Gazeta Wyborcza - 05/03/1999

 

 

 

Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba

NIE ZABILIBY PANOWIE KRÓLIKA? - cz.1

Z Andrzejem Łapickim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba.

 

 

 

Pochodzi Pan z inteligencji. Pana ojciec był profesorem prawa rzymskiego. Jakie wartości, zasady wyniósł Pan z domu?

- Dla mojego ojca prawo rzymskie było nie tylko zbiorem zasad, których należy przestrzegać, punktem odniesienia w życiu. Prawo rzymskie było dlań rodzajem wiary.

Mówiąc szczerze, nigdy nie miałem z ojcem dobrego kontaktu. Czułem się tak, jakby oddzielała nas szyba. Całowałem go w rękę i bałem się go. Mama ocieplała surowe ojcowskie zasady. Stanowili ciekawą, uzupełniającą się parę.

Ojciec był bardzo przystojny. Mama też zresztą była ładna. Poza tym była towarzyska, traktowała wszystko z poczuciem humoru, które po niej odziedziczyłem. Ojciec był introwertykiem, człowiekiem zasadniczym. Na długo zapamiętywał krzywdzące opinie na swój temat, tkwiły w nim jak cierń. Ojciec podobał się swoim studentkom, ale w stosunku do nich też był niezłomny. Doskonale pamiętał, które nie chodziły na wykłady. Gdy zbliżał się czas wpisów do indeksów, dziewczyny wywoływały mnie z domu i prosiły, żebym podsunął ich indeksy ojcu. Bały się, że ojciec zrzuci je ze schodów.

Pańska rodzina przywędrowała do Warszawy ze Wschodu.

- Rodzina Łapickich pochodzi z Mińszczyzny. Mój pradziadek został bardzo źle przedstawiony w pamiętnikach Jakuba Gieysztora. W czasie powstania styczniowego był wojewodą mińskim. Rosjanie go złapali. Pułkownik Łosiew, zastępca Murawiewa, potraktował go cygarami i szampanem. Pradziad był człowiekiem próżnym, więc zaczął gadać i wsypał całą organizację mińską. Zesłano go potem na parę lat na Syberię. Gdy wrócił, ludzie źle go traktowali. Pamiętam, że mama mówiła po cichu, że pradziadek uratował się od szubienicy, bo wydał kolegów. Teraz wydaje mi się to nawet zabawne, bo gdyby go wtedy powiesili, to mnie by w ogóle nie było. Dlatego nie mam do niego pretensji. Pra- dziad miał zresztą bardzo bohaterskie imię - Hektor.

Po nim był Antoni, mój dziadek. Ten miał za żonę Rosjankę. Był inżynierem kolejowym. Budował kolej transsyberyjską. Dobrze mu się powodziło. Mój ojciec urodził się w Krasnojarsku. Studia skończył w Moskwie. Po wojnie bolszewickiej dziadek Antoni pojechał do Polski i ściągnął do siebie moich rodziców. Wędrowali przez Rygę, Wilno. Ja urodziłem się w Rydze, gdzie przebywała część naszej rodziny.

Jaki był stosunek Pańskiej rodziny do bolszewizmu?

- Uciekali z tzw. Sowdepii - to były ciekawe nazwy: Bolszewia, Sowdepia. Uciekali przed tym, co się tam działo. To było piekło. Mordowano, rozstrzeliwano, rabowano. Pamiętam opowieści o tym, że ojca wzięli jako zakładnika, ale jakoś z tego wybrnął. Nędza była straszna. Pytałem matkę, co ją najbardziej zaskoczyło po przyjeździe do Polski. Powiedziała, że po kwarantannie na granicy, pierwszym prawdziwie europejskim miastem, do którego trafiła, było Wilno. Pamiętała, że było w nim mnóstwo światła i ciastka. To, że można kupić ciastka, uznała za coś fenomenalnego.

Uciekali od bolszewizmu, ale czuli wielką nostalgię za Wschodem. Część rodziny była na Wileńszczyźnie, w dzieciństwie jeździłem tam na wakacje. Jeździłem także do Rygi. Kiedyś spędzaliśmy lato pod Wilnem, u państwa Zanów, tych od Mickiewicza. Miałem chyba dziesięć lat. Poszliśmy w niedzielę do kościoła i pamiętam, jak bardzo się zdziwiłem, że ksiądz mówi po litewsku. Potem usłyszałem, że dziewczyny wracające z pola śpiewają po białorusku. Było dla mnie niepojęte, że po polsku mówi się tylko we dworze, do którego przyjeżdżają z Warszawy eleganckie panie i panowie.

Co Pana w młodości najbardziej interesowało? Czym chciał się Pan w życiu zająć? Czy to nie kolidowało z ojcowskim wyobrażeniem na temat Pańskiej przyszłości?

- Ojciec mało się mną zajmował. Wychowywałem się sam, pod zakochanym okiem mamy. Przed wojną kombinowałem sobie, że będę dziennikarzem, bo byłem bardzo dobry z polskiego. W liceum Batorego redagowałem klasową gazetkę, pisałem też do ogólnoszkolnej. Jak zawodowy dziennikarz pisałem sprawozdawania z wydarzeń sportowych w Batorym do "Sportu Szkolnego", który ukazywał się normalnie w kioskach. Tuż przed wojną szykowałem się, by zostać tam sprawozdawcą piłkarskim.

Batory to było wyjątkowe liceum.

- To była szkoła reprezentacyjna. Takie Eton. Jedyna szkoła z basenem, kortami tenisowymi i własnym ogrodem botanicznym. Chodziła tam sanacyjna elita. Ze mną w klasie byli synowie ministrów: Tadeusza Kasprzyckiego i Józefa Becka. W ogóle dzieci wyższych urzędników państwowych. Przed gabinetem dyrektora można było spotkać ministra spraw wojskowych. Dreptał nerwowo, bo syn coś przeskrobał. Uczniowie zajeżdżali do szkoły samochodami z kapralami przy kierownicach. Inni taksówkami. Ja jeździłem komunikacją miejską.

W każdej klasie był też jeden syn chłopa.

Czy tej elicie pozwalano na więcej niż innym. Czy przymykano oczy na jej wybryki?

- Są różne legendy na ten temat. Opowiem coś, co zabrzmi jak kontrlegenda. Jechałem kiedyś do szkoły tramwajem przez Powiśle. Raptem jest jakieś zamieszanie, tramwaj staje koło mostu Poniatowskiego. Okazuje się, że to manifestacja Związku Nauczycielstwa Polskiego, który nigdy nie ukrywał swych lewicowych sympatii. Manifestowali, bo zamknięto "Płomyk", pisemko dla młodzieży redagowane przez Wandę Wasilewską. Wasilewska puściła numer poświęcony Związkowi Sowieckiemu - jak to tam jest ładnie itd. Został zdjęty przez cenzurę i zrobił się straszny raban w obronie wolności słowa. Stąd ta manifestacja przeciwko rządowi sanacyjnemu. Patrzę, a tu w pierwszym szeregu idzie mój profesor od francuskiego, z czerwoną kokardką, i moja nauczycielka od geografii, też z czerwoną kokardką. To mnie zafascynowało. Nie wiedziałem, że mają tak ostro lewicowe poglądy.

