Przegląd - nr 4, 2003-01-20

 

Znowu święto nienawiści 

Aleksander Małachowski

 

Nie wiem, czy Adam Michnik publikując rewelacje Lwa Rywina o chęci kupienia zamierzonej ustawy telewizyjnej, zdawał sobie sprawę, że wywołuje kolosalne zamieszanie polityczne leżące nie w samej istocie łapówkarskiego problemu, lecz dające okazję siłom opozycyjnym do rozpętania kolejnej, brudnej nagonki na Leszka Millera i jego rząd.
Sprawa trafiła do prokuratora, ale na razie nie ma jasności, co się tak naprawdę wydarzyło, gdyż realia Michnikowe donosu są, łagodnie mówiąc, mętne. Ujawniono tylko mały fragment nagranej z ukrycia taśmy a na dodatek okazało się, że gabinet redaktora "Gazety Wyborczej" został zamieniony w swoiste studio antyłapówkarskie, gdyż pracowały aż dwa aparaty nagrywające. Co jest uwiecznione na drugim urządzeniu i dlaczego dopiero po wielu dniach zostało ujawnione jego istnienie, nie wiadomo. Podobnie nic nie wiadomo o kilku ważniejszych fragmentach sprawy. Dlaczego wszystko było ukrywane przez kilka miesięcy, a także dlaczego propozycja Rywina została złożona już po kompromisowym ustosunkowaniu się do interesów Agory przez rząd, teraz tak wściekle atakowany podejrzeniami opozycji, że oto cała sprawa ma historyczny wymiar i wymaga surowej kontroli poczynań zborsuczonej łapówkarstwem lewicy przez kryształowej czystości moralnej prawicę.
Następna sprawa, tylko z pozoru trudna do zrozumienia, to dwoistość zamierzonego śledztwa. Rodzi się pytanie: skoro prokurator wziął sprawę w swoje ręce, to po kiego licha Sejm powołuje sobie kolejne utrapienie w postaci komisji śledczej? Sądzę, iż gra jest jasna. Badanie sprawy przez prokuraturę nie daje sejmowym oszołomom takich możliwości atakowania rządzącej koalicji lewicowej, jakie stwarza jawne, publiczne debatowanie i oskarżanie lewicy przed sejmową wszak instancją śledczą. Do działań śledczych prokuratury trudno posłom wtykać swoje zastrzeżenia i domysły o zbrodniczym charakterze Rywinowych propozycji, bowiem prokuratura jest niezależna w swoich poczynaniach. Natomiast w komisji poselskiej można wszystkie pawie ogony nienawiści rozpościerać w całej ich krasie. Ciągle przecież wałkujemy w Sejmie tę samą gorycz przegranej w wyborach jedynie uprawnionej do wygrywania prawicy. Krótko mówiąc, nasza mocno oszołomska prawica polityczna zdobyła sobie, w trudzie i znoju, nowy front walki z śmiertelnym wrogiem na lewicy.
Jeszcze chcę wspomnieć o jednym szczególe sprawy i polecić uwadze komisji oraz prokuratury pewne wyciszone wydarzenie z wiosny tego roku. Oto w Radzie Europy, w Komisji Kultury, w której zasiadam, pojawił się w trakcie wiosennej sesji Rady niesamowity list oskarżający władze Rzeczypospolitej o próbę zdławienia demokracji i ograniczanie wolności mediów przez projektowaną ustawę ograniczającą swobodę koncentracji kapitału, czyli własności gazet, radiostacji i nadawców telewizyjnych w jednym ręku. List podpisany przez polskich (sic!) posłów i zwerbowanych parlamentarzystów zachodnich był obrzydliwy. Donos na własny kraj? Czy to uczciwe? Dla mnie to bardzo wredne. Był też element komiczny w tej ponurej sprawie, mianowicie gdy inna, moja grupa posłów polskich wystosowała list protestujący przeciw takiemu - fałszywemu wszak - oskarżeniu, to udało się uzyskać podpisy kilku tych samych parlamentarzystów zachodnich, których wcześniej zwerbowano do poparcia tekstu oskarżającego polski rząd o niecne zamiary. Targowiczanin Branicki też tak robił. Sprawy polskie rozwiązywał na obcych dworach. Śmieszne, ale komisji i prokuraturze polecam ten wątek sprawy pod opiekę.
Tak się złożyło, że porządkując archiwum nagrań mojej zmarłej żony, natrafiłem na kasetę telewizyjną z nagraniem dyskusji, którą na sugestię premiera Oleksego zorganizowała telewizja Polsat w sprawie oskarżeń tegoż premiera o szpiegostwo, czyli w jednej z najpodlejszych afer politycznych, jakie się w ostatnich latach wydarzyły w Polsce, a może wręcz najpodlejszej. Zaproszono - na wniosek premiera - grono dziennikarz, którzy najsurowiej, czy jak dzisiaj wiemy, najpodlej włączyli się do nagonki na niewinnego polityka.
Gdy patrzę na takie widowiska, zawsze mi się przypominają moje własne przesłuchiwania przez oprawców z NKWD i UB. Tym razem wrażenie było silne. Cztery osoby atakowały Oleksego, a piąta, jakiś młodzian, milczała. Byli to redaktorzy: Olejnik, Wildstein, Janecki i Pacewicz.

