL-u
...Gdy więc 12 listopada 1944 r. Bolesław Piasecki został w Józefowie koło Warszawy aresztowany przez NKWD, wydawało się pewne, że żywy już nie wyjdzie. A tymczasem nie tylko że po ośmiu miesiącach wyszedł żywy, ale rozpoczął zaskakującą karierę polityczną. W rok po aresztowaniu wydawał tygodnik "Dziś i jutro", od którego zaczęło się tworzenie imperium PAX. Gen. płk Iwanow, o którym Piasecki wspomina w pierwszym zdaniu, to generał NKWD Iwan Sierow, wkrótce reżyser porwania 16 przywódców polskiego podziemia. On to właśnie ocenił, jaką wartością może być Bolesław Piasecki. I nie pomylił się.
Jasienica aresztowany został 2 lipca 1948 r. w Krakowie. Było to aresztowanie przypadkowe, bo przyszedł do mieszkania, w którym UB "założyło kocioł". Wkrótce przeniesiony został do Warszawy, gdzie przesłuchiwał go m. in. ówczesny major, późniejszy pułkownik Jacek Różański. Zatrzymanie Jasienicy, członka redakcji "Tygodnika Powszechnego", stwarzało sytuację wymagającą decyzji politycznej. Mówiąc najkrócej należało sobie odpowiedzieć na pytanie, czy władzom bezpieczeństwa trafił się smakowity kąsek pozwalający na przygotowanie procesu świadczącego o bezpośrednim powiązaniu zbrojnego podziemia z organem Kurii Krakowskiej, czy też wmanewrowały się one w sytuację kłopotliwą i niewygodną.
Aresztowanie i nagłe zwolnienie Jasienicy i Piaseckiego to przypadki bardzo podobne. Czy zostali zwerbowani na agentów? Mamy tu przykład najbardziej fascynującej i rzadkiej odmiany współpracy agenturalnej - agentury wpływu. Zapewne od obu nie żądano donosów, stalinowski reżim chciał "rządu dusz" i obaj swą działalnością polityczno-propagandową mieli odkupić winy. Jasienica wycofał się po kilku latach z tego procederu, Piasecki jako szef PAX-u uprawiał tę "polityczną" działalność do śmierci.
*** Tomasz Stańczyk - Józef Piłsudski i obce wywiady
Rzeczpospolita - 08.08.1998
...Kontakty Piłsudskiego z wywiadem Austro-Węgier były podyktowane jego planami stworzenia w Galicji warunków do przeszkolenia wojskowego ochotników, którzy w przypadku wojny między zaborcami utworzyliby polskie oddziały walczące przeciw Rosji i staliby się kadrą odrodzonego wojska polskiego. Wychowany wkulcie roku 1863 r. marzył Piłsudski o wywołaniu antyrosyjskiego powstania. Chodziło też o propagandowe oddziaływanie szkolenia paramilitarnego na społeczeństwo polskie - by mu uświadomić możliwość i konieczność czynnej walki o niepodległość. Było oczywiste, że bez poparcia władz austriackich, konkretnie bez wiedzy, pomocy i nadzoru ze strony wywiadu takie plany nie mogły zostać zrealizowane. Z drugiej strony wywiad austriacki był zainteresowany możliwością wykorzystania członków PPS - największej polskiej organizacji rewolucyjnej do prac wywiadowczych przeciw Rosji. Sondaż w tej sprawie przeprowadzony został w 1908 r. przez szefa placówki oddziału wywiadu (HK Stelle) we Lwowie kpt. Gustawa Iszkowskiego. Prawdopodobnie pod koniec 1908 r. Piłsudski rozmawiał z szefem sekcji wywiadu Biura Ewidencyjnego Maximilianem Ronge. Wówczas najpewniej doszło do porozumienia o zorganizowaniu siatki wywiadowczo-dywersyjnej przeciw Rosji w zamian za umożliwienie działalności ruchu niepodległościowego i organizowanie oddziałów paramilitarnych - Związku Strzeleckiego i Strzelca.
*** Sławomir Cenckiewicz - Afera Bergu
Wprost - 08 lutego 2004
...Rolę bezpieki w rozpracowaniu baz łączności trafnie podsumował na łamach "Karty" Jan Nowak-Jeziorański: "Przez dwa lata odbiorcą dość znacznych funduszy z kasy CIA, sprzętu radiowego, szyfrów, depesz, raportów i instrukcji był kontrwywiad bezpieki. Amerykanie zaś byli karmieni reportażami i ocenami fabrykowanymi przez przeciwnika. W grudniu 1952 r. komuniści postanowili zakończyć tę zabawę publiczną kompromitacją CIA i emigracji. Dwaj agenci polskiego kontrwywiadu występujący w roli przywódców WiN zgłosili się 'dobrowolnie' do władz, wydając siebie, swoich podkomendnych, zasoby pieniężne, tajemnice organizacyjne i podając wszystko do publicznej wiadomości".
*** Andrzej Friszke, Andrzej Paczkowski - "Chcę współpracować" - Bolesława Piaseckiego memoriały więzienne
Tygodnik Powszechny - 2007-04-12
...Nie wiemy, co działo się z Piaseckim od połowy listopada 1944 do kwietnia 1945 r. Świetnie znający dzieje życia Piaseckiego i jego środowiska politycznego Andrzej Micewski pisał: "W istocie mało wiemy o pobycie Piaseckiego w więzieniu w Lublinie i w Warszawie (...) Pewne jest tylko, że sprawę Piaseckiego prowadził generał rosyjskiej służby bezpieczeństwa Iwan Aleksandrowicz Sierow" (A. Micewski, "Współrządzić czy nie kłamać", Paryż 1978). Sierow aż do maja 1945 r. kierował działalnością NKWD i kontrwywiadu "Smiersz" na tyłach frontu, m.in. nadzorował akcję porwania szesnastu przywódców Polski Podziemnej w marcu 1945 r. W omawianej teczce nic na ten temat nie ma, ale wedle zgodnych wspomnień najbliższych współpracowników Piasecki rozmawiał z Sierowem. Na rozmowy takie powoływał się on sam. Nikt jednak nie osadza ich w czasie ani nie omawia ich przebiegu. Antoni Dudek i Grzegorz Pytel, autorzy monografii lidera PAX-u, sugerują, że to on był inicjatorem owego dialogu: "jedyną szansą na przeżycie, jaka mu pozostała, było zwrócenie uwagi na swoją osobę".
*** Ewa Winnicka - Bez litości - MORDERSTWO POLITYCZNE W PRL
Zabójstwo Bohdana Piaseckiego
Polityka - 13 maja 2006 r.
...Oficer K. zanotował: "W piwnicach budynku pod delikatesami vis-a-vis sądów znaleziono martwego chłopca z nożem w piersi w pozycji siedzącej, opartego o miskę klozetową". Dokoła leżały książki i zeszyty. Czaszka chłopca była roztrzaskana. Stwierdzono, że Bohdan zginął zaraz po porwaniu. Na koszuli nie było śladów potu. Mankiety były czyste. Oficer K.: "Kiedy okazało się, że to Piasecki, do piwnicy od razu ściągnęli wipowie. Taka była sensacja. Milicjant stał w drzwiach, salutował i przepuszczał wszystkich. Żadnych śladów nie udało się niestety zabezpieczyć". Na podstawie ukrycia zwłok oficer K. od razu przypuszczał, że mordercy mieli doświadczenie w popełnianiu zbrodni.
*** Piotr Zychowicz - Mordercy Bohdana uchodzą
Rzeczpospolita - 11.12.2007
...Na "trop żydowski" prowadzących śledztwo naprowadziła osoba Ignacego Ekerlinga, złapanego przez ludzi Piaseckiego (milicja nie potrafiła tego zrobić) kierowcę taksówki, którą uprowadzono Bohdana. Szybko się okazało, że nie był on przypadkowym świadkiem przestępstwa, ale uczestnikiem spisku. Ekerling, który wojnę przetrwał na terenie Związku Sowieckiego, miał szerokie kontakty wśród mieszkających wówczas w Warszawie Żydów. Przyjacielem jego szwagra Mieczysława Katza - byłego kierowcy KC PZPR - był łódzki przestępca Michał Barkowski (vel Robert Kalman). To właśnie ten ostatni razem z byłym ubekiem Stefanem Łazorczykiem najprawdopodobniej porwali sprzed szkoły Bohdana. Miejsce zbrodni wybrał zaś ich znajomy milicjant Adam Kossowski, który utrzymywał w domu na Świerczewskiego 82A mieszkania operacyjne. Milicja nie była jednak w stanie przesłuchać podejrzanych. Wszyscy po uprowadzeniu Bohdana Piaseckiego wyjechali za granicę. Większość znalazła się w Izraelu. - Uciec próbował również Ekerling, ale w ostatniej chwili dzięki stanowczej interwencji mojego ojca zawrócono go z granicy - mówi Jarosław Piasecki.
W marcu 1966 roku czołowy, powiązany wówczas ściśle z władzami, izraelski dziennik "Maariv" opublikował artykuł, w którym ogłosił, że "zabójcy syna polskiego polityka żyją w Izraelu". Autor tekstu nazwał zadźganie 15-latka "zabójstwem politycznym" i zapowiedział, że w tej sytuacji PRL nie ma prawa występować o ekstradycję sprawców.
*** Antoni Dudek - Nie ujawnić prawdy (zabójstwo Bohdana Piaseckiego)
...Porwanie Bohdana i "śledztwo" w tej sprawie przypadło na okres w którym w MSW trwała ostra walka między dwoma grupami. Pierwszej przewodził wiceminister Antoni Alster, należący do frakcji puławskiej. Jemu właśnie podlegał III Departament prowadzący śledztwo w sprawie Bohdana. Liderem drugiej grupy był wiceminister Mieczysław Moczar i, jak można przypuszczać, to od jego ludzi czerpał Piasecki liczne informacje. Walka w MSW zakończyła się w 1961 r. usunięciem Alstera. Rodzi się w związku z tym pytanie, dlaczego ani wówczas, ani w latach następnych (np. w czasie antysemickiej kampanii w 1968 r.), Piasecki nie zdołał skłonić Moczara, który stał się jego politycznym sojusznikiem do wznowienia sprawy Bohdana. Odpowiedź może być, w świetle przedstawionych faktów, tylko jedna: o pogrzebaniu śledztwa zadecydowała obawa przed skandalem i kompromitacją MSW jako instytucji. Kompromitacją porównywalną z tą, jaka nastąpiła w latach 80. za sprawą śmierci ks. Jerzego Popiełuszki.
Zabójstwo syna Bolesława Piaseckiego jest jedną z najciekawszych zagadek politycznych czasów PRL-u. Niestety, wygląda na to, że w archiwach IPN brak wyjaśnienia tej sprawy, długotrwałe śledztwo ciągnące się dosłownie do czasów upadku komunizmu niczego nie rozstrzygnęło. Przeciwnie, próbowano wplątać w zabójstwo Bohdana Piaseckiego różne postacie ówczesnej opozycji, czy wręcz elity towarzyskiej (m.in. Tyrmanda). Wiele przesłanek wskazuje jednak, iż źródeł tej zbrodni należy upatrywać w konflikcie dwóch frakcji partyjnych PZPR, który ciągnął się przez całą drugą połowę lat 50-ych. Stalinowski aparat partyjny po śmierci Stalina podzielił się na quasi-liberalną grupę puławską i ortodoksyjny Natolin. Lud prosty określał owych puławian jako "Żydów" (ze względu na rzekomo dominujących w tej grupie liczbowo komunistów żydowskiego pochodzenia) a Natolin jako "chamów" (dominować mieli w niej komuniści pochodzenia polskiego, na dodatek mocno przaśni). Bolesław Piasecki sytuował się raczej po stronie Natolina, a wręcz po stronie sowieckiego aparatu bezpieczeństwa. W roku 1956 Piasecki groził wprowadzeniem stanu wyjątkowego a jego ludzie wysłani do ZSRR prowadzili jakieś tajemnicze rozmowy, zapewne z generałem Sierowem. Czy zabójstwo syna Bolesława Piaseckiego miało być jakąś "żydowską zemstą" grupy puławskiej za antysemickie ekscesy z lat 30 i 40-ych? Ta interpretacja jest dość naiwna, bowiem co tych "prawdziwych komunistów", niedawnych bezwzględnych stalinowców, internacjonalistów rodem z KPP mogły obchodzić żydowskie cierpienia? Bardziej sensowna jest wersja, iż zabójstwo syna miało być dla Piaseckiego sygnałem ostrzegawczym ze strony Puławian. Piasecki nie należał de facto do żadnej z frakcji, prowadził własną grę, a rzekome rozmowy z Sierowem w 1956 r. mogły rozwścieczyć Puławian (a może ludzi z Kremla?). Możliwa jest też inna, skrajnie odmienna wersja zdarzeń - zbrodni dokonano na zlecenie Natolina. Wskazywać by miała na to inscenizacja zabójstwa chłopca na mord rytualny (sztylet w sercu), co mogło wywołać antysemickie zamieszki, które obróciłyby się przeciwko politycznym konkurentom, a więc "Żydom" z grupy puławskiej.
*** Sławomir Cenckiewicz - Oskar Lange po stronie Sowietów
Rzeczpospolita - 16.12.2006
...Lange był obywatelem amerykańskim, ale został mianowany w 1945 roku przez polski Rząd Tymczasowy ambasadorem w Stanach Zjednoczonych. Był znany z prosowieckiej postawy, choć nie należał do partii komunistycznej. Według Artura Bliss Lane'a, byłego ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce, Lange doradził mu, żeby za jego nominacją wstawił się Joseph E. Davies, zagorzały prosowiecki były ambasador Stanów Zjednoczonych w Moskwie. Jak się później dowiedział Lane, sam Stalin zasugerował Harry'emu Hopkinsowi w czerwcu 1945 roku, żeby zamianować Langego na to stanowisko". Inny fragment książki: "W sierpniu 1944 roku Lange sugerował NKWD, że polskiego demokratycznego przywódcę Stanisława Mikołajczyka można wciągnąć do sterowanego przez komunistów Rządu Tymczasowego i że komuniści nie muszą iść na żadne "poważne ustępstwa", żeby to osiągnąć".
*** Filip Musiał, Jarosław Szarek - Działania operacyjne SB wobec "Tygodnika Powszechnego" w latach 1957-1965
Pamięć i Sprawiedliwość - nr 10/2006
...Starano się także pozyskać konfidentów ze ścisłej redakcji. Obiektem tych wysiłków stała się m.in. - nieświadoma ich prowadzenia - Józefa Hennelowa. Bezpieka, która uzyskała informacje o rzekomo istniejącym konflikcie pomiędzy nią a redaktorem naczelnym oraz zespołem, chciała wykorzystać te animozje do werbunku. Na podstawie głównie materiałów agenturalnych sporządzono jej charakterystykę, w której zapisano: "Jest ona osobą inteligentną, rzutką i bardzo wydajnie pracuje nad redagowaniem »TP«. Według opinii [Starowieyskiej-]Morstinowej Turowicz jest tylko nominalnie redaktorem naczelnym, faktycznie zaś prowadzi całość i kieruje »TP« Hennelowa. W 1960 r. narosły pewne drażliwości na tle kompetencji między Turowiczem i Hennelową, co jednak szybko zostało zatarte. Ze względu na warunki rodzinne (opieka nad dziećmi) Hennelowa wysuwała pod adresem kierownictwa »TP« propozycje zwolnienia jej czy przeniesienia na inne stanowisko. Czyniła to jednak raczej formalnie i praktycznie bez rezultatu. Jest dobrym organizatorem ze względu na wymaganą dyscyplinę, tzw. »młodsza« grupa redaktorów nie bardzo ją lubi". Jednocześnie podsumowano efekty analizy posiadanych materiałów operacyjnych: "Pod względem politycznym trudno ją ocenić. Nie angażuje się po prostu i nie wypowiada na tematy z tego zakresu. Jest głęboko wierząca i systematycznie praktykująca, co jest niewątpliwie rezultatem dewocyjnego wychowania. Hennelowa była opracowywana przez naszą służbę w [latach] 1959-60 jako kandydatka na pozyskanie. Ze względu na jej silne powiązanie z kierownictwem »TP« i osobiste zaangażowanie w tym piśmie zrezygnowano z prób jej pozyskania, nie znajdując podstaw do osiągnięcia tego celu. Żadnych rozmów z nią dotychczas nie przeprowadzono" - pisał kpt. Józef Schiller, wówczas kierownik Grupy 3 Wydziału IV.
*** Roman Graczyk - CENA PRZETRWANIA? SB a "Tygodnik Powszechny" - Sabina Kaczmarska
...Donos z 22 czerwca 1967 r.: "Przemówienie pożegnalne Wojtyły przed wyjazdem po kapelusz kardynalski (21.06.br.) zostało w redakcji »TP« przyjęte jako »mowa do maluczkich«. Skwarnicki powiedział wprost, że Wojtyła nie wierzy sam w siebie jest oszołomiony sypiącymi się na niego łaskami i jest w stanie tylko z pokorą je przyjmować. W porównaniu z Sapiehą Wojtyła traci b. dużo. Tamten przyjmował łaski i tytuły jako mu należne, a gdy występował, to było wiadomo czego chce. Wojtyła jak na razie sili się tylko na pokorę. Jeżeli obsypuje się go godnościami to widocznie są do tego powody. Wojtyła nie powinien zastanawiać się czy jest godny takich łask, lecz wyciągać konsekwencje z tego wypływające i coś robić. Inaczej będzie tylko i wyłącznie jednym z członków episkopatu i pozostanie pod kapeluszem Wyszyńskiego. Wojtyła w spływających na niego dostojeństwach czuje się jak prostaczek we wspaniałym hotelu. To jeszcze za mało, aby być faktycznie kimś".
*** PIOTR ADAMOWICZ, ANDRZEJ KACZYŃSKI - "Historyk"
Rzeczpospolita - 12.08.2006
...Andrzej Micewski usiłował pogodzić role nie do pogodzenia - chciał zostać redaktorem naczelnym "Tygodnika Solidarność" poleconym przez Kościół, mianowanym przez Lecha Wałęsę i zatwierdzonym przez Służbę Bezpieczeństwa. Prawie dopiął swego. 6 grudnia 1980 roku Lech Wałęsa podpisał i wręczył mu nominację na organizatora oraz szefa związkowego tygodnika i wydawnictwa, połączoną z pełnomocnictwem do uzyskania od władz koncesji na czasopismo i wydawnictwo, lokalu, przydziału papieru i miejsca w drukarni. Jeszcze tego samego dnia Andrzej Micewski pochwalił się nominacją generałowi SB Konradowi Straszewskiemu, dyrektorowi IV Departamentu MSW zajmującego się inwigilacją Kościoła. Opowiedział też, jak do niej doszło i jak sobie wyobraża jej następstwa. Generałowi nominacja też się najwidoczniej spodobała, bo skrupulatnie odpisał sobie treść upoważnienia, włącznie z pewnym błędem, po czym dodał: "Pismo podpisał Wałęsa z wszystkimi tytułami".