Nikomu nie przeszkadzało, że oni sobie tu manifestują, a jednocześnie uczą synów sanacyjnych ministrów.

Czy Pańska rodzina w roku 1939 nie myślała o wyjeździe na Zachód?

- W moim środowisku wybuchła euforia pod hasłem: "Teraz dopiero pokażemy Hitlerowi, co potrafimy. Jacy głupi ci Niemcy, że się na nas porwali". Ojciec też nie miał wątpliwości, że z naszym bohaterstwem i potężną armią na pewno się obroni- my. Nikt nie myślał o katastrofie.

Pamiętam, jak 4 września na placu Narutowicza zobaczyłem saperów kopiących rowy. Mieszkaliśmy wtedy na kolonii Lubeckiego. Nie wiedziałem, o co chodzi, czy jakąś rurę naprawiają? Okazało się, że budowali okopy, stawiali barykady. Wtedy wszystko zaczęło się walić. A jak wiadomo, przejście od euforii do paniki bywa bardzo szybkie. No i wybuchła panika.

Postanowiliśmy przenieść się do znajomych na Krakowskim Przedmieściu. "Skoro pod oknem są barykady, to trzeba do centrum" - myśleliśmy. Mama włożyła najcenniejsze rzeczy do nesesera i poszliśmy do tramwaju. Po drodze były bombardowania. To było chyba 6 czy 7 września.

Znajomi mieli ogromne mieszkanie w skrzydle pałacu Raczyńskich, w którym jest teraz Akademia Sztuk Pięknych. Stałem na platformie tramwaju, gdy na wysokości Uniwersytetu podjechał czerwony, otwarty packard. Patrzę, a w środku siedzi premier Sławoj-Składkowski. Blady jak trup patrzy nieruchomo przed siebie na tłum przebijający się Krakowskim Przedmieściem. Tylko ręka w rękawiczce bębni o drzwiczki samochodu. To był dla mnie ostatni obrazek przedwojennej Polski.

Przeprowadzka do centrum okazała się bezsensowna. Strasznie je bombardowano. A w naszym domu przy Akademickiej 3 wyleciało tylko parę szyb.

W tamtych czasach pisywał Pan wiersze. Jakie?

- Kto w młodości nie pisuje wierszy! Były trochę młodopolskie, pod Tetmajera, trochę w duchu Skamandra. Nie ma o czym mówić, to była grafomania. Zresztą wtedy uważałem, że lepiej wychodzi mi proza. Pisałem powieści kryminalne w odcinkach. Na dużej pauzie czytałem je kolegom. Co dwa, trzy dni był nowy odcinek. Koledzy szaleli: co będzie dalej?

Akcja oczywiście toczyła się w Anglii, w wyższych sferach. W jednej powieści wymyśliłem, że morderstwo zostało popełnione w czasie tańczenia bardzo modnego w 1939 roku lambeth-walka. Jest tam figura, w której pary się odwracają i idą tyłem do pianisty. Wymyśliłem więc, że to pianista zabija, grając melodię jedną ręką. Koledzy uznali, że to wspaniały numer.

Ciągnęło mnie też do prozy artystycznej. Do nastrojów wieku dojrzewania, rzeczy dekadenckich, smutnych i niesamowitych.

Wszystko to jednak pisałem wyłącznie dla kolegów. Nikt tego nigdy nie drukował.

Mówi Pan, że Pana ulubioną epoką jest Młoda Polska. Dlaczego?

- Może dlatego, że ojciec zawsze trzymał na biurku "Wesele". To była pierwsza książka, którą przeczytałem. No, może przesadzam. Pierwszą była chyba "Jak kaczorek Wisłą do Gdańska popłynął".

"Wesele" zapamiętałem także dlatego, że ojciec podkreślał w nim wszystkie znane powiedzonka - "nie polezie orzeł w gówna" itp. "Wesele" w ogóle jest dla mnie symbolem teatru i literatury. Poza tym wydaje mi się, że to musiały być piękne czasy. Kraków z lampami gazowymi, Przybyszewski... Wszyscy chodzili razem, pili wódkę, kochali się. Potem było już gorzej. Im bardziej się świat rozwija, tym mniej mi się podoba. Myślę, że lepszy był wtedy, gdy na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie leżała drewniana kostka. Jeździły po niej dorożki i było słychać ładny, głuchy stukot kopyt o drewno. Drewniana kostka była pewnie kompletnie niepraktyczna, ale ileż miała uroku!

A teatr? Jak się Pan tam znalazł?

- Od dzieciństwa lubiłem chodzić do teatru. Mama mnie tam prowadzała. Oglądałem na scenie Mieczysława Frenkla. Nie wiem, czy żyje jeszcze ktoś, kto pamięta jego występy. Poza tym przed wojną istniały teatralne abonamenty szkolne. Świetna idea. Teatr był mi bliski, ale nigdy nie myślałem, że się nim zajmę.

W czasie okupacji na kolonii Staszica grupa młodzieży prowadziła teatrzyk amatorski. Kiedyś rozchorował im się amant. Mój kolega powiedział im, że zna takiego jednego, który by się nadał. Poszedłem, coś przeczytałem. Przyjęli. Traktowałem to luźno. Liczyłem, że będę spędzał czas z ładnymi dziewczynami. Pamiętajmy, że była wtedy godzina policyjna - jak się nadto rozbawiliśmy, trzeba było zostawać do rana.

Robiliśmy sztuczkę Fredry (syna) "Posażna jedynaczka". Reżyserowała córka Leona Zelwerowicza, Lena, zawodowy reżyser. Powiedziała mi: "Pan ma coś w sobie, pan powinien się tym zająć". I ja na swoje nieszczęście wziąłem to na serio.

Potem dziewczyna z tego zespołu poszła zdawać do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. A mój kolega chciał nawet na egzaminie mówić moje wiersze. Zabrałem się z nimi. Profesor Bohdan Korzeniewski i pani Zofia Małynicz przepytali nas dokładnie i przyjęli. Zaraz przeżyłem pierwsze rozczarowanie. Podano nam adres, gdzieś na Dobrej, gdzie zaczynamy zajęcia. Wchodzę, a tam siedzą jakieś brzydkie dziewczyny. Pomyślałem, że to chyba zły adres, że to niemożliwe, żeby to były artystki. Widać z tego, jak to traktowałem, jakim byłem "głębokim" chłopcem. Na szczęście na drugi dzień mieliśmy zajęcia teoretyczne, historię sztuki, niedaleko mnie, na Mochnackiego. Drzwi otworzyła mi przepiękna dziewczyna. Okazało się, że taka też tam była. No i zostałem aktorem.

Jak wyglądały zajęcia okupacyjnego PIST-u? Jak to funkcjonowało? W jakiej toczyło się atmosferze?

- Zajęcia odbywały się chyba cztery razy w tygodniu, plus jeszcze niedzielny poranek. W dużych, prywatnych mieszkaniach z salonami, gdzie dało się coś zainscenizować. Sporo też recytowaliśmy. Zajęcia ruchowe, taniec, prowadziła pani Janina Mieczyńska, która miała oficjalną koncesję na szkołę tańca na ulicy Wilczej. Raz w tygodniu zbieraliśmy się u niej. Była uczennicą Isadory Duncan.