Twarz Wildsteina, podobnego nie tylko fizycznie, ale również w mimice do jednego z okrutnych wobec mnie oprawców, była - kiedy zadawał agresywne pytania o szpiegostwo - wykrzywiona typowym dla śledczych grymasem nienawiści. Pani Olejnik, piękna w tej furii, jaka ją ogarniała, chlastała premiera fałszywymi oskarżeniami bez śladu wstydu. Podobnie ze straszną nienawiścią w wyrazie twarzy oskarżał o zdradę red. Janecki. Jeden red. Pacewicz starał się zachować przyzwoitość i dopuszczał myśli, że Oleksy pobłądził, a nie świadomie zdradził. Pozostali nie mieli wątpliwości. Co myśleli i jak się czuli, gdy zostały ujawnione kulisy tej haniebnej afery zorganizowanej na polecenia Wałęsy z zemsty za przegrane wybory prezydenckie? Istotnie - jak zapowiedział, tak uderzył, że szczęki opadały ze zgrozy. Przez długie lata tę hańbę na honorze polskiej demokracji przemilczano. Dopiero gdy przyszło mi stanąć na trybunie sejmowej jako marszałek senior, przeprosiłem premiera i jego rodzinę za ten zbrodniczy despekt wyrządzony nie tylko samemu premierowi, ale i Rzeczypospolitej. Z wielu stron doznałem potępień, lecz większość opinii była po mojej stronie.
Na zakończenie chcę gorąco podziękować tym wszystkim czytelnikom "Przeglądu", którzy tak wysoko ocenili moje felietonowe pisarstwo, że w tabeli wyników znalazło się na pierwszym miejscu. Chcę także podziękować gorąco za wyrazy współczucia, jakie otrzymałem po śmierci Krystyny, mojej żony. Dziękuję późno, lecz długo nie mogłem się z tą stratą oswoić.

 


 

Przegląd - nr 7, 2003-02-16

 

Władza i kasa - nowe ideały

Aleksander Małachowski

 