*** Andrzej Friszke - Tajemnice Andrzeja Micewskiego
Tygodnik Powszechny
...Ze źródła "Historyk" pochodzą notatki o niektórych spotkaniach Społecznej Rady Prymasowskiej, której Micewski był członkiem, ale także ujemne charakterystyki samej Rady, która miała być ciałem bezwolnym i pozbawionym realnego znaczenia. Dość konsekwentnie podkopywał jej pozycję u Prymasa, informując o tych opiniach ppor. Putę, a być może też członków establishmentu. Pozostawał bowiem w osmozie z władzą; chciał być jakby łącznikiem między Prymasem a rządzącymi, ale łącznikiem w znacznej mierze kształtującym wzajemne relacje. Prymasa Glempa oceniał jako mało doświadczonego w sprawach wielkiej polityki i liczył na wywarcie nań silnego wpływu. Aby to było skuteczne, należało ograniczyć wpływ innych członków Rady. Zresztą niektóre jego wypowiedzi, zapisane przez Rakowskiego, trudno uznać za lojalne wobec Prymasa.
*** Podwójne życie Macieja Damięckiego - Maciej Damięcki przez 16 lat był agentem SB
...Noc z 30 na 31 marca 1973 roku była dla Macieja Damięckiego feralna. Artysta do późna bawił się wtedy w eleganckiej restauracji Budapeszt w centrum stolicy. Tam poznał nowych znajomych. Zabawa była tak szampańska, że postanowił odwieźć towarzystwo do domu. Patrol milicji zatrzymał jego trabanta na rogu ulic Chłodnej i Elektortalnej w Warszawie dokładnie o 1.40.
"Podczas kontroli stwierdziłem, że kierowca znajduje się w stanie wskazującym na spożycie alkoholu" - napisał w notatce ze zdarzenia plutonowy Andrzej Winnicki.
Opis tego nieprzyjemnego incydentu niedługo potem trafił na biurka oficerów Służby Bezpieczeństwa. Dla bezpieki była to gratka. Znaleźli haka na wziętego artystę, pochodzącego ze znanej aktorskiej rodziny. Spotkali się z nim już 6 kwietnia. "Daliśmy mu do zrozumienia, że oczekujemy od niego pomocy w formie udzielania przez niego informacji ze środowiska aktorskiego" - napisał ppor. Jerzy Filipowski, późniejszy oficer prowadzący Macieja Damięckiego.
*** Cezary Gmyz - Przeszłość arcybiskupa Sawy (TW "Jurek")
Rzeczpospolita - 13.01.2009
...Jedne z ostatnich donosów w teczce TW "Jurka" dotyczą Syndesmosu - międzynarodowej organizacji młodzieży prawosławnej. Ta oddolna inicjatywa interesowała nie tylko SB, ale przede wszystkim KGB. Bp Sawa przekazał obszerne informacje o pobycie w Polsce Aleksego Struwego z Francji, który był zaangażowany w powołanie tej organizacji. Oficer SB zanotował: "informację nt. Syndesmosu wykorzystać do opracowania odpowiedzi na pismo KGB ZSRR".
*** JERZY MORAWSKI - Pisarz pod nadzorem - TECZKA PAWŁA JASIENICY
Rzeczpospolita - 06.04.2002
...Nena miała czterdzieści lat, gdy poznała 57-letniego Pawła Jasienicę. Kim była? Brała udział w powstaniu warszawskim, jako żołnierz AK trafiła do oflagu. Po wyzwoleniu wyszła za mąż za Irlandczyka. Ten związek nie trwał długo. - Nie była ładną kobietą, ale zadbaną, zgrabną. Taką w dobrym gatunku - mówi Ewa Beynar-Czeczott. - Twierdziła, że studiowała dziennikarstwo. Pracowała w dziekanacie jednej z warszawskich uczelni. Nie wiadomo, jak ją zwerbowano. Donosiła na studentów i profesorów. SB zatrudniła ją jako kelnerkę w Grand Hotelu, aby miała łatwy dostęp do zagranicznych gości. Postanowiono zarzucić sieci na Jasienicę. Przygotowywano "Ewie" pytania i wysyłano na spotkania autorskie pisarza. Siadała w pierwszym rzędzie i zadawała pytania. Bywała na wszystkich spotkaniach, pisarz ją poznawał. Kiedyś zaprosił na kawę. Stała się jego towarzyszką. Przez ostatnie osiem miesięcy życia - żoną. Za zgodą SB.
*** Kontakt operacyjny "Delegat" - Agenci Służby Bezpieczeństwa między prymasami Polski a "Solidarnością"
Rzeczpospolita - 05.08.2006
...O raporcie rzymskim i "Delegacie" rozmawiamy niezależnie z dwoma historykami IPN: dr. hab. Janem Żarynem, znawcą stosunków między państwem a Kościołem w PRL, i Grzegorzem Majchrzakiem, który przygotowuje doktorat o rozpracowaniu władz pierwszej "S" przez SB. Ich oceny są niemal identyczne. Twierdzą, że jest to ciekawy i ważny dokument świadczący o działalności agenturalnej "Delegata". Mimo że nie pochodzi on od tajnego współpracownika, lecz od kontaktu operacyjnego, to jednak ze względu na charakter zawartych tam informacji można śmiało powiedzieć, że mamy do czynienia z działalnością agenturalną. Być może samemu "Delegatowi" wydawało się, iż bierze udział w negocjacjach politycznych z SB - przedstawicielami władzy. Podstawowe pytanie brzmi bowiem tak: czy mamy do czynienia ze świadomą współpracą, czy też nieprzemyślanym gadulstwem? Trzeba jednak pamiętać, że rozmowy z funkcjonariuszami SB nie były bezkarne, gdyż nie interesował ich polityczny dialog z przedstawicielem Kościoła, a jedynie pozyskanie cennych informacji służących rozpracowaniu "Solidarności" i Kościoła katolickiego. Jakiś pozornie mało znaczący szczegół mógł zatem być istotniejszy dla SB niż długi wywód polityczny "Delegata". Bo dla Służby Bezpieczeństwa nie było informacji nieważnych, były jedynie mniej lub bardziej przydatne. Na przykład negatywne charakterystyki mogły być później wykorzystane w celu dyskredytowania niektórych osób.
IPN dopiero w marcu 2009 oficjalnie potwierdził fakt, iż agentem o kryptonimach "Delegat" i "Libella" był ksiądz Henryk Jankowski.
Sprawa ta dowodzi, że lustracja jest w Polsce zjawiskiem mocno zabarwionym politycznie. Jednych (Wałęsa) lustruje się z fanatyczną namiętnością, innych jakoś nie. Ciekawe, ilu pozostało jeszcze tych "innych"?
*** Helena Kowalik - Utracona cześć Ireny Dziedzic (TW "Marlena")
Wprost - 28 marca 2010
...W dokumentach I PN nie ma informacji o tym, w jakich okolicznościach mogło dojść do zarejestrowania dziennikarki. Jest za to sprawozdanie funkcjonariusza SB Lipińskiego (w dokumentach nie używa imienia) z nawiązania pierwszego kontaktu z dziennikarką w październiku 1957 roku. "Wystąpiłem jako oficer służb kontrwywiadu MSW. Zaproponowałem współpracę z organami, udzielanie nam informacji o dziennikarzach państw kapitalistycznych oraz kontaktach z nimi obywateli PRL. Irena Dziedzic zgodziła się. Oświadczyła, że rozumie konieczność pomagania organom bezpieczeństwa. Przekazała szereg informacji dotyczących B. - obywatela USA polskiego pochodzenia. Po spotkaniu z B. obiecała do mnie zadzwonić, aby podzielić się spostrzeżeniami, bo to może być interesujące dla organów BP. Uznałem, że dobrym pomysłem będzie przeprowadzenie z B. wywiadu telewizyjnego. Ponadto przekazała informacje o romansie koleżanki Joanny R. z dziennikarzem Hansem S.", mówi notatka.
*** Maja Narbutt - Pan minister i pan X (Józef Kossecki, TW "X", TW "Rybak")
Rzeczpospolita - 01.03.2008
...Wynajmowaliśmy małe mieszkanie na warszawskim Mokotowie. Tam urządziłem swoje wesele, a właściwie skromne studenckie przyjęcie. Kilka dni później zjawiła się milicja. Było kolegium za to, że mieszkamy bez meldunku. Wlepiono nam olbrzymi mandat. Musieliśmy się natychmiast wyprowadzić, właściwie wyrzucono nas na bruk. Żona była w zaawansowanej ciąży - mówi Kuczyński. - Z trudem udało nam się znaleźć jakąś ruderę w Ursusie. Gościem na weselu był Józef Kossecki. - Do dziś ponoszę konsekwencje esbeckich donosów. Wyrzucano mnie z pracy, mam przez to nędzną emeryturę - irytuje się Kuczyński. Służba Bezpieczeństwa inwigilowała go przez kilkanaście lat. Dostał kryptonim "Rosomak". "Podoba mi się. Tak mnie widzieli: małe, zawzięte, agresywne bydlę" - napisał w swoim blogu.
Sprawa TW "Rybaka" ma też swój aspekt humorystyczny. Wszystko wskazuje na to, iż pan Kossecki własnoręcznie sporządził swój biogram na wikipedii. Figuruje tam jako bohater walki z komuną, zaś historycy uważają go za jednego z najbardziej skutecznych agentów SB (KGB?) w historii PRL.
Można odnieść wrażenie, że wiele wiki-biogramów (wszystkie?) osób żyjących jest najwyraźniej pisanych przez samych zainteresowanych, np. masowo opisani tak zwani młodzi poeci. Czyżby Wiki stała się platformą sukcesu, którego brak w realnym życiu?
*** Krzysztof Tarka - Tajemnica Szczypiorskiego
Newsweek - 19/2006
...Kolejnym krokiem miało być zorganizowanie spotkania syna z rodzicami. Podczas bezpośredniego spotkania miał przekonywać ich do powrotu do kraju. Na początku kwietnia 1955 r. Adam Szczypiorski w odpowiedzi na propozycję spotkania zawiadomił syna o planowanym wyjeździe żony do Austrii na obchody wyzwolenia więźniów obozów koncentracyjnych. Dodał, iż świadomość rychłego spotkania z synem po dziesięcioletniej przerwie sprawia, że w ostatnich dniach matka o niczym innym nie myśli. Andrzej Szczypiorski przekonywał ppłk. Leona Winiawskiego, że w tej sytuacji nietrudno będzie pozyskać matkę i wykorzystać jej wpływ na ojca, by przekonać go do powrotu do kraju. Według oficera wywiadu Andrzej był zainteresowany wyjazdem do Wiednia, gdyż "przypuszcza, że podniesie to jego walory, jest karierowiczem, ale człowiekiem zdolnym". Przebieg spotkania został w szczegółach opracowany przez peerelowski wywiad. Ustalono, że rozmowa syna z matką będzie nagrywana przez aparat podsłuchowy zainstalowany w zamkniętej walizce.
Historia związków Andrzeja Szczypiorskiego (pseudonim "Marek") z bezpieką to opowieść prawdziwie szekspirowska. Zdrada ojca, kariera dyplomatyczna przerwana przez defraudację w ambasadzie polskiej w Danii, agenturalna praca w Niemczech w latach 60-ych. Potem rok 1968, Szczypiorski zrywa współpracę, sam staje się obiektem inwigilacji. Historia powtarza się, jego syn (pseudonim "Paweł) donosi na ojca.
Po ujawnieniu makabrycznych szczegółów współpracy Sz. z bezpieką zapadła nad nim zupełna cisza. Widać tu zaskakujące podobieństwo do Guntera Grassa - publicznie pasja moralizatorska, prywatnie starannie ukrywany "szkielet w szafie". A jednak... Tak jak w przypadku Grassa należy oddzielić twórczość i życiorys. Problem jednak z niesłuchanie wysokim diapazonem etycznym jaki obowiązuje w polskim życiu publicznym. Co zrobić z "Mszą za miasto Arras", najlepszym komentarzem polskiej literatury do Marca 1968? Przekreślanie twórczości Sz. za jego niechlubną połowę życia jest przesadą.
...Służba Bezpieczeństwa była dumna, że pozyskała pisarza z najwyższej półki. W styczniu 1980 roku typowała go na prezesa ZLP po umierającym Iwaszkiewiczu. Wysoko oceniała jego donosy: "konkretne, obiektywne, posiadające wartość operacyjną". A informował np. o córce jednej z pisarek, która leczy się w zakładzie dla nerwowo chorych. O "pederastycznych wyczynach" i partnerach Jarosława Iwaszkiewicza. Praktycznie każdy kontakt z nim owocował donosem. Gdy np. Tadeusz Konwicki pożyczył mu swój, wydany w samizdacie, "Kompleks polski", poleciał z nim na SB, dał do przeczytania swojemu oficerowi. A w swoim raporcie z 29.09.1977 określił Konwickiego jako "przepojonego jadem nienawiści do polityki kulturalnej władz, który książkę swą wydał z pełną świadomością skutków, mimo to, jest nadal kierownikiem literackim zespołu filmowego". Najbardziej porażający jest jego donos o umierającym Jasienicy, którego odwiedził w szpitalu 21 czerwca 1970 roku, a więc trzy tygodnie przed śmiercią. Poinformował SB, że "cierpi on na chorobę krwi typu rakowego, nie rokującą wyleczenia. Jego stan jest krytyczny lub wręcz beznadziejny".
*** Joanna Siedlecka - Operacja "Gombrowicz" (Barbara Witek-Swinarska, "Krystyna")
Rzeczpospolita - 06-12-2010
...Wykorzystywano również "Krystynę" do spraw krajowych. Pomogła np. dopaść Ireneusza Iredyńskiego, informując, że uchodzi w środowisku za drugiego Hłaskę, za "prześladowane przez moczarowców europejskie pióro". Zdradzała jego kolejne twórcze projekty, z których w związku z tym nic nie wychodziło. W listopadzie 1963 r. doniosła np., że pomóc "pokrzywdzonemu" postanowił sam Aleksander Ford, kierując do produkcji film według scenariusza Iredyńskiego. Demagogicznie go streszczała, dowodząc, że o nic w nim nie chodzi, nie wiadomo, gdzie się to dzieje, a jego bohaterowie, podobnie jak autor, piją tylko i baletują.
W 1966 r. pomogła wsadzić do więzienia nie tylko Iredyńskiego, ale też zaprzyjaźnionego z nim studenta reżyserii Edwarda Żebrowskiego, co zablokowało na długo ich twórczy rozwój. Żeby uciszyć "europejskie pióro" i w ogóle młodych gniewnych, SB sfingowała sprawę o gwałt, którego nie było, mimo to Iredyński odsiedział trzy lata, student kilka miesięcy, bo nie o niego chodziło. Witek-Swinarska była przyjaciółką Maszy Kapelińskiej, pierwszej żony Iredyńskiego, która robiła wszystko, żeby męża wyciągnąć, opowiadając o tym swojej artystycznej paczce, m.in. Baśce, ona natomiast swoim esbekom. Mieli więc oskarżonych na widelcu i sterowali sprawą, dobrze wiedząc, jaką linię obrony planują wynajęci przez Maszę adwokaci, jakie dowody przedstawią zgromadzeni przez nią świadkowie.
*** Sebastian Ligarski - Twórczy donosiciele
Rzeczpospolita - 04-09-2008
...Twórcy: Henryk Tomaszewski (twórca Wrocławskiego Teatru Pantomimy), Maciej Damięcki, Marek Piwowski, Kazimierz Koźniewski, Andrzej Brycht, Wacław Sadkowski, Jan Maria Gisges, Aleksander Minkowski, Tadeusz Strumff, Henryk Worcell, Lech Isakiewicz, Roman Waschko, Tadeusz Borowski, Stanisław Chaciński, Andrzej Drawicz, Henryk Gaworski, Eugeniusz Kabatc, Andrzej Kuśniewicz, Jerzy Lovell, Andrzej Szczypiorski, Krzysztof Teodor Toeplitz, Jerzy Wittlin, Marian Reniak, Czesław Białowąs... Te przykładowe osoby, choć pochodzące z różnych środowisk twórczych, łączyła jedna cecha. Były osobowymi źródłami informacji tajnej policji politycznej w Polsce Ludowej. Donosicielami. Czy było ich wielu, czy szkodzili, czy też prowadzili tylko "intelektualną grę" z aparatem bezpieczeństwa, czy byli osobami, które w brutalny sposób złamano, czy też donosili z własnej woli, a może byli ofiarami systemu totalitarnego - te pytania padają często w polemikach na temat działalności agentury SB w środowiskach twórczych. Na jedno pytanie znamy już odpowiedź.
Dla Służby Bezpieczeństwa penetrującej środowiska twórcze liczyła się jakość agentury, a nie jej ilość.
*** Marek Ruszczyc - Zagadka Stanisława Brzozowskiego
...Okazało się, iż Brzozowski zaprzedał się Ochranie znacznie wcześniej, bo około 1900 roku. Okoliczności tej zdrady były, z ludzkiego punktu widzenia, dramatyczne. Pod koniec ubiegłego wieku Brzozowski, syn zubożałego obywatela ziemskiego z Lubelszczyzny, wstąpił na Wydział Przyrodniczy rosyjskiego Uniwersytetu w Warszawie. Ciesząc się powszechną sympatią i autorytetem wśród kolegów, został wybrany prezesem zarządu akademickiego Bratniaka. Po jakimś czasie okazało się, iż systematycznie defraudował składki koleżeńskie. Rodzice Brzozowskiego, mieszkający w Warszawie, żyli w nędzy, ojciec umierał w mękach na raka gardła. Skradzione pieniądze wydawał Brzozowski na żywność dla rodziny i lekarzy ojca. Bliżsi koledzy, znając ten osobisty dramat Brzozowskiego, pokryli braki w kasie Bratniaka z własnej kieszeni. Brzozowski ustąpił z prezesury i został oddany pod sąd koleżeński.
I w tym momencie go aresztowano. Policja wiedziała, że jest on wschodzącą gwiazdą intelektualną Polski, ma zadatki na wybitnego działacza politycznego i pisarza europejskiej skali. Postanowiła więc go złamać, wciągnąć w bagno, upodlić, zmusić do współpracy agenturalnej, aby mieć go w ręku.
*** PAWEŁ PIOTROWSKI - Wywiad wojskowy w PRL
Gazeta Polska - 4 października 2006 r.
...W końcu lat 40. Oddział II prowadził również operację o kryptonimie "Drawa", dotyczącą sprowadzenia z Londynu sumy ponad 2,2 mln dolarów. Pomagali w tym oficerowie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy chcieli powrócić do kraju. Ci sami oficerowie, gen. Stanisław Tatar i płk Marian Utnik, dopomogli w przewiezieniu do Polski 350 kg wyrobów ze złota, pochodzących z darów na Fundusz Obrony Narodowej. Niejako "przy okazji" zniknęło 145 kg złotych monet. Choć od dawna przypuszczano, że zostały one przejęte przez Oddział II, to dopiero niedawne ujawnienie ich części spoczywającej w sejfie WSI potwierdziło te domysły.
