Robert Stratton
Hobby doktora Travena - 1
I
Doktor Harold P. Traven był dentystą. Przez sześć godzin dziennie, od
dziewiątej do trzeciej po południu, z wyjątkiem piątków i sobót, leczył,
czyścił i wyrywał ludzkie zęby, a czynił to w St. Matthews North Bellevue
Clinical Infirmary and Research Hospital. (Amerykańskie szpitale mają
niezmiernie długie nazwy i równie długie korytarze; wpływa to doskonale na
prestiż przedsiębiorstwa, czyli na ceny usług lekarskich.)
Następnie, od poniedziałku do czwartku włącznie, między godziną piątą
a siódmą trzydzieści wieczorem, dr Traven znów leczył, czyścił i wyrywał
ludzkie zęby, z tą tylko różnicą, że czynił to w swym prywatnym gabinecie
przy 92 Ulicy Zachodniej na Manhattanie.
Ten tryb życia trudno by było określić jako szczególnie urozmaicony. Nic
też dziwnego, że Harold Traven żywił obrzydzenie do swego zawodu. Nie znosił
sterylnego gabinetu, dyrekcji szpitala, wszystkich swych pacjentów z prywatnymi
włącznie, a nawet narzędzi, którymi zresztą posługiwał się z niezwykłą
biegłością i precyzją elektronicznego robota. Programowo nie czytywał żadnych
fachowych periodyków, w których popisywali się odkryciami za pięć centów
świeżo upieczeni doktorkowie, ani opasłych tomów zgłębiających
problematykę chirurgii szczękowej. Nie uczestniczył w dorocznych zjazdach
Stowarzyszenia Stomatologów. Od lat nie odpowiadał na żadne listy tej
organizacji, pełne na przemian pochlebstw i pogróżek. Stowarzyszenie miało
swoje powody, aby kokietować Travena mimo jego okropnych manier.
Jakby tego było jeszcze mało, Traven uporczywie odmawiał wypróbowywania
nowych, absolutnie cudownych leków przeciw paradentozie lub próchnicy, którymi
to lekami w formie próbek zasypywały go co tydzień niezliczone firmy
farmaceutyczne. Ze szczególną satysfakcją wrzucał do kosza prospekty
koncernu Prittle'a. Podpisywał je niejaki Bili Badavski, o którym Traven miał
od dawna wyrobione zdanie. Uważał go mianowicie za hochsztaplera i aferzystę.
Wystarczało rzucić okiem na jego kserografowany podpis, aby nie mieć co do
tego najmniejszych wątpliwości. Bywało i tak, że po otrzymaniu prospektu
Traven tracił humor na cały dzień. Działo się to wówczas, gdy do kolejnego
prospektu była dołączona "opinia naukowa" wiceprezesa Stowarzyszenia
Stomatologów, doktora Paula Ryana. Ten człowiek wierzył we fluor i w nic poza
tym. Gdyby naród amerykański usłuchał rad szanownego wiceprezesa, dawno już
wymarłby wskutek masowego zatrucia i defektów genetycznych. Jeżeli tylko nowy
specyfik zawierał fluor, Ryan bez namysłu smarował entuzjastyczną opinię,
obliczał procent cudownych wyleczeń i pozwalał dołączyć ten bezwstydny chłam
do prospektu reklamowego. Och, nie za darmo, oczywiście. Paul Ryan na pewno
podpisałby "orzeczenie naukowe", że po nowym specyfiku odrastają usunięte
zęby, gdyby temu towarzyszyła odpowiednia zachęta materialna ze strony
producenta specyfiku. Ciekawe, swoją drogą, jak też mogły wyglądać
zeznania podatkowe doktora Ryana. Ale nawet nie to było najważniejsze. Paul
Ryan konkurował z Travenem w pewnej dziedzinie nie mającej nic wspólnego z
jamą ustną. Czynił to w sposób nędzny, nielojalny i podstępny. Te cechy
osobowości można było zresztą bez trudu wydedukować na podstawie
idiotycznych zygzaków w podpisie Ryana. Harold Traven umiał czytać w ludzkich
podpisach jak w otwartej księdze.
Pacjenci Travena, zwłaszcza prywatni, byli na ogół ludźmi nie pierwszej młodości.
Przepełniała ich zgryźliwość z powodu nie spełnionych nadziei życiowych i
ostra niechęć wobec losu, który nie tylko nie przyniósł oczekiwanych triumfów,
lecz zsyłał jeszcze ohydny ból górnej trójki, a zaraz potem zapalenie
okostnej. Zapewne dlatego Traven nigdy nie uskarżał się na brak pacjentów.
Cenili go za małomówność, rzeczową opryskliwość, tak różną od słodkiego
ćwierkania innych dentystów, a także za staroświeckie instrumenty lekarskie
i manifestacyjną, cyniczną niewiarę w postępy medycyny lub stomatologii. Aby
dać wyraz swej pogardzie dla nowinek, Traven ostentacyjnie trzymał na stoliku
w poczekalni kompletnie wyszarzały, postrzępiony od czytania numer "National
Geographic Magazine" sprzed dwudziestu czterech lat oraz któryś z
wczesnych kryminałów Gardnera. Na ścianie widniała reprodukcja "Wioślarzy",
całkiem już popielata od ścierania kurzu.
Życie prywatne Harolda Travena również nie należało do szczególnie
udanych. Pierwsza żona opuściła go w rok po ślubie, raczej z nudów niż dla
jakiejkolwiek innej przyczyny, którą można by było ustalić. Druga żona
odeszła po szesnastu latach pożycia nie trudząc się nawet, aby zostawić w
sypialni list z wyjaśnieniem motywów swej decyzji. Wiedziała zapewne, że mąż
i tak listu nie przeczyta; takie sprawy nie interesowały go już od trzydziestu
lat.
Starszy syn, który nigdy za papą nie przepadał, dawno już wyjechał do
Arizony, gdzie podobno prowadził warsztat naprawy robotów albo może sam te
roboty wytwarzał. Młodszy syn studiował w wojskowej akademii lotniczej i
szukał każdego możliwego pretekstu, aby na wakacje nie przyjeżdżać do Nowego
Jorku. Zdaje się, że miał zamiar zostać astronautą. Astronautą! Córka...
ale Traven nie był właściwie pewien, czy ma córkę. To płaczliwe dziewczę,
które przez jakiś czas pętało się po domu, a potem zniknęło na zawsze w
nieokreślonej przestrzeni Nowej Anglii, było chyba remanentem z pierwszego małżeństwa
drugiej żony. A może na odwrót: z drugiego małżeństwa pierwszej żony. Nie
były to kwestie zdolne zaprzątać uwagę dr Travena na okres dłuższy niż pięć
do siedmiu minut. Nawet pod groźbą kary nie umiałby sobie przypomnieć
okoliczności, które sprawiły, że aż dwukrotnie stał się mężczyzną żonatym.
Harold Traven nie zamierzał zmieniać ani swego trybu życia, ani cech
usposobienia. Byłby człowiekiem bezgranicznie szczęśliwym, gdyby nie przeklęta
praktyka dentystyczna. Musiał ją jednak uprawiać. Przy stosunkowo niewielkim
wysiłku dostarczała mu wcale pokaźnych środków finansowych. Dentyści w
Stanach Zjednoczonych należą do ścisłej czołówki finansowej zawodu
lekarskiego, tuż obok psychoanalityków i specjalistów od chirurgii serca. A
potrzeby finansowe miał Traven ogromne, dużo większe niż wielu jego kolegów
ciułających na następny dom, urlop na Hawajach i czwarty samochód. Życie
Travena było bowiem bez reszty wypełnione czymś, co potocznie określa się
jako hobby, choć wielu psychiatrów wolałoby w tym przypadku mówić o
monomanii. Doktor Traven zbierał rękopisy.
W bardzo wczesnej młodości, jeszcze podczas nauki w szkole średniej w New
Rochelle zafascynował go fakt, że każdy człowiek tworzy właściwie zupełnie
nowe, odrębne pismo. Jest to niezbywalna cecha indywidualna, przypisana do człowieka
na zawsze, równie niepowtarzalna jak odciski palców. Nie można się nigdy
wyzbyć cech własnego pisma - nawet
u schizofreników pewne jego cechy pozostają niezmienne - i zarazem
niepodobna podrobić dłuższego tekstu, pochodzącego od innej osoby. Pisząc
najbanalniejszą notatkę pozostawiamy po sobie nie tylko trwały ślad własnej
osobowości, lecz również ślad przemijającej chwili, gdyż nasze pismo
zmienia się nieustannie z upływem lat.
Traven z amatorstwa zaczął studiować grafologię, był przez jakiś czas
nieoficjalnym ekspertem grafologicznym szeryfa w New Rochelle, potem wpadła mu
w rękę historia pism Dalekiego Wschodu - i tak się to wszystko zaczęło.
Nie bez znaczenia był fakt, że Traven od dzieciństwa miał wyjątkowe
uzdolnienia graficzne. Gdyby nie upór ojca, który życzył sobie dla syna
dochodowego i poważnego zawodu, młody Harold na pewno zająłby się grafiką
reklamową, może nawet malarstwem. Kilka dowcipnych szyldów autorstwa Travena
do dziś zdobi tawerny i zajazdy w okolicach New Rochelle.
Zwrot w jego życiu nastąpił podczas wojny. Spędził ją jako młodszy
asystent chirurga szczękowego w szpitalu armijnym, wędrującym z wojskami
MacArthura po całej niemal południowo-wschodniej Azji. Pięciokrotnie znalazł
się pod japońskimi bombami. Był trzykrotnie kontuzjowany. Dwa razy znalazł się o krok od
śmierci wskutek ukąszeń jadowitych pająków. Chorował na malarię,
dyzenterię i gorączkę tropikalną. W wielu niebezpiecznych sytuacjach wykazał
tyle zimnej krwi i zaradności, że na wniosek komendanta szpitala otrzymał
medal Purple Heart, przyznawany w zasadzie tylko za waleczność w obliczu
nieprzyjaciela. Traven nie był lubiany przez kolegów, zgodnie jednak uznali
oni odznaczenie za uzasadnione. Ostatecznie to on podczas bombardowania rzucił
się na pojemnik z plazmą krwi, aby go własnym ciałem osłonić przed odłamkami.
Dziesięć galonów tej plazmy uratowało życie setkom rannych żołnierzy
piechoty morskiej.
Kiedy w październiku 1945 roku Harold Traven wracał do kraju, aby dokończyć
przerwane przez wojnę studia, wiózł ze sobą sześć ogromnych kufrów wypełnionych
po brzegi najrozmaitszymi rękopisami. Wiózł je oczywiście na koszt rządu
federalnego, ponieważ Kongres uznał, że mienie zdobyczne powracających z
frontu GI nie podlega ani kontroli celnej, ani żadnym ograniczeniom co do łącznego
ciężaru. Wielu obrotnych ludzi zrobiło niezłe fortunki na wspaniałomyślności
Kongresu. Traven znał majora saperów, który w stalowej skrzyni przywiózł
około pięciuset szczerozłotych posążków Buddy. Szybko je przetopiono na złom.
Znany był też przypadek pewnego podporucznika marynarki, który przywlókł ze
sobą przez ocean pełną zastawę porcelanową z pałacu szoguna w Kyoto.
Oczywiście fałszywą. A późniejszy senator D., który ograbił całą wyspę
Hokkaido z posążków bogini Ise?
Traven wiózł ze sobą tylko manuskrypty. Nie wiedział jeszcze wtedy, jak
bardzo zaważą na jego dalszym życiu.
Czegóż tam nie było! Starojawajskie eposy, spisywane tuszem roślinnym na
wyschniętych i nawoskowanych liściach palmowych. Pisane srebrnym atramentem,
bogate od złoceń egzemplarze Koranu z Malajów i Moluków. Bezcenne zwoje
jedwabne z Chin, Japonii i Korei, pokryte milionami przepięknie kaligrafowanych
ideogramów. Prywatne listy nieznanych ludzi, pisane w jakichś niepojętych
alfabetach, i święte kroniki klasztorów buddyjskich, gdzie skrybom czas płynął
powoli, z niewątpliwym pożytkiem dla urody ich pisma. Ceremonialne petycje
jakichś dworaków, gdzie proporcje marginesów same przez się były dziełem
sztuki, i rękopiśmienne powieści znad Mekongu, Irrawadi i Gangesu.