Sprawa Lwa Rywina została sztucznie rozdęta nie tylko dlatego, że prasowe szmirusy mogą łatwo wyrabiać wierszówkę, ale - jak to już na tym miejscu przewidywałem - będzie ona areną do popisów sprawności opozycyjnej w rozbijaniu znienawidzonej władzy lewicy w Polsce. Nasz kłopot z tak zwaną opozycją, której spora część ponosi odpowiedzialność za doprowadzenie państwa na skraj katastrofy - otóż ten kłopot to niezbity fakt, iż owa opozycja wcale nie dąży do eliminowania ewentualnych potknięć rządzących, ale zwyczajnie - i to bardzo brutalnie - walczy za wszelką cenę o powrót do sprawowania władzy, do którego to działania nadal nie jest przygotowana, jak nie była wówczas, gdy osławiony polityk, pseudozwiązkowiec, pan Marian Krzaklewski, zjednoczył wokół tradycji dawnej "Solidarności" grono ludzi doskonale nieudolnych, wyposażył ich we władzę oraz jej materialne bujne rekwizyty i ruszył wraz z nimi na podbój kraju, czyli na posady i fundusze publiczne.
Pisałem to już raz, lecz powtórzę. Gdyby sprawę Lwa Rywina prowadzić normalnym tokiem prawnym, nie można by zamienić jej w teatr polityczny, na scenie którego różne psychicznie mało zrównoważone figury tej komedii mogą do woli hasać i błaznować pod pozorem troski o kraj i jego zakamarkowe tajemnice. Surowe reguły śledcze obowiązujące w postępowaniu prokuratorskim wykluczałyby zarówno nadawanie nadmiernego rozgłosu mętnej w swej prawnej istocie sprawie, jak i wykorzystywaniu jej do oskarżeń premiera oraz innych władz kraju o ciemne machinacje.
Ludzie ponoszący obecnie odpowiedzialność za rządzenie Polską, powiązani w przeszłości z nieboszczką "komuną", nie mają na tyle odwagi, by skutecznie zablokować możliwość organizowania takich spektakli jak ten obecny rywinowski i sprawić, by osobnik zasługujący na ukaranie stanął przed normalnym prokuratorem i odpowiadał w normalnym postępowaniu sądowym. Z lęku o usłyszenie zarzutów, iż "komuna wraca wraz ze swymi metodami sprawowania władzy", godzą się łatwo na parlamentarne szopki polityczne, w działaniu których sprawność procedowania karnego wcale nie jest doskonalsza od sądowo-prokuratorskiej, ale daje pole różnym oszołomom do politycznych igrzysk.
Kiedy siedzę na sali sejmowej w dni gorących debat o zabarwieniu mało merytorycznym, lecz zdominowanych przez spory czysto polityczne, lub gdy jako członek Komisji Europejskiej przysłuchuję się jej obradom wypełnionym przez eurosceptyków jawną wrogością do korzystnych dla państwa polskiego rozwiązań, zaczynam rozumieć XVIII-wieczne zdarzenia, gdy umierała Rzeczpospolita Wielu Narodów, przeżerana przez chciwość i warcholstwo elit magnackich, czego szczegóły znajduję w moim prywatnym archiwum rodzinnym.
Co w moim przekonaniu jest obecnie porównywalne z tamtą epoką? Uważam, iż to rozpad systemu sądowniczego. Rozbestwiona bezkarnością magnateria lekceważyła wyroki sądowe, gdyż jej siła polityczna zapewniała bezkarność. A cóż innego stało się teraz u nas? Ano zlekceważono istnienie prokuratury i sądów i powołano teatr polityczny z nieograniczoną możliwością popisów oskarżycielskich. Państwa zarówno dawne, jak i współczesne psują się od atrofii systemów wymierzania sprawiedliwości, a na arenie publicznej zyskują poparcie osoby łudzące obywateli, że potrafią twardą ręką wprowadzić porządek, gdy w rzeczywistości wprowadzają dyktaturę, która aprobowana początkowo szybko zamienia się w groźny ustrój totalitarny. Dlatego też patrzę z niepokojem, więcej... z przerażeniem na sukcesy wyborcze partii mającej w swym kierownictwie ludzi wyznających jawnie neototalitarne zasady rządzenia, nawołujących do przywrócenia kary śmierci i wyznających zasadę obsadzania stanowisk publicznych wyłącznie ludźmi ze swojego ugrupowania politycznego, co już niedawno przerabialiśmy za sprawą pogrobowców "Solidarności" łączących nieudolność z łapczywością na wszelkie dobra materialne. Na szczęście dożyłem już późnych lat, kiedy raczej się odchodzi, niż trwa. Jeśli nawet załapię się na czas rządów tych neototalitarnych krasnali, to tak czy owak skończę w piachu. Może bez nich u władzy odbędzie się to z większym komfortem, choć z drugiej strony, nie mogę zapominać, że Trzecia Rzeczpospolita chce mi zafundować aż trzy lata więzienia. Nie jest to samo w sobie złe, gdyż może wreszcie napiszę - dzięki osadzeniu w kryminale - mój zapowiadany od dawna pamiętnik z długiego i pełnego dramatycznych, ale i pogodnych zdarzeń życia. Obecnie dzieląc czas pomiędzy Polski Czerwony Krzyż, Sejm RP i "Przegląd", nie mam już ani siły, ani wolnej chwili, by zabrać się do żmudnego przypominania sobie tych zdarzeń.
Żarty na bok. Polska pogrąża się w stan powolnego upadku przyzwoitości obywatelskiej zalecającej każdemu i przy każdej okazji dbanie o dobro ojczyzny. Ten powszechny obowiązek obywatelski jest wypierany przez bezwzględną, brutalną walkę o władzę przy - jak to wykazała dramatyczna przygoda z rządami postsolidarnościowymi - całkowitym braku odpowiedzialności za doprowadzanie kraju na sam brzeg totalnej katastrofy. Bo to nie tylko ekonomia nam się zawaliła.
Gdzieś w zapomnianą przeszłość odeszły lub systematycznie odchodzą zasady elementarnej przyzwoitości w życiu publicznym, czego cotygodniowym przykładem są transmisje z obrad Sejmu czy też lektura licznych polskojęzycznych gazet wydawanych dla pieniędzy, a nie dla dobra kraju. To samo dotyczy zresztą niektórych programów prywatnych stacji telewizyjnych. Upadek intelektualnego poziomu programów telewizji publicznej wraz z inwazją telewizji komercyjnych jest fragmentem zaniku przyzwoitości obywatelskiej.
Władza i kasa to jest w rzeczywistości to, o co walczą współcześni Polacy, potomkowie tych, którzy walczyli o wolność i sprawiedliwość. Jak tak dalej pójdzie, to okaże się, że sprawiedliwości już nie ma, a wolność polityczna też zostanie niebawem utracona. Obym się mylił!




AFERA RYWINA