*** Piotr Zychowicz - Jak wywiad PRL używał izraelskich szpiegów
Rzeczpospolita - 19-11-2010
...Levi II wojnę światową przetrwał w Związku Sowieckim, w latach 1941 - 1943 służył nawet w Armii Czerwonej. Z wojska udało mu się wydostać po tym, jak sam się postrzelił. Osiadł w Kazachstanie, gdzie nawiązał kontakty z NKWD. Gdy po wojnie przyjechał do komunistycznej Polski, sowieckie służby przekazały jego teczkę swoim polskim podwładnym. W 1947 roku został zwerbowany przez oficera UB Józefa Rapaporta. Przez pewien czas inwigilował swoich kolegów z ruchu syjonistycznego. Gdy coraz więcej z nich wyjeżdżało do Palestyny, Levi złożył UB propozycję. On także wyjedzie na Bliski Wschód i tam będzie kontynuował współpracę. Służby się zgodziły, ale do końca mu nie ufały. Świadczy o tym to, że w PRL zatrzymały rodzinę Leviego jako zakładników.
*** Piotr Zychowicz - Jak służby PRL zabiły podwójnego agenta
Rzeczpospolita - 25-11-2010
...Zginiesz jak suka, skur...! Jak brudny pies! Nie zasłużyłeś na nic lepszego! - krzyczy rozwścieczony mężczyzna. Trzyma pistolet z tłumikiem. Przed nim klęczy zakrwawiony człowiek. Został przed chwilą brutalnie skopany i pobity. Błaga o litość, coś tłumaczy, załamuje ręce. Obok stoi jeszcze dwóch uzbrojonych mężczyzn. Prośby nie robią na nich wrażenia. Jest wieczór, 27 października 1960 roku. Rzecz dzieje się na wysypisku śmieci na przedmieściach Paryża w pobliżu robotniczej dzielnicy Argenteuil. Jeden ze stojących wyciąga kartkę papieru i odczytuje po polsku krótki, liczący tylko jeden paragraf, wyrok. Nie zdążył dokończyć, gdy inny z mężczyzn nacisnął spust. Kula, kalibru 7,62 mm, trafia w czaszkę ofiary. Między oczy. Mężczyzna z jękiem upada. W tej samej chwili zaczynają strzelać pozostali oprawcy. Każdy po dwa, trzy pociski. Celują w głowę i klatkę piersiową. Po wykonaniu wyroku kamieniami masakrują twarz zabitego, aby było go trudniej rozpoznać. Wrzucają ciało do wyschniętej studni. Zarzucają je śmieciami, deskami i kamieniami.
*** Barbara Stanisławczyk, Dariusz Wilczak - Pajęczyna
...Przy Departamencie I istniała zupełnie szczególna służba. Nazywaliśmy ją grupą likwidacyjną. Byli to w wyjątkowo konspiracyjny sposób szkoleni ludzie, wykonujący zadania specjalne. Przeważnie likwidowali niewygodnych świadków, agentów, co do których mieliśmy pewność, że poszli na współpracę z obcym wywiadem, wreszcie zwykłych szpiegów, których dla dobra interesów PRL należało zlikwidować. Nikt poza kierownictwem resortu nie wiedział, ilu członków liczy grupa likwidacyjna. Nie wiadomo było, kto do niej należy. Mógł to być każdy z nas, pracujący na swoim, przydzielonym odcinku, a tylko w razie konieczności oddelegowany do wykonania rozkazu likwidacyjnego. O grupie nie mówiło się głośno. Jak ktoś powiedział za głośno - wylatywał z pracy. Grupa likwidacyjna była tematem tabu. W Ministerstwie nie było nic bardziej tajnego. Chociaż była jeszcze jedna super tajna komórka: grupa likwidacyjna dla członków grupy likwidacyjnej. Jak w mafii: zabiłeś, znaczy wiesz zbyt dużo. Do dziś nie wyjaśniono wielu zagadkowych śmierci pracowników Departamentu I.
*** WŁODZIMIERZ KNAP - Bezpieka bez kontroli
Dziennik Polski - 18-10-2004
...Lesławowi Maleszce, "Ketmanowi", obecnie redaktorowi "Gazety Wyborczej", z budżetu państwa jeszcze w IV kwartale 1989 r. wypłacano pieniądze za donoszenie SB! Na marginesie warto przypomnieć, że prokuratorom zajmującym się w III RP sprawą zamordowania w 1977 r. Stanisława Pyjasa, działacza Studenckiego Komitetu Solidarności, przez całe lata nie wydawano m.in. akt dotyczących konfidenckiej działalności Maleszki, donoszącego również na Pyjasa. Świadczyć to może o tym - jak twierdzą znawcy działalności tajnej policji politycznej - że służby specjalne chronią PRL-owskich agentów zajmujących ważne stanowiska w III RP, bo Maleszka był, a może nadal jest, jednym z bardziej wpływowych ludzi w "Gazecie Wyborczej".
*** Szpilki z drzewa SB - rozmowa ze ZBIGNIEWEM FIJAKIEM, działaczem opozycji antykomunistycznej
Dziennik Polski - 29-10-2004
...Mam świadomość, że tajni współpracownicy to jakaś "mierzwa historii", często są to ludzie zgnojeni, wystraszeni, szantażowani. Nie mam do nich pretensji, nie chowam urazy, chętnie wybaczę agentom. Muszę jednak wiedzieć, komu mam wybaczyć, tym bardziej że niektórzy konfidenci bezpieki byli wyjątkowo gorliwi. Podobno Maleszka pisał np. raporty do kierownictwa bezpieki w Warszawie, w których donosił na... prowadzących go funkcjonariuszy. Miał skarżyć się, że nie realizują jego świetnych pomysłów wymierzonych w opozycję. Szkoda słów. Niech wreszcie przemówią dokumenty.
*** Luiza Zalewska - Jak dzisiaj żyją konfidenci bezpieki?
DZIENNIK - 11 sierpnia 2007
...Sześć lat temu wyszło na jaw, że przez kilkadziesiąt lat Maleszka współpracował z bezpieką. Donosił m.in. na swoich przyjaciół, w tym Stanisława Pyjasa, który zginął z rąk SB. Od tamtej pory całkowicie osiwiał, lekko utył. Pogodził się z tym, że nie może nic napisać ani nic publicznie powiedzieć i jedynym zajęciem, jakie dano mu wykonywać, jest poprawianie cudzych tekstów. Do końca życia. Słucha jazzu. Słucha go od lat 60. i czuje się z jazzem jak w domu. Na koncertach nie bywa, bo za równowartość jednego biletu może kupić przynajmniej trzy płyty. Mieszka na zamkniętym osiedlu ze strażnikiem przy bramie. Eleganckie osiedle z czerwonej cegły wygląda na ekskluzywne miejsce, ale mieszkańcy od lat walczą z deweloperem, bo nie mogą założyć wspólnoty mieszkaniowej. Wokół osiedla nie ma nic: pola, baraki i chaszcze. Do najbliższego sklepu kilkaset metrów, idzie się albo poboczem drogi, albo ścieżką. Nie ma dzieci. Nie ma przyjaciół. Myślał o psie, ale żona jest uczulona na sierść. Nie bywa w mieście, bo nie przepada za tłumem. Gdyby osiedle otaczał park, nie przechadzałby się po nim, bo nie lubi spacerów.
*** Tajni współpracownicy a bezpieczeństwo RP
Tygodnik Solidarność - 3 lipca 1992 r.
...Niszczenie materiałów na wielką skalę rozpoczęto w lecie 1989 roku. Proces ten trwał praktycznie do stycznia 1991 r. Wydział Studiów posiada dowody wskazujące na to, że dokumenty oraz zapasy komputerowe w MSW niszczono po wydaniu zakazu brakowania akt przez gen. Kiszczaka w styczniu 1990 roku oraz po powstaniu Urzędu Ochrony Państwa, gdy funkcję ministra spraw wewnętrznych piastował Krzysztof Kozłowski, a szefem UOP był Andrzej Milczanowski. Przykładem jest wymazywanie w 1991 roku z systemu komputerowego ZSKO, który rejestrował w przeszłości agenturę SB, informacji o pracy agenturalnej na rzecz SB, urzędników Kancelarii Prezydenta, a także niszczenie akt operacyjnych Departamentu I w okresie od sierpnia 1990 do stycznia 1991 roku. Zachowało się 300 protokołów zniszczenia tego typu dokumentów.
*** Katarzyna KĘSICKA, Jerzy JACHOWICZ - SZPIEG NA SZPIEGU
Gazeta Wyborcza - 07/04/1995
...Z dokumentów znalezionych w piwnicy wynikało, że szczególne szczęście do szpiegów miał statek "Paprotka". Oprócz "Stanisława" pływało na nim jeszcze czterech agentów BND: "Jan", "Ziutek", "Zygmunt" i "Teodor". I, tak samo jak "Stanisław", byli oni jednocześnie tajnymi współpracownikami SB. Piątka agentów inwigilowała się nawzajem i donosiła na siebie do SB. Po roku od chwili, gdy "Stanisław" dał się zwerbować Niemcom w bremeńskim burdelu, SB stwierdziła u niego "brak predyspozycji do tak trudnego działania, nadmierną pobudliwość i stany lękowe". Zaczęto szukać kogoś, kto za niego będzie udawał współpracę z BND. Wtedy wytypowano "Jana" - kucharza z "Paprotki". Jak wyczytaliśmy w jego ankiecie personalnej w rubryce "Ujemne cechy, skłonności, przyzwyczajenia i nałogi agenta", SB skaptowała "Jana" wykorzystując jego "słabą strukturę psychiczną": leczył się u psychiatry.
*** Adam Zadworny - Ostatnia misja Kalksteina
Gazeta Wyborcza - 2009-12-12
...Kiszczak przekonuje, że Kalkstein był agentem SB tylko w więzieniu, czyli do 1965 r. "Później był nieprzydatny". Jednak w aktach IPN odnalazłem dokument szczecińskiej SB z 18 lutego 1968 r. Porucznik SB Baran w tajnym raporcie do MSW opisuje odwiedziny byłego agenta gestapo: "Ponieważ nazwisko Kalkstein uniemożliwia mu normalne życie, chce wystąpić o zmianę i prosi o pomoc w tym względzie SB. Daje przy tym do zrozumienia, że chętnie dyskutowałby z nami na interesujące nas tematy z jego działalności".
*** PAWEŁ RESZKA, MICHAŁ MAJEWSKI - Asy wywiadu zdradzają tajemnice służby - Szpiedzy nie znają świąt
Dziennik - 25 grudnia 2007
...W czasie II wojny światowej Brytyjczycy mieli bardzo dobrego agenta w Niemczech. Był to szanowany lekarz stamtąd, który dostarczał bardzo dobre informacje Anglikom. Któregoś razu ten spokojny, niebudzący podejrzeń Niemców medyk zdobył cenną wiadomość. Dowiedział się, w której miejscowości wojska Rzeszy będą przełamywać natarcie aliantów. To było ogromnie ważne, bo wywiad niemiecki od dawna prowadził grę, podawał fałszywe miejsca tego przełamania, żeby wywieść w pole przeciwnika. Problem był jeden. Lekarz nie miał jak przekazać tej wiadomości Anglikom. Spotkanie z oficerem umówione było już po dacie kontrofensywy niemieckiej. Główkował i wymyślił. Wziął książkę telefoniczną i odnalazł faceta o nazwisku takim samym jak nazwa miejscowości, w której Niemcy zamierzali kontratakować. Pojechał do tego gościa i zabił go z zimną krwią. Następnego dnia gazety w Niemczech krzyczały tytułami, że stateczny, świetny lekarz bez powodu zamordował nieznajomego mężczyznę. Dzienniki oczywiście dotarły do Anglików, którzy zrobili szybką analizę. Od razu zrozumieli wiadomość od swego agenta. No i czy to było etyczne? Zabił niewinnego człowieka, ale uratował setki żołnierzy.
*** Sekrety i kłamstwa - współpraca arystokracji z SB - z Tomaszem Lenczewskim, historykiem i genealogiem rozmawia Maja Narbutt
Rzeczpospolita - 16.06.2007
...Motyw ludzi ze sfer ziemiańskich, których teczki przebadałem, a którzy byli TW, KO czy KP, był najczęściej bardzo wyraźny: chcieli żyć na poziomie, który - jak uważali - im się należał. Znalazłem sporo pokwitowań na pewne sumy pieniężne. Jeden ze zwerbowanych do współpracy wręcz sam składał ofertę - przekonywał, że jak bezpieka pomoże się mu urządzić materialnie na Zachodzie, to weźmie udział w rozpracowywaniu Zbigniewa Brzezińskiego. Deklarował, że znajdzie do niego dojście, bo jego dziadek zasiadał w radzie nadzorczej firmy, w której pracował ojciec Brzezińskiego. Można oczywiście uznać, że niektórzy uwierzyli w nowy ustrój. Zresztą ślady tego są w dokumentach służb bezpieczeństwa, gdzie w raportach z inwigilowania osób ze środowiska byłych ziemian spotyka się formułę: "trzeźwo patrzy na rzeczywistość" lub "nie ma złudzeń".
*** PAWEŁ SMOLEŃSKI - I ty zostaniesz konfidentem
Gazeta Wyborcza - 14/11/1998
...Departament III zatrzymuje studenta, działacza podziemia, w nielegalnej drukarni. Oficer obiecuje: będziesz spokojnie studiować w zamian za współpracę... Student godzi się, lecz później stara wywinąć. Przynosi informacje, o których sądzi, że są bez znaczenia, np. młody pracownik nauki chce leczyć za granicą swoje jedyne umierające dziecko. SB dociera do naukowca, za obietnicę współpracy daje paszport. Naukowiec podpisuje zgodę na współpracę, bo wie, że polscy lekarze dziecka nie uratują. Czy zrobił źle?
Legendarny tekst z "Wyborczej", klasyczny przykład "mokrej roboty" w wykonaniu prawdziwego artysty w tej dziedzinie. W czasie kiedy tekst został opublikowany ważyła się kwestia powołania IPN i Sądu Lustracyjnego. Smoleński, zaufany człowiek Michnika miał najwidoczniej za zadanie zasugerowanie w swym tekście "określonym osobom" że nie warto ruszać archiwów SB. Wśród nie wymienionych z nazwiska jest ówczesny premier Jerzy Buzek.
*** Tomasz Pompowski - Wielkość i słabość dawnej opozycji
Dziennik - 2006-08-26
...Bezpiekę interesowało życie seksualne wielu opozycjonistów. W teczkach niektórych z nich znajdują się zdjęcia z orgii seksualnych. Podobne materiały jak te, które zachowały się w aktach polskiej bezpieki, znajdują się w materiałach nagromadzonych przez inne służby bloku wschodniego, również o polskim podziemiu. Na przykład w archiwach Stasi istnieje informacja, że uważany dziś za jednego z bohaterów "Solidarności" opozycjonista regularnie uprawiał seks z psychicznie chorą kobietą (w SB zachowała się bogata dokumentacja zdjęciowa). Jednak papiery kryją nie tylko takie "rewelacje". Bezpieka skrzętnie dokumentowała przypadki zdrady małżeńskiej. "X. powiedział żonie, że jedzie na spotkanie opozycji do Krakowa. Jednak poszedł do mieszkania Y. i do niedzieli wieczorem przebywał u niej w domu. Wieczorem w parku na ławce uprawiał z nią seks. Wiadomo, że X. spotyka się z Y. od dłuższego czasu" - donosił wszędobylski informator. Takie grzeszki miał na sumieniu niejeden opozycjonista. "A. umówił się po mszy z V. Powiedział żonie, że idzie na ważne politycznie spotkanie. V. zaszła z nim w ciążę. Materiał do wykorzystania..." - donosi inny raport. O skali problemu mówi kryptonim "Rogacz" nadany sprawie operacyjnego rozpracowania jednego z prominentnych dziś polityków.
*** Napiszmy historię Polski od nowa - wywiad z prof. Pawłem Wieczorkiewiczem
Rzeczpospolita - 27-03-2009
...Czy UB, a potem SB było bezpośrednio, niemal z urzędu, podporządkowane NKWD i KGB, czy też polecenia wydawano jakimiś nieformalnymi kanałami. Jaką rolę w tym procesie odgrywała partia? Czy służby ją omijały, czy też miała coś do powiedzenia? To bardzo ciekawa siatka wzajemnych zależności, o której wiemy bardzo mało. A przecież policja polityczna odegrała główną rolę w spektaklu zwanym PRL. Niewykluczone, że wszystkie tak zwane wydarzenia, do których dochodziło w PRL, były prowokacjami służb. Poznań '56, Grudzień '70, Czerwiec '76, a wreszcie Sierpień '80. W każdym z tych wypadków jest to bardzo prawdopodobne. My teraz budujemy wokół tamtych wydarzeń patriotyczne ołtarze, a rzeczywistość mogła być zupełnie inna. Tak samo można zresztą postawić hipotezę, że powstanie listopadowe było prowokacją, a powstanie styczniowe to już z pewnością.
Czym się różni spisek prawdziwy od spiskowej teorii dziejów? Istnieniem dowodów. W ostatnich latach życia prof. Wieczorkiewicz zajął się poniekąd profesjonalnie kreowaniem przeróżnych teorii spiskowych nie zaprzątając sobie głowy koniecznością ich uzasadniania. Np. swego czasu we "Wprost" pomówił nieszczęsnego Cimoszewicza o pracę agenturalną na rzecz KGB. Zapewne niebagatelny wpływ na profesora wywarł jego bliski przyjaciel, demoniczny redaktor Baliszewski, mitoman i hochsztapler. Nadzwyczajna czujność profesora na liczne symptomy spisków sowieckich specsłużb zapewne ma także swe źródło w fakcie pozostawania w szeregach PZPR do roku 1989.
*** Anatolij Golicyn - Nowe kłamstwa w miejsce starych
...Golicyn w 1984 r. dzięki precyzyjnej analizie przewidział powstanie rządu grubej kreski Tadeusza Mazowieckiego, porozumienie rosyjsko-niemieckie, powrót sojuszu chińsko-rosyjskoirańskiego. Już chociażby z tego powodu książka ta powinna stać się obowiązkowym podręcznikiem polskich służb specjalnych. Stworzenie nowych służb wojskowych a zwłaszcza SKW, po likwidacji WSI, otwarło drogę do nowego systemu kształtowania kadr uniezależnionych wreszcie od wpływów sowieckich. Dla nich przygotowano to pierwsze polskie wydanie książki Anatolija Golicyna. Jej studiowanie pomoże lepiej rozumieć zagrożenia jakie stoją przed Polską, a które służba kontrwywiadu ma obowiązek zwalczać.
Antoni Macierewicz
Szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego
Warszawa 5.11.2007 r.
Prawdziwy cymes! Dla większości ekspertów d/s służb specjalnych Golicyn był mitomanem i paranoikiem. James Jesus Angleton, szef kontrwywiadu CIA pod wpływem urojeń Golicyna sparaliżował na wiele lat zachodnie specsłużby. Tak sądzi większość badaczy. Jednak są liczni znawcy twierdzący, że Golicyn miał rację i już w latach 60-ych przewidział kontrolowany "upadek" komuny. Do takich entuzjastów należy bez wątpienia Antoni Macierewicz. Takimi też ideami kierowała się Służba Kontrwywiadu Wojskowego za jego panowania, kiedy wydano to dzieło. Kto więc lubi słodkie, paranoiczne klimaty pt. "rosyjskie służby wszystko kontrolują", temu ze szczerego serca polecam.