Byliście młodzi. Przestrzegaliście zasad konspiracji?

- Profesorowie na pewno bardziej niż my. Wchodziło się pojedynczo albo parami. Wychodziło też w pewnych odstępach czasu, żeby nie zwracać niczyjej uwagi. Konspiracja wyglądała różnie. Na parterze na Dobrej był posterunek niemieckiej żandarmerii, a my spotykaliśmy się na II piętrze. Uznano, że to dobry lokal, że Niemcy się nie domyślą.

Baliście się?

- Wtedy były inne kryteria strachu. Za byle co można było trafić do Oświęcimia albo zostać zastrzelonym na ulicy. Opowiadałem już kiedyś o wieczorze poezji, na którym mówiłem wiersze Jana Bugaja, czyli Baczyńskiego. Wracając, niosłem ich powielaczowe odbitki. Godzina policyjna blisko. Nagle latarka świeci mi w oczy. "Haende hoch!" - słyszę. Rewizja. Podnoszę obie ręce, w jednej trzymam rulonik, drugą wyciągam ausweis. Obmacali mnie starannie. Rulon z wierszami był poza kręgiem światła i go nie zauważyli. Inaczej dostałbym pewnie w łeb albo by mnie gdzieś wywieźli.

Wojna, konspiracja, a Wy uczycie się dykcji i tańca? Jak sobie wyobrażaliście przyszłość?

- Mnie to szalenie odpowiadało, to było odprężenie. Rzeczywistość ponura, a wieczorem człowiek przenosił się w świat poezji Słowackiego. Stwarzał jakąś fikcję.

Szykowaliśmy wszystko na potem, tzn. jak się skończy wojna. Nikt nie myślał, że to będzie trwało dłużej niż rok, dwa. Ja wszedłem do PIST-u w 1942 roku, w moim przypadku trwało to niecałe trzy lata.

Uczestniczyłem w próbach przedstawienia, którym Leon Schiller miał w Teatrze Polskim otworzyć teatr niepodległy. Szykował "Akropolis" Wyspiańskiego. Poprosił, żebym zagrał niewielką rolę. Czytałem gdzieś u Miłosza, że on napisał wtedy, na zamówienie Edmunda Wiercińskiego, prolog na otwarcie teatru po wojnie.

A czym, poza teatrem, się Pan zajmował?

- Pracowałem w firmie budowlano-transportowej. Miałem bardzo dobry ausweis pracownika kolei, z niemiecką gapą. Nawet z łapanek wychodziłem. To była zdrowa praca, konwojent w magazynie. Jeździłem odbierać cement, odwoziłem go na niemiecką budowę. Co któryś wóz szedł na lewo. Jeden sprzedałem bardzo korzystnie - wtedy wydałem bankiet w kawiarni u szwedzkiej aktorki Elmy Gistedt, na Nowym Świecie. Uważaliśmy to za szczyt luksusu. Poszliśmy we czworo: Zosia Mrozowska, moja dziewczyna, kolega Staś Bugajski i ja. Usługiwali nam nasi profesorowie. Jan Kreczmar był kelnerem. Wstawaliśmy, gdy do nas podchodził. To było nieco żenujące. Mówił: "Siadajcie, siadajcie". Zostawiłem duży napiwek.

Interesował się Pan poezją. Przez wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego omal Pan nie wpadł. Tadeusza Gajcego znał Pan osobiście.

- Nawet się z nim przyjaźniłem. Przez niego poznałem resztę grupy Sztuka i Naród, o której Antoni Słonimski miał nieszczęście powiedzieć, że byli to faszystowscy poeci. To kompletna bzdura. Politycznie to oni wiedzieli, czego chcą. Zafascynował ich widok imperium, które powstanie z naszej krwi. Wielka Polska od morza do morza. Ideologię mieli rzeczywiście pokręconą. Zakładali samospalenie. To znaczy, że nie ma nic piękniejszego, niż zginąć dla ojczyzny. Pamiętam, jak szedłem kiedyś z Gajcym ulicą Żurawią. Była wiosna, drzewa kwitły, a on mi tłumaczył, że najpiękniej będzie, gdy nas zabiją. Usiłowałem mu wytłumaczyć, że mam inne plany, że chciałbym przeżyć, ale on moje stanowisko - takie mieszczańskie - traktował z wielką pogardą.

Andrzej Trzebiński, inny z tej grupy, prowadził świadomie wręcz samobójczy tryb życia. Chodził na obiady do niemieckiej fabryki, bez ausweisu. W końcu złapali go. Nie miał żadnych dokumentów. Został rozstrzelany na Nowym Świecie.

Jaki był Gajcy?

- Miał wielkie poczucie humoru. Był też bardzo sceptyczny, nawet cyniczny. To wszystko nie pasowało do siebie: z jednej strony chciał się poświęcić na ołtarzu ojczyzny, a z drugiej nie było dlań żadnych świętości.

Miał chłodny stosunek do wszystkiego oprócz swojej poezji. Wyłowił mnie, bo spodobało mu się, jak mówię jego wiersze. Poprosił, żebym poprowadził jego wieczór autorski, poczytał trochę, koniecznie z jakąś partnerką. "Może ktoś ze starszego pokolenia?" - spytałem. Zgodził się. Poprosiłem moją profesorkę Marię Wiercińską. Przeczytaliśmy wiersze. Potem Gajcy wpadł do pokoju. "Ty byłeś w porządku, ale pani to nie daruję. Nic pani nie zrozumiała. Przeczytała to pani bez sensu". Objechał ją okropnie. Stałem czerwony, ona patrzyła na mnie. Usiłowałem coś łagodzić, ale Gajcy był nieprzejednany.

Ostatni raz spotkaliśmy się dwa dni przed powstaniem. Miał na głowie tyrolski kapelusik, taki jakie nosili Niemcy. Jechałem gdzieś na Żoliborz, na zajęcia. Wiedzieliśmy już, że będzie powstanie. Zanim wyskoczył z tramwaju, powiedział: "No, zobaczymy, kto z nas miał rację". Pewnie on, bo zginął tak pięknie...

A jak wyglądało podziemne życie artystyczne?

- Urządzano wieczory poezji w prywatnych mieszkaniach, grano nawet - np. Elżbieta Barszczewska i Marian Wyrzykowski - fragmenty z "Irydiona". Istniały stałe dwuosobowe ekipy. Ja byłem w parze z Wojciechem Brydzińskim. Te wieczory miały trochę belferskie tytuły: poezja a religia, poezja a naród. Jeździło się pod różne adresy, gdzie zbierało się 15-30 osób. Pukało się, podawało hasło i występowało przy karbidówkach. Karbidówka to symbol okupacji. Palący się karbid wydawał z siebie syk i straszny smród. Ale światło było jasne.

Pewnego dnia przyszedł do mnie reżyser Józef Wyszomirski. Powiedział, że z polecenia pana Korzeniewskiego i że ma powstać Teatr Armii Krajowej, bo potrzebne są programy dla żołnierzy. Zapytał, czy zgodziłbym się występować? Naturalnie, zgodziłem się. Teatr żołnierski próbował odejść od humoru koszarowego. Zrobiliśmy trzy programy. Na jednym był delegat rządu. Niestety były to tylko wierszyki i strasznie głupie skecze.