Zdobycie prawie czterech tysięcy manuskryptów -
bo tyle ich liczył
pierwszy katalog kolekcji Travena - było wówczas raczej kwestią
odpowiedniej pomysłowości niż pieniędzy. W latach wojny mało kto na Dalekim
Wschodzie domyślał się, że stare pobazgrane papierzyska, których często używano
do pakowania warzyw na bazarach, mogą mieć jakąś realną wartość. Zresztą
pod koniec wojny dla oficera zwycięskiej armii stały otworem również
wszystkie antykwariaty, których właściciele dobrze znali wartość swych
towarów. Na rychły powrót turystów nie można było liczyć, a zwycięzcy
dysponowali żywnością, dolarami i nieopisaną ilością użytecznego sprzętu.
Traven szybko się w tym zorientował. Faktem jest, że najcenniejszy okaz swej
pierwszej kolekcji - kunsztownie kaligrafowany życiorys Konfucjusza - kupił
w Manili za karton chesterfieldów. Był z usposobienia kolekcjonerem i jak każdy
kolekcjoner sens posiadania zbiorów upatrywał w wiecznym ich porządkowaniu i
klasyfikowaniu. Nie interesowała go początkowo materialna wartość manuskryptów.
Obok bezcennych zabytków kultury orientalnej umieszczał zupełnie współczesne,
niekiedy w ogóle bezwartościowe rękopisy, jeśli odznaczały się pięknym i
oryginalnym pismem. Zdumiewała go ciągle jedyność każdego rękopisu z
osobna, jego osobliwa niepowtarzalność. Trzymając w dłoni list czy pojedynczą
stronicę z jakiejś dawno nie istniejącej księgi rękopiśmiennej stale miał
wrażenie, że patrzy w oczy nieznanemu człowiekowi, który ten tekst pisał,
inwestując w niego minuty i godziny własnego życia. Taka świadomość może
niekiedy działać jak narkotyk.
Porządkowanie pierwszego zbioru i cierpliwy opis wszystkich pozycji zajęły
Travenowi prawie cztery lata. Właśnie wtedy cudze zęby i własne życie rodzinne zeszły u
niego na daleki plan. Stały się uciążliwą koniecznością, odrywającą
Travena od jedynego zajęcia, jakie go naprawdę interesowało. Nigdy nie miał
wielu przyjaciół, lecz w tym okresie nawet ci nieliczni, którzy cierpliwie
znosili jego mrukliwość i arogancję, ostatecznie zniknęli z horyzontu. Z
jednym tylko wyjątkiem niejakiego Marvina Breechera, o którym będzie jeszcze
mowa.
Mniej więcej wtedy, gdy Traven skończył porządkowanie swej kolekcji, z
Europy zaczęły napływać do Stanów nowe partie manuskryptów, niekiedy
bardzo rzadkich. Kupowali je ze grosze żołnierze amerykańscy, głównie w
Niemczech i we Włoszech. Były to w Europie lata głodu, chłodu, czarnego
rynku, lecz i łatwych fortun, jeśli ktoś miał głowę nie od parady. Na
widok pierwszych inkunabułów norymberskich i bolońskich kantyczek z XIV
wieku Traven dosłownie stracił głowę. W ciągu jednego dnia zdecydował, że
nie będzie się już ograniczał do manuskryptów orientalnych. Uroda littera
oxoniensis, cudownej fraktury klasztornej, uncjały karolińskiej, a także
bastardy kancelaryjnej, która jakoś wtedy wyjątkowo obrodziła w Nowym Jorku -
to wszystko wtrąciło go w namiętność porównywalną z dreszczami
hazardzisty.
Wkrótce zaprzyjaźnił się ze wszystkimi poważniejszymi
antykwariuszami
na Manhattanie i stał się klientem na tyle pożądanym, że zawiadamiano go
telefonicznie o każdym kolejnym transporcie z Europy. Nikt nie wie i nie będzie
już wiedział, ile bezcennych zabytków kultury europejskiej przepłynęło
wtedy do Stanów. Antykwariusze cenili sobie dziwnego klienta. Albo płacił bez
wahania gotówką, albo oferował w zamian różne cuda z Dalekiego Wschodu, które
najchętniej kupowały na pniu wyspecjalizowane muzea i biblioteki.
Właśnie wtedy - była to chyba wiosna 1948 roku - okazało się, że
Traven ma konkurenta. Był to nie znany mu wówczas osobiście doktor Paul Ryan,
najsłynniejszy dentysta powiatu Westchester. A czym jest powiat Westchester - wyjaśniać nie trzeba.
Sława doktora Ryana wynikała nie tyle ze szczególnie udanych zabiegów, bo
różnie o tym mówiono, co raczej z faktu, że nosił wąsik a la Adolf Menjou,
ubierał się wyłącznie w firmie Brooks Brothers, grywał na pianinie Oh,
my darling Clementine, no i bardzo pomysłowo wżenił się w rodzinę
Whitemore'ów, którzy już wówczas byli właścicielami połowy powiatu
Westchester i trzech czwartych powiatu Tarreytown ("och, te ziemie są w
posiadaniu naszej rodziny jeszcze od czasów kolonialnych"), nie mówiąc o
innych drobnostkach w rodzaju pakietu akcji Standard Oil czy apetycznej porcji
udziałów w firmie maklerskiej Brown, Lynch and Merrill.
Ryan właściwie mógłby w ogóle nie pracować. Jednakże szanowna małżonka,
która go kupiła niczym rasowego buhaja z rodowodem, uznała, że będzie rzeczą
w dobrym guście, jeżeli Paul otworzy prywatną praktykę lekarską. Zaraz po
studiach urządzono mu gabinet i sprowadzono pierwszych pacjentów z sąsiedztwa.
Były to najczęściej piekielnie bogate, piekielnie głupie i piekielnie
rozhisteryzowane baby, które Paul bezceremonialnie usypiał na fotelu jakąś
modną wówczas odmianą chloroformu. Za wizytę brał trzy razy więcej niż
jego doświadczeni koledzy na Park Avenue. Jest to niezawodny sposób na
zrobienie sobie reklamy. Już po roku do Westchester zaczęli zjeżdżać
pacjenci z miasta, zwabieni cenami i rozgłosem "tego wspaniałego
doktora".
Wtedy małżonka uznała, że na pewnym poziomie socjalnym wypada mieć
hobby. Mowa była najpierw o gigantycznym akwarium z najrzadszymi odmianami złotych
rybek, potem o astronomii, potem o zbieraniu podstawek do piwa, w końcu stanęło
na starych manuskryptach. Przypadkowo zresztą, ponieważ Mrs Ryan zobaczyła któregoś
dnia u antykwariusza odręczny list Benjamina Franklina i pomyślała, że
rzecz będzie w dobrym stylu. Kiedy autograf oprawiono w ramkę powleczoną
osiemnastokaratowym złotem, państwo Ryan zgodnie uznali, że jest to niezły conversation
piece, przedmiot nadający się do omawiania w towarzystwie. Od tego czasu w
kołach zbliżonych do Westchester Country Club zaczęto mówić, że "ten
nasz cudowny Paul" ma naprawdę wspaniałą kolekcję rękopisów.
Ryan był oczywiście zupełnym bęcwałem i żadne stare papiery naprawdę
nie interesowały go ani trochę. Nie potrafiłby rozróżnić fraktury
gotyckiej od renesansowej neoantykwy. Z powodu swego nieuctwa kupował raz po
raz bezwartościowe kopie współczesne, kiedy indziej przegapiał rzadkie i
cenne okazy, zwłaszcza gdy były niepozorne i źle wyglądałyby w złoconych
ramkach. Kupował jednak wiele i systematycznie podbijał ceny. Miał po prostu
bardzo dużo pieniędzy, mnóstwo wolnego czasu i ambitną żonę. No i
najlepsze towarzystwo, które co pewien czas urządzało formalne najazdy na pałacyk
Whitemore'ów, aby podziwiać nowe nabytki w kolekcji P aula.
W ten sposób na rynku antykwarycznym Nowego Jorku spotkali się aż dwaj
dentyści zbierający stare rękopisy. Nowy Jork jest miastem-potworem, w którym
co godzina zdarzają się najbardziej nieprawdopodobne rzeczy, ten jednak zbieg okoliczności był statystycznie tak niezwykły, że
Traven musiałby znienawidzić swego konfratra i konkurenta, nawet gdyby sam był aniołem.
Traven każdą wolną chwilę poświęcał studiom nad historią pisma, ślęczał
w bibliotekach, sprowadzał rzadkie wydawnictwa z zagranicy, szperał, rysował,
porównywał. Prowadził też własnoręcznie ilustrowany atlas historii pisma.
Jego objętość już po dwóch latach przekroczyła tysiąc kart.
Po trzydziestu latach atlas liczył osiem tysięcy stron. Pismo ludzkie nie
miało już dla Travena tajemnic. Nie znał wprawdzie żadnego języka obcego
poza niemieckim, którego musiał się pobieżnie nauczyć, gdyż w ojczyźnie
druku wydano największą ilość źródeł do dziejów pisma, lecz jego biegłość
zaczęła z biegiem czasu zdumiewać zawodowych historyków. Tak czasem bywa ze
szczególnie wytrwałymi amatorami, którzy potrafią przez kilka dziesięcioleci
skoncentrować się na jednej wybranej dziedzinie i wówczas wiedzą o niej
naprawdę więcej niż najbieglejsi specjaliści.
Nie umiejąc ani słowa po arabsku, Traven jednym rzutem oka potrafił odróżnić
syryjski styl pisma arabskiego od stylu zwanego mezopotamskim. Nie znając języka
hindi, z łatwością wykrywał pomyłki kopisty w ręcznie przepisanym tekście
Mahabharaty. Z rozmieszczenia kropek w rękopisie aramejskim wnioskował
- zawsze trafnie - o rodzaju trzciny, jakiej używał pisarz, co umożliwiało
znacznie dokładniejsze datowanie zabytku. Z pochylenia kresek w napisach
attyckich umiał wydedukować, czy dłuto kamieniarza pochodziło z Peloponezu
czy z Damaszku. Napisy rzymskie datował na podstawie fotografii z dokładnością
do trzydziestu lat. Tajniki kaligrafii chińskiej, tysiąc odmian papieru, wężyki
ligatur w starych manuskryptach łacińskich, pokręcone alefy w ornamentalnym
piśmie hebrajskim, subtelności uncjały merowińskiej i karolińskiej,
toporne krzaczki najstarszej głagolicy, pisma Khmerów i Birmańczyków - w
tym wszystkim Harold Traven umiał czytać jak w otwartej księdze, i to tylko
na podstawie nadzwyczajnej pamięci wzrokowej oraz solidnych, długotrwałych
studiów.
Odkąd Paulowi Ryanowi ktoś powiedział, że stare papiery mogą być niezłą
lokatą kapitału, tempo jego zakupów wzrosło, choć jego wiedza o
przedmiocie ani na jotę nie wzrastała. Gubił się w stertach papieru i sam
już nie wiedział, co posiada. Natomiast Traven stał się z końcem lat pięćdziesiątych
uznanym autorytetem w dziedzinie historii pisma - najpierw w Stanach
Zjednoczonych, a potem również w Europie. Kiedy w "Paleographic Quarterly
Review" ogłosił obszerny, własnoręcznie ilustrowany szkic o historii północnej
odmiany pisma devanagari i jej związkach z paleografią
sanskrycką - muzea amerykańskie i europejskie zaczęły się do niego
zwracać z prośbą o konsultacje.
Ekspertyzy doktora Travena trwały długo, zazwyczaj przez wiele tygodni.