Afera "Żelazo"
*** Piotr Gontarczyk - Ludzie z "Żelaza"
"Wprost" - 23 kwietnia 2006
...Towarzysze Janosza z MSW nie dotrzymali warunków umowy. Ukradli mu 90 proc. luksusowych towarów i oddali ledwie około 40 kg złota. Reszta, zanim z granicy została przetransportowana do centrali MSW, była rozkradana i rozdawana. W systemie przewożenia, liczenia i przechowywania dóbr, skonstruowanym przez gen. Milewskiego, mógł się obłowić każdy. Nim Janosz dotarł do swoich walizek, znikły już najbardziej wartościowe przedmioty: kolie wysadzane drogocennymi kamieniami, kasety z brylantami i szmaragdami i znaczna część innej biżuterii. W sumie bezpieczniacy zagarnęli jakieś 150 kg złota i kosztowności oraz dobra materialne warte miliony marek. Łup był tak okazały, że ludzie Milewskiego postanowili się pochwalić zdobyczą przełożonym. W Katowicach zorganizowano wystawę, na której zjawili się tow. Franciszek Szlachcic, I sekretarz Edward Gierek i Zdzisław Grudzień oraz kilku innych członków kierownictwa PZPR. Jak opowiadał potem Kazimierz Janosz, partyjni przywódcy biegali po sali jak dzieci, obwieszając się kosztownościami.
*** JERZY MORAWSKI - Towarzysze z "Żelaza"
Rzeczpospolita - 29.04.2006
...Marian Orzechowski, sekretarz i członek Biura Politycznego KC PZPR, uczestniczył w 1984 roku w tajnej komisji partyjnej do wyjaśnienia akcji "Żelazo". W willi MSW w Magdalence przeglądał przez dwa dni dokumenty bezpieki: - W miarę czytania dokumentów włosy mi na głowie stawały. Była to historia o tym, jak kierownictwo MSW z pomocą grupy ewidentnych przestępców, kryminalistów zorganizowało akcję zdobywania środków na akcje specjalne MSW poza granicami naszego kraju. Było to działanie zbrodnicze, ponieważ polegało m.in. na tym, że grupa kryminalistów, którzy znaleźli się na terenie RFN, w Hamburgu, dokonywała napadów na jubilerów, zakłady jubilerskie, grabiła drogocenne rzeczy i następnie z pomocą również naszych służb specjalnych transportowała je na teren Rzeczypospolitej. Od granicy, od granicy między Polską a NRD, tych ludzi, którzy przywozili te drogocenne zrabowane rzeczy, eskortowali specjalni oficerowie MSW. W czasie tych akcji zdobywania środków padła jedna ofiara śmiertelna, został zabity jeden chyba z jubilerów. To nie tylko było bezprawie, ale narażało nasze interesy międzynarodowe. Proszę sobie wyobrazić, że gdyby służby kryminalne RFN złapały któregoś z uczestników tych działań, zdemaskowały go, odkryły jego powiązania z MSW. Byłby skandal międzynarodowy.
*** LUDZIE Z "ŻELAZA" - Największa afera w polskim wywiadzie
... - Chyba na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Biuro Polityczne KC PZPR wydało decyzję, nie publikowaną oczywiście, która zezwalała na dokonywanie przez wywiad i kontrwywiad operacji mających na celu zdobywanie funduszy na finansowanie własnej działalności. Na tej podstawie za pieniądze Firmy można było kupować złoto w Indiach i sprzedawać je następnie na przykład w RFN. Zarabiało się na handlu, na różnicy cen, normalnie. Napady? Rabunki? Nie, bezpośrednio raczej nie, bo mogłoby to zagrażać naszym interesom operacyjnym. Wykrycie przez przeciwnika powiązania naszego człowieka z czystym przestępstwem stwarzałoby możliwość szantażu i przewerbowania go, a przynajmniej publicznego skompromitowania naszych służb. Oszustwa, prowokacje wobec osób "pozostających w zainteresowaniu" lub tych, które przechodziły na drugą stronę - to tak, czasem trzeba używać wszelkich sposobów. "Mokra robota"? No cóż, jeśli byłoby to konieczne... Z tym, że ja o takim przypadku nie słyszałem. Wywiad często działa nielegalnie lub na pograniczu legalności, żadna ze służb specjalnych nie uchyla się od tego typu działań, nawet w najbardziej demokratycznym państwie. Zdajcie sobie wreszcie z tego sprawę. To jest gra, w której wszystkie chwyty są dozwolone, a jedynym prawdziwym przestępstwem jest dać się złapać.
Sprawa Oleksego
*** Jerzy Jachowicz - Operacja Majorka
Gazeta Wyborcza - 1993/03/10
...Według przeświadczenia mojego rozmówcy o spotkaniu na Majorce, zaaranżowanym przez polski wywiad, wiedział także wywiad rosyjski: Ałganow został "wystawiony" polskiemu wywiadowi przez swoich szefów. Ci z kolei dostali na to zgodę "z góry". Inaczej być nie mogło, bo osoba, którą miał sprzedać Ałganow, stała zbyt wysoko. Takie operacje nie mogą być tylko wewnętrzną sprawą służb specjalnych.
*** UOP - pułapka na myszy - rozmawiają KRZYSZTOF KOZŁOWSKI, pierwszy minister spraw wewnętrznych III RP, gen. HENRYK JASIK, pierwszy szef wywiadu oraz płk KONSTANTY MIODOWICZ, pierwszy szef kontrwywiadu
Tygodnik Powszechny - 6/1996
...Oleksy był poinformowany, że człowiek, który się z nim kontaktuje, jest oficerem obcej służby specjalnej. Ale UOP nie miał żadnych podstaw, aby ten kontakt oceniać w kategoriach zagrożeń dla państwa. Ostrzeżenie zostało udzielone i nie było powodu, by powtarzać ten sygnał w ramach czynności wykonywanych przez samego premiera. Nawiasem mówiąc, premier Oleksy był też ostrzeżony już jako premier i było to po czynnościach sprawdzeniowych uruchomionych wobec niego i członków rządu, wtedy, kiedy ten rząd powstawał.
*** Bartosz Węglarczyk - Jak rosyjski szpieg wprowadził Polaków w błąd
Gazeta Wyborcza - 2010-09-25
...Grigorij Jakimiszyn, rosyjski dyplomata, od którego zaczęła się najgłośniejsza afera szpiegowska III RP, ma się doskonale, mieszka w Moskwie i jeszcze kilka lat temu nadal pracował dla rosyjskich służb specjalnych. "Gazeta" pisała o tym sześć lat temu, ale sprawa przeszła wtedy bez większego echa. Teraz tę historię bardziej szczegółowo opisali Andriej Sołdatow i Irina Borogan w opublikowanej właśnie w USA i Wielkiej Brytanii książce o rosyjskich służbach specjalnych.
Sprawa pułkownika Lesiaka
(inwigilacja prawicy)
*** Anna Marszałek - Agentura wśród polityków i dziennikarzy
Rzeczpospolita - 1999.10.30
...W piątkowym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Jarosław Kaczyński powiedział, że działający od 1992 do 1997 r. w gabinecie szefa UOP zespół, kierowany przez ppłk. Jana Lesiaka, zajmował się prowadzeniem działań operacyjnych przeciwko partiom politycznym poza oficjalną rejestracją. Z wykazu 500 dokumentów, znalezionych w szafie Lesiaka w 1997 r., UOP przekazał do prokuratury tylko 19. Wśród przekazanych materiałów są m.in. sprawozdania z rozmów z tajnymi współpracownikami UOP: "Maksem", "Arturem", "W-1" i "Dianą".
Pojawia się w całej aferze Jacek Snopkiewicz, w czasach PRL agenciak bezpieki, w III RP najwyraźniej przejęty przez służby specjalne i wykorzystywany jako agent dezinformacji. To on właśnie był redaktorem naczelnym "Kuriera Polskiego"
*** Anna Marszałek - Trzy wywiady o działaniach UOP
Rzeczpospolita - 1999.12.06
...Szefem zespołu był Jan Lesiak, b. funkcjonariusz SB. Przez 13 lat, czyli od drugiej połowy lat 70., pracował w Departamencie III MSW (zajmującym się działalnością opozycji), rozpracowując KOR. Doszedł do stanowiska zastępcy naczelnika wydziału. Do jego zadań należała między innymi inwigilacja Jacka Kuronia. Podpułkownik Jan Lesiak "opiekował się" Kuroniem do 1989 r., m.in. zatrzymał go w stanie wojennym w jednym z hoteli w Gdańsku. Pod koniec lat 80. był szefem zespołu ds. całego KOR. W 1990 r. został negatywnie zweryfikowany, jednak m.in. dzięki poparciu Jacka Kuronia, uwzględniono jego odwołanie i zmieniono decyzję. Wkrótce stał się zaufanym człowiekiem Andrzeja Milczanowskiego. Pracując w UOP otrzymał stopień pułkownika.
*** Dokument z szafy płk. UOP Jana Lesiaka - Sylwetka Jarosława Kaczyńskiego
Dziennik - 9 października 2006
...J.Kaczyński nie ma samochodu, nie ma też prawa jazdy. Nie przywiązuje wagi do ubioru. Zdaniem matki Kaczyńskiego: "Kupowanie z nim ubrań to prawdziwa udręka. Sam sobie niczego nie kupi". Nie uprawia żadnego sportu, choć się sportem interesuje. Z alkoholów lubi wina i piwo. Kiedyś palił, lecz rzucił palenie. Niesłychanie lubi spacery. Bardzo lubi zwierzęta, a przede wszystkim 6,5-letniego kota, zwanego Busiem. Najlepiej odpoczywa, gdy czyta lub słucha muzyki. Z książek czyta głównie książki socjologiczne, psychologiczne, historyczne i religioznawcze, bardzo mało beletrystyki. Do jego ulubionych powieści należą: "Czarodziejska góra" T.Manna i "Rozmowa w katedrze" Loosy. Umie wiele rzeczy sam gotować. Ulubione dania: befsztyki z polędwicy i wątróbka z drobiu. W czasach, gdy był "na pensji", przeznaczał 1/3 zarobków na schroniska dla zwierząt."
*** Druga twarz doradcy premiera - Dziennikarz czy funkcjonariusz służb specjalnych?
Rzeczpospolita - 19.09.2003
...Jacek Podgórski na początku lat 90., jako dziennikarz i jednocześnie niejawny oficer UOP pisał (na zlecenie służb specjalnych) w prasie artykuły mające skompromitować polityków prawicy - uważają Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz. Dziś Podgórski jest głównym doradcą prezesa Rady Ministrów Leszka Millera. O tajemnicach agentury w PRL-u można teraz poczytać w IPN, a co z sekretami agentury III RP?
Przypomnijmy - według "Gazety Wyborczej" to Podgórski przekazał przed tygodniem trzem gazetom informacje, które miały kompromitować Tomasza Nałęcza, szefa sejmowej komisji śledczej, wyjaśniającej aferę Rywina. Nam udało się ustalić, że Podgórski był wcześniej nie tylko dziennikarzem i autorem trzech książek o służbach specjalnych (pierwszą, wydaną w 1992 r. współredagowała m.in. Aleksandra Jakubowska).
Z tą ostatnią sprawą wiąże się temat wielce tajemniczy i kontrowersyjny - agentura wpływu w polskich mediach. O tej kwestii przebąkuje się co i raz, ale dziennikarze solidarnie milczą. Milczą, bo dostają od "agentury" cenne informacje. Mówi się na mieście, że często publikacje demaskujące afery wywodzą się właśnie z takich przecieków. A może same pisane są przez agentów-dziennikarzy. Takie autentyczne afery mają za zadanie wyeliminować niewygodnych graczy politycznych z rozgrywki. A podobno czasem żadnych afer nie ma, a dziennikarze z wyostrzonym węchem na wszelki smrodek łapią co popadnie. I dają się manipulować jak dzieci.
*** Artur Drożdżak - Ucho w redakcji
PRESS - 2005 r.
...Tomasz Szymborski z "Rzeczpospolitej" ostrzega z kolei przed tzw. agentami wpływu w redakcjach. - Tacy dziennikarze dostają materiały ze służb i publikują je bez sprawdzenia, czy to nie jest gra ze strony ABW - mówi. Uważa, że takiego agenta pozyskuje się szantażem, np. zatuszowaniem jazdy po pijanemu czy skandalu obyczajowego. - A potem podrzuca mu się gotowe teksty do druku i grozi palcem, gdyby się ociągał z wypełnieniem swojej roli - komentuje Szymborski.
*** Jerzy Jachowicz - Historia brzydkich przecieków
Gazeta Wyborcza - 24/10/1997
...W "Życiu Warszawy" i "Gazecie" ukazuje się poufny list o sprawie rzekomego szpiegostwa Oleksego, który napisał naczelny prokurator wojskowy gen. Ryszard Michałowski do ministra spraw wewnętrznych Jerzego Koniecznego. Kilka dni później "Gazeta" publikuje artykuł "Operacja Majorka", w którym powołując się na swego rozmówcę z UOP rekonstruuje przebieg spotkania ofcera UOP Mariana Zacharskiego z Ałganowem na Majorce. Po trzech dniach "Rzeczpospolita" podaje, że po Ałganowie oficerem prowadzącym agenta o kryptonimie "Olin" został Grigorij Jakimiszyn, I sekretarz ambasady rosyjskiej w Warszawie. "Wprost", powołując się na informacje z UOP, twierdzi, że Urząd ustalił, że prócz Józefa Oleksego KGB zaliczał do kwalifikowanych źródeł informacji bliskie mu osoby z SdRP o kryptonimach "Minim" i "Kat".
*** ANDRZEJ ROZENEK, DARIUSZ CYCHOL - Był raz niewinny minister
NIE - 2008
...Pozbycie się Szeremietiewa ułatwiło podejmowanie decyzji, które zaowocowały podpisaniem trzech kontraktów (kołowy transporter opancerzony, przeciwpancerny pocisk kierowany, samolot wielozadaniowy) na dostawę sprzętu do polskiej armii o łącznej wartości 35 mld zł (!). Pierwszy przetarg ogłoszono już kilkanaście dni po nominacji Nowaka. Szeremietiew był jawnym wrogiem wyboru amerykańskiego samolotu F-16 (w zeszły wtorek na warszawskim Okęciu awaryjnie, nie po raz pierwszy zresztą, wylądowało 5 Jastrzębi) i izraelskiego pocisku Spike, który kupiliśmy... bez przetargu rezygnując przy tym z przeprowadzenia w Polsce pełnych testów. Szeremietiew w ogóle nie brał pod uwagę późniejszego zwycięzcy, fińskiego transportera AMV, gdyż kompletnie nie odpowiadał naszym wymaganiom. Opory Szeremietiewa miały wówczas głębokie uzasadnienie merytoryczne i praktyczne. Czas pokazał, że skompromitowanie go pozwoliło na takie rozstrzygnięcia, którym się sprzeciwiał.
Tekst o tym, w jakim kraju żyjemy. O tym, że na tzw. życie
publiczne wpływają nie tylko rodzime specsłużby, ale i zagraniczne (CIA,
Mosad). O tym, że wybitni dziennikarze "śledczy" przejmują materiały
dezinformacyjne od agentów i publikują je na pierwszej stronie gazety.
*** Daniel Pipes - Potęga spisku. Wpływ paranoicznego myślenia na dzieje ludzkości
...Wyznawcy teorii spiskowych na prawicy z bardzo nielicznymi wyjątkami to skinheadzi, neonaziści i inne świry, które opowiadają paskudne rzeczy o Żydach i mają hopla na punkcie tajnych stowarzyszeń. Większości z nich brakuje kwalifikacji, niewielu jest dobrze wykształconych i równie niewielu zajmuje się pracą umysłową. Nawet ich patroni pasują do opisanego wyżej profilu osobowości: Hitler był malarzem, któremu się nie powiodło, Farrakhan - niedoszłym artystą estradowym, "Mark z Michigan" (prezenter radiowy głoszący spiskowe teorie) pracuje jako woźny. Mimo to wypowiadają się oni na temat historii, teologii, finansów i innych skomplikowanych zagadnień, z których niewiele rozumieją. Nawet ci, którzy mogą przedstawić lepsze referencje (chemik, duchowny), rzadko kiedy dysponują wiedzą o wybranych przez siebie zagadnieniach, która pochodziłaby z pierwszej ręki. Zazwyczaj mieszkają gdzieś na uboczu i utrzymują niezbyt silne związki z większymi instytucjami naukowymi. Prawicowi autorzy z pełną powagą jako źródło podają "National Enquirer", kolorowe, wielkonakładowe piśmidło, albo inne publikacje, które nie słyną z przesadnej dokładności. Potrafią również wyszukiwać informacje ukryte w numerologii, antykach, a nawet w używanym sprzęcie biurowym.
*** RAINER PAUL - Czystość über alles - EUGENIKA W USA
Der Spiegel - 26. 01.2004
...Na początku XX wieku w wielu stanach istniały poważne problemy społeczne. Ubodzy uchodźcy i zdesperowani poszukiwacze szczęścia zalewali kraj. W latach 1890-1920 około 17 mln ludzi ze Starego Świata wylądowało na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych; od strony zachodniego wybrzeża napłynęły do Ameryki kolejne dziesiątki tysięcy Azjatów; od południa zaś zaczęły nieco później przekraczać amerykańską granicę rzesze Latynosów. "Romantyczna idea Ameryki jako tygla narodów - pisze Black - to mit". Wielu nowo przybyłych długo trzymało się razem, osiedlając się w swoich dzielnicach lub wędrując grupami po kraju w poszukiwaniu pracy. Ten demograficzny chaos niezbyt podobał się Amerykanom. Naukowcy, lekarze i ekonomiści zaczęli przygotowywać pseudonaukowe tezy, którymi można by ugodzić w nowych obywateli. "Nasz kraj zasiedlali i budowali przedstawiciele rasy nordyckiej" - pisał Lothrop Stoddard, jeden z czołowych eugeników; teraz jednak - jak dowodził "doszło do inwazji hord z krajów alpejskich i śródziemnomorskich", a także "żywiołu azjatyckiego, takiego jak Lewantyńczycy i Żydzi".
*** Zarys zmian antropologicznych w populacjach europejskich na przestrzeni dziejów
...Z ludów składających się na dwie typy rasowe powstali najprawdopodobniej Indoeuropejczycy. Przez zmieszanie się części typu Danubian, najprawdopodobniej tego który zamieszkiwał stepowy rejon nadczarnomorski, z przybyłym ze wschodu typem Corded kultury ceramiki sznurowej (pierwsza fala ludów Corded pojawiła się w płn. Europie i Skandynawii około 2500 lat p.n.e. Zapewne nie mówiła jeszcze językiem indoeuropejskim. To samo tyczy się pochodzącego od niej odłamu który zmieszany z typem dynarskim i Borreby osiedlił się we wczesnej epoce brązu na Wyspach Brytyjskich) Język proto-indoeuropejski pochodzi w większej części od elementu Danubian. Stąd zbieżności z dawnymi językami Bliskiego Wschodu, Kaukazu i Anatolii w słownictwie dotyczącym rolnictwa jak i nazw dla miedzi i złota.
