Robert Stratton

Hobby doktora Travena - 1

 

 

I

Doktor Harold P. Traven był dentystą. Przez sześć godzin dziennie, od dziewiątej do trzeciej po południu, z wyjątkiem piątków i sobót, leczył, czyścił i wyrywał ludzkie zęby, a czynił to w St. Matthews North Bellevue Clinical Infirmary and Research Hospital. (Amerykańskie szpitale mają niezmiernie długie nazwy i równie długie korytarze; wpływa to doskonale na prestiż przedsiębiorstwa, czyli na ceny usług lekarskich.)

Następnie, od poniedziałku do czwartku włącznie, między godziną piątą a siódmą trzydzieści wieczorem, dr Traven znów leczył, czyścił i wyrywał ludzkie zęby, z tą tylko różnicą, że czynił to w swym prywatnym gabinecie przy 92 Ulicy Zachodniej na Manhattanie.

Ten tryb życia trudno by było określić jako szczególnie urozmaicony. Nic też dziwnego, że Harold Traven żywił obrzydzenie do swego zawodu. Nie znosił sterylnego gabinetu, dyrekcji szpitala, wszystkich swych pacjentów z prywatnymi włącznie, a nawet narzędzi, którymi zresztą posługiwał się z niezwykłą biegłością i precyzją elektronicznego robota. Programowo nie czytywał żadnych fachowych periodyków, w których popisywali się odkryciami za pięć centów świeżo upieczeni doktorkowie, ani opasłych tomów zgłębiających problematykę chirurgii szczękowej. Nie uczestniczył w dorocznych zjazdach Stowarzyszenia Stomatologów. Od lat nie odpowiadał na żadne listy tej organizacji, pełne na przemian pochlebstw i pogróżek. Stowarzyszenie miało swoje powody, aby kokietować Travena mimo jego okropnych manier.

Jakby tego było jeszcze mało, Traven uporczywie odmawiał wypróbowywania nowych, absolutnie cudownych leków przeciw paradentozie lub próchnicy, którymi to lekami w formie próbek zasypywały go co tydzień niezliczone firmy farmaceutyczne. Ze szczególną satysfakcją wrzucał do kosza prospekty koncernu Prittle'a. Podpisywał je niejaki Bili Badavski, o którym Traven miał od dawna wyrobione zdanie. Uważał go mianowicie za hochsztaplera i aferzystę. Wystarczało rzucić okiem na jego kserografowany podpis, aby nie mieć co do tego najmniejszych wątpliwości. Bywało i tak, że po otrzymaniu prospektu Traven tracił humor na cały dzień. Działo się to wówczas, gdy do kolejnego prospektu była dołączona "opinia naukowa" wiceprezesa Stowarzyszenia Stomatologów, doktora Paula Ryana. Ten człowiek wierzył we fluor i w nic poza tym. Gdyby naród amerykański usłuchał rad szanownego wiceprezesa, dawno już wymarłby wskutek masowego zatrucia i defektów genetycznych. Jeżeli tylko nowy specyfik zawierał fluor, Ryan bez namysłu smarował entuzjastyczną opinię, obliczał procent cudownych wyleczeń i pozwalał dołączyć ten bezwstydny chłam do prospektu reklamowego. Och, nie za darmo, oczywiście. Paul Ryan na pewno podpisałby "orzeczenie naukowe", że po nowym specyfiku odrastają usunięte zęby, gdyby temu towarzyszyła odpowiednia zachęta materialna ze strony producenta specyfiku. Ciekawe, swoją drogą, jak też mogły wyglądać zeznania podatkowe doktora Ryana. Ale nawet nie to było najważniejsze. Paul Ryan konkurował z Travenem w pewnej dziedzinie nie mającej nic wspólnego z jamą ustną. Czynił to w sposób nędzny, nielojalny i podstępny. Te cechy osobowości można było zresztą bez trudu wydedukować na podstawie idiotycznych zygzaków w podpisie Ryana. Harold Traven umiał czytać w ludzkich podpisach jak w otwartej księdze.

Pacjenci Travena, zwłaszcza prywatni, byli na ogół ludźmi nie pierwszej młodości. Przepełniała ich zgryźliwość z powodu nie spełnionych nadziei życiowych i ostra niechęć wobec losu, który nie tylko nie przyniósł oczekiwanych triumfów, lecz zsyłał jeszcze ohydny ból górnej trójki, a zaraz potem zapalenie okostnej. Zapewne dlatego Traven nigdy nie uskarżał się na brak pacjentów. Cenili go za małomówność, rzeczową opryskliwość, tak różną od słodkiego ćwierkania innych dentystów, a także za staroświeckie instrumenty lekarskie i manifestacyjną, cyniczną niewiarę w postępy medycyny lub stomatologii. Aby dać wyraz swej pogardzie dla nowinek, Traven ostentacyjnie trzymał na stoliku w poczekalni kompletnie wyszarzały, postrzępiony od czytania numer "National Geographic Magazine" sprzed dwudziestu czterech lat oraz któryś z wczesnych kryminałów Gardnera. Na ścianie widniała reprodukcja "Wioślarzy", całkiem już popielata od ścierania kurzu.

Życie prywatne Harolda Travena również nie należało do szczególnie udanych. Pierwsza żona opuściła go w rok po ślubie, raczej z nudów niż dla jakiejkolwiek innej przyczyny, którą można by było ustalić. Druga żona odeszła po szesnastu latach pożycia nie trudząc się nawet, aby zostawić w sypialni list z wyjaśnieniem motywów swej decyzji. Wiedziała zapewne, że mąż i tak listu nie przeczyta; takie sprawy nie interesowały go już od trzydziestu lat.

Starszy syn, który nigdy za papą nie przepadał, dawno już wyjechał do Arizony, gdzie podobno prowadził warsztat naprawy robotów albo może sam te roboty wytwarzał. Młodszy syn studiował w wojskowej akademii lotniczej i szukał każdego możliwego pretekstu, aby na wakacje nie przyjeżdżać do Nowego Jorku. Zdaje się, że miał zamiar zostać astronautą. Astronautą! Córka... ale Traven nie był właściwie pewien, czy ma córkę. To płaczliwe dziewczę, które przez jakiś czas pętało się po domu, a potem zniknęło na zawsze w nieokreślonej przestrzeni Nowej Anglii, było chyba remanentem z pierwszego małżeństwa drugiej żony. A może na odwrót: z drugiego małżeństwa pierwszej żony. Nie były to kwestie zdolne zaprzątać uwagę dr Travena na okres dłuższy niż pięć do siedmiu minut. Nawet pod groźbą kary nie umiałby sobie przypomnieć okoliczności, które sprawiły, że aż dwukrotnie stał się mężczyzną żonatym. Harold Traven nie zamierzał zmieniać ani swego trybu życia, ani cech usposobienia. Byłby człowiekiem bezgranicznie szczęśliwym, gdyby nie przeklęta praktyka dentystyczna. Musiał ją jednak uprawiać. Przy stosunkowo niewielkim wysiłku dostarczała mu wcale pokaźnych środków finansowych. Dentyści w Stanach Zjednoczonych należą do ścisłej czołówki finansowej zawodu lekarskiego, tuż obok psychoanalityków i specjalistów od chirurgii serca. A potrzeby finansowe miał Traven ogromne, dużo większe niż wielu jego kolegów ciułających na następny dom, urlop na Hawajach i czwarty samochód. Życie Travena było bowiem bez reszty wypełnione czymś, co potocznie określa się jako hobby, choć wielu psychiatrów wolałoby w tym przypadku mówić o monomanii. Doktor Traven zbierał rękopisy.

W bardzo wczesnej młodości, jeszcze podczas nauki w szkole średniej w New Rochelle zafascynował go fakt, że każdy człowiek tworzy właściwie zupełnie nowe, odrębne pismo. Jest to niezbywalna cecha indywidualna, przypisana do człowieka na zawsze, równie niepowtarzalna jak odciski palców. Nie można się nigdy wyzbyć cech własnego pisma - nawet u schizofreników pewne jego cechy pozostają niezmienne - i zarazem niepodobna podrobić dłuższego tekstu, pochodzącego od innej osoby. Pisząc najbanalniejszą notatkę pozostawiamy po sobie nie tylko trwały ślad własnej osobowości, lecz również ślad przemijającej chwili, gdyż nasze pismo zmienia się nieustannie z upływem lat.

Traven z amatorstwa zaczął studiować grafologię, był przez jakiś czas nieoficjalnym ekspertem grafologicznym szeryfa w New Rochelle, potem wpadła mu w rękę historia pism Dalekiego Wschodu - i tak się to wszystko zaczęło. Nie bez znaczenia był fakt, że Traven od dzieciństwa miał wyjątkowe uzdolnienia graficzne. Gdyby nie upór ojca, który życzył sobie dla syna dochodowego i poważnego zawodu, młody Harold na pewno zająłby się grafiką reklamową, może nawet malarstwem. Kilka dowcipnych szyldów autorstwa Travena do dziś zdobi tawerny i zajazdy w okolicach New Rochelle.

Zwrot w jego życiu nastąpił podczas wojny. Spędził ją jako młodszy asystent chirurga szczękowego w szpitalu armijnym, wędrującym z wojskami MacArthura po całej niemal południowo-wschodniej Azji. Pięciokrotnie znalazł się pod japońskimi bombami. Był trzykrotnie kontuzjowany. Dwa razy znalazł się o krok od śmierci wskutek ukąszeń jadowitych pająków. Chorował na malarię, dyzenterię i gorączkę tropikalną. W wielu niebezpiecznych sytuacjach wykazał tyle zimnej krwi i zaradności, że na wniosek komendanta szpitala otrzymał medal Purple Heart, przyznawany w zasadzie tylko za waleczność w obliczu nieprzyjaciela. Traven nie był lubiany przez kolegów, zgodnie jednak uznali oni odznaczenie za uzasadnione. Ostatecznie to on podczas bombardowania rzucił się na pojemnik z plazmą krwi, aby go własnym ciałem osłonić przed odłamkami. Dziesięć galonów tej plazmy uratowało życie setkom rannych żołnierzy piechoty morskiej.

Kiedy w październiku 1945 roku Harold Traven wracał do kraju, aby dokończyć przerwane przez wojnę studia, wiózł ze sobą sześć ogromnych kufrów wypełnionych po brzegi najrozmaitszymi rękopisami. Wiózł je oczywiście na koszt rządu federalnego, ponieważ Kongres uznał, że mienie zdobyczne powracających z frontu GI nie podlega ani kontroli celnej, ani żadnym ograniczeniom co do łącznego ciężaru. Wielu obrotnych ludzi zrobiło niezłe fortunki na wspaniałomyślności Kongresu. Traven znał majora saperów, który w stalowej skrzyni przywiózł około pięciuset szczerozłotych posążków Buddy. Szybko je przetopiono na złom. Znany był też przypadek pewnego podporucznika marynarki, który przywlókł ze sobą przez ocean pełną zastawę porcelanową z pałacu szoguna w Kyoto. Oczywiście fałszywą. A późniejszy senator D., który ograbił całą wyspę Hokkaido z posążków bogini Ise?

Traven wiózł ze sobą tylko manuskrypty. Nie wiedział jeszcze wtedy, jak bardzo zaważą na jego dalszym życiu.

Czegóż tam nie było! Starojawajskie eposy, spisywane tuszem roślinnym na wyschniętych i nawoskowanych liściach palmowych. Pisane srebrnym atramentem, bogate od złoceń egzemplarze Koranu z Malajów i Moluków. Bezcenne zwoje jedwabne z Chin, Japonii i Korei, pokryte milionami przepięknie kaligrafowanych ideogramów. Prywatne listy nieznanych ludzi, pisane w jakichś niepojętych alfabetach, i święte kroniki klasztorów buddyjskich, gdzie skrybom czas płynął powoli, z niewątpliwym pożytkiem dla urody ich pisma. Ceremonialne petycje jakichś dworaków, gdzie proporcje marginesów same przez się były dziełem sztuki, i rękopiśmienne powieści znad Mekongu, Irrawadi i Gangesu.