Dostarczone teksty lub ich próbki były badane wielokrotnie i bardzo wnikliwie,
pod mikroskopem, w specjalnej aparaturze optycznej skonstruowanej według wskazań
Travena, często z użyciem różnych odczynników chemicznych, których skład
pozostawał tajemnicą eksperta. Opinie Travena miały charakter ostateczny.
Nie było wypadku, aby ktokolwiek zechciał je podważyć, zwłaszcza po głośnej
sprawie "rękopisu z Bab el-Mandel", którzy przez osiemdziesiąt lat
fascynował egiptologów. Traven dowiódł ponad wszelką wątpliwość, że był
to wyjątkowo zręczny falsyfikat pochodzący z pierwszego ćwierćwiecza XIX
wieku.
Fachowe ekspertyzy Travena miały zawsze tę samą postać. Był to złożony
w szesnastkę arkusz ręcznie czerpanego papieru z najlepszej papierni
holenderskiej, oprawiony w pąsowy safian i zapisany równym, starannie
cieniowanym pismem Travena. Oczywiście żadne idiotyczne wynalazki w rodzaju
maszyny do pisania nie wchodziły w rachubę. Wiele muzeów od razu wpisywało
ekspertyzy Travena do katalogu cennych rękopisów. Praca rzeczoznawcy była na
ogół płatna, lecz nie tak hojnie, żeby Traven mógł sobie pozwolić na
porzucenie stomatologii. Zwłaszcza że jego kolekcja pochłaniała coraz więcej
pieniędzy, w miarę jak przybywało w niej coraz rzadszych i coraz droższych
okazów. Szef londyńskiego antykwariatu Sotheby, któremu Traven pozwolił
kiedyś przejrzeć swój katalog, mruknął ironicznie, że za następne dziesięć
lat mediewiści z Oksfordu będą się ubiegać o stypendium na studiowanie
zbiorów Harolda Travena.
Z początkiem 1979 roku zbiór rękopisów Travena liczył trzydzieści osiem
tysięcy czterysta pięćdziesiąt pięć skatalogowanych pozycji oraz około
czterech tysięcy dubletów i egzemplarzy przeznaczonych na sprzedaż lub wymianę.
Harold Traven był posiadaczem oryginalnych próbek ponad jedenastu tysięcy
pism i alfabetów.
II
W każdy czwartek wieczorem, po zamknięciu gabinetu na 92 Ulicy Zachodniej,
Traven doznawał uczucia człowieka, który wyszedł na wolność po długim
pobycie w więzieniu. Miał przed sobą pełne trzy dni wolności.
Pogwizdując beztrosko, wsiadał w swój surrealistyczny samochód nieokreślonej
marki, który poruszał się wyłącznie wskutek wyjątkowej przychylności
losu, gdyż z punktu widzenia praw mechaniki było to niemożliwe już od ćwierćwiecza.
Traven nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy kupił tę poczciwą landarę.
Jechał najpierw do niewielkiego sklepiku spożywczego przy Drugiej Alei, z
którego właścicielem, niejakim panem Goldbaumem, miał od wielu lat stałą
umowę. Chodziło o to, że w ciągu tych trzech wolnych dni Travenowi szkoda
było czasu na chodzenie do restauracji czy pichcenie posiłków, a coś jednak
jeść musiał. Dlatego pan Goldbaum przygotowywał mu zapas żywności tak
przemyślnie zapakowany w torebki i pojemniki, że kolejne posiłki można było
przyrządzać bez zbędnej zwłoki. Wystarczało kilka ruchów ręki.
Traven zabierał od Goldbauma czubate torby, których zawartości nigdy nie
sprawdzał, ponieważ właściciel sklepu znał jego proste upodobania, potem
uruchamiał swój wyrozumiały samochód i jechał do siebie. Oczywiście nie do
domu, który uważał za nieprzytulną sypialnię i jak gdyby przedłużenie dwóch
znienawidzonych gabinetów dentystycznych, lecz do miejsca, w którym przeżywał
najpiękniejsze chwile swego życia.
Miejsce to zostało zlokalizowane na Bleecker Street, w centrum sławnej
niegdyś dzielnicy cyganerii artystycznej Greenwich Village. Miało postać
dziewięciu obskurnych, ciemnych, cuchnących stęchłym kurzem pokoi. Zajmowały
one całe piętro pewnej dziewiętnastowiecznej rudery o nieokreślonej barwie.
Traven wynajął to pomieszczenie przed dwudziestu sześciu laty i nie miał
najmniejszego zamiaru opuszczać swej nory, dopóki nie przyjadą potężne
spychacze, aby zrobić miejsce dla kolejnego wieżowca bankowego ze szkła i
stali.
Kurz i stęchlizna nie przeszkadzały Travenowi. Jego zbiory znajdowały się
w szczelnych sejfach stalowych, odpornych na ogień i wilgoć. Trzy razy na dobę
samoczynnie włączał się sterylizator ultrafiołkowy, bezlitośnie niszczący
każdą pojedynczą bakterię i zarodnik grzybni. Elektroniczny klimatyzator
czuwał nad odpowiednią wilgotnością i temperaturą powietrza, a filtr
elektrostatyczny zbierał kurz dużo skuteczniej, niż mogłaby to uczynić
jakakolwiek sprzątaczka. Wyposażenie kosztowało majątek. Aby je skompletować,
Traven musiał sprzedać pewien cudownie iluminowany rękopis gazel perskich z
XVIII wieku. Ale teraz tego wiecznie czujnego superdozorcy mogłoby mu pozazdrościć
każde muzeum. I każda właściwie biblioteka. O sypialni nie ma
potrzeby wspominać. Zdobił ją wyleniały tapczan zasłany nie najświeższą
pościelą oraz koślawy regał z książkami "do czytania". Dotyczyły
historii Sumerów, mitów kreteńskich i teologii Esseńczyków.
W ostatnim, największym pokoju, którego okno wychodziło na plugawe,
mroczne, wiecznie zaśmiecone podwórko, Traven urządził swój warsztat pracy.
Stały tam trzy biurka o rozmaitych poziomach, ogromna oszklona biblioteka we
wczesnym stylu kolonialnym, podręczne sejfy i ze dwadzieścia skomplikowanych
aparatów do analizy manuskryptów. Mikroskop, rzutnik, lampa fluorescencyjna,
kopiarka z urządzeniem do powiększania obrazu,
a także kilka podświetlanych ekranów zaprojektowanych osobiście przez
Travena, umożliwiających dostrzeżenie nawet najmniejszego poślizgu trzciny,
pióra lub rylca.
Tam - i tylko tam - doktor Harold Traven żył pełnią życia.
W ów pamiętny czwartek, szóstego września 1979 roku, Traven nie mógł się
doczekać chwili, kiedy wreszcie zasiądzie przy swoim biurku na Bleecker Street.
Zdaje się nawet, że ostatniemu pacjentowi przez roztargnienie źle założył
plombę. Czuł się jednak rozgrzeszony. Czekała go przygoda, jakiej
chyba nigdy przedtem nie zaznał.
Dwa dni wcześniej, we wtorek, zgłosił się do Szpitala Św. Mateusza młody,
dość wymizerowany człowiek, skarżący się na ból górnej czwórki. Nie
wyglądał na pacjenta, którego stać na zabieg w tak kosztownym szpitalu.
Traven jednak nie zajmował się administracją i nigdy nie zastanawiał się,
czy jego szpitalni pacjenci mają wystarczająco zasobne konta. Szybko uśmierzył
ból i szykował się do zabiegu słuchając ze znudzeniem gadaniny pacjenta.
Młody człowiek, jak twierdził, był do niedawna marynarzem. Pływał na
panamskich drobnicowcach, żeby poznać świat, potem przeniósł się na
liberyjskie tankowce, żeby zarobić. Osiem razy opłynął świat dookoła, w
końcu, wiosną 1976 roku, spadł z trapu podczas postoju statku w Bangkoku i spędził
trzy miesiące w miejscowym szpitalu, lecząc złamaną nogę i dwa żebra.
Potem wałęsał się przez rok po Tajlandii, dotarł do Laosu, był w Birmie.
Przed trzema miesiącami wrócił do Stanów. Mieszka na razie u siostry - to
ona właśnie płaci za leczenie jego zębów - i chce pójść do wieczorowej
szkoły dla hydraulików. To fajnie płatny zawód, nie? Ale to, niestety, sporo
kosztuje, a on nie ma praktycznie nic. Z trzyletniej włóczęgi przywiózł
tylko małą śmieszną małpkę, która zresztą już zdechła, i pęk jakichś
starych syjamskich papierzysk. Wyglądają na stare, nawet
bardzo stare. Czy pan doktor przypadkiem nie wie, kto mógłby ocenić ich wartość? Może te rupiecie uda się jakoś sprzedać, bo podobno
są tacy, którzy to zbierają?
Traven drgnął i zatrzymał w powietrzu rękę ze szczypcami. Przez chwilę
podejrzewał, że tego cwaniaczka nasłał na niego Ryan. Młody człowiek nie
sprawiał jednak wrażenia, że jego inteligencja wystarcza do odegrania roli
tajnego agenta. Dokładając starań, aby zachować całkowicie obojętny wyraz
twarzy, Traven polecił pacjentowi, aby przyniósł te papiery nazajutrz. Albo
jeszcze lepiej w czwartek. On, Traven, przypadkowo się tym trochę interesuje i
może będzie mógł coś pomóc.
W czwartek, punktualnie o dziewiątej rano, były marynarz pojawił się w
szpitalu trzymając pod pachą zniszczoną płócienną torbę. Kiedy ją
otworzył, Traven stracił dech z wrażenia.
W niedbale zwiniętym rulonie znajdowało się kilkadziesiąt manuskryptów o
różnych formatach, gęsto zapisanych tak zwanym pismem świątynnym. Odznaczało
się niezwykle rozbudowaną ornamentyką i starannym, niemal malarskim
cieniowaniem liter. Nie były aż tak stare - na pierwsze wejrzenie wydawało
się, że pochodzą z połowy lub schyłku XVII wieku - lecz wyjątkowa uroda
pisma, jakość ryżowego papieru i zupełnie olśniewające zdobienia na
bordiurach upewniły Travena, że ma do czynienia z rzadką zdobyczą. Nigdy
jeszcze nie widział na własne oczy oryginału tajskiego pisma świątynnego.
Znał je tylko z reprodukcji.
Mrużąc oczy i przerzucając od niechcenia zawartość rulonu, Traven
powiedział zdenerwowanemu chłopcu, że są to rzeczy niezbyt cenne, bardzo już
zniszczone i fatalnie przechowywane, zwłaszcza w ostatnim okresie. Nie są
oczywiście zupełnie pozbawione wartości, ale młody człowiek powinien mieć
trzeźwy pogląd na sprawę. Biorąc pod uwagę trudną sytuację finansową młodego
człowieka, Traven gotów jest nabyć to wszystko za, powiedzmy, tysiąc dolarów.
No, tysiąc dwieście, ale to już jest naprawdę ostateczna cena.
W istocie każdy fachowy antykwariusz zapłaciłby za rękopisy co najmniej
dwadzieścia tysięcy i na pewno wyszedłby na swoje. Były marynarz nie miał
nawet przybliżonego pojęcia o rzeczywistej wartości takich staroci; w jego środowisku
stare rzeczy po prostu wyrzucano na śmiecie. Liczył na sto, może dwieście
dolarów i to też pod warunkiem, że trafi na frajera. Zresztą miał swoje
powody, aby się nie targować. Zażądał tylko wypłaty gotówką, ponieważ słusznie
przypuszczał, że żaden bank nie wypłaci mu takiej sumy na podstawie czeku.
Nie wyglądał na dżentelmena, któremu płacą czekami.
Na pytanie, skąd
pochodzą manuskrypty, marynarz odpowiedział niechętnie, że znalazł je w
opuszczonej od dawna pagodzie buddyjskiej we wschodniej Tajlandii, niedaleko
granicy laotańskiej. Traven, który pragnął mieć w swym katalogu możliwie
najdokładniejszy opis znaleziska, domagał się jednak większej precyzji.