Jest to wykład wiedzy antropologicznej tak mniej więcej z czasów przedwojennych. Wedle obecnego stanu wiedzy to jakieś brednie, ale mocno brzmiące.
*** Jadwiga Pstrusińska - O MNOGOŚCI IDEI NA TEMAT PRAINDOEUROPEJCZYKÓW
...Obecnie wydaje się raczej oczywiste, iż nie istnieje metoda czysto językoznawcza, która pozwoliłaby umiejscowić w czasie i przestrzeni język praindoeuropejski, mimo iż samo pojęcie jest konstrukcją natury lingwistycznej. Bez względu na to, jak dalece pewni siebie są w tej materii niektórzy językoznawcy, stwierdza, między innymi, Mallory. Równie trudne jest badanie relacji spokrewnienia między językami uznanymi za indoeuropejskie. Doliczono się stu kilkudziesięciu propozycji i ciągle powstają nowe. Już sama liczba hipotez dowodzi, iż muszą się one wykluczać, a badacze mają zasadnicze trudności z dotarciem do prawdy.
*** Martin Kuckenburg - Pierwsze słowo. Narodziny mowy i pisma
...Ponieważ zdaniem archeologów koń został udomowiony w V tysiącleciu p.n.e. w okolicach położonych na północ od Morza Czarnego, a tamtejsze prehistoryczne kultury przeważnie żyły z hodowli bydła, za najbardziej prawdopodobną ojczyznę języka i kultury indoeuropejskiej wielu specjalistów uważa rozległe stepowe obszary Ukrainy i południowej Rosji. Pochodząca z Litwy archeolog Marija Gimbutas, która aż do swojej śmierci w 1994 roku wykładała w Stanach Zjednoczonych, rozbudowała tę hipotezę w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, tworząc szczegółową i bogatą teorię. Jej zdaniem w wypadku północnopontyjskich hodowców bydła chodziło o półkoczownicze, zorganizowane patriarchalnie, wyjątkowo ekspansywne grupy, które "jak wszyscy dowiedzeni przez historię Indoeuropejczycy gloryfikowali śmiercionośną, ostrą klingę". Według Gimbutas konni wojownicy z tych kultur w okresie między rokiem 4400 a 2800 p.n.e. w trzech falach najechali niektóre obszary Europy oraz Azji, wyparli lub ujarzmili tamtejszą ludność, a także narzucili jej swój język, sposób życia i kulturę.
*** Zdzisław Skrok - GRZYBOWY LOT
...Ludy syberyjskie muchomora czerwonego nazywały "grzybem szamańskim" i zażywały go według ściśle przestrzeganych reguł. Najpierw zjadano dwanaście do piętnastu owocników (kapeluszy) i układano się spać. Ekstatyczny trans następował gwałtownie, szaman budził się, ogłaszał wizję, opowiadał, co widział w krainie duchów, i znów zapadał w sen na wiele godzin. Po przebudzeniu wypijał garnek własnego moczu lub mocz osoby, która jak on jadła muchomory. Substancje psychoaktywne (bufotenina, psylocybina) w moczu występują w większym stężeniu niż w grzybach, dlatego na tym etapie szaman miał wizję na jawie, w której pojawiali się "muchomorowi ludzie", olśniewająco barwne ludzkie postaci mające kształt grzyba.
*** Richard Rudgley - Ludzie-muchomory
...Rosyjski antropolog Waldemar Bogoras, który na przełomie wieku XIX i XX był wielokrotnie świadkiem używania muchomora przez Czukczów, zauważa, że skutki jego działania przejawiają się w różny sposób w trzech etapach, czasami na siebie zachodzących. Mniej więcej piętnaście minut po spożyciu muchomora następuje pobudzenie motoryczne, człowiek śmieje się głośno i śpiewa. Potem pojawiają się wzrokowe i słuchowe halucynacje, którym towarzyszy wrażenie powiększania się otaczających rzeczy (w tym stanie balia wody wydaje się podobno głęboka jak morze). W halucynacjach często pojawiają się ludzie-muchomory, którzy czasami nie mają szyi ani nóg. Ich krępe, cylindryczne ciała szybko się poruszają. Liczba ludzi-muchomorów zależy od liczby zjedzonych grzybów.
*** MATTHIAS SCHULZ - Łowcy serc - KRWAWI AZTEKOWIE
Der Spiegel - 26.05.2003
...Wybrani na ofiarę wstępowali po stopniach, pomalowani w różnokolorowe pasy. Na platformie czekali kapłani. Muzykanci na swoich fletach i rogach intonowali melodię. Ofiary kładziono na wznak na wąskim ołtarzu. Czterech pomocników trzymało ofiarę, piąty dusił ją, aż straciła przytomność. To, co następowało potem, opisał naoczny świadek - 23-letni wówczas Bernal Díaz. Przybył on za Cortésem do Tenochtitlan i trafił na azteckie powstanie. Widział na własne oczy, jak niektórzy jego towarzysze przy przerażających dźwiękach bębnów utracili życie na szczycie piramidy. Aztekowie nożami z obsydianu rozcinali im klatkę piersiową, wyrywali pulsujące jeszcze serce i nieśli je obecnym tam bogom. Potem nogami spychali ciała po stopniach w dół. Poniżej czekali inni krwiożerczy kapłani, którzy odcinali im nogi i ręce oraz zdzierali skórę z twarzy, by ją wygarbować i przywdziewać się w nią przy następnych uroczystościach. Potem urządzali ucztę, pili i jedli mięso ofiar, polane sosem chilmole.
*** JOANNA CHMIELEWSKA - PODRÓŻ DO ZSRR
...Sklepy spożywcze zaś z reguły dostarczały doznań upojnych. Śmierdziały nieziemsko. Paliłam papierosy, doskonały węch straciłam już dawno, mimo to żołądek łomotał mi o zęby. I nie tylko we wnętrzu sklepu, już samo przechodzenie obok wymagało samozaparcia, bo czarowny aromat buchał z drzwi i wzbogacał powietrze wokół. Usiłowałam wstrzymywać oddech, ale jak długo można...? Nie do pojęcia było, że wrażliwy na wonie Marek w ogóle to wytrzymywał, chyba sił mu dodawała miłość do ustroju, mało, że wchodził do owych przybytków, to jeszcze przedłużał pobyt w nich, domagając się opakowań. Nie wiem, za kogo był uważany, ale doprowadził do tego, że na sam jego widok ekspedientki z paniką w oczach wyrywały spod lady jakieś papierki. Ludność miejscowa takich głupich wymagań nie miała. Z wielkim zainteresowaniem przyglądałam się, jak dziewczyna upychała po kieszeniach nabyte w sklepie czereśnie, jak facet niósł za zadnie nogi dwa kurczaki luzem, jak drugiemu wypadało z rąk kilo śledzi z beczki, owiniętych w strzęp makulatury rozmiaru, uczciwie i bez przesady, kartki z zeszytu. Co za cholera jakaś, dlaczego ten ustrój tak nie lubił opakowań...?
*** Cezary Michalski - 10 kompleksów, z którymi boryka się mężczyzna
Dziennik - 29 grudnia 2007
...Kompleks pięknej śmierci albo przynajmniej pięknego męczeństwa w wielu z nas pozostał do dzisiaj. Jest trudny do zaspokojenia, bo życie codzienne w społeczeństwie cywilnym nie dostarcza zbyt wielu, a właściwie żadnych okazji do bohaterskiej śmierci lub wyrafinowanego męczeństwa. Dlatego też pojawiła się specyficzna forma zaspokajania tego rodzaju potrzeb przez ogólnodostępne, nawet w społeczeństwach budujących liberalizm, substytuty męczeństwa. Niektórzy inteligenci o raczej postępowych poglądach doznają męczeństwa z rąk ojca Rydzyka. Niektórych najbardziej upolitycznionych katolików zaspokaja z kolei codzienne męczeństwo z rąk Donalda Tuska. Neokonserwatyści zadowalają się męczeństwem ze strony marksistów, feministek i relatywistów. Dla jednych męczeństwem jest utrata własnego talk-show w telewizji lub choćby groźba utraty, dla innych - upadek gazety, w której mogliby czytać teksty ludzi myślących tak samo jak oni. Ale męczeństwo przeżywane symbolicznie, w mediach czy podczas zażartej dyskusji na urodzinowej imprezie, to oczywiście nie jest prawdziwe bohaterstwo i prawdziwego kompleksu pięknej śmierci (i brzydkiego przeżycia) nigdy nie usunie.
*** Michał Smolorz - Modliszka w koronkach
Polityka - 8 marca 2008
...W górnośląskich rodzinach synowie z natury rzeczy przeznaczeni byli na straty, więc nie miało sensu inwestowanie w ich wykształcenie ani uposażanie. Chłopcy ze śląskich rodzin robotniczych i rolniczych otrzymywali jedno życiowe zadanie: jak najszybciej przyuczyć się do zawodu i podjąć prace. Aż do chwili ożenku całe wynagrodzenie młodego Ślązaka zabierała matka z przeznaczeniem na uposażenie jego sióstr, gdyż wysiłek rodziny był nakierowany na naukę, ogładę i zabezpieczenie życiowe córek. To one otrzymywały pełną wyprawę, skrzynię odzieży, bielizny, butów i pościeli, do tego świadectwo szkoły powszechnej i kursy umiejętności, włącznie z nauką muzyki. Chłopaków wypuszczano w świat w jednych spodniach - ze świadomością, że są przeznaczeni wyłącznie do roboty lub na wojnę. Jedynym wyjściem z tego zaklętego kręgu był stan duchowny, dlatego bardzo długo alumni z rodzin robotniczych i rolniczych stanowili ponad jedną trzecią słuchaczy Wydziału Teologicznego na Uniwersytecie Wrocławskim.
*** MAŁGORZATA BRĄCZYK - Telewizja króliczków
Przegląd - 2003-12-10
...Wieczorem królują kwizy. Najbardziej oglądanym jest "Passaparola" w Canale 5. Prowadzi go Gerry Scotti, w otoczeniu skąpo ubranych panienek. To letterine (literki), od kręcącej się tarczy z literami alfabetu, według której konkurenci odpowiadają na zadawane pytania. W innych teleturniejach panienki nazywają się schedine, veline itp. (te nowo powstałe wyrazy tak dalece zadomowiły się w świadomości Włochów, że wydawcy byli zmuszeni wprowadzić je do słownika języka włoskiego). Sukces velin i letterin jest tak duży, że 99% włoskich nastolatek na pytanie, co chciałyby robić w życiu, wybiera ten rodzaj kariery. Sculettare (kręcenie tyłkiem) to rodzaj trampoliny. Dziewczęta z prędkością światła, w kilka dni od pokazania się na antenie, stają się gwiazdkami szklanego ekranu. Włosi robiący telewizję uwielbiają zapraszać się nawzajem. Oglądasz program A i widzisz, że jego prowadzący rozmawia z autorem programu B, za parę dni oglądasz program B i widzisz jako głównego gościa autora programu A. I tak w kółko. Robią sobie nawzajem reklamę, nawzajem się krytykują, wyzywają, wyśmiewają, plotkują o sobie, podglądają się, wykrzywiają się, naśladują itp. Bo telewizja włoska żywi się sama sobą, zjada własny ogon, informuje sama o sobie.
*** Danuta Walewska - Cudowny kryzys milionerów
Rzeczpospolita - 31-12-2008
...Do legendy przeszedł już bajkowy styl życia bankowych ekspatów w Azji. Żona bankiera z Wall Street Monica Wong zapłaciła za lekcje salsy ponad 15 mln dolarów, ale nie była zadowolona z efektów i sprawa skończyła się w sądzie. Pani Wong przegrała i wynajęła droższego nauczyciela. Kiedy jej mąż kończył zyskowną transakcję, zawsze wyprawiał w którejś z restauracji na hongkońskiej Causway Bay fetę dla wszystkich, którzy tam przypadkowo się znaleźli. Kiedy zarobił netto 3 mln dolarów, pojechał z żoną do Londynu, rzucił na kontuar baru w luksusowym hotelu Baglioni czarną kartę American Express i zakazał płacenia komukolwiek. Rachunek wyniósł prawie 6 tys. funtów. Wong uznał, że to śmiesznie mało, zamówił dodatkowo sześć butelek magnum Dom Perignon i Cristalu Roederera po 1800 funtów za sztukę, dodatkowo butelkę wódki za 120 funtów. Uczestniczący w libacji pamiętają, że Wong prosił kelnerów, aby go powiadamiali, kiedy rachunek przekracza każdy kolejny tysiąc funtów. Także i napiwki były tego dnia wyjątkowe - jedna z kelnerek dostała za uprzejmą obsługę 3 tys. funtów.
*** Madoff - człowiek, który dawał prestiż - Nagły koniec króla bogaczy
DZIENNIK - 19 grudnia 2008
...Członkostwo w Palm Beach Country Club, gdzie Madoff poznał większość swoich klientów, kosztuje 300 tys. dolarów. Dla stałych mieszkańców to tyle, co nic. Jak mówi Laurence Leamer, amerykański dziennikarz i pisarz, kilkusetmetrowy dom z widokiem na morze i bentley są tu standardem. Obrzydliwie bogaci emeryci mają specyficzne upodobania. Wielu z nich prześciga się w "posiadaniu" jak najmłodszych żon i jak najskuteczniejszych funduszy inwestycyjnych. Ci z największą liczbą zer na koncie powierzali swoje oszczędności właśnie Madoffowi. Sam Madoff zresztą nie przyjmował byle kogo. "Wpisowe" w jego funduszu wynosiło... 10 mln dolarów. "Wielokrotnie odmawiał, co sprawiało, że ludzie po prostu błagali go, żeby raczył przyjąć ich fortuny" - opowiada w wywiadzie dla agencji AP Richard Rempell, honorowy księgowy Palm Beach Country Club. "A kiedy już raczył wziąć czyjąś fortunę, to stawiał jeden warunek: żadnych pytań, w jaki sposób osiąga zyski. W przeciwnym razie po prostu zwracał pieniądze" - dodaje.
*** Joanna Solska - To nie jest kraj dla bogatych
Polityka - 24 sierpnia 2009
...Jerzy Starak (Polpharma) próbował lansować modę, która jednak nigdy się wśród bogatych nie przyjęła. Prócz rezydencji w Konstancinie kupił zimowy dom w Zakopanem (ostatni huczny sylwester odbył się tu, gdy gościem honorowym był ówczesny premier Leszek Miller), a także zbudował letni dom na Mazurach. Tyle że w żadnym właściwie nie przebywa, bo - jak twierdzi jego bliski znajomy - Polska to nie jest kraj dla bogatych. Poruszać się samochodem, ze względu na drogi, nie sposób. Trzeba lecieć helikopterem, tylko co dalej? Dom jest wprawdzie luksusowy, ale wokół żadnej godziwej restauracji, do której bez wstydu można by zaprosić gości. I w ogóle nuda i pustynia. Więc Starak, który sporo lat mieszkał we Włoszech, zapoczątkował wśród wielkiego biznesu modę na kupowanie nieruchomości nad Morzem Śródziemnym. Za Starakiem dom na Sardynii nabył Jan Kulczyk i Ryszard Krauze, a niedorównujący im finansowo Piotr Büchner przynajmniej wynajął podobny w pobliżu. Szybko się jednak zorientowali, że na wyspie nie można przebywać dłużej niż przez kilka letnich tygodni, bo potwornie wieje. I znów kłopot.
*** Olga Lipińska - Damska katorga
...Bywa, iż dopada mnie starszawy grubasek i oświadcza wszem wobec, że już jako dziecko wychowywał się na moich kabaretach, lub leciwa pani krzyczy z radości, że chodziłam do szkoły z jej mamusią. Dzieje się to wszystko oczywiście w miejscach publicznych. Stoję w kolejce po karteczkę do prześwietlenia zęba.
- Ile pani ma lat?! - wrzeszczy zza szyby panienka. Kolejka nadstawia ucha.
- Osiemnaście - odpowiadam tak stanowczo, że panienka milknie i pozwala mi prześwietlić ząb.
*** Roman Kaleta - Tragedia pięknej mniszki (Barbara Ubryk)
...Dnia 21 lipca 1969 r. upłynęło 100 lat od czasu wykrycia przez policję krakowską zbrodni, której dopuściły się karmelitanki bose w klasztorze przy ul. Wesołej na swojej umysłowo chorej siostrze, Barbarze Ubryk, zamurowując ją w ciemnej celi i więżąc z górą przez 21 lat w warunkach urągających elementarnym zasadom humanitaryzmu. Wiadomość o wielkim grzechu popełnionym przez córy Karmelu przedostała się rychło na miasto. W miejscach, gdzie przekupka przekupce, jedna pani drugiej pani przekazywały mrożące krew w żyłach nowiny, zaczęły się zbierać grupy ludzi zaskoczonych i podnieconych mniszym skandalem. Tu i ówdzie dały się słyszeć groźne okrzyki: "Precz z karmelitankami!" Potoczyły się, podawane z ust do ust, niesamowite opowieści o życiu i urodzie Barbary, której postać obrosła szybko w legendę.
*** Andrzej Krajewski - Sławny czarodziej, zapomniany uczony (Sędziwój)
Newsweek Polska - nr 04/2003
...Gdy dowiedział się, że książę Saksonii więzi jego znajomego, sławnego włoskiego alchemika Sethona, żeby torturami wydobyć od niego tajemnicę przemiany ołowiu w złoto, Sędziwój pojechał do Drezna. Pomógł uciec Sethonowi, który osłabiony torturami wkrótce zmarł, lecz wcześniej zostawił wybawcy swoje księgi oraz kamień filozoficzny w postaci kilku uncji proszku projekcyjnego. Szczegółów uwolnienia Sethona nie znamy, bo w życiorysie Sędziwoja wiele faktów miesza się z legendami. Ale wiadomo, że poślubił jego żonę, młodą wdowę Weronikę.
*** Zbigniew Kuchowicz - Anna Stanisławska, żona kasztelanica Warszyckiego
...Kasztelanic popisywał się nieustannie dziwactwami i awanturami, ofiarą których padała małżonka czy służba. Pewnego razu posłał po 70 katów, kiedy indziej chciał spalić kościół z zemsty, iż podczas nabożeństwa... pchły go obsiadły. Dziwactw Warszyckiego na szczęście nie realizowano, można sobie jednak wyobrazić, jaką stwarzały atmosferę. Do żony odnosił się rozmaicie - raz czule, a drugi raz grubiańsko. Zdarzało się, iż zarzucał jej chłopskie pochodzenie i opowiadał gościom, że jest pijaczką, że nie nowina jej wychylić 70 kieliszków wina. (Warszycki często operował 70, ponieważ innej liczby nie pamiętał!) Kasztelanic popełniał zresztą groźniejsze "figle", podobno próbował nawet uśmiercić swą żonę. Gdy jego "Anusia" chorowała, to "Ezopek" martwił się ogromnie, skąd dostanie desek na trumnę i kazał szykować pogrzeb.