Zdobycie prawie czterech tysięcy manuskryptów - bo tyle ich liczył pierwszy katalog kolekcji Travena - było wówczas raczej kwestią odpowiedniej pomysłowości niż pieniędzy. W latach wojny mało kto na Dalekim Wschodzie domyślał się, że stare pobazgrane papierzyska, których często używano do pakowania warzyw na bazarach, mogą mieć jakąś realną wartość. Zresztą pod koniec wojny dla oficera zwycięskiej armii stały otworem również wszystkie antykwariaty, których właściciele dobrze znali wartość swych towarów. Na rychły powrót turystów nie można było liczyć, a zwycięzcy dysponowali żywnością, dolarami i nieopisaną ilością użytecznego sprzętu. Traven szybko się w tym zorientował. Faktem jest, że najcenniejszy okaz swej pierwszej kolekcji - kunsztownie kaligrafowany życiorys Konfucjusza - kupił w Manili za karton chesterfieldów. Był z usposobienia kolekcjonerem i jak każdy kolekcjoner sens posiadania zbiorów upatrywał w wiecznym ich porządkowaniu i klasyfikowaniu. Nie interesowała go początkowo materialna wartość manuskryptów. Obok bezcennych zabytków kultury orientalnej umieszczał zupełnie współczesne, niekiedy w ogóle bezwartościowe rękopisy, jeśli odznaczały się pięknym i oryginalnym pismem. Zdumiewała go ciągle jedyność każdego rękopisu z osobna, jego osobliwa niepowtarzalność. Trzymając w dłoni list czy pojedynczą stronicę z jakiejś dawno nie istniejącej księgi rękopiśmiennej stale miał wrażenie, że patrzy w oczy nieznanemu człowiekowi, który ten tekst pisał, inwestując w niego minuty i godziny własnego życia. Taka świadomość może niekiedy działać jak narkotyk.

Porządkowanie pierwszego zbioru i cierpliwy opis wszystkich pozycji zajęły Travenowi prawie cztery lata. Właśnie wtedy cudze zęby i własne życie rodzinne zeszły u niego na daleki plan. Stały się uciążliwą koniecznością, odrywającą Travena od jedynego zajęcia, jakie go naprawdę interesowało. Nigdy nie miał wielu przyjaciół, lecz w tym okresie nawet ci nieliczni, którzy cierpliwie znosili jego mrukliwość i arogancję, ostatecznie zniknęli z horyzontu. Z jednym tylko wyjątkiem niejakiego Marvina Breechera, o którym będzie jeszcze mowa.

Mniej więcej wtedy, gdy Traven skończył porządkowanie swej kolekcji, z Europy zaczęły napływać do Stanów nowe partie manuskryptów, niekiedy bardzo rzadkich. Kupowali je ze grosze żołnierze amerykańscy, głównie w Niemczech i we Włoszech. Były to w Europie lata głodu, chłodu, czarnego rynku, lecz i łatwych fortun, jeśli ktoś miał głowę nie od parady. Na widok pierwszych inkunabułów norymberskich i bolońskich kantyczek z XIV wieku Traven dosłownie stracił głowę. W ciągu jednego dnia zdecydował, że nie będzie się już ograniczał do manuskryptów orientalnych. Uroda littera oxoniensis, cudownej fraktury klasztornej, uncjały karolińskiej, a także bastardy kancelaryjnej, która jakoś wtedy wyjątkowo obrodziła w Nowym Jorku - to wszystko wtrąciło go w namiętność porównywalną z dreszczami hazardzisty.

Wkrótce zaprzyjaźnił się ze wszystkimi poważniejszymi antykwariuszami na Manhattanie i stał się klientem na tyle pożądanym, że zawiadamiano go telefonicznie o każdym kolejnym transporcie z Europy. Nikt nie wie i nie będzie już wiedział, ile bezcennych zabytków kultury europejskiej przepłynęło wtedy do Stanów. Antykwariusze cenili sobie dziwnego klienta. Albo płacił bez wahania gotówką, albo oferował w zamian różne cuda z Dalekiego Wschodu, które najchętniej kupowały na pniu wyspecjalizowane muzea i biblioteki.

Właśnie wtedy - była to chyba wiosna 1948 roku - okazało się, że Traven ma konkurenta. Był to nie znany mu wówczas osobiście doktor Paul Ryan, najsłynniejszy dentysta powiatu Westchester. A czym jest powiat Westchester - wyjaśniać nie trzeba.

Sława doktora Ryana wynikała nie tyle ze szczególnie udanych zabiegów, bo różnie o tym mówiono, co raczej z faktu, że nosił wąsik a la Adolf Menjou, ubierał się wyłącznie w firmie Brooks Brothers, grywał na pianinie Oh, my darling Clementine, no i bardzo pomysłowo wżenił się w rodzinę Whitemore'ów, którzy już wówczas byli właścicielami połowy powiatu Westchester i trzech czwartych powiatu Tarreytown ("och, te ziemie są w posiadaniu naszej rodziny jeszcze od czasów kolonialnych"), nie mówiąc o innych drobnostkach w rodzaju pakietu akcji Standard Oil czy apetycznej porcji udziałów w firmie maklerskiej Brown, Lynch and Merrill.

Ryan właściwie mógłby w ogóle nie pracować. Jednakże szanowna małżonka, która go kupiła niczym rasowego buhaja z rodowodem, uznała, że będzie rzeczą w dobrym guście, jeżeli Paul otworzy prywatną praktykę lekarską. Zaraz po studiach urządzono mu gabinet i sprowadzono pierwszych pacjentów z sąsiedztwa. Były to najczęściej piekielnie bogate, piekielnie głupie i piekielnie rozhisteryzowane baby, które Paul bezceremonialnie usypiał na fotelu jakąś modną wówczas odmianą chloroformu. Za wizytę brał trzy razy więcej niż jego doświadczeni koledzy na Park Avenue. Jest to niezawodny sposób na zrobienie sobie reklamy. Już po roku do Westchester zaczęli zjeżdżać pacjenci z miasta, zwabieni cenami i rozgłosem "tego wspaniałego doktora".

Wtedy małżonka uznała, że na pewnym poziomie socjalnym wypada mieć hobby. Mowa była najpierw o gigantycznym akwarium z najrzadszymi odmianami złotych rybek, potem o astronomii, potem o zbieraniu podstawek do piwa, w końcu stanęło na starych manuskryptach. Przypadkowo zresztą, ponieważ Mrs Ryan zobaczyła któregoś dnia u antykwariusza odręczny list Benjamina Franklina i pomyślała, że rzecz będzie w dobrym stylu. Kiedy autograf oprawiono w ramkę powleczoną osiemnastokaratowym złotem, państwo Ryan zgodnie uznali, że jest to niezły conversation piece, przedmiot nadający się do omawiania w towarzystwie. Od tego czasu w kołach zbliżonych do Westchester Country Club zaczęto mówić, że "ten nasz cudowny Paul" ma naprawdę wspaniałą kolekcję rękopisów.

Ryan był oczywiście zupełnym bęcwałem i żadne stare papiery naprawdę nie interesowały go ani trochę. Nie potrafiłby rozróżnić fraktury gotyckiej od renesansowej neoantykwy. Z powodu swego nieuctwa kupował raz po raz bezwartościowe kopie współczesne, kiedy indziej przegapiał rzadkie i cenne okazy, zwłaszcza gdy były niepozorne i źle wyglądałyby w złoconych ramkach. Kupował jednak wiele i systematycznie podbijał ceny. Miał po prostu bardzo dużo pieniędzy, mnóstwo wolnego czasu i ambitną żonę. No i najlepsze towarzystwo, które co pewien czas urządzało formalne najazdy na pałacyk Whitemore'ów, aby podziwiać nowe nabytki w kolekcji P aula.

W ten sposób na rynku antykwarycznym Nowego Jorku spotkali się aż dwaj dentyści zbierający stare rękopisy. Nowy Jork jest miastem-potworem, w którym co godzina zdarzają się najbardziej nieprawdopodobne rzeczy, ten jednak zbieg okoliczności był statystycznie tak niezwykły, że Traven musiałby znienawidzić swego konfratra i konkurenta, nawet gdyby sam był aniołem.

Traven każdą wolną chwilę poświęcał studiom nad historią pisma, ślęczał w bibliotekach, sprowadzał rzadkie wydawnictwa z zagranicy, szperał, rysował, porównywał. Prowadził też własnoręcznie ilustrowany atlas historii pisma. Jego objętość już po dwóch latach przekroczyła tysiąc kart.

Po trzydziestu latach atlas liczył osiem tysięcy stron. Pismo ludzkie nie miało już dla Travena tajemnic. Nie znał wprawdzie żadnego języka obcego poza niemieckim, którego musiał się pobieżnie nauczyć, gdyż w ojczyźnie druku wydano największą ilość źródeł do dziejów pisma, lecz jego biegłość zaczęła z biegiem czasu zdumiewać zawodowych historyków. Tak czasem bywa ze szczególnie wytrwałymi amatorami, którzy potrafią przez kilka dziesięcioleci skoncentrować się na jednej wybranej dziedzinie i wówczas wiedzą o niej naprawdę więcej niż najbieglejsi specjaliści.

Nie umiejąc ani słowa po arabsku, Traven jednym rzutem oka potrafił odróżnić syryjski styl pisma arabskiego od stylu zwanego mezopotamskim. Nie znając języka hindi, z łatwością wykrywał pomyłki kopisty w ręcznie przepisanym tekście Mahabharaty. Z rozmieszczenia kropek w rękopisie aramejskim wnioskował - zawsze trafnie - o rodzaju trzciny, jakiej używał pisarz, co umożliwiało znacznie dokładniejsze datowanie zabytku. Z pochylenia kresek w napisach attyckich umiał wydedukować, czy dłuto kamieniarza pochodziło z Peloponezu czy z Damaszku. Napisy rzymskie datował na podstawie fotografii z dokładnością do trzydziestu lat. Tajniki kaligrafii chińskiej, tysiąc odmian papieru, wężyki ligatur w starych manuskryptach łacińskich, pokręcone alefy w ornamentalnym piśmie hebrajskim, subtelności uncjały merowińskiej i karolińskiej, toporne krzaczki najstarszej głagolicy, pisma Khmerów i Birmańczyków - w tym wszystkim Harold Traven umiał czytać jak w otwartej księdze, i to tylko na podstawie nadzwyczajnej pamięci wzrokowej oraz solidnych, długotrwałych studiów.

Odkąd Paulowi Ryanowi ktoś powiedział, że stare papiery mogą być niezłą lokatą kapitału, tempo jego zakupów wzrosło, choć jego wiedza o przedmiocie ani na jotę nie wzrastała. Gubił się w stertach papieru i sam już nie wiedział, co posiada. Natomiast Traven stał się z końcem lat pięćdziesiątych uznanym autorytetem w dziedzinie historii pisma - najpierw w Stanach Zjednoczonych, a potem również w Europie. Kiedy w "Paleographic Quarterly Review" ogłosił obszerny, własnoręcznie ilustrowany szkic o historii północnej odmiany pisma devanagari i jej związkach z paleografią sanskrycką - muzea amerykańskie i europejskie zaczęły się do niego zwracać z prośbą o konsultacje.