Marynarz, wyraźnie już speszony, wyciągnął z kieszeni bluzy zatłuszczony
notes, szperał w nim przez chwilę i wybąkał w końcu, że świątynia
znajduje się w pobliżu miasteczka Lerng Nokhta, jakieś sto pięćdziesiąt
mil na północny wschód od Bangkoku. Przeliterował dokładnie tę dziwaczną
nazwę i znikł bez pożegnania, jakby się zapadł pod ziemię.
Traven nabrał pewności, że rękopisy zostały po prostu skradzione. Uznał
jednak, że nie czyni mu to żadnej istotnej różnicy. Moralność kolekcjonerów
rządzi się trochę odrębnymi prawami. Poza tym marynarz na pewno wyrzuciłby
rękopisy na śmietnik, a u Travena zostaną przynajmniej ocalone dla ludzkości.
Dopiero na Bleecker Street, kiedy doktor Harold Traven zasiadł przy biurku i
ostrożnie rozpakował zwój, zorientował się, co naprawdę zdobył.
Manuskryptów było łącznie sześćdziesiąt pięć. Najstarszy pochodził
zapewne z XIII wieku, sądząc z barwy i faktury papieru, ostatni spisano
zapewne pod koniec XVII wieku. Lecz to wszystko należało dopiero ustalić. Całość
stanowiła najprawdopodobniej kronikę klasztoru lub świątyni buddyjskiej,
spisywaną cierpliwie przez kilkunastu, a może i kilkudziesięciu skrybów w ciągu
co najmniej czterystu lat. Wprawne oko Travena odkryło natychmiast powtarzającą
się nazwę świątyni, a także dziwne, wężykowate słupki na marginesach,
oznaczające zapewne daty zapisów.
Takim rarytasem nie mogło się poszczycić żadne muzeum na świecie. Tyle
doktor Traven wiedział już od pierwszej chwili.
Przesiedział nad swą zdobyczą prawie całą noc, otrzepując manuskrypty z
pyłu, wywabiając najbardziej widoczne plamy, przekładając arkusze płatkami
japońskiej bibuły i rozkoszując się niewysłowionym pięknem pisma
nieznanych mnichów. Przypominało delikatny, pulsujący ornament. Długie,
zwarte, krzaczaste, a jednak obłe i pozbawione przerw wiersze sprawiały
chwilami wrażenie wijących się węży.
W piątek Harold Traven wstał o szóstej rano, przełknął w pośpiechu śniadanie
i przystąpił do opisywania manuskryptów. Zatopił się w tej pracy bez
reszty. Pod oknem od strony ulicy odbywały się właśnie jakieś śmiertelne
zawody gangu motocyklistów; przerywano je dopiero wówczas, gdy jeden z
uczestników zabił się lub stracił przytomność po wypadku. Ryk silników
napełniał ziemię i niebo, lecz nikt z nielicznych tu mieszkańców nie ośmielił
się wezwać policji. Gang nikomu takich donosów nie wybaczał.
Traven słyszał to wszystko jak przez gęstą mgłę. Cudowne manuskrypty
napełniły go bezmiarem szczęścia i dreszczem, którego naturę znają tylko
wytrawni kolekcjonerzy.
Około godziny jedenastej trzydzieści Traven poczuł nagle, że w powietrzu
pojawił się niezwykły, niemożliwy do nazwania zapach, tyleż miły co odstręczający.
Przypominał woń rzadkich kwiatów tropikalnych, może ostre sery pleśniowe,
może gnijące jesienne liście, a może coś jeszcze innego, czego nie można
było nazwać ani porównać do czegokolwiek na świecie.
Traven odruchowo rozejrzał się dookoła, lecz pokój był cichy i pusty,
jak zwykle. Nawet motocykliści zamilkli.
Dopiero po dłuższej chwili Traven zorientował się, że ów drażniący i
przyciągający zarazem zapach wydobywa się z rękopisu, który właśnie
trzyma w ręku.
Był to arkusz opatrzony prowizorycznie numerem 13, nieco większy w
formacie, zdobiony szczególnie pięknym ornamentem roślinnym na górnym
marginesie, zawierający dwa ozdobne inicjały wymalowane pozłotką z
prawdziwego złota i głębokim błękitem roztworu lapis lazuli. Arkusz nr 13 różnił
się od wszystkich pozostałych, lecz początkowo Traven nie mógł określić,
na czym ta odmienność polegała. W końcu stwierdził, że arkusz nr 13 jest
grubszy niż pozostałe. Włókna papieru ryżowego biegły w nim zupełnie
inaczej niż w typowych papierach z tej epoki.
Dopiero kiedy Traven włączył reflektor podczerwony i położył arkusz na
ekranie rzutnika - wszystko stało się jasne.
Arkusz nr 13 składał się z dwóch starannie sklejonych ze sobą części.
Najwidoczniej czterysta lat temu - ten akurat arkusz pochodził z pewnością
z połowy XVI wieku - ktoś usiłował w ten sposób ukryć przed oczami
niepowołanych jakąś informację. Długotrwała manipulacja pokrętłami i
soczewkami pozwoliła wreszcie stwierdzić, że wewnątrz dwóch sklejonych ze
sobą arkuszy znajduje się niewielki prostokąt niezwykle cienkiego papieru, na
którym widnieją jakieś linie przypominające rysunek budowlany lub szkic
topograficzny. Niewyraźne światło lampy podczerwonej nie pozwalało jednak
dostrzec nic więcej poza majaczącym, niewyraźnym zarysem.
Resztę piątku i część nocy z piątku na sobotę Traven spędził na
bezskutecznych próbach rozdzielenia sklejonych arkuszy. Było to zajęcie
prowadzące do frustracji. Nie pomagał ani uniwersalny rozpuszczalnik do wszystkich klejów roślinnych
(a jakież inne mogli stosować Tajowie przed czterema wiekami?), ani najcieńsze
lancety chirurgiczne, ani moczenie brzegów w roztworze sody kalcynowanej, ani
najczystsza benzyna świata, ani nawet mikrotom, którym można było przeciąć
włos ludzki na sześć równych części. Papier strzępił się na brzegach,
wyginał, puchł, skręcał we wszystkich możliwych płaszczyznach - ale nie
ustępował. Koło północy okazało się, że jest nasycony pewnym rodzajem żywicy
impregnującej obie sklejone kartki w sposób tak doskonały, że wewnątrz z
powodzeniem mogłaby się znajdować wysoka próżnia.
Travena opanowała gorączka. Bezcenny rękopis, stanowiący integralną część
kolekcji, przestał go właściwie interesować. Zrozumiał, że nie zazna
spokoju, dopóki nie weźmie do ręki tkwiącego między sklejonymi kartkami
rysunku.
O czwartej nad ranem skapitulował. Popatrzył po raz ostatni na arkusz nr
13, po czym dwoma szybkimi ruchami lancetu przeciął go po przekątnej.
Pokój natychmiast napełnił się tym samym urzekającym i nieznośnym
zapachem, lecz bez porównania bardziej intensywnym. Sprawiało to wrażenie,
jak gdyby między szczelnie sklejonymi kartkami rękopisu znajdował się jakiś
duch uwięziony przez cztery stulecia i dopiero teraz uwolniony z zamknięcia.
To, co po raz pierwszy od czterystu lat wyjrzało na światło dzienne, wyglądało
dość niepozornie. Była to bardzo cienka, niemal przezroczysta kartka z nie
znanej Travenowi odmiany chińskiego papieru jedwabnego, o wymiarach sześć na
osiem cali. (Ściśle: sześć i jedna czwarta cala na osiem i jedną ósmą
cala.)
Miała nieznacznie postrzępione brzegi, ślad zagięcia typu kopertowego i
czternaście różnej wielkości plamek, z których wydzielał się najbardziej
intensywny zapach. Ktoś nieznany nakreślił na tej kartce delikatnymi, lecz
stanowczymi liniami plan sytuacyjny Czegoś.
Traven nie miał żadnych wątpliwości, że jest to plan lub szkic
sytuacyjny jakiegoś obiektu budowlanego. Geometryczne zarysy budowli czy
schowka przypominały do złudzenia współczesne plany budowlane. Lekko faliste
linie wskazywały kierunki i drogi dojścia, grubsze, ozdobne, prowadziły do
objaśnień wypisanych na marginesach.
Niestety - wszystkie objaśnienia sporządzone zostały tym samym pismem świątynnym,
którym dokonywano zapisów w kronice świątyni. Traven wiedział już
dostatecznie wiele o pismach syjamskich, aby zdać sobie sprawę, że
odcyfrowanie objaśnień będzie niezmiernie trudne. W przedostatnim
numerze "Paleographic Quarterly Review" czytał artykuł jakiegoś
Francuza, który przyznawał się do swych niepowodzeń na tym polu. Traven zaczął
się zastanawiać, jak dalej postąpić. Wkrótce jednak, zupełnie niepostrzeżenie
dla siebie, zapadł w ciężki, głęboki sen. Jego głowa opadła bezwładnie
na biurko, dłonie bezwiednie objęły pocięty manuskrypt nr 13.
Dziwny to był sen. Nigdy jeszcze przez całe swe sześćdziesięcioletnie życie
Harold Traven nie zaznał aż tylu i aż tak nieopisywalnych snów, w których
barwy pachniały, dźwięki były kolorowe, w powietrzu unosiły się roślinozwierzęta,
a Traven w nie znanym sobie języku dyskutował z ludźmi, którzy mieli głowy
dinozaurów.
Obudził się w zupełnej ciemności, z głową pełną mroku i ciężką jak
bryła ołowiu. Dochodziła trzecia. Zegarek wskazywał już niedzielę. Traven
z wysiłkiem wstał zza biurka i miał przez chwilę wrażenie, że to wszystko
po prostu mu się przyśniło. Ale rozcięty manuskrypt nr 13 leżał tuż przed
jego oczami, a na nim - niepojęty rysunek Czegoś, wydzielający z siebie
odurzającą, piękno-obrzydliwą woń, znacznie już słabszą, lecz ciągle
jeszcze dostatecznie wyraźną.
Traven był w końcu lekarzem i nie mógł mieć wątpliwości, że to właśnie
ten niemożliwy do nazwania zapach sprowadził na niego siedem godzin
chorobliwego snu graniczącego z halucynacją. Ukryty w rękopisie szkic
nasycono zapewne jakimś związkiem aromatycznym o właściwościach
halucynogennych. Współczesna chemia zna ponad czterysta takich związków.
Rzecz stawała się tym bardziej interesująca: w jaki sposób nieznani mnisi w
Tajlandii umieli już czterysta lat temu preparować z ziół - bo z czegóżby
innego - tak skomplikowane związki chemiczne? Harold Traven miał już zupełną
pewność, że ów cienki skrawek jedwabnego papieru nieodwołalnie rozstrzygnął
o dalszym biegu jego życia. Resztę niedzieli Traven spędził na mozolnym
kopiowaniu objaśnień, jakie znajdowały się na odnalezionym planie czy
szkicu. Nie była to sprawa łatwa, zwłaszcza że raz po raz doznawał zawrotów
głowy i zauważył u siebie zaburzenia wzroku.
Współczesne pismo tajskie składa się z siedemdziesięciu czterech znaków,
na pierwsze wejrzenie wręcz identycznych w rysunku. Daleko posunięta dowolność
w stawianiu akcentów i łączników, a także zakorzeniony u Tajów nawyk
nierozdzielania wyrazów w zdaniu utrudniają nawet wytrwałym cudzoziemcom
odczytanie choćby szyldów sklepowych czy tabliczek z nazwami ulic. Należy do
tego dodać, że słowa w języku tajskim są z reguły bardzo długie, a w
samym tylko Bangkoku istnieje co najmniej siedem
dialektów. Jeżeli sprawa tak wygląda w drugiej połowie XX wieku, można
sobie wyobrazić, jak straszliwie skomplikowane były tak zwane pisma
sukhotajskie, którymi posługiwano się kiedyś w normalnej korespondencji. Ale
nawet osoby biegle znające to pismo byłyby zapewne bezradne wobec na poły
kryptograficznego pisma świątynnego, którego używali wówczas kapłani
buddyjscy. Mieli oni powody, aby strzec swych tajemnic i na wszelkie możliwe
sposoby utrudnić postronnym odczytanie tekstów nie przeznaczonych dla laików.