*** Magdalena Samozwaniec - Maria i Magdalena
...Życie Magdalenki w pierwszych miesiącach pobytu w Bukareszcie składało się z samych przyjemności. Już popołudniowy spacer wzdłuż nie kończącej się Calea Victoriei był atrakcją nie lada. Co krok filie paryskich sklepów. Wystawy jubilerskie, od których ćmiło się w oczach, i najpiękniejsza bielizna damska wzbudzały w myślach grzeszne marzenia. Mijające ją Rumuneczki w modnych angielskich kostiumikach z krótkimi stanami prześliczne były do pasa, ale zbyt okazałe i wschodnie od pasa w dół. Wszystkie mówiły ze sobą tylko po francusku, udając, iż wcale nie znają rodzimej mowy, dopiero jak stawały przed którąś z. tych ślicznych długookich rumuńskich wieśniaczek, sprzedających kwiaty na rogu przecznic, pokazywało się, że znają doskonale język rumuński i nawet potrafią się w nim biegle targować. Na Calea Victoriei mało się zresztą widywało rumuńskiego ludu.
*** Izabela Szolc - Miłosna historia Księstwa Warszawskiego (Maria Walewska)
Polityka - 2007-11-24
...Mroźną zimową nocą Maria udaje się na cesarską schadzkę do Zamku Królewskiego. "Pani W. przybyła, ale w jakim stanie! Blada, bez słowa, z oczami pełnymi łez. Wprowadziłem ją do pokoju cesarza. Zaledwie mogła się utrzymać na nogach i drżąc wspierała się na mym ramieniu. Pani W. płakała i szlochała tak, że pomimo oddalenia słyszałem to i serce mi się krajało" - tyle cesarski kamerdyner Constant. Kiedy rozeszły się wieści o spotkaniu, Wirydiana Fiszerowa, ucho, oko i głos ówczesnej Warszawy, zapisała: "Sprawa rozpoczęła się w punkcie, w którym normalnie winna się zakończyć". Maria wspomina, że zemdlała w ramionach wodza, a kiedy się ocknęła, było już po wszystkim. Nikt nie nazywa gwałtu po imieniu. "Pierwszą Twoją myślą będzie potępienie mnie, ale oskarżenie musi być skierowane i do Ciebie. Zrobiłam wszystko, aby Ci otworzyć oczy. Niestety, zaślepiła Cię niesłychana próżność i, przyznaję to, że powodowany patriotyzmem, nie chciałeś dostrzec niebezpieczeństwa" - pisze hrabina do męża, jednak wraca do Napoleona. Nie ma już nic do stracenia.
*** Piotr Zychowicz - Ryzykowałem życie, by żyć
Rzeczpospolita - 02-04-2010
...Brak jedzenia i picia oraz ekstremalne warunki pogodowe nie były wcale największymi przeciwnościami, z jakimi musieli się zmagać. W każdej chwili bowiem mogli paść ofiarą wygłodniałego dzikiego zwierza lub jeszcze gorszego drapieżnika - człowieka. - Ludzi baliśmy się najbardziej. W Sowietach każde spotkanie z człowiekiem groziło denuncjacją do NKWD. Mogliśmy też natknąć się na jakichś półdzikich koczowników, którzy zamordowaliby nas dla naszego nędznego dobytku - mówi Gliński. Nie brakowało również konfliktów wewnątrz grupy. - Gdybym powiedział, że byliśmy wspaniałym, zgranym zespołem, że przeżyte razem niebezpieczeństwa wytworzyły między nami więzi przyjaźni, skłamałbym. Prawda jest taka, że nie przepadaliśmy za sobą ani sobie nie ufaliśmy. Dochodziło do konfliktów - wspomina polski uciekinier.
*** Dariusz Łukasiewicz - Książę Prymas zwąchał linę
Polityka - 2007-08-25
...W nocy z 27 na 28 czerwca 1794 r. przed pałacem prymasa postawiono szubienicę. Jej widok, mówi jedna z wersji opowieści, miała przyprawić prymasa o takie przerażenie, że umarł. Inna powiada, że rodzina królewska w zaistniałej sytuacji postanowiła ułatwić krewnemu godną śmierć i podała mu truciznę. Lud warszawski podsumował to wierszykiem: "Książę prymas zwąchał linę, wolał proszek niż drabinę". Mówi się na przykład o tym, że król dał zażyć bratu tabaki, od której ten umarł w kilka dni, albo że zjawił się u niego Kościuszko z dowodami zdrady i zostawił mu truciznę, którą ten zażył. Po Warszawie krążyła też pogłoska, że książę prymas uciekł, więc wystawiono jego zwłoki na widok publiczny. Twarz zmarłego była bardzo obrzękła, wobec czego przykryto ją zieloną chustą, jednak unieść mógł ją każdy odwiedzający. Jak pisze Rymkiewicz: "Mogła to zrobić każda kurwa zza Żelaznej Bramy".
*** Karol Zbyszewski - NIEMCEWICZ OD PRZODU I TYŁU - 1
...Posępnie i nudno było w Tulczynie. Wszyscy dworzanie - wzorując się na Szczęsnym - łazili nadęci i napuszeni. Sam Szczęsny od czasu gdy bez słowa sprzeciwu pozwolił ojcu zamordować swą żonę Komorowską - popadł w melancholię. Potrafił godzinami bezmyślnie gapić się na jakiś przedmiot. Skryty, uparty, leniwy, szalenie zarozumiały - wcale nie uważał za wariata swego sąsiada, wojewody bracławskiego, księcia Jabłonowskiego, który kazał wymalować obraz przedstawiający go zdejmującego kapelusz przed Matką Boską, na co Ona z wyrzutem: - Mais couvrez vous donc, mon cousin! *[Ależ drogi kuzynie, nie trzeba!] Matka Szczęsnego miała bzika na punkcie cnoty, za uśmiech zalotny siekła rózgami swe panny dworskie, szpiegowała je po nocach. Wychowanie w tym duchu syna wydało zwykłe rezultaty - gustował tylko w prostytutkach, poślubił kolejno Józefinę z Mniszchów i Greczynkę Wittową, - obie puszczały się z każdym co na nie miał ochotę.
*** Karol Zbyszewski - NIEMCEWICZ OD PRZODU I TYŁU - 2
...Poznając bogatych mieszczan Niemcewicz konstatował, że ich tryb życia jest równie wyszukany co wielu magnatów. U bankiera Teppera pito jedynie herbatę zagotowaną na angielskich węglach; bieliznę posyłano do prania do Paryża, jeśli poczta się spóźniła panny Tepper chodziły w brudnych koszulach, ale wyszorowanej przez miejscową praczkę nie wdziały; ostrygi przywożono extra-pocztą z Hamburga; łykano wyłącznie wina francuskie po 7 dukatów beczułka, u sknerów węgierskie - 4-dukatowe; polskie miody uważano za prostacze pomyje - odsyłano je do kuchni; meble gdańskie, talerze i nocniki wyłącznie saskie; choć jeden kamerdyner musiał być Francuzem; zazdroszczono powszechnie Wincentemu Potockiemu z Niemirowa, iż ma stangreta co służył u Ludwika XVI i czyta romanse (po francusku) na koźle.
*** REWOLUCJA ROSYJSKA - cz. 1
...Model autokracji uprawiany przez Mikołaja był niemal całkowicie moskiewski. Jego ulubionym carem był Aleksy Michajłowicz (1645-1676), którego imię nadał swemu synowi carewiczowi. Naśladował jego cichą pobożność, która dawała mu podobno przekonanie, że powinien rządzić Rosją zgodnie z własnym religijnym sumieniem. Mikołaj lubił uzasadniać swoją politykę argumentem, że idea "przyszła do niego" od Boga. Wedle hrabiego Wittego, jednego z najświatlejszych ministrów, Mikołaj wierzył, że "ludzie nie mają wpływu na wydarzenia, że wszystkim kieruje Bóg, i że car jako boski pomazaniec nie powinien słuchać niczyich rad, a jedynie iść za głosem swego boskiego natchnienia". Mikołaj tak bardzo podziwiał na pół azjatyckie zwyczaje średniowiecza, że próbował zaprowadzić je na własnym dworze.
*** REWOLUCJA ROSYJSKA - cz. 2
...Pomysłowości stosowanych przez Czekę metod torturowania mogła dorównać jedynie hiszpańska inkwizycja. Każdy lokalny oddział Czeki miał własną specjalność. W Charkowie upodobano sobie "numer z rękawiczką" - parzono dłonie ofiar wrzątkiem, aż pokryta pęcherzami skóra dawała się zdjąć: ofiarom pozostawały obdarte do żywego mięsa, krwawiące dłonie, a torturującym "rękawiczki z ludzkiej skóry". Czeka w Carycynie przepiłowywała ofiarom kości. W Woroneżu umieszczano nagie ofiary w nabijanych gwoździami beczkach, które potem toczono. W Armawirze miażdżono czaszki, zaciskając wokół głowy ofiary skórzany pas z żelaznym sworzniem. W Kijowie przymocowywano do tułowia ofiary klatkę ze szczurami i ją podgrzewano, tak że rozjuszone zwierzęta wgryzały się w jelita, szukając drogi ucieczki. W Odessie przykuwano ofiary łańcuchami do desek i powoli wsuwano do pieca albo zbiornika z wrzątkiem. Ulubioną zimową torturą było oblewanie wodą nagich ofiar dopóty, dopóki nie zamieniły się one w żywe lodowe posągi. Wielu funkcjonariuszy Czeki preferowało tortury psychologiczne. Jeden z nich kazał prowadzić ofiary rzekomo na egzekucję, po czym strzelano do nich ślepymi nabojami. Inny kazał grzebać ofiary żywcem albo wkładać do trumny z cudzymi zwłokami. Niektórzy zmuszali do patrzenia, jak się torturuje, gwałci lub zabija bliskie ofiarom osoby.
*** Dariusz Tołczyk - GUŁAG W OCZACH ZACHODU
...W krwawo podbitej przez bolszewików Gruzji, w roku 1921 miejscowa Czeka opublikowała antologię amatorskiej poezji pisanej przez funkcjonariuszy, pod tytułem Uśmiech Czeki (sic!). Jeden z oprawców-poetów, Aleksander Ejduk, pisał:
Nie ma większej radości, ani piękniejszej muzyki,
Niż chrzęst łamanego życia i kości.
Dlatego omdlewają nasze oczy
I namiętność sączy się w nasze piersi,
Chcę napisać na twoim wyroku
Jedno niewzruszone zdanie: "Pod ścianę! Rozstrzelać!"
*** Waldemar Łysiak - Sto wcieleń "Szakala" (Franciszek Vidocq)
...Napoleon, Savary, Pasquier, Henry i inni dużo sobie obiecywali po Vidocqu, lecz to, czego on dokonał już w pierwszych latach swej działalności, przeszło najśmielsze oczekiwania. Najpierw w Paryżu, potem w departamencie Sekwany, a następnie w jeszcze większym promieniu, rozpoczęła się taka rzeź przestępców, jakiej kryminalne podziemie Francji nie zakosztowało nigdy przedtem. Zostało ono dosłownie zmasakrowane. W swoim rekordowym roku Vidocq ujął 812 (!) morderców, włamywaczy, kieszonkowców, paserów, bandytów drogowych, szulerów, oszustów i zbiegłych skazańców. Na drugim miejscu stał rok, w którym zaniknął ponad 770 przestępców. Lokale kontaktowe, meliny i szulernie, w których nigdy dotąd nie stanęła noga urzędnika państwowego, zostały całkowicie wyczyszczone lub zlikwidowane. Zwłaszcza Paryż stał się rozpaloną blachą pod nogami ludzi wchodzących w konflikt z prawem.
*** IGOR T. MIECIK - CIEMNA STRONA POWSTANIA
NEWSWEEK POLSKA - 7.08.2011
...Szokującą relację przynosi wewnętrzny meldunek sytuacyjny staromiejskiej placówki BIP KG AK z 8 sierpnia: "Widuje się ciągle chodzących z batogami członków PKB [korpusu bezpieczeństwa, czyli powstańczej policji - przyp. red.]. Bicie i nadużywanie siły w stosunku do bezbronnych są niestety częstym zjawiskiem. Zdarzają się nawet wypadki używania w stosunku do ludności cywilnej siły przez niektórych żołnierzy AK. Przy pompie, z której wodę czerpie okoliczna ludność, młody wartownik posunął swą gorliwość służby aż do bicia kolbą karabinu tłoczące się kobiety, przepuszczając jednocześnie młode dziewczęta bez kolejki".
*** Geoffrey Regan - Historyczne błędy
...Magia zawsze odgrywała wielką rolę w życiu plemion afrykańskich; ludzie znający jej arkana i obdarzeni mocą sugestii od niepamiętnych czasów cieszyli się posłuchem i wielkim autorytetem społecznym. Użyte w dobrych intencjach ich talenty mogły przynieść błogosławione skutki wszystkim, jeśli miały uczynić krzywdę, to najczęściej tylko jednostkom. Rzadko kiedy jednak siła sugestii pozwalała jednostce narzucić swoją wolę całej społeczności tak skutecznie jak w roku 1856, kiedy za sprawą rzekomej, nadprzyrodzonej wizji południowoafrykański lud Kosa własnoręcznie wybił do nogi swoje bydło i zniszczył wszystkie zapasy żywności. Konsekwencje były przerażające; w ciągu roku zmarło z głodu 80 procent plemienia, a co już zupełnie prawie niepojęte, dotknięci tą klęską przyjmowali swój los bez słowa skargi, ba!, bez mała z radością. Było to coś w rodzaju masowego samobójstwa przez zagłodzenie, jeden z najbardziej zadziwiających przypadków masowej psychozy w dziejach. A wszystko zaczęło się zupełnie niewinnie.
*** CEZARY MICHALSKI - Ćwiczenia z bezstronności
"Arcana", nr 3/1999
...Problem polega jednak na tym, że de Maistre był świadkiem sceny egzekucji. Nie chodzi tu bynajmniej o obraz rewolucyjnych zbrodni, ale o wielokrotne asystowanie przy wieszaniu przestępców kryminalnych, przy wykonywaniu wyroków sądu, w którego legalność de Maistre nie wątpił, podobnie jak autor Idioty nie wątpił w legalność wyroku, jaki wydał na niego sąd reprezentujący cara tego samego cara, który następnie ułaskawił oczekującego na egzekucję skazańca. Piętnastoletni de Maistre, żarliwy i praktykujący katolik, wstąpił w rodzinnym Chambery do świeckiego bractwa les penitents noirs czarnych pokutników. Jednym z najważniejszych obowiązków wypełnianych przez członków bractwa było towarzyszenie kapłanom udzielającym ostatniej posługi skazanym na śmierć zbrodniarzom, obecność przy egzekucji oraz uczestniczenie w obrzędach pogrzebowych.
*** Stanisław Szenic - SPRAWA KWILECKICH
...Hrabia Hektor pojechał również do Paryża, aby tutaj przy pomocy zaprzyjaźnionego z nim malarza portrecisty Marcelego Krajewskiego, zamieszkałego w Paryżu, oraz w dalszej fazie już za pośrednictwem komisarza policyjnego Louis Tarda przeprowadzić odpowiednie dochodzenia. Miały one na celu stwierdzenie, czy w 1896 roku przebywała w Paryżu hrabina Izabela, aby wyszukać odpowiedniego noworodka, nadającego się do podsunięcia na dziedzica ordynacji, oraz zamówić sobie sztuczny gumowy brzuch, czyli "żywot", jak wówczas mówiono, aby w przekonywający sposób móc symulować rozwijającą się ciążę. Dochodzenia ustaliły, że w żadnym z hoteli paryskich hrabina Izabela pod swoim nazwiskiem w roku 1896 zameldowana nie była, co w połączeniu z nadesłaną wtedy tajemniczą depeszą agnaci uznali za szczegół obciążający. Poszukiwania ujawniły, że w tymże roku jakaś tęga pani, uznana na podstawie fotografii za podobną do hrabiny Kwileckiej przez jedną z akuszerek, pertraktowała o nabycie noworodka. W którymś ze sklepów sprzedających wyroby gumowe ustalono również, że jakaś cudzoziemka mówiąca po francusku z akcentem polskim lub rosyjskim w tymże roku nabyła gumowy brzuch.
*** SŁYNNE fałszerstwa, oszustwa i skandale - Sprawa powoda Tichborne'a. Arthur Orton
...Pod gradem pytań pretendent zaczął się denerwować i zaprzeczać sobie. Już nie był pewien, czy statek, który go uratował po zatonięciu "Pięknej" w 1854 roku, nazywał się "Osprey" (o którym to statku zresztą nikt nic nie wiedział). Pytany, dlaczego, jeśli w istocie był Sir Rogerem Tichborne'em, nie dał znaku życia rodzinie, kiedy bezpiecznie dotarł do Australii, odpowiadał zupełnie nie w stylu Rogera Tichborne'a, autora długich i barwnych listów z podróży: "Myślałem, że pewnego dnia wrócę do domu i ich wszystkich zaskoczę. Od szóstej rano byłem w siodle i tak aż do ósmej lub dziewiątej wieczorem. Ta praca bardzo mnie męczyła, nawet w niedzielę musiałem jeździć po sąsiednich stacjach. I tak leciał czas, a ja jakoś nic nie napisałem. Nie miałem żadnych powodów, by nie pisać. Wynikało to raczej po prostu z lekkomyślności i zaniedbania".
*** Melchior Wańkowicz - Karafka La Fontaine'a
...Strumph [Wojtkiewicz] uważa się za Cezarego Barykę, którego opisał Żeromski.
Uważa się za bardzo pięknego. Na wycieczce jego towarzysz kobietę przywiązuje sznurem, by nie uciekła do niego, musi się wymigiwać siostrze w szpitalu, dziedziczce (w Nawłoci!) pięknej, ale przez Strumpha odpalonej, bo... jest niegrzeczna dla służby. Piękno Strumpha zaświadcza oficer niemiecki, omal równie piękny, stwierdzając, że do tak pięknych mężczyzn, jak on i Strumph, powinien należeć świat.
Strumph jest wysportowany. Kulą zabija w locie ptaka, unika śmiertelnego niebezpieczeństwa płynąc kajakiem po Wiśle.
Strumph jest uczony: studiuje medycynę, jest na politechnice, studiuje polonistykę, studiuje na Sorbonie - nie widać jednak, by miał jakikolwiek dyplom, boby się tym niewątpliwie pochwalił.
Strumph jest mężny. Nocując w namiocie przed wojną w czasie pokojowym, jest ostrzeliwany "co kwadrans" (sic!) przez kolonistów niemieckich, "ale mi to nie przerywało snu". Potem w czasie wojny w Londynie, kiedy wszyscy w czasie bombardowania zbiegają do schronu, on pozostaje w pokoju z jedną troską, aby się nie przeziębić z powodu wypadniętych szyb. Strumph, grożąc pistoletem, w najgroźniejszych momentach (jednak wszystkie dzieją się na tyłach), rozwiązuje sytuacje, każe, będąc porucznikiem, stawać pułkownikowi na baczność. Jest tak mężny, że jego zwierzchnik zabrania mu iść do linii, boby go poniosło, wobec czego przez całą wojnę zostaje w formacjach tyłowych.