Te głupie skecze pisali kabareciarze?

- Nie, literaci. Podobno Janusz Meissner. Tematyka była wojskowa. Np. obozy jenieckie w Rumunii. Że niby dwóch siedzi w oflagu i kombinuje, jak uciec do Francji, żeby się bić. Rumuni byli pokazani jako zupełni głupcy. Grałem w takim skeczu, potem ktoś mówił wiersze, a koleżanka od Mieczyńskiej zatańczyła kujawiaka. Na koniec, chyba w sześciu chłopaków, tak odśpiewaliśmy "Warszawiankę", że aż się szyby zatrzęsły. To było w szkole na Zielnej. Ponieważ na sali był delegat rządu, ci, co pilnowali na ulicy, przybiegli bladzi. Krzyczeli, żeby przestać, bo patrole chodzą i patrzą w górę, kto to tak śpiewa. Gdyby jakiemuś żandarmowi przyszło do głowy do nas zajrzeć, wynikłaby z tego masakra.

Tylko jedną rzecz w teatrze żołnierskim udało się zrobić dobrze. Wyszomirski znalazł starofrancuską farsę "Komedia garbusów". Farsa była makabryczna. O ile dobrze pamiętam, o żonie, która pod nieobecność męża przyjmuje garbatych trubadurów. Żeby się nie zdradzić przed mężem, dusi ich po kolei w szafie. To robiło znakomite wrażenie, bo nie miało nic wspólnego z okupacją, a poza tym surrealistyczny humor w tamtych czasach to naprawdę było coś.

Miłosz, który to wtedy oglądał, napisał po latach w "Roku myśliwego", że to najlepszy teatr, jaki w życiu widział. Program uzupełniała "Pani Twardowska". Rzecz już raczej konwencjonalna.

Nieostrożność mogła Was zgubić.

- Różnie bywało. Pamiętam przygodę związaną z "Komedią garbusów". Nasze występy odbywały się m.in. u koleżanki na Prokuratorskiej 4, gdzie była podchorążówka AK i radiostacja. W okolicy kręcił się starszy facet w maciejówce, sprzedawca wieszaków. Wszyscy uważali go za agenta gestapo. Sądzono, że to ktoś taki jak skrzypek w czapce studenta politechniki, który grywał, odwrócony tyłem, na Koszykowej. Skrzypka w końcu zastrzelono. W "Zakazanych piosenkach" jest nawet scena, w której do niego strzelam.

Kiedyś, idąc na przedstawienie na Prokuratorską, minąłem tego sprzedawcę wieszaków. Spojrzał na mnie i powiedział: "Na przedstawienie, co?". Zdębiałem. Natychmiast powiedziałem o tym kolegom, ale było już za późno, by odwołać spotkanie. I co? I nic. To pewnie nie był agent gestapo.

Czy pojechał Pan z występami do lasu?

- Nie wzięli mnie. Pojechały kobiety: Szaflarska, tancerka. Pojechał Tadzio Fijewski i inni mężczyźni po trzydziestce. Młodszych nie chciano, żeby nie sprawiać wrażenia, że ma to coś wspólnego z partyzantką. Nie dojechali jednak, bo tam akurat była pacyfikacja. Opowiadali później, że Niemcy ich bez przerwy zatrzymywali. Na szczęście dawali sobie wmówić, że to grupa teatru frontowego dla Niemców.

Ale podczas okupacji przydzielano Panu jakieś teatralne misje?

- Jedną powierzył mi kiedyś Schiller. Było to w niedzielę rano, kiedy były ostre łapanki. Pół Warszawy wysłali wtedy do Majdanka. Zadzwonił do mnie pan Wierciński: "Panie Andrzeju, brat Albert chciałby pana widzieć". Chodziło o Schillera. Wierciński bardzo lubił wszelkie szyfry. Mówił na przykład: "Przyszły dwie puszki sardynek". Sardynki w żargonie to były granaty. Niestety wszystko mu się myliło.

Próbowałem się wykręcić, też szyfrem: "Dzisiaj taka zła pogoda". Ale on: "Liczę na pana". Co miałem robić? Poszedłem. Niemcy stali już za rogiem. Droga do placu Napoleona zajęła mi dwie czy trzy godziny. Trzeba było mieć trochę sprytu, wyskakiwać z tramwaju, wiedzieć, gdzie szykują pułapki. Wreszcie doszedłem. Dzwonię. Kłapanie w bamboszach za drzwiami. To Schiller: "Dobrze, że pan przyszedł. Tu jest makieta dla profesora Pronaszki do naszego przedstawienia >>Akropolis<<. Zechce pan ją odnieść na Jaworzyńską 4. Przepraszam, że pana trudzę, ale ja dziś nie wychodzę, bo łapią". Myślałem, że zostawię tę makietę pod jego drzwiami. Pomyślałem sobie jednak - "Chwileczkę, to jest wielki człowiek, historia teatru, tam jest drugi wielki człowiek. Ty przy nich jesteś niczym, więc się tobą wysługują. Może dzień trochę źle wybrali, ale rozkaz to rozkaz". No i zaniosłem. Gdy zobaczył mnie profesor Pronaszko, aż krzyknął: "Rany boskie! Czy ten Lulek zwariował! Dzisiaj pana posyłać! Przecież to mogło poczekać!".

Gdzie Pana zastało powstanie?

- Nasz teatr miał rano zbiórkę na Noakowskiego. Różne rzeczy wtedy mówiono. Była nawet taka wersja, że wszystko jest już umówione z Niemcami. Że tak jak 11 listopada 1918 roku oni zaraz rzucą broń i chodzi tylko o to, żeby mieli jakąś podkładkę, więc trzeba będzie trochę postrzelać. W mieszkaniu, w którym siedzieliśmy, było dość ciasno. Ponieważ wiedzieliśmy, że zaczynamy o piątej, a było dopiero koło drugiej, rozesłano nas do domów, żebyśmy wzięli przybory do golenia itp. O czwartej dotarłem na plac Narutowicza. Spakowałem się i wskoczyłem do tramwaju na rogu Suchej i Filtrowej. Zaraz zorientowałem się, że jest niedobrze. Tramwaj zupełnie pusty, słyszę strzały. Godzina za dwadzieścia piąta. Wyskoczyłem z tramwaju, wiedząc, że jeśli pojadę dalej, to wpadnę w ręce Niemców. Pobiegłem Filtrową, aż do domu kolegi, chorego na gruźlicę, przy alei Niepodległości 227, róg Filtrowej. Potem się dowiedziałem, że ten tramwaj rzeczywiście ostrzelano.

Czy szukał Pan swojej jednostki?

- Nie. Byłem odcięty. W tej okolicy stacjonował batalion Odwet II. Niestety bez broni. Ich akcja trwała tylko kilka minut. Koledzy ze szkoły zaprotegowali mnie. Zostałem przyjęty. Przeżyłem powstanie w najgorszy z możliwych sposobów. Bez żadnych sukcesów militarnych, bez strzelania. Było tylko chowanie się i czekanie, aż przyjdą i nas wyrżną.

Niemcy otoczyli chłopaków z willi na Langiewicza. Podpalili ją i strzelali do tych, którzy próbowali uciec. Słyszeliśmy krzyki palących się. Nie zapomnę tego nigdy.