W niedzielę późnym wieczorem Traven schował odnaleziony rysunek do wnętrza
arkusza nr 13 i zamknął to wszystko w specjalnym sejfie o trzech zamkach
szyfrowych i trzech zasuwach zapadkowych. Skopiowane napisy włożył do
portfela, między karty kredytowe. Potem je wyjął i schował do zewnętrznej
kieszeni spodni. Wreszcie przełożył z powrotem do portfela, choć chodziło
przecież tylko o zwykłą kartkę papieru z pięcioma rządkami pogmatwanych
znaczków.
III
Poniedziałek zaczął się dla Travena fatalnie. Z samego rana wezwał go
dyrektor szpitala i zawiadomił, że jeden z pacjentów Travena doznał po
zabiegu groźnej infekcji szczęki. Jego adwokat zaskarżył szpital o milion
dolarów odszkodowania z powodu cierpień swego klienta i utraty bajecznie
wysokich zarobków. Oczywiście o milionie nie ma mowy, powiedział dyrektor,
ale ze sto tysięcy na pewno z nas wydoją. Ubezpieczenie pokrywa tylko połowę.
Nie stać nas na takie straty. Szpital musi zarabiać pieniądze. To chyba
jasne. To powinno być jasne dla każdego zatrudnionego.
- O czym pan myśli podczas zabiegów, doktorze? -
spytał ze złością
dyrektor. - Zdaje się, że nie sprawia to na panu wrażenia.
- Myślę o życiu płciowym papużek Myopsitta monachus
- odpowiedział
Traven. - Jest to nader rzadki w przyrodzie przykład kompletnego
promiskuityzmu. Czy pan wie, że kilka par tych papużek buduje sobie jedno wspólne
gniazdko i wspólnie wychowuje dzieci?
- Mam dość pańskiego chamstwa! - wybuchnął dyrektor szpitala.
- Czy pan się nigdy nie nauczy kulturalnego obejścia? Zatrudniam pana od
tylu lat...
- To się skończy szybciej niż pan myśli - odrzekł Traven zamykając
za sobą drzwi. Człowiek, który w tej sytuacji zawracał mu głowę jakimiś
infekcjami i księgowością, nie zasługiwał na lepsze potraktowanie.
Ledwo Traven wrócił do swego gabinetu,
recepcjonistka powiedziała, że telefonuje, ni mniej ni więcej, tylko doktor
Paul Ryan.
- Kto taki, Ryan? Kto panią upoważnił, żeby
go ze mną łączyć? Proszę powiedzieć, że mnie nie ma.
- Kiedy właśnie już powiedziałam, że pan
jest.
Paul Ryan, gwiazdor dentystów Wschodniego Wybrzeża,
wybitny kolekcjoner rękopisów, budził w tej chwili raczej politowanie niż
wrogość Travena. W jego gęsim móżdżku nie mogło nawet powstać
przypuszczenie, jakim skarbem jest tajska kronika świątynna. A już interes,
jaki Ryan miał do Travena, mógł przyprawiać tylko o ryk śmiechu. Mianowicie
dobra znajoma państwa Ryanów, no, krótko mówiąc, pani Guggenheim, urządza
właśnie wystawę starych rękopisów. Czy zatem obaj wybitni kolekcjonerzy nie
mogliby połączyć swych wysiłków i wspólnie pokazać publiczności co
bardziej interesujących pozycji? Dwaj dentyści... to byłoby wspaniałe! W
znakomitym stylu!
- Mam propozycję - powiedział Traven.
- Jaką?
- Żeby pan mnie pocałował w dupę, Ryan, i więcej
już nigdy nie zawracał mi głowy idiotycznymi pomysłami. Tę kupę śmieci,
którą pan uważa za zabytki, może pan sobie wystawiać w publicznym klozecie
na Union Square. A pani Guggenheim może się wypchać. Żegnam pana.
Po czym dr Traven wymył ręce i przystąpił do
uzupełniania ubytków w szóstce pewnej młodej i atrakcyjnej panienki.
Jakby tego było jeszcze mało, wśród
prywatnych pacjentów Travena znalazł się wieczorem jakiś rześki staruszek,
posiadacz jednej jedynej dolnej siódemki, który barwnie opowiadał, jak
wspaniałym dentystą jest dr Paul Ryan. Staruszek długo i, jak widać,
skutecznie, leczył się u Ryana.
Traven przerwał dłubanie w pustej szczęce
pacjenta, wyjął z szafki najostrzejszy lancet, skierował go w stronę rześkiego
staruszka i krzyknął:
- No to niech pan leci do tego swojego Ryana. Ale
szybko! Już!
Staruszek z miną pełną godności spełznął z
fotela i oświadczył, że natychmiast złoży w policji meldunek o zagrożeniu
swej osoby.
Rzeczywiście, po dziesięciu minutach pojawiło
się w gabinecie Travena dwóch policjantów.
- Słyszymy, że pan napada na pacjentów z nożem
w ręku - powiedział rosły ponury policjant.
- Spytajcie tego staruszka, ile ma lat i kiedy po
raz ostatni badał zawartość cholesterolu w arteriach - odburknął Traven. -
I nie przeszkadzajcie mi, panowie, bo właśnie szykuję się do resekcji.
Ale nawet najgorszy poniedziałek ma to do
siebie, że się kiedyś kończy. Potem przyszedł wtorek i Traven mógł już
spokojnie myśleć nad rozwiązaniem zagadki tajskiego rękopisu. .
IV
Trzy tygodnie upłynęły Travenowi na próbie
znalezienia kogoś, kto mógłby przetłumaczyć objaśnienia do planu. Doktor
udał się nawet na weekend do San Francisco, aby zasięgnąć rady u znajomego
chińskiego antykwariusza. Ten jednak bezradnie rozłożył ręce i otwarcie
powiedział, że nie sądzi, aby ktokolwiek na świecie umiał odczytać to
pismo. W tej części Azji było w użyciu ponad siedemdziesiąt alfabetów, z
których niemal każdy miał po kilka odmian. O wielu rodzajach pisma nawet
miejscowi lingwiści mają ledwo przybliżone pojęcie. A w końcu, powiedział
Chińczyk, nie chodzi przecież o kamień z Rosetty ani o pismo Majów? Czy pan
nie ma większych zmartwień, doktorze?
Traven wzruszył ramionami i wrócił do Nowego
Jorku. Dojrzało w nim bezwzględne postanowienie, że albo tajemnicę planu
rozwiąże własnymi siłami, albo nie podzieli się nią z nikim innym. Dlatego
porzucił początkowy zamiar, aby fotokopię objaśnień do planu wysłać do
Bangkoku, gdzie na pewno znaleźliby się znawcy pisma świątynnego. Zrezygnował
też z zamiaru, jaki przez chwilę żywił, aby opublikować kopię objaśnień
w którymś z międzynarodowych kwartalników orientalistycznych i zaapelować
do uczonych o odcyfrowanie tajemniczego zapisu.
Traven przestał bywać na Bleecker Street. Prześladowała
go obawa, że znów zatruje się - tak to nazywał w myśli - owym niepojętym
zapachem. Poza tym nie miał tam właściwie nic do roboty. Kolekcja przestała
go interesować. Dziwiąc się sam sobie stwierdzał co ranka, że nie spocznie,
dopóki nie rozwiąże tajemnicy tych przeklętych węzełków.
Ponieważ dalszy ciąg niezwykłych przygód
doktora Harolda Travena przypominał najgorsze rodzaje "przygód z
dreszczykiem", nie należy się dziwić, że rozwiązanie nadeszło samo,
jak za podszeptem tajemniczych sił.
Pod koniec października przybył do Nowego Jorku
na gościnne wykłady profesor filozofii dalekowschodniej uniwersytetu w
Bangkoku, pan Thanchhen Khumurumvanit Sukhrumvitcharan. Przez zupełny przypadek
zaszedł do znanego antykwariatu na 54 Ulicy Wschodniej, zwabiony wystawionym w
witrynie drzeworytem. Właściciel antykwariatu opowiedział mu o pewnym
nowojorskim dentyście, który...
Spotkanie obu panów było kwestią jednego
telefonu. Traven od wieków nie był w restauracji, lecz zaprosił swego gościa
do "Forum Dwunastu Cezarów". Zamówił najdroższą, dwunastoletnią
whisky i francuskie wino, które zresztą sam pił po raz pierwszy w życiu.
Dopiero po kawie wyciągnął z portfela niewielką kartkę pokrytą pięcioma
rzędami krętych znaczków.
Profesor Sukhrumvitcharan obejrzał ją dokładnie
i nie ukrywał zaskoczenia. Znał stare pismo świątynne na tyle dobrze, aby
odczytać przepisany przez Travena tekst, jednakże zbitka znajdujących się
tam słów wydawała mu się zupełnie pozbawiona sensu. Przez jedną krótką
chwilę profesor podejrzewał nawet swego nowo poznanego znajomka o mistyfikację.
Wystarczyło jednak spojrzeć w twarz Travena, aby w niej dostrzec taki rodzaj
napięcia, jakiego nikt symulować nie potrafi. Profesor zamówił jeszcze jedną
whisky i zabrał się do tłumaczenia. Nie była to sprawa prosta. Musiał
najpierw znaleźć odpowiedniki we współczesnym języku tajskim, a dopiero
potem mozolnie szukać mniej więcej zbliżonych pojęć w języku angielskim.
Profesor przywoływał z pamięci cały zasób słownikowy swej zupełnie niezłej
angielszczyzny, Traven cierpliwie notował kolejne wersje tłumaczenia. Dopiero
koło jedenastej wieczorem, kiedy zostali już zupełnie sami w opustoszałej
sali restauracyjnej, a kelner dał do zrozumienia, że czcigodni goście mocno
się zasiedzieli, Traven zapisał na oddzielnej kartce ostateczną wersję tłumaczenia.
Brzmiało ono tak: "DROGA DO GROTY POTĘGI I ŚMIERCI. Jeżeli nie padłeś
pod zębami moich strażników, ty, dobro-zły. Osiemset trzynaście kroków od
dziedzińca. Zgroza i Zguba. W kierunku wielkiego drzewa. Płaski kamień, głowa
węża. Ruszaj, nie ruszaj. Brązowa tarcza. Trzy razy trzeba khamman. Studnia
strachu i śmierci. Wielkie Wyjście. Tam Wielki Mocarz, który zabije Świat".
Profesor Sukhrunwitcharan, dobrze podochocony
alkoholem, wyjaśniał zawile, że większość słów w tym tekście jest zbyt
wieloznaczna, aby można ją było tłumaczyć na angielski. Na przykład słowo
"potęga" w pierwszym wierszu może również oznaczać władzę,
panowanie lub siłę. "Studnię strachu i śmierci" można również
rozumieć jako przepaść niepokoju i rzeczy ostatecznych. Co się zaś tyczy
tajemniczego słowa khamman, to profesor nigdy się z nim nie spotkał. A
w ogóle to cały ten tekst sprawia wrażenie, jak gdyby był pisany przez szaleńca.
Już po zapłaceniu rachunku profesor poprosił o
jeszcze jedną whisky i wyraził życzenie obejrzenia oryginału tego dziwnego
zapisu.
Traven oświadczył chłodno, że jest to całkowicie
niemożliwe. Wstał, zawiadomił profesora, że w najbliższym czasie zrewanżuje
mu się za uczynność, i niemal siłą odprowadził swego gościa do taksówki.