*** Franciszek Fiszer
...ZAGADNIENIE EMANCYPACJI
W kawiarni "U Miki" powstał też słynny koncept o kobietach, który zrobił z rykoszetu Fiszer. Rozprawiano o zagadnieniu emancypacji. Były zdania różne. Dyskusja się przeciągała. Wtedy Fiszer zamknął rozmowy konceptem:
- Właściwie kobiety dzielą się na dwie kategorie: damy i nie damy.
*** Kir Bułyczow - Jak zostać pisarzem fantastą
...Dość mocno pijani, wsiedli do samochodu i pojechali na lotnisko Mingaladon, bo tam był całodobowy bufet z alkoholem. Na lotnisko dojechali szczęśliwie, jedną butelkę wypili, jedną wzięli ze sobą, żeby wypić na dobranoc. Szosa z Mingadalonu była niezbyt szeroka i dość kręta. Ciemno jak w jaskini. Chłopaki byli już w takim stanie, że nie zauważyli jadącego poboczem policyjnego patrolu na rowerach. Samochód zahaczył jednego z policjantów. Policjantowi oderwało ucho. Chłopaki zatrzymali moskwicza, by, jak utrzymywali później, zawieźć policjanta do szpitala. Ale drugi zaczął coś groźnie mamrotać, a nawet krzyczeć w swoim dzikim języku. On czegoś żądał, a nasi nie rozumieli. Wtedy powiedzieli policjantowi:
- A pójdziesz ty w...!
Wsiedli do samochodu i pojechali. Jak twierdzili - żeby poszukać dobrego lekarza. Oburzony policjant nie wymyślił innego sposobu zatrzymania samochodu, jak tylko otworzenie do niego ognia. Zdążył dać kilka serii. Pół godziny później ambasadora Związku Radzieckiego obudził telefon z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Birmy. Ministerstwo wyrażało zdumienie, dlaczego radzieccy specjaliści samochodem o takim to a takim numerze rejestracyjnym prowadzą po pijanemu i rozjeżdżają policjantów.
*** Waldemar Wojnar - GDY NAD SEKWANĄ WYBUCHAŁY BOMBY
...Ravachol potwierdzał raczej opinię pewnego komisarza policji, iż pospolici przestępcy [...] powoływali się na doktrynę anarchistyczną, by przydać sobie rysów herosa i apostoła. Był farbiarzem, akordeonistą na jarmarkach, zajmował się kontrabandą alkoholu i fałszowaniem pieniędzy, miał też na koncie okradzenie grobowca baronowej de Rochetaileé, zmasakrowanie ciosami młota kupca i jego córki w Saint-Etienne i uduszenie starca-pustelnika. Zadenuncjowany, uciekł z policyjnej zasadzki i przeniósł się do Paryża, gdzie pod pseudonimem Leon Leger ukrywał się u znajomego anarchisty. Za zamachy bombowe otrzymał dożywotnie roboty, ale za morderstwo czekała go gilotyna. Na szafot, jak głosi legenda, wstępował, kpiąc w żywe oczy ze strażników i wywrzaskując antyklerykalne hasła. Mimo jego kryminalnej przeszłości, która wyszła na jaw dopiero podczas procesu o zamachy bombowe, anarchistyczne pismo "Le Pere Peinard" wykreowało go na męczennika ruchu - "Chrystusa anarchii" (skończył wówczas 33 lata). Jak zobaczymy później, ów nurt tzw. illegalizmu, czyli przenikania w szeregi anarchistów zwykłych przestępców, będzie stale towarzyszył "propagandzie poprzez czyny".
*** Piotr Laskowski - Szkice z dziejów anarchizmu
...Kolejny plan Nieczajewa, zorganizowanie bandy, która rabunkiem zdobywałaby pieniądze na cele rewolucyjne, wyczerpał cierpliwość Bakunina. Następuje zerwanie stosunków, a w słynnym liście do Alfreda Talandiera z lipca 1870 roku Bakunin pisze: "Jeżeli Pan przedstawi go Pańskiemu przyjacielowi, pierwszą jego troską będzie posiać między wami niezgodę, niesnaski, intrygi, słowem, pokłócić was. Jeśli Pański przyjaciel ma żonę, córkę - będzie usiłował ją uwieść, zrobi jej dziecko, żeby ją wyrwać ze sfery oficjalnej moralności i narzucić jej rewolucyjny protest przeciwko społeczeństwu [...]. To człowiek niesłychanych ambicji i chociaż sam nie zdaje sobie z tego sprawy, skończył na tym, że utożsamił swoją sprawę rewolucyjną ze swą własną osobą; ale nie jest to egoista w banalnym znaczeniu tego słowa, bo straszliwie ryzykuje i prowadzi męczeńskie życie, pełne wyrzeczeń i niesłychanej pracy. Jest fanatykiem, a fanatyzm pochłania go do tego stopnia, że staje się zupełnym jezuitą, chwilami staje się po prostu głupi". Bakunin stwierdza, że Nieczajew zwykł się posługiwać oszustwem, kradzieżą, kolekcjonowaniem kompromitujących dokumentów.
*** Barbara Tuchman - IDEA I CZYN - Anarchiści: 1890-1914
...Wraz z upadkiem prestiżu państwa rozkwitał anarchizm. Flirtowali z tym ruchem intelektualiści. Skryta niechęć do rządu i prawa, istniejąca u wielu ludzi, u niektórych bliższa jest powierzchni. Jak w człowieku sytym siedzi człowiek głodny, który krzyczy, aby się wydostać, tak nawet ludzie poważni ukrywają w środku małego anarchistę: jego nieśmiały krzyk słychać było często wśród artystów i intelektualistów lat dziewięćdziesiątych. Powieściopisarz Maurice Barres, który w różnych okresach próbował każdego stanowiska politycznego jako trybuny dla swego talentu, gloryfikował filozofię anarchistyczną w swoim Wrogu praw (l'Ennemi des lois) i w Człowieku wolnym (Un homme libre). Poeta Laurent Tailhade określił przyszłe społeczeństwo anarchistyczne "jako błogosławiony okres", kiedy arystokracją będzie arystokracja intelektu, a "pospolity człowiek całować będzie ślady stóp poety". Anarchizm literacki był w modzie wśród symbolistów, takich jak Mallarme i Paul Valery. Pisarza Octave'a Mirbeau anarchizm pociągał dlatego, że miał on wstręt do władzy. Nienawidził ludzi w mundurach: policjantów, bileterów, posłańców, dozorców, służących. W jego oczach, jak mówił jego przyjaciel Leon Daudet, właściciel ziemski był zboczeńcem, minister złodziejem, prawnicy i finansiści doprowadzali go do mdłości; tolerancję wykazywał tylko wobec dzieci, żebraków, psów, niektórych malarzy i rzeźbiarzy oraz bardzo młodych kobiet. "Głębokim jego przekonaniem było, że bieda nie musi istnieć na świecie - mówił inny przyjaciel - a to, że jednak jest, stanowiło powód jego gniewu". Spośród malarzy Pissarro dawał swoje rysunki do "Le Pere Peinard", a kilku znakomitych gniewnych paryskich ilustratorów dawało wyraz swojej odrazie do niesprawiedliwości społecznej w anarchistycznych dziennikach; niekiedy robili to w formie, jaka w późniejszych czasach nie nadawałaby się do druku, jak na przykład przedstawiając karykaturę prezydenta w poplamionej pidżamie.
*** Aleksandra Porada - Niechciana niemiecka oblubienica - Rasputin, Alix i koniec Imperium
Polityka - 2007-01-27
...Rasputin wyruszył więc w długą podróż, odwiedzając monastery i świątobliwych pustelników. Odtąd takie wędrówki stały się częścią jego życia. Wędrował po ośrodkach kultu w Rosji, na czas żniw wracając do swej wsi. W początku lat dziewięćdziesiątych dotarł nawet do greckich klasztorów na górze Atos. Zaczęła się wokół niego skupiać grupa entuzjastów idei, którą głosił: że dla zbawienia niezbędna jest skrucha, do której z kolei konieczny jest grzech - najlepiej cielesny. Członkowie grupy modlili się więc i grzeszyli na przemian. Przypominało to praktyki nielegalnej sekty chłystów, więc biskup Tobolska przysłał w 1901 r. do Pokrowskoje księdza z zadaniem wyjaśnienia sprawy. Ten uznał, że nie ma wystarczających dowodów na przynależność Rasputina i jego zwolenników do sekty.
*** Marian Mickiewicz - Z dziejów żeglugi
...W czasie wojen napoleońskich, gdy zawiodła rekrutacja dobrowolna, w Wielkiej Brytanii powołano 40 biur werbunkowych, działały one we wszystkich większych portach i na wodach przybrzeżnych. Na ich czele stall specjalni oficerowie, którym płacono za każdego brańca. Porywano żeglarzy, rybaków, robotników z manufaktur, mieszczan i chłopów. W 1801 roku werbownicy urządzili w Hull łapankę, której nie powstydziliby się hitlerowcy. Obstawiano ulice i wyciągano mężczyzn, penetrując kolejno dom po domu. Brańców z obawy przed odbiciem nie trzymano na lądzie, lecz na okrętach strażniczych, skąd odstawiano ich na okręty bojowe. W tej sytuacji w angielskich miastach dochodziło do formalnych bitew. Tłumy kobiet odbijały porwanych, zabijały werbowników, paliły ich strażnice. Na morzu dowódcy okrętów i werbownicy porywali załogi statków handlowych i rybackich, i to nie tylko angielskich, lecz również neutralnych, także nie bez rozlewu krwi. Najbardziej znana jest bitwa, którą stoczyli w 1794 roku z załogą fregaty "Aurora" marynarze wielorybnika "Sarah and Elisabeth". W bitwie tej użyto granatów i broni palnej, byli zabici i ranni. Warto chyba dodać, że na "Victory" Nelsona w czasie bitwy pod Trafalgarem na 850 ludzi było 600 brańców, podobnie wyglądały te proporcje na innych okrętach.
*** H. W. van Loon - Dzieje zdobycia mórz
...Gabinet lekarski był ciemną, śmierdzącą dziurą, położoną głęboko gdzieś na dnie statku pomiędzy beczkami wina i piwa. Tam musieli lekarze podczas bitwy morskiej operować swymi bisturami i piłami, wykonując niezbędne amputacje przy świetle kilku woskowych świec. W czasie pokoju mogli wykonywać swoje czynności na pokładzie. W tym wypadku pacjenta przywiązywano do dwóch desek i tak go spajano rumem, że tracił niemal przytomność. Wtedy lekarz amputował mu nogę zmiażdżoną podczas burzy lub poszarpaną przez kulę armatnią. Na pokładzie również wykonywano zabiegi dentystyczne, polegające jedynie na wyciąganiu zębów. O tym, że zły stan zębów w owych czasach był przyczyną dużej śmiertelności wśród ludzi, nie wiedziano najwidoczniej aż do niedawna. Uzębienie marynarzy przebywających stale na otwartym morzu było nawet gorsze niż uzębienie ludzi pozostających na lądzie, ponieważ wiele chorób podzwrotnikowych, jak szkorbut i malaria, atakowały dziąsła i marynarze nie mogli po prostu żuć krwawiącymi dziąsłami twardych jak brukowe kamienie sucharów okrętowych.
*** Andrzej Dobosz - Pogryziony endek
Rzeczpospolita - 01-08-2009
...16 listopada 1930, w dniu wyborów do Sejmu, grupa syjonistów pobiła ortodoksa Berischa Weinberga i jego syna za głosowanie na listę Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Toteż, gdy kiedyś rozeszła się wieść, że młodzi endecy z UJ szykują się do marszu na Żydowski Dom Akademicki, jego uprzedzeni mieszkańcy uzbroili się w laski, mieloną paprykę, pręty żelazne od łóżek, wrzątek i przygotowali dwa hydranty wodociągowe, do pomocy wezwano również 30 rzeźników rytualnych z nożami. Szczęśliwie oddział policji konnej sprawił, że nie doszło do spotkania stron.
*** Andrzej Dobosz - SZKOŁA ŻYCIA
Nowa Kultura - 23 września 1956
...Któregoś sobotniego wieczora, w dywizji, dwóch oficerów posprzeczało się i zaczęli do siebie strzelać. Jeden drugiemu przestrzelił genitalia, a ten drugi pierwszemu nogę. Tego z genitaliami, a właściwie już bez, odwieziono do Szczecina, drugi leżał obok mnie. Dużo opowiadał. Właściwie nawet nie pamiętał, o co im poszło, byli pijani. Był bardzo faworyzowany towarzysko. Koledzy oficerowie ciągle go odwiedzali. Opowiadał najpiękniejsze wypadki swojego życia. Były to z reguły historie z czasów, gdy bywał oficerem dyżurnym garnizonu i wyłapywał pijaków w mieście. Wychodząc ze szpitala chwalił się, że będzie ukarany pięciodniowym aresztem domowym. Rozmawiałem ze specjalistami na ten temat. Tak, to możliwe, to zależy od dowódcy pułku. Może dostać pięć lat więzienia, ale jeśli dowódca zaświadczy, że to był wzorowy oficer, i że chłopcy zabawili się, dostanie pięć dni domowego aresztu.
*** Andrzej Dobosz - O BIBLIOTEKACH
Teksty Drugie - 1, 1990
...W latach sześćdziesiątych byłem na wernisażu wystawy bibliofilskiej Towarzystwa Przyjaciół Książki w Pałacu Krasińskich w Warszawie, gdzie mieszczą się zbiory specjalne Biblioteki Narodowej. Swe kolekcje, a raczej ich próbki, prezentowali między innymi: Władysław Bartoszewski, Andrzej Biernacki, prof. Mieczysław Brahmer, Józef Chudek, Juliusz Wiktor Gomulicki, Wacław Zawadzki. W pewnej chwili pochylonych nad gablotami i pogrążonych w rozmowach bibliofilów zaczął rozpędzać z nieprzyjaznym pohukiwaniem, niemal rozdając na prawo i lewo kułaki, z gorliwością i wprawą stójkowego, niewysoki lecz solidnie zbudowany mężczyzna. To dyrektor Biblioteki Narodowej torował wygodne przejście dla wicemarszałka sejmu Zenona Kliszki, który zechciał swoją obecnością zaszczycić wystawę.
*** THUGOWIE - CZCICIELE BOGINI KALI
...Według danych z początku XIX wieku prawie 40 000 osób rocznie ponosiło śmierć w wyniku działalności tego stowarzyszenia, chociaż morderstwa przestały mieć jakiekolwiek podłoże religijne. Motywem stał się po prostu rabunek, zabójstwom przyświecał jeden jedyny cel - ogołocenie ofiar ze wszelkich kosztowności. Wielu thugów wzbogaciło się w ten sposób i stało szacownymi, pozornie odpowiedzialnymi członkami społeczeństwa, co odwracało od nich jakiekolwiek podejrzenia. W rzeczy samej, jak pokazuje Sleeman junior, kiedy nie mordowali, thugowie byli na ogół przykładnymi obywatelami oddanymi rodzinom, wychowującymi dzieci i utrzymującymi żony. Dla zilustrowania tego można przytoczyć przykład Anglika, doktora Cheeka, zanotowany przez Sleemana seniora. Doktor zatrudnił do pilnowania dzieci młodego hinduskiego tragarza, który się okazał świetnym opiekunem, łagodnym i dobrym dla malców. Raz w roku wyjeżdżał na miesiąc w odwiedziny do matki. Jak się potem okazało, należał do thugów i mimo że przez jedenaście miesięcy był przykładnym pracownikiem, w dwunastym oddawał się duszeniu swych ofiar.
*** Bractwo zbirów - Czarne Anioły Indii
...Wielką zagadką organizacji dusicieli jest nie to, jak zdołała przetrwać pięćset lat niewykryta, lecz skąd się wzięła. Jakie były jej początki? Bez jakichkolwiek pisanych dowodów, pochodzenie tajnej sekty zbirów tonie w mroku. Może najbardziej dziwaczny wydaje się fakt, że Kali należy do bogów hinduizmu, a zbiry były głównie mahometanami. W Koranie nie ma żadnej wzmianki o Kali, chociaż sekta mogła ją identyfikować z Fatimą, zamordowaną córką Muhammada. Niektórzy ze zbirów wierzyli, że to Fatima nauczyła członków sekty, jak używać szalika jako narzędzia mordu. To pomieszanie religii przy tworzeniu sekty zbirów jest godne odnotowania, bo dokonało się w kraju o wielkiej nietolerancji religijnej pomiędzy hindu i islamem. Podbój Indii przez islam spowodował dominację tej religii na wielkich obszarach, co zapoczątkowało długotrwałą wrogość. Sekta dusicieli miała religię, w której mahometanie uznawali bogów i obrzędy hinduizmu. Mieli jednak niewiele poważania dla rozmaitych tabu, będących w hinduizmie częścią obrządku.
*** Zbrodnie w imię Szatana i Boga
...W związku z satanizmem podaje się też przypadki Damiena Wayne'a Echolsa, Jasona Baldwina i Jesse Lloyda Misskelleya, trzech nastolatków z Memphis w stanie Arkansas, którzy 5 maja 1993 roku zamordowali trzech ośmioletnich chłopców podczas czegoś, co uważali za rytuał satanistyczny. Swoje ofiary rozebrali do naga, związali i bili, a w jednym przypadku molestowali seksualnie. Baldwin miał też chłeptać krew z odciętego kawałka ciała jednej z ofiar. Według Misskelleya poprzednio zabili i zjedli kilka psów oraz organizowali orgie. Echols uważał się za praktykującego wicca, choć powołany przez policję ekspert stwierdził, że nie ma on o tym pojęcia. Pozował też na satanistę. Powiedział, że pił krew swoich partnerów seksualnych, aby osiągnąć moc i "poczuć się Bogiem". W dzieciństwie uważał się za przybysza z obcej planety.
*** Szaleństwo w religiach świata - 1
...Podczas Świąt Głupców w kościołach biegano, skakano i tańczono wokół ołtarza. Uczestnicy robili do siebie miny, nierzadko też nakładali upiorne maski ludzi i zwierząt. Kapłani mówili gwarą albo zdaniami bez sensu, syczeli, szczekali, wrzeszczeli, gdakali, rechotali, gwizdali, drwili i wyśmiewali się. Mężczyźni chodzili z kwiatami i liśćmi we włosach, w ubraniach wywróconych na nice, w strojach kobiet, stręczycieli i minstreli, a nawet nago. W kościołach pito alkohol, przebierano się w szaty dostojników kościelnych, wygłaszano bluźniercze kazania, parodiowano kościelną liturgię, jako komunię jedzono pokrojone w plasterki kiełbaski w kształcie penisów, uprawiano grupowy seks w przebraniu mnichów i mniszek. Następnie wybierano św. Jeruba, czyli po prostu boga Pana, który swoją sterczącą męskością błogosławił lud boży, zwłaszcza zaś płeć niewieścią. Podczas tych świąt w kościołach nierzadko grano w piłkę. Zdarzało się też, że procesję kler odbywał w szatach świeckich, a świeccy - w szatach zakonnych. W czasie parodii kościelnych rytuałów biczowano się, topiono i przypalano. "W kościele, podczas uroczystej celebracji, okadzano kałem miast kadzidłem wybranego błazeńskiego biskupa. Po nabożeństwie kler sadowił się na fury naładowane gnojem; klerkowie jeździli po ulicach i obrzucali kałem towarzyszący im lud".