Ekspertyzy doktora Travena trwały długo, zazwyczaj przez wiele tygodni. Dostarczone teksty lub ich próbki były badane wielokrotnie i bardzo wnikliwie, pod mikroskopem, w specjalnej aparaturze optycznej skonstruowanej według wskazań Travena, często z użyciem różnych odczynników chemicznych, których skład pozostawał tajemnicą eksperta. Opinie Travena miały charakter ostateczny. Nie było wypadku, aby ktokolwiek zechciał je podważyć, zwłaszcza po głośnej sprawie "rękopisu z Bab el-Mandel", którzy przez osiemdziesiąt lat fascynował egiptologów. Traven dowiódł ponad wszelką wątpliwość, że był to wyjątkowo zręczny falsyfikat pochodzący z pierwszego ćwierćwiecza XIX wieku.

Fachowe ekspertyzy Travena miały zawsze tę samą postać. Był to złożony w szesnastkę arkusz ręcznie czerpanego papieru z najlepszej papierni holenderskiej, oprawiony w pąsowy safian i zapisany równym, starannie cieniowanym pismem Travena. Oczywiście żadne idiotyczne wynalazki w rodzaju maszyny do pisania nie wchodziły w rachubę. Wiele muzeów od razu wpisywało ekspertyzy Travena do katalogu cennych rękopisów. Praca rzeczoznawcy była na ogół płatna, lecz nie tak hojnie, żeby Traven mógł sobie pozwolić na porzucenie stomatologii. Zwłaszcza że jego kolekcja pochłaniała coraz więcej pieniędzy, w miarę jak przybywało w niej coraz rzadszych i coraz droższych okazów. Szef londyńskiego antykwariatu Sotheby, któremu Traven pozwolił kiedyś przejrzeć swój katalog, mruknął ironicznie, że za następne dziesięć lat mediewiści z Oksfordu będą się ubiegać o stypendium na studiowanie zbiorów Harolda Travena.

Z początkiem 1979 roku zbiór rękopisów Travena liczył trzydzieści osiem tysięcy czterysta pięćdziesiąt pięć skatalogowanych pozycji oraz około czterech tysięcy dubletów i egzemplarzy przeznaczonych na sprzedaż lub wymianę.

Harold Traven był posiadaczem oryginalnych próbek ponad jedenastu tysięcy pism i alfabetów.

II

W każdy czwartek wieczorem, po zamknięciu gabinetu na 92 Ulicy Zachodniej, Traven doznawał uczucia człowieka, który wyszedł na wolność po długim pobycie w więzieniu. Miał przed sobą pełne trzy dni wolności.

Pogwizdując beztrosko, wsiadał w swój surrealistyczny samochód nieokreślonej marki, który poruszał się wyłącznie wskutek wyjątkowej przychylności losu, gdyż z punktu widzenia praw mechaniki było to niemożliwe już od ćwierćwiecza. Traven nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy kupił tę poczciwą landarę.

Jechał najpierw do niewielkiego sklepiku spożywczego przy Drugiej Alei, z którego właścicielem, niejakim panem Goldbaumem, miał od wielu lat stałą umowę. Chodziło o to, że w ciągu tych trzech wolnych dni Travenowi szkoda było czasu na chodzenie do restauracji czy pichcenie posiłków, a coś jednak jeść musiał. Dlatego pan Goldbaum przygotowywał mu zapas żywności tak przemyślnie zapakowany w torebki i pojemniki, że kolejne posiłki można było przyrządzać bez zbędnej zwłoki. Wystarczało kilka ruchów ręki.

Traven zabierał od Goldbauma czubate torby, których zawartości nigdy nie sprawdzał, ponieważ właściciel sklepu znał jego proste upodobania, potem uruchamiał swój wyrozumiały samochód i jechał do siebie. Oczywiście nie do domu, który uważał za nieprzytulną sypialnię i jak gdyby przedłużenie dwóch znienawidzonych gabinetów dentystycznych, lecz do miejsca, w którym przeżywał najpiękniejsze chwile swego życia.

Miejsce to zostało zlokalizowane na Bleecker Street, w centrum sławnej niegdyś dzielnicy cyganerii artystycznej Greenwich Village. Miało postać dziewięciu obskurnych, ciemnych, cuchnących stęchłym kurzem pokoi. Zajmowały one całe piętro pewnej dziewiętnastowiecznej rudery o nieokreślonej barwie. Traven wynajął to pomieszczenie przed dwudziestu sześciu laty i nie miał najmniejszego zamiaru opuszczać swej nory, dopóki nie przyjadą potężne spychacze, aby zrobić miejsce dla kolejnego wieżowca bankowego ze szkła i stali.

Kurz i stęchlizna nie przeszkadzały Travenowi. Jego zbiory znajdowały się w szczelnych sejfach stalowych, odpornych na ogień i wilgoć. Trzy razy na dobę samoczynnie włączał się sterylizator ultrafiołkowy, bezlitośnie niszczący każdą pojedynczą bakterię i zarodnik grzybni. Elektroniczny klimatyzator czuwał nad odpowiednią wilgotnością i temperaturą powietrza, a filtr elektrostatyczny zbierał kurz dużo skuteczniej, niż mogłaby to uczynić jakakolwiek sprzątaczka. Wyposażenie kosztowało majątek. Aby je skompletować, Traven musiał sprzedać pewien cudownie iluminowany rękopis gazel perskich z XVIII wieku. Ale teraz tego wiecznie czujnego superdozorcy mogłoby mu pozazdrościć każde muzeum. I każda właściwie biblioteka. O sypialni nie ma potrzeby wspominać. Zdobił ją wyleniały tapczan zasłany nie najświeższą pościelą oraz koślawy regał z książkami "do czytania". Dotyczyły historii Sumerów, mitów kreteńskich i teologii Esseńczyków.

W ostatnim, największym pokoju, którego okno wychodziło na plugawe, mroczne, wiecznie zaśmiecone podwórko, Traven urządził swój warsztat pracy. Stały tam trzy biurka o rozmaitych poziomach, ogromna oszklona biblioteka we wczesnym stylu kolonialnym, podręczne sejfy i ze dwadzieścia skomplikowanych aparatów do analizy manuskryptów. Mikroskop, rzutnik, lampa fluorescencyjna, kopiarka z urządzeniem do powiększania obrazu, a także kilka podświetlanych ekranów zaprojektowanych osobiście przez Travena, umożliwiających dostrzeżenie nawet najmniejszego poślizgu trzciny, pióra lub rylca.

Tam - i tylko tam - doktor Harold Traven żył pełnią życia.

W ów pamiętny czwartek, szóstego września 1979 roku, Traven nie mógł się doczekać chwili, kiedy wreszcie zasiądzie przy swoim biurku na Bleecker Street. Zdaje się nawet, że ostatniemu pacjentowi przez roztargnienie źle założył plombę. Czuł się jednak rozgrzeszony. Czekała go przygoda, jakiej chyba nigdy przedtem nie zaznał.

Dwa dni wcześniej, we wtorek, zgłosił się do Szpitala Św. Mateusza młody, dość wymizerowany człowiek, skarżący się na ból górnej czwórki. Nie wyglądał na pacjenta, którego stać na zabieg w tak kosztownym szpitalu. Traven jednak nie zajmował się administracją i nigdy nie zastanawiał się, czy jego szpitalni pacjenci mają wystarczająco zasobne konta. Szybko uśmierzył ból i szykował się do zabiegu słuchając ze znudzeniem gadaniny pacjenta.

Młody człowiek, jak twierdził, był do niedawna marynarzem. Pływał na panamskich drobnicowcach, żeby poznać świat, potem przeniósł się na liberyjskie tankowce, żeby zarobić. Osiem razy opłynął świat dookoła, w końcu, wiosną 1976 roku, spadł z trapu podczas postoju statku w Bangkoku i spędził trzy miesiące w miejscowym szpitalu, lecząc złamaną nogę i dwa żebra. Potem wałęsał się przez rok po Tajlandii, dotarł do Laosu, był w Birmie. Przed trzema miesiącami wrócił do Stanów. Mieszka na razie u siostry - to ona właśnie płaci za leczenie jego zębów - i chce pójść do wieczorowej szkoły dla hydraulików. To fajnie płatny zawód, nie? Ale to, niestety, sporo kosztuje, a on nie ma praktycznie nic. Z trzyletniej włóczęgi przywiózł tylko małą śmieszną małpkę, która zresztą już zdechła, i pęk jakichś starych syjamskich papierzysk. Wyglądają na stare, nawet bardzo stare. Czy pan doktor przypadkiem nie wie, kto mógłby ocenić ich wartość? Może te rupiecie uda się jakoś sprzedać, bo podobno są tacy, którzy to zbierają?

Traven drgnął i zatrzymał w powietrzu rękę ze szczypcami. Przez chwilę podejrzewał, że tego cwaniaczka nasłał na niego Ryan. Młody człowiek nie sprawiał jednak wrażenia, że jego inteligencja wystarcza do odegrania roli tajnego agenta. Dokładając starań, aby zachować całkowicie obojętny wyraz twarzy, Traven polecił pacjentowi, aby przyniósł te papiery nazajutrz. Albo jeszcze lepiej w czwartek. On, Traven, przypadkowo się tym trochę interesuje i może będzie mógł coś pomóc.

W czwartek, punktualnie o dziewiątej rano, były marynarz pojawił się w szpitalu trzymając pod pachą zniszczoną płócienną torbę. Kiedy ją otworzył, Traven stracił dech z wrażenia.

W niedbale zwiniętym rulonie znajdowało się kilkadziesiąt manuskryptów o różnych formatach, gęsto zapisanych tak zwanym pismem świątynnym. Odznaczało się niezwykle rozbudowaną ornamentyką i starannym, niemal malarskim cieniowaniem liter. Nie były aż tak stare - na pierwsze wejrzenie wydawało się, że pochodzą z połowy lub schyłku XVII wieku - lecz wyjątkowa uroda pisma, jakość ryżowego papieru i zupełnie olśniewające zdobienia na bordiurach upewniły Travena, że ma do czynienia z rzadką zdobyczą. Nigdy jeszcze nie widział na własne oczy oryginału tajskiego pisma świątynnego. Znał je tylko z reprodukcji.

Mrużąc oczy i przerzucając od niechcenia zawartość rulonu, Traven powiedział zdenerwowanemu chłopcu, że są to rzeczy niezbyt cenne, bardzo już zniszczone i fatalnie przechowywane, zwłaszcza w ostatnim okresie. Nie są oczywiście zupełnie pozbawione wartości, ale młody człowiek powinien mieć trzeźwy pogląd na sprawę. Biorąc pod uwagę trudną sytuację finansową młodego człowieka, Traven gotów jest nabyć to wszystko za, powiedzmy, tysiąc dolarów. No, tysiąc dwieście, ale to już jest naprawdę ostateczna cena.

W istocie każdy fachowy antykwariusz zapłaciłby za rękopisy co najmniej dwadzieścia tysięcy i na pewno wyszedłby na swoje. Były marynarz nie miał nawet przybliżonego pojęcia o rzeczywistej wartości takich staroci; w jego środowisku stare rzeczy po prostu wyrzucano na śmiecie. Liczył na sto, może dwieście dolarów i to też pod warunkiem, że trafi na frajera. Zresztą miał swoje powody, aby się nie targować. Zażądał tylko wypłaty gotówką, ponieważ słusznie przypuszczał, że żaden bank nie wypłaci mu takiej sumy na podstawie czeku. Nie wyglądał na dżentelmena, któremu płacą czekami.