Sukhrunwitcharan wytrzeźwiał nagle, żegnając
się z Travenem, i po ostatnim uścisku dłoni powiedział coś zadziwiającego:
- Jeśli ma pan zamiar szukać zakopanych skarbów
lub czegoś w tym rodzaju, doktorze, to niech mi wolno będzie przestrzec pana
przed tym z całą powagą. Azja, drogi doktorze, do dziś kryje w sobie
tajemnice, o których nie śniło się nawet współczesnej nauce. Jestem
absolwentem dwóch europejskich uniwersytetów, nie należę do ludzi przesądnych
i nie chciałbym, aby uważał mnie pan za wyznawcę czarnej magii lub tym
podobnych bzdur. Ale proszę mi wierzyć, że Azja to jest kontynent miliona spętanych
diabłów. Zbyt wiele widziałem już trudnych do wytłumaczenia wydarzeń i
zbyt często doznawałem lęku przed niebezpieczeństwami, których w żaden
sposób nie umiałbym wyjaśnić. Niech pan lepiej zostawi to w spokoju. Niech
pan kontynuuje swe badania nad pismem, za co mieszkańcy naszego kontynentu na
pewno będą panu wdzięczni. Nie potrafi pan nawet przewidzieć, skąd nagle może
sięgnąć po pana czarna ręka naszych azjatyckich diabłów.
V
Traven nie mógł ukryć zniecierpliwienia i
szyderczego uśmiechu. Nie wierzył oczywiście w żadne bajdy, legendy i przesądy.
Pożegnał profesora i następną taksówką pojechał na Bleecker Street. Teraz
miał w ręku klucz do odnalezionego planu.
Otwierając drzwi na pierwszym piętrze potknął
się o coś śliskiego. Kiedy zapalił światło w przedpokoju, spostrzegł, że
u progu leży martwy, silnie już wzdęty wąż.
Wąż w Nowym Jorku? W jakiż znów sposób na
Manhattanie, gdzie od dobrych dwustu lat nie żyły żadne dzikie zwierzęta oprócz
szczurów, mógł się pojawić wąż? I dlaczego właściwie ten cholerny,
leniwy dozorca tak rzadko zamiata klatkę schodową?
Harold Traven był człowiekiem twardym,
pozbawionym lęków i absolutnym, stuprocentowym racjonalistą. Nie mógł
jednak uwolnić się od niejasnego poczucia, że w tym mrocznym, milczącym
pomieszczeniu zaczęło się dziać coś, czego nie potrafi wyjaśnić
sceptyczny, wykształcony przyrodnik, doktor Harold Traven.
Przeszedł przez sześć pokojów, w każdym po
kolei zapalając światło.
Drzwi od gabinetu były lekko uchylone, w
powietrzu unosił się jeszcze ślad owego niepojętego zapachu, o którym
Traven nie potrafiłby w tej chwili powiedzieć, czy jest najpiękniejszym
zapachem, jaki kiedykolwiek poczuł w życiu, czy też przypomina woń rozkładającego
się trupa.
Traven usiadł przy biurku, wyciągnął kartkę
z tłumaczeniem objaśnień, potem sięgnął po pęk kluczyków od sejfu. Lampy
nad biurkiem rzucały ostry cień. Traven włożył klucz do pierwszej zapadki i
znieruchomiał.
Na uchwycie od górnej szuflady wisiał bezwładnie
duży szarozielony wąż.
Był znacznie większy od tego, którego Traven
znalazł przy progu drzwi wejściowych. Szpiczasty martwy pysk o zamkniętych
powiekach był dosłownie wkręcony w stalową ramkę sejfu. Wąż musiał
zdechnąć niedawno. Jego seledynowe podbrzusze połyskiwało jeszcze jak
miedziane spatynowane zwierciadełko. W zamarłej paszczy wyraźnie rysowały się
zaciśnięte kurczowo szczęki.
Zamiast lęku spłynęła na Travena złość.
Nie należał do ludzi poddających się nastrojom i nie miał zamiaru ulegać
opętaniu. Dwa zdechłe węże w południowej części Manhattanu były na pewno
zjawiskiem niezwykłym, lecz z całą pewnością wytłumaczalnym, jak wszystko,
co wydaje się niektórym ludziom tajemnicze i nadprzyrodzone. Traven znalazł jakąś szczotkę, o której istnieniu nie miał pojęcia, uchylił okno i
wyrzucił węża na podwórze. Dopiero wtedy spostrzegł, że szyba jest pęknięta;
w środku rozchodzących się promieniście pęknięć widniał otwór o średnicy
jednego cala, wystarczający w zupełności, aby wąż mógł się tędy prześliznąć.
Traven po raz pierwszy pożałował, że na Bleecker Street nie ma radia lub
telewizora. Martwa, wroga cisza spowijała wszystkie pokoje.
Otworzył sejf i spomiędzy rozciętego arkusza
nr 13 wyciągnął plan. Swym równym, spokojnym pismem wpisał pod każde objaśnienie
z osobna tekst tłumaczenia pochodzącego od Sukhrumvitcharana. Wpatrywał się
w rysunek z pół godziny.
Nagle doznał poczucia, że widzi tę świątynię,
wielkie drzewo, brązową tarczę, rozplenioną dżunglę dokoła. Wciągnął głęboko
zapach chińskiego jedwabiu i w ciągu jednej sekundy podjął nieodwołalne
postanowienie, że pojedzie do Lerng Nokhta. Bez względu, na koszty i bez względu
na wszelkie niebezpieczeństwa. Ostatecznie, jaki właściwie sens ma życie
takiego człowieka jak Traven? Ile jeszcze rękopisów można zebrać? Czego
jeszcze można się dowiedzieć o dziejach ludzkiego pisma, skoro każdy człowiek
z osobna, od dwudziestu czy trzydziestu wieków, w tysiącu alfabetów i stu
tysiącach odmian tworzy na nowo historię? Przecież nie można zebrać próbek
czterech miliardów rodzajów pisma. Dobrze, odliczmy analfabetów; tak czy
inaczej zostanie dwa i pół miliarda. A ci z przeszłości, którzy też
przecież pisali? Ilu ich było - miliard, półtora, dwa?
Tak oto w ostatnim dniu października 1979 roku
doktor Harold Traven, pięćdziesięciodziewięcioletni dentysta z Nowego Jorku,
jeden z międzynarodowych autorytetów w zakresie historii pisma, uznał, że
hobby, któremu poświęcił prawie czterdzieści lat swego życia, przestało
go interesować.
Nazajutrz poprosił w szpitalu o urlop i oznajmił
wszystkim zaprzyjaźnionym antykwariuszom nowojorskim, że przystępuje
do sprzedaży swej słynnej kolekcji rękopisów.
Tego samego dnia zarezerwował na początek
grudnia miejsce w samolocie do Bangkoku.
Londyński Sotheby dowiedział się jakimś
sposobem o sensacji. Wyprzedził uboższych konkurentów i uzyskał prawo
zorganizowania pierwszej aukcji. Trwała przez trzy dni i zgromadziła ponad dwa
tysiące uczestników - od dyrektorów wielkich muzeów narodowych po największych
rekinów rynku antykwarycznego. Ku powszechnemu zaskoczeniu jej wyniki były dość
skromne: sprzedano zaledwie piętnaście procent rękopisów na łączną sumę
sto pięćdziesiąt sześć tysięcy dwieście trzydzieści dolarów. Doktor
Harold Traven przeznaczył na sprzedaż tylko niewielką część swego
legendarnego zbioru.
Jednakże dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów -
bo tyle zostało Travenowi po zapłaceniu podatków - było sumą wystarczająco
wielką, aby podjąć wyprawę do nieznanej świątyni w Tajlandii. Harold
Traven przeznaczył na to swój trzymiesięczny urlop, do którego miał prawo
jak niewielu ludzi: od dwudziestu sześciu lat nie korzystał z urlopu
wypoczynkowego.
W sobotę, ósmego grudnia 1979 roku, Harold
Traven zajął miejsce w Boeingu 747 lecącym przez Rzym, Teheran i Kalkutę do
Bangkoku i Tokio.
Wkrótce po starcie, po drinku poprzedzającym
kolację, Traven przerzucił popołudniowe wydania gazet nowojorskich. Jego
wzrok przyciągnęła niewielka notatka dotycząca procesu, jaki władze
miejskie wytoczyły właścicielowi niewielkiego sklepu zoologicznego na 9 Ulicy
Wschodniej. Został on obwiniony o sprowadzenie niebezpieczeństwa publicznego
na skutek tego, że w niedostateczny sposób zabezpieczył klatkę, w której
znajdowało się czternaście tropikalnych węży. W nocy wydostały się one z
klatki, następnie ze sklepu, i rozpełzły się po okolicznych domach, ulicach
i zaułkach. Dwa z nich zaatakowały przechodniów, z których jeden,
osiemdziesięcioczteroletni Harry Mitmeister, emerytowany krawiec, zginął na
miejscu wskutek ukąszenia.
Właściciel sklepu tłumaczył się, że klatka
była zupełnie szczelna i została zbudowana zgodnie z przepisami sanitarnymi.
Nie umiał jednak podać żadnego powodu, dla którego węże wydostały się z
klatki.
Harold Traven odłożył gazetę, zamówił u
stewardessy puszkę piwa imbirowego i dotknął kieszeni, w której znajdowała
się fotokopia pewnego planu sprzed czterystu lat.
VI
W ciągu trzech dni po przylocie do Bangkoku
Harold Traven uporał się z fizjologicznymi następstwami koszmarnego upału,
co innym przybyszom zajmuje zazwyczaj około dwóch tygodni. (Trzeba tu wyjaśnić,
że południowa Tajlandia zażywa sławy najgorszego klimatu na kuli ziemskiej,
podobno porównywalnego tylko z Gujaną). Traven miał za sobą trzy lata
tropikalnej zaprawy podczas wojny na Pacyfiku. Dokładnie wiedział, kiedy należy
zażywać bezmyślnej sjesty, a kiedy trzeba się zmusić do ruchu za wszelką
cenę.
Czwartego dnia po przylocie Traven rozpoczął
przygotowania do wyprawy w okolice Lerng Nokhta, skąd prawdopodobnie pochodził
manuskrypt nr 13. Oczywiście marynarz mógł to wszystko zmyślić. Oczywiście
rękopis mógł z powodzeniem pochodzić z zupełnie innego rejonu. Ale
determinacja Travena była bezgraniczna; był gotów spędzić resztę życia na
poszukiwaniu Groty Potęgi i Śmierci.
Pora deszczowa skończyła się przed tygodniem.
Powietrze było jeszcze parne, grząskie błoto dymiło i bulgotało przy każdym
poruszeniu, lecz słynne syjamskie niebo już rozjaśniło się i bezlitośnie
grzało jak piekarski piec. Po Silom Road, po Sukhumvit Road, po Alei Króla
Ramy Czwartego pędziły ryczące potoki aut, biegli przekupnie z naręczami
placków owsianych i pachnących pierożków, śmigały motorowe ryksze o
wzorzystych baldachimach, przechadzały się zwiewne, kruche dziewczyny podobne
do motyli.
Wynajęcie łazika z kierowcą było sprawą
stosunkowo prostą, choć właściciel przedsiębiorstwa wynajmu zażądał
trzykrotnie wyższej stawki, kiedy dowiedział się o celu podróży. Traven
musiał zdeponować cztery tysiące dolarów tytułem kosztów wyprawy. Żywił
niewielką nadzieję na odzyskanie tej sumy. Dużo trudniej poszło z wynajęciem
tłumacza. W odpowiedzi na ogłoszenie, jakie Traven zamieścił w "The
Bangkok Post", zgłosiło się do hotelu "Oriental" ze czterdziestu
młodych, porządnie ubranych ludzi mówiących niezłą angielszczyzną i
sprawiających wrażenie, że są gotowi na wszystko. Traven oferował im pięćset
bahtów dziennie, czyli dwadzieścia pięć dolarów amerykańskich. Siedem ósmych
mieszkańców Tajlandii nie zarabia takiej sumy w ciągu miesiąca.