Najgorsi byli Ukraińcy, w ogóle te kolaboracyjne formacje. Rosyjskie Kamińskiego czy własowcy. Ta hołota szła przez Pole Mokotowskie, aż pod wieczór dotarła do bloku na Niepodległości 225. Zaczęły stamtąd dobiegać straszne krzyki. Tak krzyczą ludzie, którym się rozpłata brzuchy i podrzyna gardła. Straszna noc - ciepła, letnia i w ciszy te krzyki zarzynanych ludzi, charkot konających. Nic nie można było zrobić. Najwyżej modlić się, żeby nie poszli dalej. W takiej atmosferze siedzieliśmy 12 dni. Potem pojawił się łącznik i zaczęło się nocne przeprowadzanie ludzi do śródmieścia, grupami.

Ponieważ dopiero co dołączyłem do batalionu, byłem w ostatniej grupie. Szliśmy około czwartej. Robiło się już szaro. Kazali nam ściągnąć buty i iść na bosaka, żeby nie było nas słychać. Niemcy byli w alei Niepodległości. Chcieliśmy przeskoczyć do bloków przy Lekarskiej, skąd było wyjście na ogródki działkowe i potem do śródmieścia. Biegniemy od drzewa do drzewa. Księżyc świeci. Gdy dotarliśmy do tych bloków, łącznik powiedział, że jest już za jasno, że przyjdzie po nas jutro. Zostało nas dwudziestu paru. Nazajutrz zajechała tam dywizja pancerna Hermann Goering i nas zgarnęła. Myślałem, że to już koniec. Wtedy okazało się też, że zdejmowanie zegarków to nie jest wcale ruski wymysł. Gdy wychodziłem z rękami do góry, żołnierz Wehr-machtu zobaczył, że mam zegarek. "Nie będzie ci już potrzebny" - powiedział. Zdjął go i kopnął mnie w tyłek.

Czy myślał Pan, że są jakieś szanse?

- Niemcy czyścili całą dzielnicę, prowadzili ludzi na Wawelską. Obok stały czołgi. Kombinowałem, jak uciec. Było nas 16 - 20 chłopaków. Wśród starszych ludzi, kobiet i dzieci rzucaliśmy się w oczy. Od razu było wiadomo, że nie jesteśmy stąd. Miałem wysokie, szpanerskie buty z gwoździami, jak saperki. Wyrzuciłem je w ostatniej chwili i założyłem jakieś dziurawe buty, które ciągle mi spadały. Obok w tłumie szła kobieta. Dała mi walizkę do niesienia. Sama trzymała dziecko. Fatalna sprawa, bez walizki jeszcze jakoś bym uciekł. Ale byłem grzecznym chłopcem. Kazała nieść, to niosę.

Stanęliśmy przy Dyrekcji Lasów na Wawelskiej. Kilkaset osób. SS zaczęło wyławiać młodych. Byłem na samym końcu. Niemiec uśmiechnął się do mnie. Ruszyłem niechętnie z walizką. Kobieta krzyknęła. "Co jest?" - pyta Niemiec. Mówię, że to jej. "Oddaj" - on na to. Widzę, że dają nam łopaty. Pomyślałem, że będziemy sobie kopać groby.

Okazało się jednak, że wzięli nas - ocalała jakaś dwunastka - do zakopywania trupów. Tam leżały trupy jeszcze z 1 sierpnia. W tym miejscu był atak na placówkę SS. Bez szans, przez otwarte pole. Można sobie wyobrazić, w jakim stanie były trupy po dwóch tygodniach upału. Jeszcze przed pracą musieliśmy się rozebrać do samych majtek.

Gdy zrzucaliśmy trupy do dołów, Niemcy kazali nam wyszukiwać granaty domowej roboty, tzw. filipinki, którymi ci szturmujący biedacy mieli zdobyć gmach SS. Granaty też rzucaliśmy do dołów. Niemcy schowali się do bunkra, wystawiając tylko karabin maszynowy. Niektóre granaty wybuchały. Fragmenty zwłok spadały na nas. Tak zeszło nam do wieczora.

Jak długo można wytrzymać w takim napięciu?

- Były też miłe momenty. Pilnował nas Ślązak. Byłem w lepszej sytuacji od innych, bo dobrze mówiłem po niemiecku. Ślązak mówi do mnie: "Taki upał. Przyda się wam coś do picia. Chodź ze mną, przyniesiesz kolegom wody". Poprowadził mnie do bufetu. W ogródku na rogu Raszyńskiej, tam gdzie jest teraz Teatr Ochoty, siedzieli wytworni oficerowie SS i Luftwaffe w białych, letnich mundurach. Ci oficerowie w bieli ciągnęli przez słomkę jakieś mazagrany. Strasznie się uśmiali na mój widok. Rzeczywiście, musiałem głupio wyglądać, goły i umazany.

Potem długo kłóciłem się o to z Wajdą, który twierdził, że to niemożliwe, żeby SS miało białe mundury. W końcu znalazłem zdjęcie takiego munduru i uwierzył mi.

W bufecie dostałem wodę mineralną i ćwiartkę jarzębiaku. Zaniosłem je chłopakom. Wody się napili, wódki nie chcieli. Był tam z nami jakiś tramwajarz, w tramwajarskim mundurze i z korbą, że on niby nie z Powstania, tylko z pracy. Razem wypiliśmy jarzębiak. Od razu zrobiło się przyjemniej.

Gdy zapadł zmrok, nabrałem otuchy: no, bo kto nas będzie teraz zakopywał. Do rana mamy spokój.

Wtedy Niemcy powiedzieli: "Zakopaliście wszystkich, jak trzeba, więc idźcie tam dalej, do Ukraińców". My w krzyk, że nie chcemy do Ukraińców, że wolimy tu zostać. Niemcy trochę się pośmiali, ale potem wyrzucili nas w stronę dzisiejszego pomnika Lotnika, na Żwirki i Wigury.

Było nas już wtedy ośmiu czy dziewięciu. Gdy kopaliśmy trupy, po jednego chłopaka przyszła matka, w towarzystwie niemieckiego oficera. Ładna pani. Jak to się mówi: z tyłu liceum, z przodu muzeum. Chłopak miał mieszane uczucia. Z jednej strony się cieszył, bo to była przepustka do życia, ale z drugiej się wstydził. Nie dziwię mu się. Jednak my mu wtedy zazdrościliśmy.

Co z Ukraińcami?

- Ukraińców nie było tam, gdzie mieli być. Przywiązaliśmy jakąś białą chustkę do kijka i udajemy idiotów: że wychodzimy z miasta, że nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Zatrzymał nas samochód z gestapo, otwarty mercedes. Zrewidowali nas. Byli nawet dosyć uprzejmi. Mówią: "Idźcie do obozu na Okęciu. Mówcie, że kazaliśmy się wam tam zgłosić". Grzecznie się ukłoniliśmy i poszliśmy dalej. Pamiętam też, że żołnierze Wehrmachtu zrywali wiśnie z drzew w ogródkach działkowych. Zrzucali je nam, żebyśmy zjedli, bo tacy biedni byliśmy. Poczuliśmy się bezpieczni, gdy raptem usłyszałem w znanym języku "Stoj!".