Na pytanie, skąd pochodzą manuskrypty, marynarz odpowiedział niechętnie, że znalazł je w opuszczonej od dawna pagodzie buddyjskiej we wschodniej Tajlandii, niedaleko granicy laotańskiej. Traven, który pragnął mieć w swym katalogu możliwie najdokładniejszy opis znaleziska, domagał się jednak większej precyzji. Marynarz, wyraźnie już speszony, wyciągnął z kieszeni bluzy zatłuszczony notes, szperał w nim przez chwilę i wybąkał w końcu, że świątynia znajduje się w pobliżu miasteczka Lerng Nokhta, jakieś sto pięćdziesiąt mil na północny wschód od Bangkoku. Przeliterował dokładnie tę dziwaczną nazwę i znikł bez pożegnania, jakby się zapadł pod ziemię.

Traven nabrał pewności, że rękopisy zostały po prostu skradzione. Uznał jednak, że nie czyni mu to żadnej istotnej różnicy. Moralność kolekcjonerów rządzi się trochę odrębnymi prawami. Poza tym marynarz na pewno wyrzuciłby rękopisy na śmietnik, a u Travena zostaną przynajmniej ocalone dla ludzkości.

Dopiero na Bleecker Street, kiedy doktor Harold Traven zasiadł przy biurku i ostrożnie rozpakował zwój, zorientował się, co naprawdę zdobył.

Manuskryptów było łącznie sześćdziesiąt pięć. Najstarszy pochodził zapewne z XIII wieku, sądząc z barwy i faktury papieru, ostatni spisano zapewne pod koniec XVII wieku. Lecz to wszystko należało dopiero ustalić. Całość stanowiła najprawdopodobniej kronikę klasztoru lub świątyni buddyjskiej, spisywaną cierpliwie przez kilkunastu, a może i kilkudziesięciu skrybów w ciągu co najmniej czterystu lat. Wprawne oko Travena odkryło natychmiast powtarzającą się nazwę świątyni, a także dziwne, wężykowate słupki na marginesach, oznaczające zapewne daty zapisów.

Takim rarytasem nie mogło się poszczycić żadne muzeum na świecie. Tyle doktor Traven wiedział już od pierwszej chwili.

Przesiedział nad swą zdobyczą prawie całą noc, otrzepując manuskrypty z pyłu, wywabiając najbardziej widoczne plamy, przekładając arkusze płatkami japońskiej bibuły i rozkoszując się niewysłowionym pięknem pisma nieznanych mnichów. Przypominało delikatny, pulsujący ornament. Długie, zwarte, krzaczaste, a jednak obłe i pozbawione przerw wiersze sprawiały chwilami wrażenie wijących się węży.

W piątek Harold Traven wstał o szóstej rano, przełknął w pośpiechu śniadanie i przystąpił do opisywania manuskryptów. Zatopił się w tej pracy bez reszty. Pod oknem od strony ulicy odbywały się właśnie jakieś śmiertelne zawody gangu motocyklistów; przerywano je dopiero wówczas, gdy jeden z uczestników zabił się lub stracił przytomność po wypadku. Ryk silników napełniał ziemię i niebo, lecz nikt z nielicznych tu mieszkańców nie ośmielił się wezwać policji. Gang nikomu takich donosów nie wybaczał.

Traven słyszał to wszystko jak przez gęstą mgłę. Cudowne manuskrypty napełniły go bezmiarem szczęścia i dreszczem, którego naturę znają tylko wytrawni kolekcjonerzy.

Około godziny jedenastej trzydzieści Traven poczuł nagle, że w powietrzu pojawił się niezwykły, niemożliwy do nazwania zapach, tyleż miły co odstręczający. Przypominał woń rzadkich kwiatów tropikalnych, może ostre sery pleśniowe, może gnijące jesienne liście, a może coś jeszcze innego, czego nie można było nazwać ani porównać do czegokolwiek na świecie.

Traven odruchowo rozejrzał się dookoła, lecz pokój był cichy i pusty, jak zwykle. Nawet motocykliści zamilkli.

Dopiero po dłuższej chwili Traven zorientował się, że ów drażniący i przyciągający zarazem zapach wydobywa się z rękopisu, który właśnie trzyma w ręku.

Był to arkusz opatrzony prowizorycznie numerem 13, nieco większy w formacie, zdobiony szczególnie pięknym ornamentem roślinnym na górnym marginesie, zawierający dwa ozdobne inicjały wymalowane pozłotką z prawdziwego złota i głębokim błękitem roztworu lapis lazuli. Arkusz nr 13 różnił się od wszystkich pozostałych, lecz początkowo Traven nie mógł określić, na czym ta odmienność polegała. W końcu stwierdził, że arkusz nr 13 jest grubszy niż pozostałe. Włókna papieru ryżowego biegły w nim zupełnie inaczej niż w typowych papierach z tej epoki.

Dopiero kiedy Traven włączył reflektor podczerwony i położył arkusz na ekranie rzutnika - wszystko stało się jasne.

Arkusz nr 13 składał się z dwóch starannie sklejonych ze sobą części. Najwidoczniej czterysta lat temu - ten akurat arkusz pochodził z pewnością z połowy XVI wieku - ktoś usiłował w ten sposób ukryć przed oczami niepowołanych jakąś informację. Długotrwała manipulacja pokrętłami i soczewkami pozwoliła wreszcie stwierdzić, że wewnątrz dwóch sklejonych ze sobą arkuszy znajduje się niewielki prostokąt niezwykle cienkiego papieru, na którym widnieją jakieś linie przypominające rysunek budowlany lub szkic topograficzny. Niewyraźne światło lampy podczerwonej nie pozwalało jednak dostrzec nic więcej poza majaczącym, niewyraźnym zarysem.

Resztę piątku i część nocy z piątku na sobotę Traven spędził na bezskutecznych próbach rozdzielenia sklejonych arkuszy. Było to zajęcie prowadzące do frustracji. Nie pomagał ani uniwersalny rozpuszczalnik do wszystkich klejów roślinnych (a jakież inne mogli stosować Tajowie przed czterema wiekami?), ani najcieńsze lancety chirurgiczne, ani moczenie brzegów w roztworze sody kalcynowanej, ani najczystsza benzyna świata, ani nawet mikrotom, którym można było przeciąć włos ludzki na sześć równych części. Papier strzępił się na brzegach, wyginał, puchł, skręcał we wszystkich możliwych płaszczyznach - ale nie ustępował. Koło północy okazało się, że jest nasycony pewnym rodzajem żywicy impregnującej obie sklejone kartki w sposób tak doskonały, że wewnątrz z powodzeniem mogłaby się znajdować wysoka próżnia.

Travena opanowała gorączka. Bezcenny rękopis, stanowiący integralną część kolekcji, przestał go właściwie interesować. Zrozumiał, że nie zazna spokoju, dopóki nie weźmie do ręki tkwiącego między sklejonymi kartkami rysunku.

O czwartej nad ranem skapitulował. Popatrzył po raz ostatni na arkusz nr 13, po czym dwoma szybkimi ruchami lancetu przeciął go po przekątnej.

Pokój natychmiast napełnił się tym samym urzekającym i nieznośnym zapachem, lecz bez porównania bardziej intensywnym. Sprawiało to wrażenie, jak gdyby między szczelnie sklejonymi kartkami rękopisu znajdował się jakiś duch uwięziony przez cztery stulecia i dopiero teraz uwolniony z zamknięcia.

To, co po raz pierwszy od czterystu lat wyjrzało na światło dzienne, wyglądało dość niepozornie. Była to bardzo cienka, niemal przezroczysta kartka z nie znanej Travenowi odmiany chińskiego papieru jedwabnego, o wymiarach sześć na osiem cali. (Ściśle: sześć i jedna czwarta cala na osiem i jedną ósmą cala.)

Miała nieznacznie postrzępione brzegi, ślad zagięcia typu kopertowego i czternaście różnej wielkości plamek, z których wydzielał się najbardziej intensywny zapach. Ktoś nieznany nakreślił na tej kartce delikatnymi, lecz stanowczymi liniami plan sytuacyjny Czegoś.

Traven nie miał żadnych wątpliwości, że jest to plan lub szkic sytuacyjny jakiegoś obiektu budowlanego. Geometryczne zarysy budowli czy schowka przypominały do złudzenia współczesne plany budowlane. Lekko faliste linie wskazywały kierunki i drogi dojścia, grubsze, ozdobne, prowadziły do objaśnień wypisanych na marginesach.

Niestety - wszystkie objaśnienia sporządzone zostały tym samym pismem świątynnym, którym dokonywano zapisów w kronice świątyni. Traven wiedział już dostatecznie wiele o pismach syjamskich, aby zdać sobie sprawę, że odcyfrowanie objaśnień będzie niezmiernie trudne. W przedostatnim numerze "Paleographic Quarterly Review" czytał artykuł jakiegoś Francuza, który przyznawał się do swych niepowodzeń na tym polu. Traven zaczął się zastanawiać, jak dalej postąpić. Wkrótce jednak, zupełnie niepostrzeżenie dla siebie, zapadł w ciężki, głęboki sen. Jego głowa opadła bezwładnie na biurko, dłonie bezwiednie objęły pocięty manuskrypt nr 13.

Dziwny to był sen. Nigdy jeszcze przez całe swe sześćdziesięcioletnie życie Harold Traven nie zaznał aż tylu i aż tak nieopisywalnych snów, w których barwy pachniały, dźwięki były kolorowe, w powietrzu unosiły się roślinozwierzęta, a Traven w nie znanym sobie języku dyskutował z ludźmi, którzy mieli głowy dinozaurów.

Obudził się w zupełnej ciemności, z głową pełną mroku i ciężką jak bryła ołowiu. Dochodziła trzecia. Zegarek wskazywał już niedzielę. Traven z wysiłkiem wstał zza biurka i miał przez chwilę wrażenie, że to wszystko po prostu mu się przyśniło. Ale rozcięty manuskrypt nr 13 leżał tuż przed jego oczami, a na nim - niepojęty rysunek Czegoś, wydzielający z siebie odurzającą, piękno-obrzydliwą woń, znacznie już słabszą, lecz ciągle jeszcze dostatecznie wyraźną.

Traven był w końcu lekarzem i nie mógł mieć wątpliwości, że to właśnie ten niemożliwy do nazwania zapach sprowadził na niego siedem godzin chorobliwego snu graniczącego z halucynacją. Ukryty w rękopisie szkic nasycono zapewne jakimś związkiem aromatycznym o właściwościach halucynogennych. Współczesna chemia zna ponad czterysta takich związków. Rzecz stawała się tym bardziej interesująca: w jaki sposób nieznani mnisi w Tajlandii umieli już czterysta lat temu preparować z ziół - bo z czegóżby innego - tak skomplikowane związki chemiczne? Harold Traven miał już zupełną pewność, że ów cienki skrawek jedwabnego papieru nieodwołalnie rozstrzygnął o dalszym biegu jego życia. Resztę niedzieli Traven spędził na mozolnym kopiowaniu objaśnień, jakie znajdowały się na odnalezionym planie czy szkicu. Nie była to sprawa łatwa, zwłaszcza że raz po raz doznawał zawrotów głowy i zauważył u siebie zaburzenia wzroku.

Współczesne pismo tajskie składa się z siedemdziesięciu czterech znaków, na pierwsze wejrzenie wręcz identycznych w rysunku. Daleko posunięta dowolność w stawianiu akcentów i łączników, a także zakorzeniony u Tajów nawyk nierozdzielania wyrazów w zdaniu utrudniają nawet wytrwałym cudzoziemcom odczytanie choćby szyldów sklepowych czy tabliczek z nazwami ulic. Należy do tego dodać, że słowa w języku tajskim są z reguły bardzo długie, a w samym tylko Bangkoku istnieje co najmniej siedem dialektów. Jeżeli sprawa tak wygląda w drugiej połowie XX wieku, można sobie wyobrazić, jak straszliwie skomplikowane były tak zwane pisma sukhotajskie, którymi posługiwano się kiedyś w normalnej korespondencji. Ale nawet osoby biegle znające to pismo byłyby zapewne bezradne wobec na poły kryptograficznego pisma świątynnego, którego używali wówczas kapłani buddyjscy. Mieli oni powody, aby strzec swych tajemnic i na wszelkie możliwe sposoby utrudnić postronnym odczytanie tekstów nie przeznaczonych dla laików.