Kandydaci na tłumaczy rezygnowali jednak jeden
po drugim, kiedy dowiadywali się, że ich przyszły pryncypał nie potrafi określić
ani dokładnej trasy, ani czasu trwania wyprawy, ani - co najgorsze - jej
rzeczywistego celu. Większość bała się prawdopodobnie dociekliwych pytań
policji. Inni zdradzali zabobonny lęk przed dżunglami wschodniej Tajlandii, o
których różnie w stolicy mówiono.
Pozostał w końcu jeden kandydat gotowy na
wszystko: niski, nerwowy, dwudziestopięcioletni chłopak o tak skomplikowanym
imieniu i nazwisku, że został nazwany po prostu Numi. (Nazwiska tajskie składają
się co najmniej z osiemdziesięciu liter plus imiona - im dłuższe, tym
lepiej). Numi pracował kiedyś w miejscowej filii USIA (Agencja
Informacyjna Stanów Zjednoczonych), potem w biurze maklerskim, ale zdaje się,
że miał dość burzliwy i niezbyt przejrzysty życiorys. Chwilowo utrzymywał
się z nadziei na lepszą przyszłość.
Numi mieszkał po drugiej stronie rzeki
Chaophraya, w znośnej dzielnicy Talathplu. Leżała ona w okolicach dworca
kolejowego Taratphlu. Nie ma sposobu, aby przystępnie wyjaśnić cudzoziemcowi
różnicę w pisowni tych dwóch niemal identycznych nazw. Trzeba je po prostu
przyjąć do wiadomości.
Traven, który odwiózł Numiego do domu, aby się
zorientować w środowisku, z jakiego pochodził jego nowy towarzysz podróży,
zrozumiał, że musi porzucić zamiar choćby najpobieżniejszego zaznajomienia
się z językiem Tajów. Uświadomił sobie, że droga z centrum miasta do domu
Numiego wiedzie najpierw przez most Phraphuthayotfar, a potem, od pomnika
Taksina, przez Intraphitak Road i Pchetchakasem Road aż do skrzyżowania z
Charansanitvong Road. Żaden amerykański mózg nie jest w stanie zapamiętać
takich nazw.
Piętnastego grudnia 1979 roku, o godzinie
czwartej trzydzieści rano dr Harold Traven wraz z Numim i kierowcą, który dla
uproszczenia został nazwany Singiem, wyruszył w kierunku Lerng Nokhta.
Łazik został wypakowany po brzegi zapasami żywności
oraz środków opatrunkowych i dezynfekcyjnych. Znalazła się nawet moskitiera,
z której Traven był szczególnie dumny. Przypomniał sobie lektury wczesnej młodości,
awanturnicze opowieści o podróżnikach lub traperach. Starał się wyposażyć
swą ekipę według wszelkich starych przepisów. Jak niewiele potrzeba, aby spełniły
się marzenia dzieciństwa.
Dopiero jednak po wyjeździe Traven zorientował
się, że nie ma ze sobą żadnej broni. Zakupienie pistoletu z amunicją nie byłoby
w Bangokoku sprawą łatwą: miejscowe władze wojskowe są zazdrosne nawet o
przedpotopowe strzelby. Zresztą Traven nie umiał strzelać. Jednak o jakąś
zwykłą szablę, w rodzaju tych, które sprzedaje się na Sunday Market, trzeba
się było postarać.
W najbliższym miasteczku Traven zatrzymał łazika
i z pomocą Numiego kupił za siedemdziesiąt pięć bahtów potężny, lekko
zakrzywiony szablomiecz, używany przez chłopów do wycinania zagajników
bambusowych. Nie przypuszczał, że ta toporna broń za kilkanaście godzin
uratuje mu życie.
Pierwszą noc spędzili w Nakorn Rajsima, dwieście
sześćdziesiąt cztery kilometry od Bangkoku, w zupełnie porządnym zajeździe.
Traven zaprosił Numiego i Singa na kolację, do której postawił piwo
znakomicie ochłodzone w podróżnej lodówce. Doznawał poczucia, że młodnieje
z każdą godziną tej wyprawy. Przez moment ze zdumieniem pytał sam siebie,
dlaczego właściwie strawił całe życie na wyrywaniu cudzych zębów i ślęczeniu
nad starymi papierami.
Och, dobrze by było zobaczyć tego fircyka,
Paula Ryana. Ciekawe, jak długo wytrzymałby w tym przeklętym skwarze - dobę
czy dwie?
Następnego dnia zaczęły się pierwsze kłopoty.
Na północny wschód od Nakorn Rajsima stan dróg pogorszył się gwałtownie,
nawet droga państwowa na Wong Khai była całymi kilometrami prawie
nieprzejezdna. Stacji benzynowych spotykali coraz mniej. Sing, który nie mówił
ani słowa po angielsku, doradził za pośrednictwem Numiego, aby kupić
kanister i wieźć ze sobą zapas paliwa. Udało się to dopiero w Ban Pai. Za
mocno pordzewiały, pięciogalonowy kanister z wyraźnymi jeszcze znakami USAF
(Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych) Traven zapłacił trzydzieści dolarów.
Znowu mijali pola ryżowe, gaje bambusowe, ludne
wsie zamieszkane przez coraz dziwniej odzianych ludzi; góry stawały się coraz
bardziej strome, pokryte zbałwanioną runią dżungli; w przydrożnych
chaszczach nurkowały, mlaskały i kwiczały trudne do nazwania zwierzęta porośnięte
ni to futrem, ni łuską.
Drugą noc spędzili w miasteczku Maha Sarakam
nad rzeką Namchi. Nie było tu już żadnego hotelu. Sing spał w łaziku. Numi
poprosił o zaliczkę i z bezczelnym uśmieszkiem powiedział, że sam sobie
poradzi. Traven skorzystał z pokoju gościnnego na piętrze w miejscowej
komendzie garnizonu.
Maha Sarakam było raczej wielką wsią niż małym
miastem. Od dżungli porastającej lewy brzeg rzeki zionął duszny zgniły
zaduch, niósł się rechot żab drzewnych, wytężone brzęczenie moskitów i
wycie jakichś nieznanych zwierząt. Na uliczkach miasteczka, oświetlonych łojowymi
kagankami, odbywał się wieczorny targ. Biegały rozbawione dzieci, dzwoniły
zapamiętale dzwonki rowerów, półnadzy mężczyźni szli w mroku, niosąc na
głowach piramidy towarów.
Traven podkręcił knot lampy naftowej - to śmieszne,
ale umiał się obchodzić z tym antycznym sprzętem; pamiętał go jeszcze z
domu swego dziadka w Idaho - i nie mógł się powstrzymać, aby przed snem nie
obejrzeć swego skarbu. Nosił go w impregnowanym, wodoszczelnym woreczku
wszytym w pas okalający plecy i klatkę piersiową.
Ów skrawek jedwabnego papieru, który spowodował
już tyle zmian w życiu Travena, wyglądał w mdłym świetle lampy jeszcze
niepozorniej. Nadal wydzielał z siebie tamten niewytłumaczalny zapach,
znacznie już słabszy, lecz ciągle jeszcze odurzający.
Traven obejrzał jeszcze raz oryginał rysunku,
który znał już prawie na pamięć. Potem zaczął go porównywać ze sporządzoną
przez siebie kopią. Nagle poczuł na ramieniu chłód, jak gdyby ktoś przytknął
mu do szyi bryłę lodu. Spojrzał odruchowo przez ramię i zmartwiał. Po jego
lewym ramieniu pełznął bezszelestnie niewielki czerwony wąż. Traven nie
potrafił później odtworzyć sobie, jak długo siedział w bezruchu, wstrzymując
oddech. Wąż zsunął się wreszcie po brzuchu Travena. Szybkim wyrzutem ciała
spadł na oryginał rysunku. Zwinął się w kłębek i pokrył sobą niemal cały
rękopis. Dopiero wtedy z jego trójkątnego pyska wystrzelił długi,
rozdwojony język.
Wołanie o pomoc nie miało sensu. Traven odczekał
jeszcze chwilę i podszedł na palcach do przeciwległego kąta pokoju, gdzie na
podręcznej torbie z bielizną leżała zakupiona właśnie szabla. Traven liczył,
że uda mu się spędzić węża z manuskryptu i dopiero wtedy rozciąć go na pół.
Uderzenie w zwinięty, syczący kłębek oznaczałoby zniszczenie cieniutkiej
bibułki z bezcennym szkicem.
Szykując się do zadania ciosu Traven obrzucił
wzrokiem pokój. Jeszcze raz zamienił się w słup soli. Po zewnętrznej
stronie delikatnej siatki metalowej, wstawionej luzem w ościeżnicę okna dla
ochrony przed moskitami, wiło się z dziesięć, może piętnaście węży
rozmaitej długości i najróżniejszych kolorów. Siatka chwiała się pod ich
naporem i lada chwila mogła spaść do wnętrza pokoju.
Ogarnięty paniką Traven rzucił się do drzwi,
ale nie mógł ich otworzyć. Krzyknął, kopnął w drzwi, zaczął się z nimi
szamotać. Potem drzwi nagle ustąpiły. U progu leżał ogromny, liczący chyba
ze cztery stopy seledynowy wąż o prawie białym podbrzuszu. W chwili kiedy
Traven uchylił drzwi, wąż prześliznął się błyskawicznie przez drewniany
próg i zaczął sunąć w kierunku manuskryptu.
Traven z szablą w ręku, nie panując nad własnymi
ruchami, zbiegł na parter budynku. Młody wartownik zerwał się, chwycił za
broń. Nie rozumiał jednak po angielsku. Dopiero po chwili zjawił się
rozespany oficer, który przyświecając sobie latarką wszedł na piętro.
Zatrzymał się przed progiem. To co zobaczył przez uchylone drzwi, przyprawiło
go o przerażenie. Węże kłębiły się, syczały, ich gibkie ciała wyginały
się w łuk i spadały z rozmachem.
Oficer zbudził chyba pluton żołnierzy.
Uzbrojeni w ostro zakończone kije bambusowe stanęli w drzwiach pokoju Travena
i wrzucili do wnętrza wiązkę tlących się ziół o odrażającym zapachu. Węże
zaczęły jeden po drugim wypełzać z pokoju. Tuż za progiem żołnierze z
niebywałą wprawą zabijali je kijami, celując szpicem w nasadę łba.
W ciągu godziny zabito dwadzieścia cztery węże.
Tylko jeden z nich, właśnie ten mały, o rdzawoczerwonej łusce, który pełzł
po szyi Travena, był rzeczywiście groźny dla człowieka: jego jad zabijał w
ciągu pięciu minut.
Traven do rana już nie zmrużył oka. Zrozumiał
wreszcie, że zapach wydzielany przez manuskrypt ściąga węże jak magnes.
Jego przyrodnicze wykształcenie nie pozwalało jednak dostrzec żadnego
logicznego związku między zapachem starego papieru i epidemią obłędu wśród
węży. Rzeczywiście sprawiały wrażenie opętanych lub znarkotyzowanych. Ale
przyroda nie toleruje takich dewiacji w królestwie zwierząt. Chorzy po prostu
giną, przegrywają walkę o byt. Któż, u diabła, mógł przed czterema
wiekami wymyślić środek odurzający węże?
Traven schował rękopis do woreczka, owinął go
kilkakrotnie przylepcem i postanowił więcej nie wyjmować go aż do końca
podróży. Miał w końcu wierną, a zarazem bezpieczną kopię.
Zdecydował też ukryć przed Numim i Singiem swą nocną przygodę. Mogłaby
ich odstraszyć. Numi zresztą wrócił rano w złym humorze. Stał się
opryskliwy, a nawet pozwalał sobie na zuchwałe żarty pod adresem Travena.
VII
Siedemnastego grudnia pozostał do przebycia
najkrótszy, liczący tylko sto dziewięćdziesiąt kilometrów, lecz i
najtrudniejszy odcinek drogi. W miejscowości Sela Pcom ostatecznie kończyła
się utwardzona droga. Resztę trasy musieli przebyć po zupełnych bezdrożach
lub wąskimi spiralnymi ścieżkami wiodącymi przez górską dżunglę. Turyści
nie zaglądali nigdy do tych odludnych miejsc, wojna ominęła góry. Z każdą
przejechaną milą oddalał się dwudziesty wiek.