Dwóch Ruskich czy Ukraińców galopowało za nami na konikach. Siali z pepeszy czy innego bergmana. My dawaj w pole, w prawo. Kule świstały po naciach kartoflanych. Było już szarawo, więc się szybko znudzili. Poklęli i dali spokój. Schowaliśmy się na noc w jakiejś chałupie. Strasznie śmierdzieliśmy trupami, ale trochę się przespaliśmy.

Ciągle nas ubywało, ktoś się urywał. O świcie wykombinowaliśmy, że trzeba przeskoczyć przez aleję Krakowską i wyjść za miasto. Biegliśmy pojedynczo. Gdy ja skoczyłem, ktoś zdzielił mnie potwornie w łeb. Padłem półżywy na ziemię. Nade mną stał roześmiany lotnik. Lotnicy w okrucieństwie byli drudzy, zaraz po gestapo. Kopiąc i lżąc, zaprowadził nas do obozu na Okęciu, którego szefem też był lotnik.

Pod koniec dnia odbył się apel. Mówią, że wszyscy będą przetransportowani - młodzi do Oświęcimia, starzy do Pruszkowa. Podstawiają kolejkę EKD. Grożą, że jeśli ktoś zrobi krok w bok albo wejdzie do niewłaściwego wagonu, zostanie zastrzelony. Widzę, że z Niemcami idzie konduktor EKD. Podchodzi do mnie i pyta: "Co tu robisz?". "Czekam na kolejkę" - odpowiadam. "Dobra - mówi. - W ostatnim wagonie będą otwarte drzwi, spróbujcie do niego wskoczyć". Powiedziałem o tym chłopakom. Idziemy w tłumie. Obok nas stanął żołnierz z peemem, cały czas się gapił. Wyraźnie nas nie lubił.

Gdy kolejka podjechała, konduktor daje mi znać, że z umowy nici. Musieliśmy kombinować sami. Na szczęście zrobił się straszny tłok. Zasada była taka, że kto wejdzie później, ten ma lepiej. Nasz konwojent pobiegł gdzieś robić porządek, a my myk do wagonu, do którego nie wolno było wchodzić pod karą śmierci. Tam byli tylko starcy i paralitycy. Schowaliśmy się pod ławkami. Przestraszone staruchy zaczęły tam sięgać, żeby nam przylać kijami. Wściekłem się: "Staruchu, ja cię pierwszy uduszę, zanim Niemiec wejdzie". W końcu kolejka ruszyła. Już prawie wychodzimy spod ławek, a tu stop. Znów słyszymy Niemców. Leżę i, tak jak w filmie, tuż obok widzę buty Niemca. Gada wesoło z konduktorem. Ten daje mu wódkę. Potem Niemiec wychodzi. Jedziemy. Konduktor, który się nazywał Wiśniewski, mówi: "Chłopcy, jesteście wolni". Szalejemy z radości. Przed Pruszkowem znów pod ławki. W Pruszkowie wagon z paralitykami odczepiają. Reszta pojechała do Oświęcimia. A my ze starcami do Milanówka. Z tym konduktorem upiłem się już po wojnie.

Co Pan robił w Milanówku?

- Imałem się różnych zajęć. Byłem nawet "łapiduchem".

Ale najpierw we czterech, był z nami m.in. niejaki Edzio Złodziej, poszliśmy do willi Małcużyńskich, moich dalekich kuzynów. Stary pan Małcużyński mówi na mój widok: "Boże złoty, tu ojciec pana się zamartwia, bo właśnie godzinę temu profesor Żabicki powiedział mu, że widział, jak pana SS prowadziło na rozstrzelanie". Za 15 minut spotkałem się z ojcem. Przygarnięto nas tu chętnie, bo byliśmy pierwszymi z Warszawy, mieliśmy dużo do opowiedzenia.

Chwytaliśmy się różnych zajęć. Gdy umarł jakiś pan, przyszedł jego przyjaciel, prosząc, by zmarłego zapakować do trumny i zakopać. Pewna pani spytała: "Nie zabiliby panowie królika? Dałabym panom po 100 złotych i po talerzu zupy. Mąż się brzydzi zabić, a panowie to byli w powstaniu".

100 złotych to były wtedy pieniądze. Idziemy zabić królika. Cóż to dla nas. Tylko jak się do tego zabrać? Edzio Złodziej wziął tasak, a my trzymaliśmy królika. Edzio nie mógł porządnie trafić. Królik z prawie odciętą głową wyrwał się nam, rozorał Edziowi twarz i zaczął, przecząc prawom fizyki, latać po ścianie. Zostawiał na niej krwawe smugi.

Filmowa scena!

- Gdy opowiedziałem to kiedyś Wajdzie, zwariował. Chciał to natychmiast kręcić. Z tych okropności, które tu w skrócie relacjonuję, powstała zresztą nowela scenariuszowa. Nazywała się właśnie "Opowiadanie o króliku", bo królik stanowił puentę. Mieliśmy niezły pomysł na film. Ja sobie siedzę na zielonej trawie, pięknie ubrany na biało, a to wszystko rozgrywa się obok, ktoś kogoś morduje itd. Ja to inscenizuję. Wtedy była moda na takie filmy, "Zeszłego roku w Marienbadzie" itp. Wajda był zachwycony: "Meble, wszystko, robimy na biało. Młody aktor gra ciebie grzebiącego trupy, ty, elegancki, patrzysz na to z boku..." Ten film nigdy nie mógł powstać. Najpierw nie można było kręcić o AK, później okazał się za bardzo szyderczy wobec grozy sytuacji. Teraz zmieniła się filmowa moda, zresztą nawet dzisiaj byłyby pewnie protesty kombatantów.

Jak Pan trafił do Krakowa?

- W Milanówku Edzio Złodziej wziął się do handlu bronią. Najpierw sprzedał ją z zyskiem pewnemu ogrodnikowi, potem spróbował z gestapowcem w knajpie i go tam rozwalili. Reszta kumpli natychmiast uciekła z tego interesu. Ja z ojcem wyjechałem do Łowicza, bo okazało się, że tam jest moja matka. W Łowiczu przeżyłem rzecz niezwykłą. Idę sobie ulicą. Naprzeciwko idzie Niemiec w mundurze kolejarza. Mówiłem wcześniej, że podczas okupacji pracowałem na kolei w prywatnym niemieckim przedsiębiorstwie budowlanym. Ten kolejarz to był właśnie inspektor, któremu wtedy nosiłem łapówki - szynki i wódkę. Bardzo miły Niemiec. Nazywał się Kiekbusch. Ucieszył się strasznie: "Co pan tu robi?". Mówię, że byłem w powstaniu.

Wziął mnie do mieszkania, jeszcze kolegów zaprosił. Wszystko opowiadałem. Był bardzo ciekawy. Pyta: "Co ja mogę dla pana zrobić? Pan teraz bezdomny". Mówię, że chciałbym się dostać do Krakowa, ale nie mam przepustki. "Żaden problem" - on na to. Dał mi przepustkę dla mnie i dla rodziców.