W niedzielę późnym wieczorem Traven schował odnaleziony rysunek do wnętrza arkusza nr 13 i zamknął to wszystko w specjalnym sejfie o trzech zamkach szyfrowych i trzech zasuwach zapadkowych. Skopiowane napisy włożył do portfela, między karty kredytowe. Potem je wyjął i schował do zewnętrznej kieszeni spodni. Wreszcie przełożył z powrotem do portfela, choć chodziło przecież tylko o zwykłą kartkę papieru z pięcioma rządkami pogmatwanych znaczków.

III

Poniedziałek zaczął się dla Travena fatalnie. Z samego rana wezwał go dyrektor szpitala i zawiadomił, że jeden z pacjentów Travena doznał po zabiegu groźnej infekcji szczęki. Jego adwokat zaskarżył szpital o milion dolarów odszkodowania z powodu cierpień swego klienta i utraty bajecznie wysokich zarobków. Oczywiście o milionie nie ma mowy, powiedział dyrektor, ale ze sto tysięcy na pewno z nas wydoją. Ubezpieczenie pokrywa tylko połowę. Nie stać nas na takie straty. Szpital musi zarabiać pieniądze. To chyba jasne. To powinno być jasne dla każdego zatrudnionego.

- O czym pan myśli podczas zabiegów, doktorze? - spytał ze złością dyrektor. - Zdaje się, że nie sprawia to na panu wrażenia.

- Myślę o życiu płciowym papużek Myopsitta monachus - odpowiedział Traven. - Jest to nader rzadki w przyrodzie przykład kompletnego promiskuityzmu. Czy pan wie, że kilka par tych papużek buduje sobie jedno wspólne gniazdko i wspólnie wychowuje dzieci?

- Mam dość pańskiego chamstwa! - wybuchnął dyrektor szpitala. - Czy pan się nigdy nie nauczy kulturalnego obejścia? Zatrudniam pana od tylu lat...

- To się skończy szybciej niż pan myśli - odrzekł Traven zamykając za sobą drzwi. Człowiek, który w tej sytuacji zawracał mu głowę jakimiś infekcjami i księgowością, nie zasługiwał na lepsze potraktowanie.

Ledwo Traven wrócił do swego gabinetu, recepcjonistka powiedziała, że telefonuje, ni mniej ni więcej, tylko doktor Paul Ryan.

- Kto taki, Ryan? Kto panią upoważnił, żeby go ze mną łączyć? Proszę powiedzieć, że mnie nie ma.

- Kiedy właśnie już powiedziałam, że pan jest.

Paul Ryan, gwiazdor dentystów Wschodniego Wybrzeża, wybitny kolekcjoner rękopisów, budził w tej chwili raczej politowanie niż wrogość Travena. W jego gęsim móżdżku nie mogło nawet powstać przypuszczenie, jakim skarbem jest tajska kronika świątynna. A już interes, jaki Ryan miał do Travena, mógł przyprawiać tylko o ryk śmiechu. Mianowicie dobra znajoma państwa Ryanów, no, krótko mówiąc, pani Guggenheim, urządza właśnie wystawę starych rękopisów. Czy zatem obaj wybitni kolekcjonerzy nie mogliby połączyć swych wysiłków i wspólnie pokazać publiczności co bardziej interesujących pozycji? Dwaj dentyści... to byłoby wspaniałe! W znakomitym stylu!

- Mam propozycję - powiedział Traven.

- Jaką?

- Żeby pan mnie pocałował w dupę, Ryan, i więcej już nigdy nie zawracał mi głowy idiotycznymi pomysłami. Tę kupę śmieci, którą pan uważa za zabytki, może pan sobie wystawiać w publicznym klozecie na Union Square. A pani Guggenheim może się wypchać. Żegnam pana.

Po czym dr Traven wymył ręce i przystąpił do uzupełniania ubytków w szóstce pewnej młodej i atrakcyjnej panienki.

Jakby tego było jeszcze mało, wśród prywatnych pacjentów Travena znalazł się wieczorem jakiś rześki staruszek, posiadacz jednej jedynej dolnej siódemki, który barwnie opowiadał, jak wspaniałym dentystą jest dr Paul Ryan. Staruszek długo i, jak widać, skutecznie, leczył się u Ryana.

Traven przerwał dłubanie w pustej szczęce pacjenta, wyjął z szafki najostrzejszy lancet, skierował go w stronę rześkiego staruszka i krzyknął:

- No to niech pan leci do tego swojego Ryana. Ale szybko! Już!

Staruszek z miną pełną godności spełznął z fotela i oświadczył, że natychmiast złoży w policji meldunek o zagrożeniu swej osoby.

Rzeczywiście, po dziesięciu minutach pojawiło się w gabinecie Travena dwóch policjantów.

- Słyszymy, że pan napada na pacjentów z nożem w ręku - powiedział rosły ponury policjant.

- Spytajcie tego staruszka, ile ma lat i kiedy po raz ostatni badał zawartość cholesterolu w arteriach - odburknął Traven. - I nie przeszkadzajcie mi, panowie, bo właśnie szykuję się do resekcji.

Ale nawet najgorszy poniedziałek ma to do siebie, że się kiedyś kończy. Potem przyszedł wtorek i Traven mógł już spokojnie myśleć nad rozwiązaniem zagadki tajskiego rękopisu. .

IV

Trzy tygodnie upłynęły Travenowi na próbie znalezienia kogoś, kto mógłby przetłumaczyć objaśnienia do planu. Doktor udał się nawet na weekend do San Francisco, aby zasięgnąć rady u znajomego chińskiego antykwariusza. Ten jednak bezradnie rozłożył ręce i otwarcie powiedział, że nie sądzi, aby ktokolwiek na świecie umiał odczytać to pismo. W tej części Azji było w użyciu ponad siedemdziesiąt alfabetów, z których niemal każdy miał po kilka odmian. O wielu rodzajach pisma nawet miejscowi lingwiści mają ledwo przybliżone pojęcie. A w końcu, powiedział Chińczyk, nie chodzi przecież o kamień z Rosetty ani o pismo Majów? Czy pan nie ma większych zmartwień, doktorze?

Traven wzruszył ramionami i wrócił do Nowego Jorku. Dojrzało w nim bezwzględne postanowienie, że albo tajemnicę planu rozwiąże własnymi siłami, albo nie podzieli się nią z nikim innym. Dlatego porzucił początkowy zamiar, aby fotokopię objaśnień do planu wysłać do Bangkoku, gdzie na pewno znaleźliby się znawcy pisma świątynnego. Zrezygnował też z zamiaru, jaki przez chwilę żywił, aby opublikować kopię objaśnień w którymś z międzynarodowych kwartalników orientalistycznych i zaapelować do uczonych o odcyfrowanie tajemniczego zapisu.

Traven przestał bywać na Bleecker Street. Prześladowała go obawa, że znów zatruje się - tak to nazywał w myśli - owym niepojętym zapachem. Poza tym nie miał tam właściwie nic do roboty. Kolekcja przestała go interesować. Dziwiąc się sam sobie stwierdzał co ranka, że nie spocznie, dopóki nie rozwiąże tajemnicy tych przeklętych węzełków.

Ponieważ dalszy ciąg niezwykłych przygód doktora Harolda Travena przypominał najgorsze rodzaje "przygód z dreszczykiem", nie należy się dziwić, że rozwiązanie nadeszło samo, jak za podszeptem tajemniczych sił.

Pod koniec października przybył do Nowego Jorku na gościnne wykłady profesor filozofii dalekowschodniej uniwersytetu w Bangkoku, pan Thanchhen Khumurumvanit Sukhrumvitcharan. Przez zupełny przypadek zaszedł do znanego antykwariatu na 54 Ulicy Wschodniej, zwabiony wystawionym w witrynie drzeworytem. Właściciel antykwariatu opowiedział mu o pewnym nowojorskim dentyście, który...

Spotkanie obu panów było kwestią jednego telefonu. Traven od wieków nie był w restauracji, lecz zaprosił swego gościa do "Forum Dwunastu Cezarów". Zamówił najdroższą, dwunastoletnią whisky i francuskie wino, które zresztą sam pił po raz pierwszy w życiu. Dopiero po kawie wyciągnął z portfela niewielką kartkę pokrytą pięcioma rzędami krętych znaczków.

Profesor Sukhrumvitcharan obejrzał ją dokładnie i nie ukrywał zaskoczenia. Znał stare pismo świątynne na tyle dobrze, aby odczytać przepisany przez Travena tekst, jednakże zbitka znajdujących się tam słów wydawała mu się zupełnie pozbawiona sensu. Przez jedną krótką chwilę profesor podejrzewał nawet swego nowo poznanego znajomka o mistyfikację. Wystarczyło jednak spojrzeć w twarz Travena, aby w niej dostrzec taki rodzaj napięcia, jakiego nikt symulować nie potrafi. Profesor zamówił jeszcze jedną whisky i zabrał się do tłumaczenia. Nie była to sprawa prosta. Musiał najpierw znaleźć odpowiedniki we współczesnym języku tajskim, a dopiero potem mozolnie szukać mniej więcej zbliżonych pojęć w języku angielskim. Profesor przywoływał z pamięci cały zasób słownikowy swej zupełnie niezłej angielszczyzny, Traven cierpliwie notował kolejne wersje tłumaczenia. Dopiero koło jedenastej wieczorem, kiedy zostali już zupełnie sami w opustoszałej sali restauracyjnej, a kelner dał do zrozumienia, że czcigodni goście mocno się zasiedzieli, Traven zapisał na oddzielnej kartce ostateczną wersję tłumaczenia. Brzmiało ono tak: "DROGA DO GROTY POTĘGI I ŚMIERCI. Jeżeli nie padłeś pod zębami moich strażników, ty, dobro-zły. Osiemset trzynaście kroków od dziedzińca. Zgroza i Zguba. W kierunku wielkiego drzewa. Płaski kamień, głowa węża. Ruszaj, nie ruszaj. Brązowa tarcza. Trzy razy trzeba khamman. Studnia strachu i śmierci. Wielkie Wyjście. Tam Wielki Mocarz, który zabije Świat".

Profesor Sukhrunwitcharan, dobrze podochocony alkoholem, wyjaśniał zawile, że większość słów w tym tekście jest zbyt wieloznaczna, aby można ją było tłumaczyć na angielski. Na przykład słowo "potęga" w pierwszym wierszu może również oznaczać władzę, panowanie lub siłę. "Studnię strachu i śmierci" można również rozumieć jako przepaść niepokoju i rzeczy ostatecznych. Co się zaś tyczy tajemniczego słowa khamman, to profesor nigdy się z nim nie spotkał. A w ogóle to cały ten tekst sprawia wrażenie, jak gdyby był pisany przez szaleńca.

Już po zapłaceniu rachunku profesor poprosił o jeszcze jedną whisky i wyraził życzenie obejrzenia oryginału tego dziwnego zapisu.

Traven oświadczył chłodno, że jest to całkowicie niemożliwe. Wstał, zawiadomił profesora, że w najbliższym czasie zrewanżuje mu się za uczynność, i niemal siłą odprowadził swego gościa do taksówki.