Ludzi było tu niewielu. Przemykali się chyłkiem
po zboczu i znikali w dżungli jak duchy. Należeli do plemion, o których
Traven nigdy nie słyszał. Nosili czarne obcisłe szaty i purpurowe turbany.
Spotykało się coraz częściej łuki i dzidy, a także ręcznie wykonane skałkówki
na krzemień i podsypkę z prochu. Nieruchomy wilgotny upał wydawał się nie
do wytrzymania. Miliony maleńkich muszek wciskały się do ust i nosa, spod kół
łazika uciekały wydry i leniwe jaszczurki, w gęstych koronach drzew darły się
hałaśliwe ptaki podobne do papug. Traven, ociekając strugami potu i z trudem
łapiąc w płuca rozpalone powietrze, rozpuszczał co chwila pastylki
dezynfekujące wodę i pił bez opamiętania. Chwilami miał wrażenie, że śni.
W żaden sposób nie mógł uwierzyć, że zaledwie dziewięć dni temu zamykał
się w swej pracowni na Bleecker Street.
Tuż przed zapadnięciem zmierzchu, znużeni do
ostateczności, dotarli wreszcie do miasteczka Lerng Nokhta. Była to osada
niemal odcięta od świata, zamieszkana głównie przez jakichś ludzi w
kolorowych spódnicach i cytrynowożółtych przepaskach na głowie. Nawet Numi
nie umiał się z nimi porozumieć, choć utrzymywał, że zna czternaście głównych
dialektów tajskich oraz języki Czamów i Khmerów. Łgał oczywiście. Łgał
od pierwszej chwili. Im dalej odjeżdżali od Bangkoku, tym bardziej jego
arogancja przybierała na sile.
Traven nie miał już wątpliwości, że Numi
pracuje dla policji. Szastający pieniędzmi Amerykanin, wybierający się w dżungle
wschodniego pogranicza bez wyraźnie określonego celu, musiał być dla
tajlandzkiej policji postacią dość zagadkową. Po prostu wysłali swojego człowieka
w trop za podejrzanym przybyszem.
Pierwsza noc w Lerng Nokhta była najgorsza ze
wszystkich. Traven spędził ją na ciasnym, dusznym strychu jakiegoś
spichlerza, tuż nad zagrodą dla bawołów. Ani na chwilę nie milkł chrobot
szczurów i mlaskanie jaszczurek. Bawoły czochrały się o drewniane słupy i
miesiły racicami nigdy nie wysychające błoto. Mniej więcej co dziesięć
minut Traven zapalał latarkę w przeświadczeniu, że po ścianie strychu pełznie
wąż.
Nazajutrz o świcie ekipa Travena rozpoczęła
poszukiwania świątyni buddyjskiej. Numi dowiedział się wreszcie, o co
chodzi, i nie miał już wątpliwości, z kim ma do czynienia: ten dziwny
Amerykanin był po prostu rabusiem antyków. Nie jest to tak znów wielkie
przestępstwo według praw tajlandzkich; policja zawsze jest skłonna wysłuchać
argumentów wspartych odpowiednio wysoką łapówką. Numi wiedział już, czego
się trzymać. Na krótko odzyskał nawet dobry humor.
W Lerng Nokhta znajdowały się trzy pagody
buddyjskie. Z pierwszej odprawiono Travena po krótkiej rozmowie. Nie było w
niej nic ciekawego do oglądania: skromny banalny ołtarz, kilka parawanów, dwa
dzwony - to wszystko. W drugiej pagodzie Traven wdał się w długą i kłamliwą
opowieść. Słyszał mianowicie, że albo w samym miasteczku, albo w jego
okolicy znajduje się jeden z najpiękniejszych w Azji posągów Buddy. Traven
jest historykiem sztuki azjatyckiej i bardzo chciałby ten posąg obejrzeć.
Siwy, krótko ostrzyżony mnich pokręcił przecząco
głową. Owszem, są posągi Buddy, ale to rzeczy nowe i mało interesujące.
Tamte, rzeczywiście wspaniałe, o których wieści przechodzą z pokolenia na
pokolenie, poginęły podczas niezliczonych wojen, jakie tu toczono przez całe
wieki. Kiedyś, może trzysta albo pięćset lat temu, cała ta okolica była gęsto
zaludniona, wznosiły się bogate miasta i świątynie, w dolinach stały
wspaniałe pałace. Ale wojny wszystko zniszczyły. Dżungla pożarła ślady
przeszłości, nikt od dawna nie chce się osiedlać w tym odludziu. Czasem
tylko można napotkać w dżungli jakieś ruiny lub resztki murów obronnych, o
których dzisiaj nikomu już nic nie wiadomo. Tylko im, mnichom, jest obojętne,
gdzie oczekują na koniec świata.
Najgorzej powiodło się przybyszom w trzeciej,
ostatniej pagodzie, stojącej na skraju miasteczka. Młody, odrażająco brzydki
mnich o twarzy szczura nie wpuścił Travena nawet na wewnętrzny dziedziniec.
Sprawiał wrażenie, że za chwilę chwyci za kij, aby odpędzić intruzów.
Nie, nie ma tu żadnego posągu Buddy. Nie, nikt o takim nie słyszał. Nie, nie
wolno wejść na dziedziniec.
Traven uświadomił sobie nagle, że jego wyprawa
zaczyna tracić sens. Podniósł głos: ma ze sobą zezwolenie rządu na
zwiedzanie wszystkich świątyń w całym kraju, wobec czego domaga się
stanowczo, aby go wpuszczono do środka.
Mnich wybuchnął nagle potokiem słów,
gestykulował, tupał, zawodził. Numi wysłuchał tego z uwagą i
zainteresowaniem. Potem wyjaśnił Travenowi, nie ukrywając cynicznego uśmieszku:
- On mówi, że nigdy więcej nie wpuści żadnych
białych do wnętrza. Dwa lata temu był tu jakiś młody Amerykanin. Mnisi
przenocowali go i nakarmili, a on włamał się w nocy do schowka i ukradł im
jakieś bardzo stare dokumenty.
Traven w jednej chwili podjął decyzję.
- Powiedz mu, Numi, że jeżeli porozmawia ze mną
szczerze, pomogę im odzyskać te dokumenty. Domyślam się, gdzie mogą być.
Numi przybrał triumfującą minę - właśnie
potwierdzał się jego domysł co do prawdziwego charakteru podróży Travena,
którą to przenikliwość policja na pewno doceni - i przełożył mnichowi
propozycję Amerykanina, dodając do niej swe własne komentarze.
Szpetny mnich cofnął się w głąb furty i
niechętnym gestem wskazał Travenowi drogę przez dziedziniec.
W półmroku świątyni pełgały płomyki lampek
oliwnych, snuł się błękitny dym trociczek. Przed drewnianym posągiem Buddy
stały miseczki z owocami i ryżem oraz brzydkie, poszczerbione wazony ze świeżymi
kwiatami. Spod stropu zwisały długie paski z tekstami modlitw i podziękowań.
Było ciemno, bardzo gorąco, zupełnie cicho. Tylko niedostrzegalne dzwonki za
ołtarzem napełniały mrok brzęczeniem delikatniejszym niż bzykanie os.
- Czego on chce? - spytał mnich wsuwając dłonie
w szerokie rękawy swej pomarańczowej szaty.
Traven przysiadł na kamiennym podeście i wyciągnął
portfel. Szperał w nim przez chwilę, w końcu wyjął ćwiartkę bezdrzewnego
papieru, na której przed wyjazdem własnoręcznie wypisał słowo wydające mu
się kluczem do tajemnicy. Występowało na początku każdej z sześćdziesięciu
pięciu kart kroniki świątynnej. Traven uznał, że musi ono oznaczać albo
nazwę świątyni, albo miejsce, w którym się ona znajduje. Tylko po ustaleniu
tych szczegółów można było kontynuować wyprawę.
Mnich rzucił okiem na podaną mu kartkę i
wzruszył ramionami.
- Nie rozumiem - powiedział niechętnie. - O co
chodzi temu przybyszowi? Skąd on ma ten zapis?
- Przyjacielu - rzekł z naciskiem Traven. -
Postaraj się zrozumieć. Nie odejdę stąd, dopóki mi nie powiesz, co to słowo
oznacza i gdzie leży miejsce, o którym tu mowa.
Mnich spojrzał jeszcze raz na Travena jakby
badając, czy ma do czynienia z człowiekiem o zdrowych zmysłach.
- Dlaczego - spytał - mam temu człowiekowi
zdradzać nasze tajemnice?
- Powiedz mu, Numi, że to leży w ich własnym
interesie - wtrącił pospiesznie Traven. - Mogą odzyskać swój skarb. Mnich
pomilczał przez chwilę.
- Słowo napisane na tej kartce - powiedział -
czyta się jako Katthanthantcheran Sikrit. To nazwa dawno nie istniejącego
miasta, o którym nam tutaj nic nie wiadomo. Miało tysiąc lat.
- Gdzie leżało?
- Niedaleko stąd. Dwie godziny drogi przez dżunglę.
- Jak się tam dostać?
- Tam nie można się dostać. To jest Dolina Węży.
- No to co?
- Przecież mówię wyraźnie, że to jest w
Dolinie Węży. Tam nie można dojść ani dojechać. Tam są miliony, dziesiątki
milionów jadowitych węży. Na ziemi, na drzewach, w ruinach. Nikt nie może się
nawet zbliżyć do tego miejsca.
Traven odetchnął głęboko. Teraz już wiedział,
co robić.
- Przyjacielu - powiedział wesoło. - Czy wyrządzisz
mi pewną przysługę, jeżeli za miesiąc dostarczę wam skradzione
manuskrypty? Przecież wiesz, że to nie ja je stąd zabrałem. Chcę wam pomóc.
Mnich szepnął coś Numiemu, wyprostował się i
zaczął mówić dobitnie, jak gdyby recytował modlitwę:
- Te papiery, które nam zrabował zły człowiek,
są dla naszej świątyni niezbędne jak słońce, powietrze, woda i ziemia. Nie
możemy bez nich odprawiać naszych modlitw. Nie możemy patrzeć w wieczność.
Zły człowiek zostanie wkrótce ukarany. Ale ty, przybyszu, jeżeli coś wiesz
o naszych skarbach, zwróć je nam natychmiast. My i nasi następcy będziemy
zanosić za ciebie modły do końca tysiącleci.
- Dobrze - odpowiedział Traven. - Dostaniecie swój
skarb mniej więcej za miesiąc. Ale pod jednym warunkiem: że zaprowadzisz mnie
do... jak się to nazywa?... do Katihamhamcheran Sikrit.
Mnich wstrząsnął się z przerażenia.
- Nie wiesz, co mówisz, przybyszu. Tam nikt nie
pójdzie. Zginąłbym natychmiast, a mój czas jeszcze nie nadszedł. Ty byś
także zginął. Nie znajdziesz nikogo, nikogo na świecie, kto chciałby wejść
do Doliny Węży.
Numi uznał za wskazane opatrzyć to wyjaśnienie
własnym komentarzem:
- On mówi prawdę, proszę pana. O Dolinie Węży
pisano w wielu książkach i czasopismach, sam czytałem. To ponoć fenomen
przyrodniczy. Podobno jest to największe skupisko węży na kuli ziemskiej.
Naprawdę nie znajdzie pan nikogo, kto by się tam wybrał. Ja w każdym razie
nie. A czego pan właściwie chce tam szukać?
Traven zamyślił się.
- Czego szukam, młody człowieku? Powiem ci.
Szukam sensu życia. Czasem tak bywa, że dopiero przed sześćdziesiątką człowiek
uświadamia sobie, czego daremnie poszukiwał przez całe poprzednie życie.
Dwudziestego szóstego grudnia 1979 roku dr
Harold Traven wylądował na lotnisku imienia Johna Kennedy'ego w Nowym Jorku. W
jego głowie dojrzał plan następnej wyprawy do Doliny Węży.