*** Szaleństwo w religiach świata - 2
...Jahwe w ujęciu autorów i redaktorów Biblii przypomina postać z koszmarnego snu, tragedii greckiej (gdzie każde wyjście jest złe), wytwór kapryśnej nieświadomości albo freudowskiego id, postawy schizofrenicznej matki wobec dziecka, wydającej mu sprzeczne polecenia, albo sytuacji prawnej w kraju, w którym przepisy szczegółowe (czyli w tym wypadku zmienna wola Jahwe) przeczą zapisom w konstytucji (w tym wypadku dekalogowi tego samego Jahwe). W Księdze Hioba został przedstawiony jako osobnik "nieucywilizowany i antyspołeczny". Jego istotą jest dawanie swojemu ludowi wybranemu wykluczających się nakazów i zakazów. Jahwe wprawdzie zakazuje zabijać, ale jednocześnie każe Abrahamowi zabić swego syna Izaaka (Rdz 22.1-19); zabrania cudzołóstwa, a zarazem każe Ozeaszowi poślubić prostytutkę (Oz 3.l); nie uznaje kłamstwa, ale - jak widać z wyżej przytoczonych historii Saraj i Achaba - posługuje się nim, jeśli jest po jego myśli. Trudno się oprzeć wrażeniu, że prawo Mojżeszowe i wszystkie ilustrujące je historie powstały celem uwierzytelnienia rządów niewielkiej, ale bardzo wpływowej warstwy kapłańskiej, która chcąc zapewnić sobie monopol władzy, uznała siebie za predestynowaną do tłumaczenia po własnej myśli zawiłości Tory, a więc również nieobliczalnego zachowania boga. Innymi słowy to, czy bóg jawi się jako dobrotliwy staruszek, czy jako mściwy demon, zależy od pozycji i stanu interesów jego faworytów.
*** Leszek Kołakowski - Diabeł
...Rozwinięta w pełni figura wielkiego wroga wyłania się w Iranie, w orędziach Zoroastra. Obok Ahury, Pana, strażnika ładu kosmicznego, prawodawcy i stwórcy, działa jego współwieczny wróg Aryman, bóg zniszczenia i oszustwa. A chociaż ostateczne zwycięstwo dobra w Dniu Sądu jest zapewnione, siły zła - Aryman i pomniejsze demony - prowadzą nieustającą walkę przeciwko Panu. Zło nie jest zatem podporządkowane bez reszty planom Boga. nie jest ono, jak się wydaje, przygodne, lecz ma istnienie niezależne, przeobrażając w ten sposób cały świat w nieustające pole walki między siłami światła i ciemności. Przez wpływ swój pośredni lub bezpośredni na judejskie, chrześcijańskie i islamiczne wyobrażenie osobowego zła, mitologia irańska wywarła ogromny wpływ na całą historię ludzkości minionych dwudziestu pięciu stuleci.
*** CYGANIE. ODMIENNOŚĆ I NIETOLERANCJA - Cyganie a religia
...Niezwykle trudno natomiast jest odpowiedzieć na pytanie, czy i w jakim zakresie religijność Cyganów wiązała się z jakąś ich własną pierwotną religią, ewentualnie jaki charakter miała ich religijność w Indiach? Odpowiedź na to pytanie uwarunkowana jest częściowo stanowiskiem, jakie się przyjmie w kwestii genezy Cyganów. Jeżeli uznamy, że ich geneza wiąże się z grupami, które były poza ramami czterech podstawowych warn (klas) indyjskiego społeczeństwa, to czynny udział w życiu religijnym musiał być z konieczności ograniczony; pozakastowi, traktowani jako nieczyści, mieli np. zabroniony wstęp do świątyń. Jedynym pośrednikiem był kapłan-bramin, który mógł wykonywać praktyki i ceremonie kultowe dla nich, po wypełnieniu których poddawał się rytuałom oczyszczającym. Warto tu dodać, iż zakaz wstępu do świątyń odnosił się nie tylko do tzw. apaparta, czyli pozakastowych, np. ćandalów, ale także dotyczył licznych dźati zaliczanych do śudrów. Exodus z Indii pozbawiał więc przodków Cyganów nie tylko naturalnego kontekstu religijnego, ale także podstawowego źródła edukacji religijnej - osoby bramina. Nomadyzm zaś i rozproszenie ugrupowań cygańskich protoplastów poza Indiami nie sprzyjały ujednoliceniu czy jakiejkolwiek instytucjonalizacji życia religijnego, odmiennie niż to miało miejsce w wypadku innych pozakastowych grup nomadów, które pozostały na półwyspie.
*** Sekta "Niebo" - relacje
..."Przyjmowali nowe imiona: Nie (to Kacmajor), Bo (jego żona), Ejty, Bonanza, Raj, C-14, Baron Rotszyld, Żywią i Bronią, Audi, Rodzina Ach, Ciuch, Buch, Uch, Autobusem przez Miasto, I Śrubokręt nie Pomoże, Trójkątyzacja Kota, Wściekły Traktorzysta, Raskolnikow Nie Jestem, Dostojewski Się Nie Kłania, Czerwień, Zieleń...". "...Tłumaczy to wzorowaniem się na Biblii: np. zamiany Szaweł na Paweł, »Imię dla Boga nie jest ważne, mogę się nazywać nawet Obrazek«...". "...Bogdan Kacmajor wyjaśnił im, że Chrystus też zmieniał imiona apostołom. Bo moje »Nie« ma sens, a »Bogdan« gówno znaczy - twierdził.
*** Ludwik Bazylow - Społeczeństwo rosyjskie w pierwszej połowie XIX wieku - Sekty
...Raskolnicy (czy staroobrzędowcy, bo nie chcieli odstąpić od dawniejszych obrzędów) nie ustępowali jednak wobec żadnego przymusu, czerpiąc ze swego fanatyzmu nadludzkie niemal siły. Przejawiało się to zarówno w znoszeniu najwymyślniejszych mąk fizycznych, jak też i w innych, dla dzisiejszych umysłów czasem już zupełnie niezrozumiałych formach. Uciekano więc indywidualnie i masowo, pozostawiając odłogiem pola na wsi i porzucając warsztaty w miastach, na północ, do nieprzebytych lasów. Coraz więcej występowało różnych "mężów bożych" i "proroków", coraz częściej mówiono o końcu świata i wynajdywano nowe sposoby zbawienia dusz. Najstraszniejszym z nich było "całkowite oczyszczenie w ogniu" - i rzeczywiście, zamykano się w leśnych pustelniach i spalano się żywcem, z żonami i dziećmi. Nie dająca się ściśle określić liczba samospaleń, które trwały około stu lat, sięgała prawdopodobnie kilkudziesięciu tysięcy.
*** Leszek Biały - MISTYCY
...Rok 1529, będący rokiem odsunięcia stosunkowo liberalnego Generalnego Inkwizytora Manrique, zapoczątkował etap systematycznych prześladowań alumbrados i wzmożonej czujności Świętego Oficjum wobec wszelkich przejawów mistycyzmu. Inkwizycja zatrzymała wtedy inną sławną beatę, Franciskę Hernandez, której działalność, owianą atmosferą erotycznych skandali, tolerowała przez długie lata. Ta bardzo piękna i fascynująca wielu współczesnych kobieta znajdowała się pod obserwacją Trybunału Wiary już od roku 1519. Francisca Hernandez często wpadała w ekstazę, doznawała rozmaitych wizji, a ponadto głosiła publicznie, że jest żoną Chrystusa i żyła na koszt swoich uczniów i wielbicieli, do których należeli między innymi: Francisco de Osuna, pierwszy pisarz mistyczny w Hiszpanii i mistrz św. Teresy z Avila, Francisco Ortiz, wybitny teolog i kaznodzieja franciszkański, Bernardino de Tovar, siostrzeniec sławnego erazmisty i filozofa z Alcala, Juana de Vergary, a także niejaki Antonio de Medrano, ksiądz z Navarrete, niepoprawny iluminista i hedonista, który utrzymywał, że jego skądinąd jak najbardziej cielesne stosunki z piękną beatą są natury czysto duchowej, jako że grzech nie ma do nich obojga żadnego dostępu.
*** Herve Masson - Słownik herezji w Kościele Katolickim
...Ekstatyczne tajne "radienia" chłystów składają się z modłów, ucałowań, wirowań, biczowań, śpiewów, proroctw (również w nie istniejących językach - glossolalia), a także, jak twierdzą wrogowie sekty, z orgii seksualnych. Chłyści dzielą się na gminy zwane korabiami. Na ich czele stoją sternicy lub sterniczki. Wśród członków gminy panuje życzliwość rodzinna i wspólnota majątkowa. Mistyczny erotyzm nakazuje stosunki płciowe (pojmowane jako udzielanie sobie Ducha Świętego) między "braćmi" i "siostrami", zakazuje ich natomiast między małżonkami. Chłystów obowiązuje serdeczność wobec bliźnich, także innowierców. W XVIII i XIX w. chłyści byli straszliwie prześladowani. Na skutek licznych deportacji rozprzestrzenili się na całą Rosję.
*** Aleksander Wat - Spotkanie z padre Pio
...Ale - poza mszą - jaka pycha, jaka pycha syna ubogiego wieśniaka, który poszedł w pany, w kondotiery Pana Jezusa! Sam widziałem, w czasie trzydniowego tam pobytu, jak brutalnie wypchnął z rzędu klęczących do komunii młodego beatnika amerykańskiego. Było to pacholę nadzwyczaj ujmujące, przebiegał przez miasteczko w pstrokatej koszuli, ze złotym na niej krzyżykiem, w blue jeansach, śpiewając ni to kantyczki, ni to negro spirituals własnej zapewne kompozycji. I ten dwór skłóconych i zazdrosnych, rodzina najdalsza, dumna i zbogacona, i nade wszystko to straszne miasteczko, które powstało na odludziu dokoła klasztoru niedawno jeszcze ubogiego, te fortuny, ogromne ponure hotele, które powstały przez noc, te sklepy z dewocjonaliami, sklepy fotografów, gdzie obraz padre Pio mnożył się, reprodukował się w każdym materiale, w każdej sytuacji jego kapłaństwa, ten ogromny, cały z marmuru szpital, wystawiony sumptem amerykańskich wielbicielek, w którym nie znaleźliśmy, oprowadzani przez siostrę, ani jednego kwiatka i gdzie padre Pio nie zajrzał ani razu od pół roku, odkąd posprzeczał się z naczelnym lekarzem, chociaż zjechali się tu z całego świata ciężko chorzy, aby ich uzdrowił.
...kakure kirishitan [ukryci chrześcijanie], chrześcijanie japońscy, którzy mimo wydanego 1614 zakazu wyznawania tej religii i wiążących się nim represji kultywowali wiarę potajemnie; pozbawieni przewodnictwa kapłanów i kontaktów z misjonarzami (wypędzonymi z Japonii i karanymi śmiercią za próbę nielegalnego powrotu), zachowali wiarę w zniekształconej formie, nadając jej cechy charakterystyczne dla rodzimych kultów. Zakaz wyznawania chrześcijaństwa wiązał się z dotkliwymi represjami, wyznawcom groziła śmierć lub wygnanie. Wszystkim obywatelom Japonii nakazano obowiązkową rejestrację w buddyjskich świątyniach; od 1629 w wielu rejonach kraju podejrzani o wyznawanie chrześcijaństwa byli zmuszani do deptania wizerunków Chrystusa lub Matki Boskiej (tzw. fumi-e); 1687 wprowadzono nadzór policyjny dla męskich potomków chrześcijan do szóstego pokolenia. Na skutek represji wielu japońskich chrześcijan poniosło śmierć; po 1640 wobec groźby tortur i stosowania odpowiedzialności zbiorowej w razie wykrycia, zaczęto wyznawać wiarę chrześć. potajemnie. "Ukryci chrześcijanie" nie wzbraniali się przed deptaniem chrześć. wizerunków, wierząc, że grzech ten zostanie im odpuszczony, gdy wyznają swoją winę przed innymi wyznawcami; rejestrowali się w buddyjskich świątyniach, uczestniczyli w ceremoniach buddyjskich.
*** WALTER-JORG LANGBEIN - LEKSYKON BIBLIJNYCH POMYŁEK
...Zmienianie treści tekstów biblijnych ma jednak długą tradycję. Prekursorowi reformacji Marcinowi Lutrowi solą w oku była potężna bogini Aszera. Dokonawszy zafałszowanego tłumaczenia, doprowadził on do zniknięcia jej imienia ze Starego Testamentu. W Księdze Sędziów w tłumaczeniu Lutra czytamy: "I zniszcz ołtarz Baala (...) i wytnij gaj, który znajduje się obok". Lecz w oryginale nie ma mowy o "gaju", czyli o małym lasku. Również dalsza część tekstu została przetłumaczona nieprawidłowo: "I zbuduj Panu, twojemu Bogu (...) ołtarz i złóż ofiarę ciałopalną, używając drzewa z gaju, który wyciąłeś". W rzeczywistości nie ścięto ani nie spalono żadnych drzew.
Tak tłumacząc tekst Pisma Świętego, Luter usunął zeń imię bogini. W zrewidowanym wydaniu Biblii Lutra z 1912 roku pojawia się ono jednak z powrotem: "I zetnij posąg Aszery, który stoi obok, i złóż ofiarę ciałopalną, używając drzewa z posągu Aszery, który ściąłeś".
Jak oczywiste są fałszerstwa Lutra dotyczące Aszery, ukazuje wyraźnie werset z Ksiąg Królewskich. W wydaniu z 1545 roku czytamy: "On [Jozjasz] kazał usunąć gaj z Domu Pana". Określenie "Dom Pana" oznacza Świątynię w Jerozolimie. A więc ze świątyni miano usunąć gaj? W żadnej epoce w świątyni Izraelitów nie było gajów. Hebrajski oryginał nie pozostawia żadnych wątpliwości - wyrzucony został posąg Aszery!
*** Fra Dolcino i sekta braci apostolskich
...Znowu nadchodzi zima, a wraz z nią ponownie pojawia się widmo głodu, choć zda się niemożliwe, jeszcze gorszego niż ten z czasu pobytu zastępów Dolcina w Valsesia. Głód, jaki ich prześladuje, stanie się cechą charakterystyczną ich heretyckiego doświadczenia, opisywanego przez Dantego i wspominanego we wszystkich dokumentach tamtej epoki. Apokalipsa, o której marzył kaznodzieja apostolitów, przybiera oblicze kompletnie odmienne od tego, jakie on prorokował, a upragniona góra Syjon przypomina coraz bardziej dolinę Jozafata. Nie ma już ani odrobiny mięsa, oblężeni żywią się więc skórami i szpikiem wysysanym z kości. Zjedzone zostają też wszystkie korzonki i liście roślin, aż wreszcie dochodzi do skrajnej degradacji - do żywienia się mięsem zmarłych towarzyszy:
Doszli oni do tak skrajnej nędzy, że... kiedy ktoś z nich poległ był w bitwie, inni kroili jego ciało i gotowali mięso, a potem je jedli, a to z przyczyny niedostatku żywności i olbrzymiego głodu... A i tak wielu z nich umierało z głodu; a ich ciała, żywi w części zjadali, a w części wyrzucali... na pożarcie dzikim zwierzętom
*** Artur Domosławski - Sekrety kościelnej monarchii
Gazeta Wyborcza - 2010-08-09
..."Sposób reagowania Watykanu na [...] kryzys [pedofilski] - mówi prof. Polak - zmienia się - najwyraźniej pod wpływem nacisku opinii publicznej. Zdano sobie sprawę z tego, że zwykły zestaw reakcji, które można streścić tak: »wszystko jest pod kontrolą, nie ma powodu do krytyki instytucji kościelnych, nie atakujcie nas, bo to wojna z Kościołem«, już nie działa, i że potrzebne są konkretne działania i zmiany w sferze publicznej obecności instytucji kościelnych. (...) Może się wydawać, że to dobry znak. Jednak równocześnie obserwujemy wciąż ten sam zestaw działań obronnych: przerzucania odpowiedzialności na innych, na wpływ zmian kulturowych, na ataki »sił wrogich Kościołowi« i na tym tle próby pomniejszania własnej odpowiedzialności".
*** Cezary Łazarewicz - Co Kościół ma (majątek Kościoła katolickiego)
Polityka - 2010-10-02
...Już kilka lat temu III RP oddała z nawiązką Kościołowi to, co zrabowała mu PRL - uważa Czesław Janik, prezes stowarzyszenia Neutrum, który obliczył, że oddano tej ziemi 97 tys. ha (60 tys. ha przez Komisję Majątkową i 37 tys. ha przez wojewodów z tytułu artykułu 70a). - Kościół jest jedynym podmiotem, wobec którego przeprowadzono w Polsce reprywatyzację - mówi dr Borecki. - Nikogo innego w ten sposób państwo nie potraktowało.
Według ostrożnych szacunków Czesława Janika, katolickie osoby prawne posiadają obecnie co najmniej 160 tys. ha gruntów w Polsce. Nawet najniższe unijne dopłaty zapewniają z tego tytułu wpływy około 80 mln zł rocznie. Dlaczego to tak pilnie strzeżona tajemnica? - W Polsce idea taniego Kościoła jest wciąż żywa i ciągle pada na podatny grunt - tłumaczy dr Paweł Borecki. - Hierarchowie boją się antyklerykalizmu wyrosłego na podłożu finansowym.
*** POLSKA - PAŃSTWO WYZNANIOWE?
(protokoły obrad Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu z ostatnich 20 lat)
...Spotkanie 29 marca 2006 roku (to już rządy PiS). Stronę rządową reprezentują wicepremier Ludwik Dorn, ministrowie kultury Kazimierz Ujazdowski, sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, edukacji Michał Seredyński. Ze strony kościelnej - bp Stanisław Wielgus, który zaznacza, że teraz "są nowe sprawy, nowi ludzie i ustawicznie trzeba się modlić". Pojawia się wątek nauczania religii. Do tej pory religia była fakultatywna, etyka też. Stopnia nie wpisywano w świadectwo. Teraz strona kościelna domaga się, by wybór religii bądź etyki był obowiązkowy. Nie można wybrać opcji "nic". Rząd wydaje się jak najbardziej "za", ale premier Dorn przestrzega przed debatą społeczną, którą mogą wywołać "niektóre środowiska, wiele z nich jest mocno opiniotwórczych". Biskup Wielgus nie zraża się: "lekcje religii mają znaczenie nie tylko duchowe, o czym jesteśmy przekonani, i wychowawcze, ale przede wszystkim mają znaczenie intelektualne".