Sukhrunwitcharan wytrzeźwiał nagle, żegnając się z Travenem, i po ostatnim uścisku dłoni powiedział coś zadziwiającego:

- Jeśli ma pan zamiar szukać zakopanych skarbów lub czegoś w tym rodzaju, doktorze, to niech mi wolno będzie przestrzec pana przed tym z całą powagą. Azja, drogi doktorze, do dziś kryje w sobie tajemnice, o których nie śniło się nawet współczesnej nauce. Jestem absolwentem dwóch europejskich uniwersytetów, nie należę do ludzi przesądnych i nie chciałbym, aby uważał mnie pan za wyznawcę czarnej magii lub tym podobnych bzdur. Ale proszę mi wierzyć, że Azja to jest kontynent miliona spętanych diabłów. Zbyt wiele widziałem już trudnych do wytłumaczenia wydarzeń i zbyt często doznawałem lęku przed niebezpieczeństwami, których w żaden sposób nie umiałbym wyjaśnić. Niech pan lepiej zostawi to w spokoju. Niech pan kontynuuje swe badania nad pismem, za co mieszkańcy naszego kontynentu na pewno będą panu wdzięczni. Nie potrafi pan nawet przewidzieć, skąd nagle może sięgnąć po pana czarna ręka naszych azjatyckich diabłów.

V

Traven nie mógł ukryć zniecierpliwienia i szyderczego uśmiechu. Nie wierzył oczywiście w żadne bajdy, legendy i przesądy. Pożegnał profesora i następną taksówką pojechał na Bleecker Street. Teraz miał w ręku klucz do odnalezionego planu.

Otwierając drzwi na pierwszym piętrze potknął się o coś śliskiego. Kiedy zapalił światło w przedpokoju, spostrzegł, że u progu leży martwy, silnie już wzdęty wąż.

Wąż w Nowym Jorku? W jakiż znów sposób na Manhattanie, gdzie od dobrych dwustu lat nie żyły żadne dzikie zwierzęta oprócz szczurów, mógł się pojawić wąż? I dlaczego właściwie ten cholerny, leniwy dozorca tak rzadko zamiata klatkę schodową?

Harold Traven był człowiekiem twardym, pozbawionym lęków i absolutnym, stuprocentowym racjonalistą. Nie mógł jednak uwolnić się od niejasnego poczucia, że w tym mrocznym, milczącym pomieszczeniu zaczęło się dziać coś, czego nie potrafi wyjaśnić sceptyczny, wykształcony przyrodnik, doktor Harold Traven.

Przeszedł przez sześć pokojów, w każdym po kolei zapalając światło.

Drzwi od gabinetu były lekko uchylone, w powietrzu unosił się jeszcze ślad owego niepojętego zapachu, o którym Traven nie potrafiłby w tej chwili powiedzieć, czy jest najpiękniejszym zapachem, jaki kiedykolwiek poczuł w życiu, czy też przypomina woń rozkładającego się trupa.

Traven usiadł przy biurku, wyciągnął kartkę z tłumaczeniem objaśnień, potem sięgnął po pęk kluczyków od sejfu. Lampy nad biurkiem rzucały ostry cień. Traven włożył klucz do pierwszej zapadki i znieruchomiał.

Na uchwycie od górnej szuflady wisiał bezwładnie duży szarozielony wąż.

Był znacznie większy od tego, którego Traven znalazł przy progu drzwi wejściowych. Szpiczasty martwy pysk o zamkniętych powiekach był dosłownie wkręcony w stalową ramkę sejfu. Wąż musiał zdechnąć niedawno. Jego seledynowe podbrzusze połyskiwało jeszcze jak miedziane spatynowane zwierciadełko. W zamarłej paszczy wyraźnie rysowały się zaciśnięte kurczowo szczęki.

Zamiast lęku spłynęła na Travena złość. Nie należał do ludzi poddających się nastrojom i nie miał zamiaru ulegać opętaniu. Dwa zdechłe węże w południowej części Manhattanu były na pewno zjawiskiem niezwykłym, lecz z całą pewnością wytłumaczalnym, jak wszystko, co wydaje się niektórym ludziom tajemnicze i nadprzyrodzone. Traven znalazł jakąś szczotkę, o której istnieniu nie miał pojęcia, uchylił okno i wyrzucił węża na podwórze. Dopiero wtedy spostrzegł, że szyba jest pęknięta; w środku rozchodzących się promieniście pęknięć widniał otwór o średnicy jednego cala, wystarczający w zupełności, aby wąż mógł się tędy prześliznąć. Traven po raz pierwszy pożałował, że na Bleecker Street nie ma radia lub telewizora. Martwa, wroga cisza spowijała wszystkie pokoje.

Otworzył sejf i spomiędzy rozciętego arkusza nr 13 wyciągnął plan. Swym równym, spokojnym pismem wpisał pod każde objaśnienie z osobna tekst tłumaczenia pochodzącego od Sukhrumvitcharana. Wpatrywał się w rysunek z pół godziny.

Nagle doznał poczucia, że widzi tę świątynię, wielkie drzewo, brązową tarczę, rozplenioną dżunglę dokoła. Wciągnął głęboko zapach chińskiego jedwabiu i w ciągu jednej sekundy podjął nieodwołalne postanowienie, że pojedzie do Lerng Nokhta. Bez względu, na koszty i bez względu na wszelkie niebezpieczeństwa. Ostatecznie, jaki właściwie sens ma życie takiego człowieka jak Traven? Ile jeszcze rękopisów można zebrać? Czego jeszcze można się dowiedzieć o dziejach ludzkiego pisma, skoro każdy człowiek z osobna, od dwudziestu czy trzydziestu wieków, w tysiącu alfabetów i stu tysiącach odmian tworzy na nowo historię? Przecież nie można zebrać próbek czterech miliardów rodzajów pisma. Dobrze, odliczmy analfabetów; tak czy inaczej zostanie dwa i pół miliarda. A ci z przeszłości, którzy też przecież pisali? Ilu ich było - miliard, półtora, dwa?

Tak oto w ostatnim dniu października 1979 roku doktor Harold Traven, pięćdziesięciodziewięcioletni dentysta z Nowego Jorku, jeden z międzynarodowych autorytetów w zakresie historii pisma, uznał, że hobby, któremu poświęcił prawie czterdzieści lat swego życia, przestało go interesować.

Nazajutrz poprosił w szpitalu o urlop i oznajmił wszystkim zaprzyjaźnionym antykwariuszom nowojorskim, że przystępuje do sprzedaży swej słynnej kolekcji rękopisów.

Tego samego dnia zarezerwował na początek grudnia miejsce w samolocie do Bangkoku.

Londyński Sotheby dowiedział się jakimś sposobem o sensacji. Wyprzedził uboższych konkurentów i uzyskał prawo zorganizowania pierwszej aukcji. Trwała przez trzy dni i zgromadziła ponad dwa tysiące uczestników - od dyrektorów wielkich muzeów narodowych po największych rekinów rynku antykwarycznego. Ku powszechnemu zaskoczeniu jej wyniki były dość skromne: sprzedano zaledwie piętnaście procent rękopisów na łączną sumę sto pięćdziesiąt sześć tysięcy dwieście trzydzieści dolarów. Doktor Harold Traven przeznaczył na sprzedaż tylko niewielką część swego legendarnego zbioru.

Jednakże dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów - bo tyle zostało Travenowi po zapłaceniu podatków - było sumą wystarczająco wielką, aby podjąć wyprawę do nieznanej świątyni w Tajlandii. Harold Traven przeznaczył na to swój trzymiesięczny urlop, do którego miał prawo jak niewielu ludzi: od dwudziestu sześciu lat nie korzystał z urlopu wypoczynkowego.

W sobotę, ósmego grudnia 1979 roku, Harold Traven zajął miejsce w Boeingu 747 lecącym przez Rzym, Teheran i Kalkutę do Bangkoku i Tokio.

Wkrótce po starcie, po drinku poprzedzającym kolację, Traven przerzucił popołudniowe wydania gazet nowojorskich. Jego wzrok przyciągnęła niewielka notatka dotycząca procesu, jaki władze miejskie wytoczyły właścicielowi niewielkiego sklepu zoologicznego na 9 Ulicy Wschodniej. Został on obwiniony o sprowadzenie niebezpieczeństwa publicznego na skutek tego, że w niedostateczny sposób zabezpieczył klatkę, w której znajdowało się czternaście tropikalnych węży. W nocy wydostały się one z klatki, następnie ze sklepu, i rozpełzły się po okolicznych domach, ulicach i zaułkach. Dwa z nich zaatakowały przechodniów, z których jeden, osiemdziesięcioczteroletni Harry Mitmeister, emerytowany krawiec, zginął na miejscu wskutek ukąszenia.

Właściciel sklepu tłumaczył się, że klatka była zupełnie szczelna i została zbudowana zgodnie z przepisami sanitarnymi. Nie umiał jednak podać żadnego powodu, dla którego węże wydostały się z klatki.

Harold Traven odłożył gazetę, zamówił u stewardessy puszkę piwa imbirowego i dotknął kieszeni, w której znajdowała się fotokopia pewnego planu sprzed czterystu lat.

VI

W ciągu trzech dni po przylocie do Bangkoku Harold Traven uporał się z fizjologicznymi następstwami koszmarnego upału, co innym przybyszom zajmuje zazwyczaj około dwóch tygodni. (Trzeba tu wyjaśnić, że południowa Tajlandia zażywa sławy najgorszego klimatu na kuli ziemskiej, podobno porównywalnego tylko z Gujaną). Traven miał za sobą trzy lata tropikalnej zaprawy podczas wojny na Pacyfiku. Dokładnie wiedział, kiedy należy zażywać bezmyślnej sjesty, a kiedy trzeba się zmusić do ruchu za wszelką cenę.

Czwartego dnia po przylocie Traven rozpoczął przygotowania do wyprawy w okolice Lerng Nokhta, skąd prawdopodobnie pochodził manuskrypt nr 13. Oczywiście marynarz mógł to wszystko zmyślić. Oczywiście rękopis mógł z powodzeniem pochodzić z zupełnie innego rejonu. Ale determinacja Travena była bezgraniczna; był gotów spędzić resztę życia na poszukiwaniu Groty Potęgi i Śmierci.

Pora deszczowa skończyła się przed tygodniem. Powietrze było jeszcze parne, grząskie błoto dymiło i bulgotało przy każdym poruszeniu, lecz słynne syjamskie niebo już rozjaśniło się i bezlitośnie grzało jak piekarski piec. Po Silom Road, po Sukhumvit Road, po Alei Króla Ramy Czwartego pędziły ryczące potoki aut, biegli przekupnie z naręczami placków owsianych i pachnących pierożków, śmigały motorowe ryksze o wzorzystych baldachimach, przechadzały się zwiewne, kruche dziewczyny podobne do motyli.

Wynajęcie łazika z kierowcą było sprawą stosunkowo prostą, choć właściciel przedsiębiorstwa wynajmu zażądał trzykrotnie wyższej stawki, kiedy dowiedział się o celu podróży. Traven musiał zdeponować cztery tysiące dolarów tytułem kosztów wyprawy. Żywił niewielką nadzieję na odzyskanie tej sumy. Dużo trudniej poszło z wynajęciem tłumacza. W odpowiedzi na ogłoszenie, jakie Traven zamieścił w "The Bangkok Post", zgłosiło się do hotelu "Oriental" ze czterdziestu młodych, porządnie ubranych ludzi mówiących niezłą angielszczyzną i sprawiających wrażenie, że są gotowi na wszystko. Traven oferował im pięćset bahtów dziennie, czyli dwadzieścia pięć dolarów amerykańskich. Siedem ósmych mieszkańców Tajlandii nie zarabia takiej sumy w ciągu miesiąca.

Kandydaci na tłumaczy rezygnowali jednak jeden po drugim, kiedy dowiadywali się, że ich przyszły pryncypał nie potrafi określić ani dokładnej trasy, ani czasu trwania wyprawy, ani - co najgorsze - jej rzeczywistego celu. Większość bała się prawdopodobnie dociekliwych pytań policji. Inni zdradzali zabobonny lęk przed dżunglami wschodniej Tajlandii, o których różnie w stolicy mówiono.