A teraz puenta. Jest rok 1957. Jadę pociągiem na stypendium do Francji. Przejeżdżamy przez Austrię. Siedzę w wagonie restauracyjnym. Napawam się Europą, wytwornością otoczenia. Przy moim stoliku siedzi stare małżeństwo. "Skądś tego faceta znam" - myślę. On patrzy na mnie, ja na niego. On zagaja: "Auschwitz?". "Nein". "Tchenstochau?". "Nein". "Mein Gott! Firma Reckmann, Warschau". Okazało się, że to inspektor Kiekbusch. Mówi do żony: "To mój przyjaciel z wojny". Pijemy razem wino. "Co pan teraz robi?" - pyta Kiekbusch. "Jestem aktorem". "Aktorem? Coś takiego!". Mówię: "Nie zapomnę, że pan mi wtedy dał przepustki do Krakowa". "No, trzeba sobie pomagać - on na to - ja dobrze wspominam Warszawę. Potem byłem w Łowiczu i w Oświęcimiu. Nie byłem pewny, gdzieśmy się spotkali". Pożegnaliśmy się serdecznie.

W Krakowie, też na ulicy, spotyka Pan Jacka Woszczerowicza...

- Najpierw zebraliśmy się: studenci z PIST-u, paru profesorów. Usiłowaliśmy robić jakieś zajęcia. Potem przyszli bolszewicy. Na trzeci czy czwarty dzień widzę na ulicy coś małego w papasze. Wypisz wymaluj Jemioł z filmu "Znachor". Woszczerowicz! Podchodzę: "Pan Woszczerowicz?". "Tak". "Jestem studentem podziemnego PIST-u". "A to świetnie, bo tu jest Janek Kreczmar. Idziemy do niego". Zabrał mnie do Teatru Słowackiego. Był tam Teatr Wojska Polskiego z Lublina. Kreczmar w pięknym mundurze porucznika, potem był kapitanem. Już nie kelner. Oprócz niego Krasnowiecki, Jan Świderski, Rysia Hanin. Od razu wzięli nas na statystów do "Wesela". Dali nam jakieś dziwne pieniądze i kartki na jedzenie do Hotelu Francuskiego. Cóż to było za odmiana! 6 lutego 1945 roku premiera "Wesela". Wszedłem na scenę z kosą. To było niezapomniane wrażenie.

Potem pojechaliśmy do Katowic i do Łodzi. Wtedy już zagrałem w "Weselu" Staszka. No i zostałem na parę lat w tym interesie.

Miał Pan okazję pracować ze sławami dawnego polskiego teatru. Jacy byli? Na przykład Leon Schiller?

- To była chyba w ogóle największa indywidualność naszego teatru. Mędrzec, a jednocześnie człowiek o niesłychanej lekkości umysłu i stylu życia. Był hedonistą. Nie gardził ani kobietami, ani wódką. A jednocześnie nie było rzeczy, której by nie rozumiał, czegoś, czego by nie wiedział. Był bliskim przyjacielem Edwarda Gordona Craiga [wielkiego inscenizatora i teatralnego wizjonera, współ-twórcy tzw. Wielkiej Reformy Teatru - przyp. red.]. To coś mówi.

Poza tym Schiller miał wspaniałe poczucie humoru. Zachowywał się jak kumpel. Nigdy nie pozwalał, żeby ktoś ukłonił mu się pierwszy. Już z daleka ściągał kapelusz.

Miał wdzięk, a gdy trochę wypił, zaczynał śpiewać - francuskie piosenki, choćby Berangera, staropolskie kurdesze. Cudownie je śpiewał, pięknym głosem.

Jak wyglądały próby z Schillerem?

- On na ogół nie robił żadnych uwag. Czasem instruował aktora jednym gestem.

Grałem u niego głównego amanta w "Celestynie". Rysia Hanin grała amantkę. Nic mi nie wychodziło. Schiller tylko raz coś mi powiedział: "Panie Andrzeju, trzeba to grać tak" - i złożył pod brodą ręce jak do modlitwy.

Ale ja dalej nie wiedziałem jak. Zapamiętałem, że modlitewnie, że trzeba być takim nabrzmiałym. Ale nie udało się. Nie umiałem się otworzyć na egzaltowane, wzniosłe przeżycie. Nie było we mnie nic z romantyzmu. Było mi głupio, że niedobrze to zagrałem. Poszedłem do Schillera: "Panie dyrektorze, strasznie pana przepraszam". "A za co?". "Za to, że zawiodłem pańskie nadzieje". "Nie, nie, panie Andrzeju. W drugim akcie tak pięknie pan machał płaszczem". Płaszcz miałem rzeczywiście wspaniały, zaprojektował go Daszewski. To była czarna peleryna, miała pod spodem białe, liliowe i ciemnofioletowe pasy. Gdy nią ruszałem, te pasy wirowały.

Po tym doświadczeniu teatralnym zrozumiałem, że do końca życia nie mogę tknąć literatury romantycznej. I trzymałem się tego. Nigdy nie grałem Kordiana ani Konrada.

Czy widział Pan przedstawienia, które Schiller robił w czasie okupacji?

- Byłem świadkiem słynnej "Pastorałki", którą zrobił w Henrykowie, u siostry Umińskiej. Umińska, dawna aktorka, zabiła narzeczonego chorego na raka i poszła do klasztoru. Przez pewien czas ukrywała tam Schillera. On się jej odwdzięczał, przygotowując spektakle z jej wychowankami - resocjalizującymi się prostytutkami i złodziejkami. "Pastorałka" wypadła przepięknie. Matka Boska ogolona na zero, bo prosto z więzienia. Wzruszająca uroda prymitywu.

Ówczesną kobietą Schillera była pani Tatiana Wysocka, choreograf, która przed wojną prowadziła zespół girls w Morskim Oku. Sprowadziła do klasztoru swoje słynne Tatianki, które nosiły niebieskie spódniczki, białe bluzeczki, a na biuście miały "TW" - Tatiana Wysocka. Zatańczyły w Henrykowie "Ave Maria". Wybuchł wielki skandal. Sam słyszałem, jak Wierciński, który był kompletnie pozbawiony poczucia humoru, i Korzeniewski wzięli pana Leona pod obcasy.

Co mówili?

- Straszne rzeczy. Że to niegodne, wręcz hańba - naród cierpi, a on się związał z taką panią. Że oni się za niego wstydzą. Schiller strasznie się tłumaczył. Był skrępowany niczym mały chłopczyk, który narobił w spodnie.

A jaki był Juliusz Osterwa...

- W Krakowie wyznaczono nam audiencję u Osterwy. Kilku osobom z PIST-u. Przychodzimy na ulicę Pijarską. Otwiera nam księżniczka Sapieżanka, żona Osterwy. W przedpokoju jest półmrok. Ona zapala światło, a ja widzę na wieszaku czapkę oficera Wehrmachtu, pas i kaburę. Rzuciło mną o ścianę. "Niech się pan nie denerwuje" - mówi Sapieżanka. "Kuzyn z Wiednia przyjechał". Osterwa leżał w łóżku chory. Westchnął: "Cóż ja wam powiem?! Ja nic nie wiem o teatrze. W Mszanie Dolnej jest taki szewc, on wie o teatrze więcej od nas wszystkich". Już wtedy poczułem, że to nie będzie bohater moich marzeń, ale odnosiliśmy się doń z szacunkiem.

Potem trafiliśmy do Teatru Wojska Polskiego. Przed wyjazdem z Krakowa postanowiliśmy złożyć wizytę pożegnalną. Dzwonimy do drzwi Osterwy. Otwierają się tylko na długość łańcucha. "Ach, to wy" - mówi Sapieżanka. "Pan Juliusz kazał powiedzieć, że nie będzie rozmawiał z aktorami Teatru Armii Czerwonej". Nam jakby ktoś w pysk dał. Drzwi się zamknęły. Nie minęły trzy miesiące, a pan Juliusz już był w tym "Teatrze Armii Czerwonej". Reżyserował "Fantazego".

To nie koniec. Później, gdy Ważyk napisał haniebną sztukę o Armii Krajowej "W starym dworku", aktorzy się zbuntowali. Nie chcieli tego grać. Przyjechał pułkownik z wydziału politycznego, strasznie wszystkich objechał. W ogóle atmosfera Sybiru. Krasnowiecki, chcąc ratować sytuację, mówi: "No, ale panu Juliuszowi się ta sztuka podobała". Pięknie wyglądający pan Juliusz, ze szlachetną siwizną i garniturem w szarą kratę, podnosi się zdenerwowany. Opiera się o orkiestrę i mówi powoli: "Cóż, ja powiedziałem tylko, że jest w niej coś z Maeterlincka".

Znał Pan też Arnolda Szyfmana...

- Zaraz po wojnie w Łodzi Szyfman zaproponował mi engagement do Teatru Polskiego. Rozmawiał z wieloma aktorami, także z Romanówną i Kreczmarem. Poprosił mnie, bo cenił amantów, a ja się wtedy zapowiadałem na amanta. "Pan dyrektor pozwoli, że się zastanowię" - odpowiedziałem. Poszedłem się poradzić Kreczmara. "Do tego kapitalisty?! - krzyczał. - Przecież to straszny facet, plantator, wykorzystuje aktorów. Tu będziemy robić nowy teatr, scenę poetycką, z panem Wiercińskim. Nie odchodź".

Poszedłem przeprosić Szyfmana. Tłumaczyłem mu, że jestem związany z tym, co teraz robię w Łodzi. Był zdziwiony. Nie rozumiał, że młody gówniarz może mu odmówić. Zostałem w Łodzi, ale po trzech miesiącach nie było tam już Kreczmara. Pojechał grać u tego "plantatora" Szyfmana.

Teraz Józef Węgrzyn.

- Węgrzyn to, moim zdaniem, największy polski aktor, o zupełnie nieprawdopodobnym talencie, choć jak wiadomo, niewiele rozumiał z tego, co grał. Chodził na wódkę z wykształconym suflerem, który mu wszystko tłumaczył. Kiedy miał zagrać w "Królu Edypie", dowiedziawszy się, o czym jest sztuka, zawołał: "Co? Mamusię? W życiu tego nie zagram!". Ale zagrał, i to jak! Cokolwiek powiedział, było samą prawdą. To szło prosto z niego. Dar od Boga. Śpiewał jak ptak.

Grałem z nim kilka sztuk. Był świetnym mimem. Pokazywał mi w garderobie różne mimiczne etiudy. Marcel Marceau może się przy tym schować. Jedną szczególnie zapamiętałem. Była o wyścigach kolarskich na torze na Dynasach. O kolarzu, który prowadzi wyścig. Jest tuż przed finiszem. Gdy dumnie spogląda na narzeczoną siedzącą na trybunie, z boku, tuż obok bandy, wyprzedza go inny kolarz. I on już nie zdąży tamtego dogonić. Węgrzyn-mim był i tym kolarzem, i jego narzeczoną, i zawodnikiem, który go wyprzedził.

Mówiło się, że siłą Węgrzyna są jego oczy. Że się jarzyły jak latarnie. Rzeczywiście miał piękne oczy. Pojawiając się na scenie, trzymał je półprzymknięte. Powieki prawie całkowicie opuszczone. Gdy wchodził w światło, podnosił "firanki". Oczy się zapalały. Niby nic, ale miał to dokładnie dopracowane. To były takie efekty rodem z XIX wieku.

Jakie aktorskie rady dawał Panu Węgrzyn?

- Inne niż Schiller. Mówił: "Wiesz co, jak do mnie podchodzisz, to miń mnie, odwróć głowę i dopiero wtedy powiedz swoję kwestię". Albo: "Stoisz za blisko. Nie możesz stać bliżej niż metr ode mnie, bo jak się na mnie pchasz, to sobie przeszkadzamy".

Czy magię Węgrzyna czuło się tylko na scenie, czy także w prywatnych kontaktach?

- Tylko na scenie. W życiu był miłym człowiekiem, z którym można się było napić wódki. Można go było też naciągnąć na anegdoty z XIX wieku.

Aleksander Zelwerowicz...

- Zelwerowicz zadziwił mnie, gdy zdawaliśmy egzamin w Łodzi. Każdego z przemaglowanych młodych aktorów prosił potem na rozmowę. Nigdy nie zapomnę tej rozmowy. Nie tylko ocenił to, co zrobiłem, powiedział jeszcze, co powinienem robić w przyszłości. Przewidział też dokładnie, jak będzie wyglądało moje życie w teatrze. Sprawdziło się w 90 procentach! Przewidział wszystkie moje klęski i ewentualne osiągnięcia. Mówił, że nie powinienem grać postaci romantycznych. Był znakomitym znawcą ludzi.

A może się Pan wtedy zasugerował? Co by było, gdyby się jednak pomylił?

- Nie chciałem się zasugerować. Zagrałem przecież romantycznego kochanka. Dopiero po latach pomyślałem, że on jednak miał rację. Zrozumiałem, jaki był wspaniały.

 

 

 

 

 

Andrzej Łapicki

Aktor i reżyser. Urodzony 11 listopada 1924 r. w Rydze. Syn profesora prawa rzymskiego. Aktorstwo studiował podczas wojny w tajnym Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej. W drugiej połowie lat 40. występował w Teatrze Wojska Polskiego i łódzkim Teatrze Kameralnym. Od 1949 r. aktor teatrów warszawskich: Współczesnego, Dramatycznego, Narodowego i Polskiego, któremu dyrektorował jeszcze w ubiegłym roku. Ważniejsze spektakle z jego udziałem: "Ladacznica z zasadami", "Zaproszenie do zamku", "Biedermann i podpalacze", "Sposób bycia", "Noc iguany", "Szkoła żon" (w wymarzonej roli Arnolfa). Reżyseruje na scenie i w telewizji. Miłośnik twórczości Aleksandra Fredry.

Od końca lat 40. do lata 1956 r. lektor Polskiej Kroniki Filmowej. Był posłem na Sejm (1989-91) i prezesem ZASP-u. W latach 1981-87 i 1993-96 rektor warszawskiej PWST (dziś Akademia Teatralna). Najciekawsze role w kinie zawdzięcza Wajdzie ("Wszystko na sprzedaż", "Piłat i inni", "Wesele") i Konwickiemu ("Salto", "Jak daleko stąd, jak blisko"). Żonaty, ma dwoje dorosłych dzieci (Grzegorza i Zuzannę).




 









NIE ZABILIBY PANOWIE KRÓLIKA?
z Andrzejem Łapickim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba, część 2


















GAZETA WYBORCZA - wybór tekstów