Pozostał w końcu jeden kandydat gotowy na wszystko: niski, nerwowy, dwudziestopięcioletni chłopak o tak skomplikowanym imieniu i nazwisku, że został nazwany po prostu Numi. (Nazwiska tajskie składają się co najmniej z osiemdziesięciu liter plus imiona - im dłuższe, tym lepiej). Numi pracował kiedyś w miejscowej filii USIA (Agencja Informacyjna Stanów Zjednoczonych), potem w biurze maklerskim, ale zdaje się, że miał dość burzliwy i niezbyt przejrzysty życiorys. Chwilowo utrzymywał się z nadziei na lepszą przyszłość.

Numi mieszkał po drugiej stronie rzeki Chaophraya, w znośnej dzielnicy Talathplu. Leżała ona w okolicach dworca kolejowego Taratphlu. Nie ma sposobu, aby przystępnie wyjaśnić cudzoziemcowi różnicę w pisowni tych dwóch niemal identycznych nazw. Trzeba je po prostu przyjąć do wiadomości.

Traven, który odwiózł Numiego do domu, aby się zorientować w środowisku, z jakiego pochodził jego nowy towarzysz podróży, zrozumiał, że musi porzucić zamiar choćby najpobieżniejszego zaznajomienia się z językiem Tajów. Uświadomił sobie, że droga z centrum miasta do domu Numiego wiedzie najpierw przez most Phraphuthayotfar, a potem, od pomnika Taksina, przez Intraphitak Road i Pchetchakasem Road aż do skrzyżowania z Charansanitvong Road. Żaden amerykański mózg nie jest w stanie zapamiętać takich nazw.

Piętnastego grudnia 1979 roku, o godzinie czwartej trzydzieści rano dr Harold Traven wraz z Numim i kierowcą, który dla uproszczenia został nazwany Singiem, wyruszył w kierunku Lerng Nokhta.

Łazik został wypakowany po brzegi zapasami żywności oraz środków opatrunkowych i dezynfekcyjnych. Znalazła się nawet moskitiera, z której Traven był szczególnie dumny. Przypomniał sobie lektury wczesnej młodości, awanturnicze opowieści o podróżnikach lub traperach. Starał się wyposażyć swą ekipę według wszelkich starych przepisów. Jak niewiele potrzeba, aby spełniły się marzenia dzieciństwa.

Dopiero jednak po wyjeździe Traven zorientował się, że nie ma ze sobą żadnej broni. Zakupienie pistoletu z amunicją nie byłoby w Bangokoku sprawą łatwą: miejscowe władze wojskowe są zazdrosne nawet o przedpotopowe strzelby. Zresztą Traven nie umiał strzelać. Jednak o jakąś zwykłą szablę, w rodzaju tych, które sprzedaje się na Sunday Market, trzeba się było postarać.

W najbliższym miasteczku Traven zatrzymał łazika i z pomocą Numiego kupił za siedemdziesiąt pięć bahtów potężny, lekko zakrzywiony szablomiecz, używany przez chłopów do wycinania zagajników bambusowych. Nie przypuszczał, że ta toporna broń za kilkanaście godzin uratuje mu życie.

Pierwszą noc spędzili w Nakorn Rajsima, dwieście sześćdziesiąt cztery kilometry od Bangkoku, w zupełnie porządnym zajeździe. Traven zaprosił Numiego i Singa na kolację, do której postawił piwo znakomicie ochłodzone w podróżnej lodówce. Doznawał poczucia, że młodnieje z każdą godziną tej wyprawy. Przez moment ze zdumieniem pytał sam siebie, dlaczego właściwie strawił całe życie na wyrywaniu cudzych zębów i ślęczeniu nad starymi papierami.

Och, dobrze by było zobaczyć tego fircyka, Paula Ryana. Ciekawe, jak długo wytrzymałby w tym przeklętym skwarze - dobę czy dwie?

Następnego dnia zaczęły się pierwsze kłopoty. Na północny wschód od Nakorn Rajsima stan dróg pogorszył się gwałtownie, nawet droga państwowa na Wong Khai była całymi kilometrami prawie nieprzejezdna. Stacji benzynowych spotykali coraz mniej. Sing, który nie mówił ani słowa po angielsku, doradził za pośrednictwem Numiego, aby kupić kanister i wieźć ze sobą zapas paliwa. Udało się to dopiero w Ban Pai. Za mocno pordzewiały, pięciogalonowy kanister z wyraźnymi jeszcze znakami USAF (Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych) Traven zapłacił trzydzieści dolarów.

Znowu mijali pola ryżowe, gaje bambusowe, ludne wsie zamieszkane przez coraz dziwniej odzianych ludzi; góry stawały się coraz bardziej strome, pokryte zbałwanioną runią dżungli; w przydrożnych chaszczach nurkowały, mlaskały i kwiczały trudne do nazwania zwierzęta porośnięte ni to futrem, ni łuską.

Drugą noc spędzili w miasteczku Maha Sarakam nad rzeką Namchi. Nie było tu już żadnego hotelu. Sing spał w łaziku. Numi poprosił o zaliczkę i z bezczelnym uśmieszkiem powiedział, że sam sobie poradzi. Traven skorzystał z pokoju gościnnego na piętrze w miejscowej komendzie garnizonu.

Maha Sarakam było raczej wielką wsią niż małym miastem. Od dżungli porastającej lewy brzeg rzeki zionął duszny zgniły zaduch, niósł się rechot żab drzewnych, wytężone brzęczenie moskitów i wycie jakichś nieznanych zwierząt. Na uliczkach miasteczka, oświetlonych łojowymi kagankami, odbywał się wieczorny targ. Biegały rozbawione dzieci, dzwoniły zapamiętale dzwonki rowerów, półnadzy mężczyźni szli w mroku, niosąc na głowach piramidy towarów.

Traven podkręcił knot lampy naftowej - to śmieszne, ale umiał się obchodzić z tym antycznym sprzętem; pamiętał go jeszcze z domu swego dziadka w Idaho - i nie mógł się powstrzymać, aby przed snem nie obejrzeć swego skarbu. Nosił go w impregnowanym, wodoszczelnym woreczku wszytym w pas okalający plecy i klatkę piersiową.

Ów skrawek jedwabnego papieru, który spowodował już tyle zmian w życiu Travena, wyglądał w mdłym świetle lampy jeszcze niepozorniej. Nadal wydzielał z siebie tamten niewytłumaczalny zapach, znacznie już słabszy, lecz ciągle jeszcze odurzający.

Traven obejrzał jeszcze raz oryginał rysunku, który znał już prawie na pamięć. Potem zaczął go porównywać ze sporządzoną przez siebie kopią. Nagle poczuł na ramieniu chłód, jak gdyby ktoś przytknął mu do szyi bryłę lodu. Spojrzał odruchowo przez ramię i zmartwiał. Po jego lewym ramieniu pełznął bezszelestnie niewielki czerwony wąż. Traven nie potrafił później odtworzyć sobie, jak długo siedział w bezruchu, wstrzymując oddech. Wąż zsunął się wreszcie po brzuchu Travena. Szybkim wyrzutem ciała spadł na oryginał rysunku. Zwinął się w kłębek i pokrył sobą niemal cały rękopis. Dopiero wtedy z jego trójkątnego pyska wystrzelił długi, rozdwojony język.

Wołanie o pomoc nie miało sensu. Traven odczekał jeszcze chwilę i podszedł na palcach do przeciwległego kąta pokoju, gdzie na podręcznej torbie z bielizną leżała zakupiona właśnie szabla. Traven liczył, że uda mu się spędzić węża z manuskryptu i dopiero wtedy rozciąć go na pół. Uderzenie w zwinięty, syczący kłębek oznaczałoby zniszczenie cieniutkiej bibułki z bezcennym szkicem.

Szykując się do zadania ciosu Traven obrzucił wzrokiem pokój. Jeszcze raz zamienił się w słup soli. Po zewnętrznej stronie delikatnej siatki metalowej, wstawionej luzem w ościeżnicę okna dla ochrony przed moskitami, wiło się z dziesięć, może piętnaście węży rozmaitej długości i najróżniejszych kolorów. Siatka chwiała się pod ich naporem i lada chwila mogła spaść do wnętrza pokoju.

Ogarnięty paniką Traven rzucił się do drzwi, ale nie mógł ich otworzyć. Krzyknął, kopnął w drzwi, zaczął się z nimi szamotać. Potem drzwi nagle ustąpiły. U progu leżał ogromny, liczący chyba ze cztery stopy seledynowy wąż o prawie białym podbrzuszu. W chwili kiedy Traven uchylił drzwi, wąż prześliznął się błyskawicznie przez drewniany próg i zaczął sunąć w kierunku manuskryptu.

Traven z szablą w ręku, nie panując nad własnymi ruchami, zbiegł na parter budynku. Młody wartownik zerwał się, chwycił za broń. Nie rozumiał jednak po angielsku. Dopiero po chwili zjawił się rozespany oficer, który przyświecając sobie latarką wszedł na piętro. Zatrzymał się przed progiem. To co zobaczył przez uchylone drzwi, przyprawiło go o przerażenie. Węże kłębiły się, syczały, ich gibkie ciała wyginały się w łuk i spadały z rozmachem.

Oficer zbudził chyba pluton żołnierzy. Uzbrojeni w ostro zakończone kije bambusowe stanęli w drzwiach pokoju Travena i wrzucili do wnętrza wiązkę tlących się ziół o odrażającym zapachu. Węże zaczęły jeden po drugim wypełzać z pokoju. Tuż za progiem żołnierze z niebywałą wprawą zabijali je kijami, celując szpicem w nasadę łba.

W ciągu godziny zabito dwadzieścia cztery węże. Tylko jeden z nich, właśnie ten mały, o rdzawoczerwonej łusce, który pełzł po szyi Travena, był rzeczywiście groźny dla człowieka: jego jad zabijał w ciągu pięciu minut.

Traven do rana już nie zmrużył oka. Zrozumiał wreszcie, że zapach wydzielany przez manuskrypt ściąga węże jak magnes. Jego przyrodnicze wykształcenie nie pozwalało jednak dostrzec żadnego logicznego związku między zapachem starego papieru i epidemią obłędu wśród węży. Rzeczywiście sprawiały wrażenie opętanych lub znarkotyzowanych. Ale przyroda nie toleruje takich dewiacji w królestwie zwierząt. Chorzy po prostu giną, przegrywają walkę o byt. Któż, u diabła, mógł przed czterema wiekami wymyślić środek odurzający węże?

Traven schował rękopis do woreczka, owinął go kilkakrotnie przylepcem i postanowił więcej nie wyjmować go aż do końca podróży. Miał w końcu wierną, a zarazem bezpieczną kopię. Zdecydował też ukryć przed Numim i Singiem swą nocną przygodę. Mogłaby ich odstraszyć. Numi zresztą wrócił rano w złym humorze. Stał się opryskliwy, a nawet pozwalał sobie na zuchwałe żarty pod adresem Travena.

VII

Siedemnastego grudnia pozostał do przebycia najkrótszy, liczący tylko sto dziewięćdziesiąt kilometrów, lecz i najtrudniejszy odcinek drogi. W miejscowości Sela Pcom ostatecznie kończyła się utwardzona droga. Resztę trasy musieli przebyć po zupełnych bezdrożach lub wąskimi spiralnymi ścieżkami wiodącymi przez górską dżunglę. Turyści nie zaglądali nigdy do tych odludnych miejsc, wojna ominęła góry. Z każdą przejechaną milą oddalał się dwudziesty wiek.

Ludzi było tu niewielu. Przemykali się chyłkiem po zboczu i znikali w dżungli jak duchy. Należeli do plemion, o których Traven nigdy nie słyszał. Nosili czarne obcisłe szaty i purpurowe turbany. Spotykało się coraz częściej łuki i dzidy, a także ręcznie wykonane skałkówki na krzemień i podsypkę z prochu. Nieruchomy wilgotny upał wydawał się nie do wytrzymania. Miliony maleńkich muszek wciskały się do ust i nosa, spod kół łazika uciekały wydry i leniwe jaszczurki, w gęstych koronach drzew darły się hałaśliwe ptaki podobne do papug. Traven, ociekając strugami potu i z trudem łapiąc w płuca rozpalone powietrze, rozpuszczał co chwila pastylki dezynfekujące wodę i pił bez opamiętania. Chwilami miał wrażenie, że śni. W żaden sposób nie mógł uwierzyć, że zaledwie dziewięć dni temu zamykał się w swej pracowni na Bleecker Street.

Tuż przed zapadnięciem zmierzchu, znużeni do ostateczności, dotarli wreszcie do miasteczka Lerng Nokhta. Była to osada niemal odcięta od świata, zamieszkana głównie przez jakichś ludzi w kolorowych spódnicach i cytrynowożółtych przepaskach na głowie. Nawet Numi nie umiał się z nimi porozumieć, choć utrzymywał, że zna czternaście głównych dialektów tajskich oraz języki Czamów i Khmerów. Łgał oczywiście. Łgał od pierwszej chwili. Im dalej odjeżdżali od Bangkoku, tym bardziej jego arogancja przybierała na sile.

Traven nie miał już wątpliwości, że Numi pracuje dla policji. Szastający pieniędzmi Amerykanin, wybierający się w dżungle wschodniego pogranicza bez wyraźnie określonego celu, musiał być dla tajlandzkiej policji postacią dość zagadkową. Po prostu wysłali swojego człowieka w trop za podejrzanym przybyszem.

Pierwsza noc w Lerng Nokhta była najgorsza ze wszystkich. Traven spędził ją na ciasnym, dusznym strychu jakiegoś spichlerza, tuż nad zagrodą dla bawołów. Ani na chwilę nie milkł chrobot szczurów i mlaskanie jaszczurek. Bawoły czochrały się o drewniane słupy i miesiły racicami nigdy nie wysychające błoto. Mniej więcej co dziesięć minut Traven zapalał latarkę w przeświadczeniu, że po ścianie strychu pełznie wąż.

Nazajutrz o świcie ekipa Travena rozpoczęła poszukiwania świątyni buddyjskiej. Numi dowiedział się wreszcie, o co chodzi, i nie miał już wątpliwości, z kim ma do czynienia: ten dziwny Amerykanin był po prostu rabusiem antyków. Nie jest to tak znów wielkie przestępstwo według praw tajlandzkich; policja zawsze jest skłonna wysłuchać argumentów wspartych odpowiednio wysoką łapówką. Numi wiedział już, czego się trzymać. Na krótko odzyskał nawet dobry humor.

W Lerng Nokhta znajdowały się trzy pagody buddyjskie. Z pierwszej odprawiono Travena po krótkiej rozmowie. Nie było w niej nic ciekawego do oglądania: skromny banalny ołtarz, kilka parawanów, dwa dzwony - to wszystko. W drugiej pagodzie Traven wdał się w długą i kłamliwą opowieść. Słyszał mianowicie, że albo w samym miasteczku, albo w jego okolicy znajduje się jeden z najpiękniejszych w Azji posągów Buddy. Traven jest historykiem sztuki azjatyckiej i bardzo chciałby ten posąg obejrzeć.

Siwy, krótko ostrzyżony mnich pokręcił przecząco głową. Owszem, są posągi Buddy, ale to rzeczy nowe i mało interesujące. Tamte, rzeczywiście wspaniałe, o których wieści przechodzą z pokolenia na pokolenie, poginęły podczas niezliczonych wojen, jakie tu toczono przez całe wieki. Kiedyś, może trzysta albo pięćset lat temu, cała ta okolica była gęsto zaludniona, wznosiły się bogate miasta i świątynie, w dolinach stały wspaniałe pałace. Ale wojny wszystko zniszczyły. Dżungla pożarła ślady przeszłości, nikt od dawna nie chce się osiedlać w tym odludziu. Czasem tylko można napotkać w dżungli jakieś ruiny lub resztki murów obronnych, o których dzisiaj nikomu już nic nie wiadomo. Tylko im, mnichom, jest obojętne, gdzie oczekują na koniec świata.

Najgorzej powiodło się przybyszom w trzeciej, ostatniej pagodzie, stojącej na skraju miasteczka. Młody, odrażająco brzydki mnich o twarzy szczura nie wpuścił Travena nawet na wewnętrzny dziedziniec. Sprawiał wrażenie, że za chwilę chwyci za kij, aby odpędzić intruzów. Nie, nie ma tu żadnego posągu Buddy. Nie, nikt o takim nie słyszał. Nie, nie wolno wejść na dziedziniec.

Traven uświadomił sobie nagle, że jego wyprawa zaczyna tracić sens. Podniósł głos: ma ze sobą zezwolenie rządu na zwiedzanie wszystkich świątyń w całym kraju, wobec czego domaga się stanowczo, aby go wpuszczono do środka.

Mnich wybuchnął nagle potokiem słów, gestykulował, tupał, zawodził. Numi wysłuchał tego z uwagą i zainteresowaniem. Potem wyjaśnił Travenowi, nie ukrywając cynicznego uśmieszku:

- On mówi, że nigdy więcej nie wpuści żadnych białych do wnętrza. Dwa lata temu był tu jakiś młody Amerykanin. Mnisi przenocowali go i nakarmili, a on włamał się w nocy do schowka i ukradł im jakieś bardzo stare dokumenty.

Traven w jednej chwili podjął decyzję.

- Powiedz mu, Numi, że jeżeli porozmawia ze mną szczerze, pomogę im odzyskać te dokumenty. Domyślam się, gdzie mogą być.

Numi przybrał triumfującą minę - właśnie potwierdzał się jego domysł co do prawdziwego charakteru podróży Travena, którą to przenikliwość policja na pewno doceni - i przełożył mnichowi propozycję Amerykanina, dodając do niej swe własne komentarze.

Szpetny mnich cofnął się w głąb furty i niechętnym gestem wskazał Travenowi drogę przez dziedziniec.

W półmroku świątyni pełgały płomyki lampek oliwnych, snuł się błękitny dym trociczek. Przed drewnianym posągiem Buddy stały miseczki z owocami i ryżem oraz brzydkie, poszczerbione wazony ze świeżymi kwiatami. Spod stropu zwisały długie paski z tekstami modlitw i podziękowań. Było ciemno, bardzo gorąco, zupełnie cicho. Tylko niedostrzegalne dzwonki za ołtarzem napełniały mrok brzęczeniem delikatniejszym niż bzykanie os.

- Czego on chce? - spytał mnich wsuwając dłonie w szerokie rękawy swej pomarańczowej szaty.

Traven przysiadł na kamiennym podeście i wyciągnął portfel. Szperał w nim przez chwilę, w końcu wyjął ćwiartkę bezdrzewnego papieru, na której przed wyjazdem własnoręcznie wypisał słowo wydające mu się kluczem do tajemnicy. Występowało na początku każdej z sześćdziesięciu pięciu kart kroniki świątynnej. Traven uznał, że musi ono oznaczać albo nazwę świątyni, albo miejsce, w którym się ona znajduje. Tylko po ustaleniu tych szczegółów można było kontynuować wyprawę.

Mnich rzucił okiem na podaną mu kartkę i wzruszył ramionami.

- Nie rozumiem - powiedział niechętnie. - O co chodzi temu przybyszowi? Skąd on ma ten zapis?

- Przyjacielu - rzekł z naciskiem Traven. - Postaraj się zrozumieć. Nie odejdę stąd, dopóki mi nie powiesz, co to słowo oznacza i gdzie leży miejsce, o którym tu mowa.

Mnich spojrzał jeszcze raz na Travena jakby badając, czy ma do czynienia z człowiekiem o zdrowych zmysłach.

- Dlaczego - spytał - mam temu człowiekowi zdradzać nasze tajemnice?

- Powiedz mu, Numi, że to leży w ich własnym interesie - wtrącił pospiesznie Traven. - Mogą odzyskać swój skarb. Mnich pomilczał przez chwilę.

- Słowo napisane na tej kartce - powiedział - czyta się jako Katthanthantcheran Sikrit. To nazwa dawno nie istniejącego miasta, o którym nam tutaj nic nie wiadomo. Miało tysiąc lat.

- Gdzie leżało?

- Niedaleko stąd. Dwie godziny drogi przez dżunglę.

- Jak się tam dostać?

- Tam nie można się dostać. To jest Dolina Węży.

- No to co?

- Przecież mówię wyraźnie, że to jest w Dolinie Węży. Tam nie można dojść ani dojechać. Tam są miliony, dziesiątki milionów jadowitych węży. Na ziemi, na drzewach, w ruinach. Nikt nie może się nawet zbliżyć do tego miejsca.

Traven odetchnął głęboko. Teraz już wiedział, co robić.

- Przyjacielu - powiedział wesoło. - Czy wyrządzisz mi pewną przysługę, jeżeli za miesiąc dostarczę wam skradzione manuskrypty? Przecież wiesz, że to nie ja je stąd zabrałem. Chcę wam pomóc.

Mnich szepnął coś Numiemu, wyprostował się i zaczął mówić dobitnie, jak gdyby recytował modlitwę:

- Te papiery, które nam zrabował zły człowiek, są dla naszej świątyni niezbędne jak słońce, powietrze, woda i ziemia. Nie możemy bez nich odprawiać naszych modlitw. Nie możemy patrzeć w wieczność. Zły człowiek zostanie wkrótce ukarany. Ale ty, przybyszu, jeżeli coś wiesz o naszych skarbach, zwróć je nam natychmiast. My i nasi następcy będziemy zanosić za ciebie modły do końca tysiącleci.

- Dobrze - odpowiedział Traven. - Dostaniecie swój skarb mniej więcej za miesiąc. Ale pod jednym warunkiem: że zaprowadzisz mnie do... jak się to nazywa?... do Katihamhamcheran Sikrit.

Mnich wstrząsnął się z przerażenia.

- Nie wiesz, co mówisz, przybyszu. Tam nikt nie pójdzie. Zginąłbym natychmiast, a mój czas jeszcze nie nadszedł. Ty byś także zginął. Nie znajdziesz nikogo, nikogo na świecie, kto chciałby wejść do Doliny Węży.

Numi uznał za wskazane opatrzyć to wyjaśnienie własnym komentarzem:

- On mówi prawdę, proszę pana. O Dolinie Węży pisano w wielu książkach i czasopismach, sam czytałem. To ponoć fenomen przyrodniczy. Podobno jest to największe skupisko węży na kuli ziemskiej. Naprawdę nie znajdzie pan nikogo, kto by się tam wybrał. Ja w każdym razie nie. A czego pan właściwie chce tam szukać?

Traven zamyślił się.

- Czego szukam, młody człowieku? Powiem ci. Szukam sensu życia. Czasem tak bywa, że dopiero przed sześćdziesiątką człowiek uświadamia sobie, czego daremnie poszukiwał przez całe poprzednie życie.

Dwudziestego szóstego grudnia 1979 roku dr Harold Traven wylądował na lotnisku imienia Johna Kennedy'ego w Nowym Jorku. W jego głowie dojrzał plan następnej wyprawy do Doliny Węży.









Robert Stratton - Hobby doktora Travena - 2







Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór